#ParaAtheltics. Dwa złote medale i apel do ministra

Joanna Mazur i Michał Stawicki

Dwa złote medale w odstępie kilku minut zdobyli polscy sportowcy w poniedziałek wieczór na Stadionie Olimpijskim w Londynie podczas MŚ w lekkiej atletyce osób niepełnosprawnych. Najpierw Barbara Niewiedział na 1500 m w kat. T20. Po niej niewidoma Joanna Mazur wraz z przewodnikiem Michałem Stawickim na tym samym dystansie

Niewiedział, mistrzyni paraolimpijska na 1500 m wśród osób upośledzonych intelektualnie z Londynu 2012 i Rio 2016 potwierdziła dominację w tej konkurencji. Przez cały wyścig kontrolowała sytuację, nie przejęła się szarżą Amerykanki Kaitlin Bonds i przybiegła na metę ze sporą przewagą nad Ukrainką Ludmiłą Daniliną.

- Mogę właściwie powiedzieć, że to był zwykły dzień w biurze. Na dwóch ostatnich igrzyskach i obu mistrzostwach świata w Lyonie w 2013 i Doha dwa lata temu nie miałam sobie równych. Cieszę się, że nic się w tej kwestii nie zmieniło – śmiała się za metą.

Niewiedział nie przeszkodziło nawet to, że kilka godzin przed wieczornym biegiem wygrała półfinał na 400 m. Na szczęście organizatorzy przygotowali specjalny namiot, w którym można się było zanurzyć w kąpieli w lodowatej wodzie z kostkami lodu. Pierwszy raz skorzystałam z czegoś takiego i to był strzał w dziesiątkę! Igły przeszły całe moje ciało, ale nogi momentalnie odpoczęły i zrobiły się lżejsze. Zanurzyłam się tuż po biegu na 400 m i tuż przed startem na 1500 m – opowiadała.

Dodała, że nie przestraszyła się szarży Amerykanki Bonds, która mocno wyrwała do przodu. – Ona jest faworytką na 400 m, to jest jej koronny dystans, wiedziałam, że nie wytrzyma. Ona będzie moją główną rywalką we wtorek, ale ciesze się, że dostałam trzeci tor a ona piąty. Będę ją miała na widoku – mówiła Niewiedział, która w Rio wywalczyła na 400 m brązowy medal szalonym finiszem, rzucając się na linię mety i upadając na twarz, co zostało uznane przez organizatorów za „najbardziej magiczny moment igrzysk”.

Barbara NiewiedziałLedwo Basia Niewiedział zeszła z bieżny, a w finale biegu na 1500 m osób niewidomych wystartowała Joanna Mazur z przewodnikiem Michałem Stawickim. To dla nich nowy dystans. Wcześniej biegali na 200 m i 400 m, ale choć zdobywali mistrzostwa Europy, po igrzyskach paraolimpijskich w Rio zdecydowali się wydłużyć dystans. I to był strzał w dziesiątkę! W swoim zaledwie czwartym wspólnym starcie na 1500 m, w finale mistrzostw świata po kapitalnym finiszu wyprzedzili Kolumbijkę Arango Buitrago (z Jonathanem Daybesem) i Chinkę Zheng Jin (z Wangiem Zipengiem). Do tego pobili własny rekord aż o 15 sekund!

- Michał jako mój trener postanowił przerobić mnie ze sprinterki na biegacza średniodystansowego, choć nie wierzyłam, że podołam. A jednak! Jak widać oddałam się w dobre ręce. Opłaciły się te wszystkie ciężkie treningi – mówiła Asia.

- Tak naprawdę ułożyłem sobie taktykę na ten bieg jeszcze podczas zgrupowania w Zakopanem. Wszystko było dokładnie przemyślane. Mieliśmy zaatakować na ostatnich 200 m. Jeszcze dziś po obiedzie, Asia zapytała czy na pewno jestem przekonany, że zdążymy przeprowadzić to, co chcemy. Ryzyko było, ale bez niego nie ma największych sukcesów. No i rzeczywiście było „na żyletki”. Jeśli przyprawiliśmy któregoś z naszych kibiców o zawał, to przepraszamy – opowiadał Stawicki, były lekkoatleta i triatlonista.

- Wszystko było jak na treningu, więc nic nie mogło pójść źle. A w dodatku jeszcze niesamowicie niósł nas doping kibiców – dodała Mazur.

Prośba do ministra sportu

Świeżo koronowani mistrzowie świata zwrócili się z ogromną prośbą do ministra sportu, Witolda Bańki o zmianę przepisów. Stypendium za sukces na takiej imprezie jak londyńskie MŚ przysługuje im tylko w przypadku jeśli w finale wystartuje 12 zawodników z 8 państw. Na nieszczęście Mazur i Stawickiego w ostatniej chwili wycofała się Kenijka, nie wystartowali też Rosjanie, bo cała ich lekkoatletyczna reprezentacja została zawieszona za doping przez Międzynarodowy Komitet Paraolimpijski. W efekcie w konkurencji wystartowało więc 11 zawodników.

- Bardzo prosimy ministra, żeby popatrzył łaskawie na sprawę. W sporcie paraolimpijskim niestety łatwo o to, że zabraknie tego kluczowego 12 zawodnika. Po pierwsze z powodu kontuzji, po drugie z braku pieniędzy, wielu krajów nie stać na wysłanie zawodnika, jeśli nie są absolutnymi pewniakami do medalu. A my stajem się ofiarami, bo mimo złotego medalu nie dostajemy stypendium, które zapewniłoby nam przygotowania do kolejnych startów – tłumaczy Joanna Mazur.

Reportaż o Joannie Mazur i Michale Stawickim z Rio: Biegnę w ciemności. Michał to moje oczy

I ona i jej przewodnik musieli zrezygnować z pracy, żeby skoncentrować się na przygotowaniach do igrzysk w Rio i MŚ w Londynie. Ze Stawickim nie przedłużono umowy w szkole gdzie uczył WF. Mazur pracowała w przychodni jako masażystka. – Ale 18 osób dziennie i do tego trening wytrzymałościowy, trzy godzinna siłownia było ponad moje siły. Wykańczałam się. Trenowanie tego sportu to dla nas ciężkie zderzenie z rzeczywistością. Sporo poświęciliśmy przez ten rok. Ale uważamy że warto. Idziemy do przodu i spełniamy marzenia – mówi Asia.

Michał podkreśla, że w tej dyscyplinie nie można zawodnika oddzielić od przewodnika, który jest jego oczami, połączony z zawodnikiem opaską dyktuje tempo, podczas biegu informuje: „prosta”, „wyjście z wirażu” itp. nie wolno mu wyprzedzać ani ciągnąć zawodnika. – To nie może być ktoś przypadkowy, ale ktoś kto zgra się z zawodnikiem w jeden organizm. Biedniejsze, np. afrykańskie kraje radzą sobie tak, że z niewidomym zawodnikiem biegnie, który startuje też w swojej konkurencji. Np z zawodniczką z Angoli bieg jej rodak bez oka, z inną ktoś po amputacji. Ale wówczas ciężko o te największe sukcesy. JM4Fizjoterapeuta Leszek Izdebski po przegranym zakładzie przenosi Joasię Mazur przez bieżnię. Będzie jeszcze musiał wystartować na 400 m. Z tyłu Michał Stawicki

 

#ParaAtheltics. Renia Śliwińska: Lwi pazur i cztery życiówki

Renata ŚliwińskaRenata Śliwińska ze Skwierzyny wywalczyła srebrny medal w pchnięciu kulą w klasie F40, czyli dla osób niskorosłych. W finale konkursu MŚ w lekkiej atletyce osób niepełnosprawnych w Londynie aż cztery razy pobiła rekord życiowy!

Śliwińska to kolejna medalistka mistrzostw świata spod skrzydeł trenera Zbigniewa Lewkowicza, który wynalazł i wychował między innymi takich paraolimpijczyków jak Maciej Lepiato (dwukrotny złoty medalista igrzysk i rekordzista świata w skoku wzwyż), Bartek Tyszkowski (srebrny w Rio, wielokrotny mistrz i rekordzista świata w pchnięciu kulą i dysku) czy złoty medalista z Aten w kuli i dysku Tomasz Blatkiewicz.

- Renia pokazała w tym konkursie lwi pazur i zagotowała przeciwniczki. Już w pierwszym rzucie pobiła życiówkę uzyskując 6,94 m. W finałowej serii pierwszy raz w karierze przekroczyła barierę 7 metrów i ostatnie skończyła na 7,23. To fenomenalnie na kogoś, kto trenuje dopiero od półtora roku – cieszył się Lewkowicz.

Śliwińska miała szczęście, że jej rodzinna Skwierzyna leży 20 km od Gorzowa, gdzie Lewkowicz pracuje z niepełnosprawnymi w miejscowym Starcie. Prowadził wykłady na dyrektorów szkół w powiecie międzyrzeckim jak nauczać niepełnosprawnych. Wśród slajdów przewinął się Tyszkowski, który ma karłowatość. – Po spotkaniu jeden z dyrektorów zaczepił mnie, że zna dziewczynę, która nie bardzo wie co robić w życiu, a ma mnóstwo energii, jest dynamiczna i pozytywne nastawienie do świata. Spotkaliśmy się w Gorzowie i na pierwszych treningach zaiskrzyło. Od razu wiedziałem, że ma niezwykły talent do sportu.

Renata Śliwińska i trener Zbigniew LewkowiczŚliwińska opowiada, że od dziecka ciągnęło ją do sportu, ale głównie grała na podwórku z chłopakami w piłkę nożną. Jej wielkim idolem i inspiracją od lat jest Robert Lewandowski. Pchnięcie kulą? Zastrzegła trenerowi, że po pół roku treningów zdecyduje, że jej się to podoba.

- Ale przez pierwsze dwa miesiące zrobiła takie postępy, że jak zabraliśmy ją na mistrzostwa Europy w Grossetto to pobiła tam rekord świata w rzucie dyskiem! – mówi Lewkowicz. – Udowodniła nam, że jest takim fajterem, że pojechała też na igrzyska paraolimpijskie do Rio. Tam kategorie są połączone i Renia, która ma 125 cm wzrostu musiała walczyć z zawodniczkami wyższymi od siebie o 10-15 cm. Więc mimo że i tam zrobiła życiówkę, zajęła dopiero szóste miejsce. Ale z dzisiejszym wynikiem z Londynu miałaby w Rio brąz.

- Dziś to żałuję tylko że tak późno wzięłam się za sport paraolimpijski, miałam już 20 lat. Szkoda, że nie wcześniej. Wcześniej tylko szkoła, dom. Niespecjalnie lubiłam wychodzić, bo wiadomo jak przykre potrafią być ludzkie spojrzenia. Pewnie gdyby nie sport, skończyłabym szkołę handlową i była sprzedawczynią. Albo wyjechałabym za praca do Irlandii, bo sporo znajomych właśnie tam zarabia i byli chętni pomóc w organizacji. A tak trenuję ciężko od poniedziałku do piątku w Gorzowie, a w sobotę sama w Skwierzynie i mam z tego wielką satysfakcję – mówi Śliwińska.

Chciałabym, żeby ten mój srebrny medal i sukcesy sportowe były inspiracją dla innych niepełnosprawnych, którzy może wstydzą się wyjść z domu do ludzi, boją nieżyczliwych albo ciekawskich spojrzeń. Nie ukrywam, że sama też się kiedyś bałam. Nie wolno. Trzeba być silnym i lubić siebie. Mamy takie samo prawo do życia jak wszyscy inni. A osiągnąć możemy nawet więcej. Jestem żywym przykładem, że sport jest w stanie odmienić życie na lepsze – przekonuje Renia, która w trakcie naszej rozmowy odebrała telefon z gratulacjami od burmistrza Skwierzyny.

Renata Śliwińska i jej tunezyjhskie rywalki które przedzieliła na podiumRenata Śliwińska i jej tunezyjskie rywalki które przedzieliła na podium

#ParaAthletics. Srebrny finisz Mateusza Michalskiego


Mateusz Michalski wywalczył srebrny medal w biegu na 100 m w kat. T13, czyli osób niedowidzących na MŚ w lekkie atletyce osób niepełnosprawnych w Londynie. Drugie miejsce na podium zapewnił sobie dosłownie rzutem na taśmę, szalonym atakiem na finiszu z czwartego miejsca

- Wiedziałem, że wygra ten, kto pobiegnie do końca i rzuci się na linie mety. Tzn wiedziałem, że wygra Irlandczyk Jason Smyth, bo od paru lat nie ma sobie równych i rządzi w naszej kategorii. Kandydatów do miejsca na podium obok niego było kilku. Chciałem powalczyć, choć setka to nie mój koronny dystans, ja jestem klasyczną dwusetą.T

Toteż po cichu liczył co najwyżej na brązowy medal. Ale gdy w środku stawki poczuł, że idzie równo z rywalami, zrozumiał, że może przesądzić dobry finisz. Na mecie wyprzedził Australijczyka Chada Perrisa o 0,01 sekundy! Czas 10.95 to jego najlepszy wynik w sezonie.

Mateusz MichalskiMichalski to mistrz i srebrny medalista paraolimpijski z Londynu 2012 na 200 m i rekordzista świata, ale w kategorii T12 dla osób z bardzo ograniczonym widzeniem. Od siódmego roku życia cierpi na chorobę Stargarda, która pozbawiła go 90 procent wzroku.

- Choroba zeżarła sobie tyle wzroku ile chciała i się zatrzymała. Szczęśliwie od 20 lat nie posunęła się na przód. Nie ma na nią lekarstwa, ani nie da się niczego naprawić operacyjnie. Widzę tylko z bliska, im dalej tym bardziej rozmazany obraz. Mam problem z rozpoznawaniem twarzy, czytaniem czcionki. Ale i tak czuję się szczęśliwy, że widzę choć do tych dwóch metrów w przód. I że mogę robić to, co kocham – mówi.

W 2013 Michalski postanowił przenieść się do trudniejszej kategorii dla widzących nieco więcej. – To była kwestia motywacji, nie miałem już się z kim ścigać, nasza grupa się wypaliła. A mnie motywuje tylko rywalizacja, nie pieniądze czy łatwe sukcesy. A tu biega ten niepokonany Irlandczyk, nieźli Brazylijczycy, Australijczycy, poziom jest znacznie wyższy. Znów poczułem ochotę wychodzenia na trening. I satysfakcję z sukcesów – opowiada.

Michalski startuje trzy lata w nowej kategorii i to jego największy sukces. Do sportu trafił w szkole integracyjnej w Owińskach pod Poznaniem, gdzie trener Wiesław Pawlak prowadził kółko sportowe i zaraził go pasją do biegania.

- Miałem szczęście do trenerów, przez siedem lat prowadził mnie Adam Kaczor, uczestnik igrzysk w Meksyku. A teraz fantastyczny szkoleniowiec Tadeusz Such. Ułożył mnie technicznie. Z powodu słabego wzroku ciężko mi koordynować ruchy, a on pracuje nad każdym szczegółem – opowiada.

I wyjaśnia, że poprawił wyjście z bloków i pierwsze 25 m. Miał tendencję, żeby automatycznie skracać krok, teraz z każdym stara się sięgać coraz dalej, maksymalnie go wydłużać. Nie patrzeć w dół, bo robił wówczas „garba”, ale starać się sięgać wzrokiem przed siebie. – Jest sporo detali do poprawy, w jeden rok nie da się wszystkiego ogarnąć. Ale już do igrzysk paraolimpijskich w Tokio powinniśmy dać radę – mówi. Mateusz MichalskiMateusz musiał podejść naprawdę blisko telewizora, żeby obejrzeć własny finisz

#ParaAthletics. Nie ma zmiłuj, czyli jak wykuć przyszłego mistrza

Łukasz Czarnecki17-letni Łukasz Czarnecki to najmłodszy zawodnik w polskiej kadrze na MŚ #ParaAthleics. Ma szanse na medal w konkursie rzutu oszczepem, choć wystąpi… ze złamaną i zadrutowaną ręką. Trener Zbigniew Lewkowicz opowiada jak formuje przyszłego paraolimpijczyka.

Łukasz startuje w kategorii osób po dziecięcym porażeniu mózgowym. Jest najmłodszym zawodnikiem w 51-osobowej polskiej ekipie na MŚ w lekkiej atletyce osób niepełnosprawnych London 2017 i zarazem największym pechowcem. Mało brakowało, a w ogóle by do Londynu nie przyjechał. Na majowym zgrupowaniu w Bydgoszczy uszkodził mięsień dwugłowy uda. Ledwo fizjoterapeuci postawili go na nogi, a na kolejnym obozie w Słupsku upadł w czasie treningu wielobojowego i złamał prawą rękę. Szczęście w nieszczęściu, że nie tę, którą wykonuje rzuty.

- W szpitalu okazało się, że nie ma przemieszczenia, że to raczej tzw „złamanie zielonej gałązki”. Ale lekarze i tak musieli dokonać drutowania, bo to ręka spastyczna po porażeniu, trzeba ją było stabilnie złożyć – opowiada trener koordynator lekkoatletycznej reprezentacji Polski, Zbigniew Lewkowicz.

Sztab miał trzy dni na decyzję, czy wycofać Łukasza z MŚ, ale byłby to wielki zawód i dla niego i dla wszystkich. Zasłużył sobie na wyjazd – na mistrzostwach Polski w Białymstoku zdobył złoty medal i osiągnął niezbędne minimum na wyjazd, w światowym rankingu seniorów zajmuje trzecie miejsce.

- Zdjęcie wykazało, że wszystko jest dobrze złożone, wspólnie z rodzicami podjęliśmy decyzję, żeby jechał. Wystartuje, ale wynik ma dla mnie drugorzędne znaczenie. Zależy mi, żeby Łukasz oswoił się z presją wielkiej imprezy. Tłumem dopingujących kibiców, ogromem Stadionu Olimpijskiego, który robi wrażenie na każdym, kto stanie na bieżni. To bardzo silne przeżycie. Jestem zwolennikiem żeby zawodnicy jak najszybciej zderzali się z takimi bodźcami na wielkich imprezach. Doświadczenie jest bezcenne. Ostatnio na igrzyskach paraolimpijskich w Rio kilku debiutantów przytłamsiła presja, spalili się w niej i osiągnęło gorsze rezultaty niż by mogli. Chcę, żeby Łukasz do igrzysk paraolimpijskich w Tokio nabrał doświadczenia i nauczył radzić sobie z presją – tłumaczy Lewkowicz.

Łukasz Czarnecki rzu ca oszczepem w LondynieTo ojciec zaprowadził Łukasza do Lewkowicza w klubie Start Gorzów, bo słyszał już o dokonaniach trenera, który wynalazł i wychował między innymi takich paraolimpijczyków jak Maciej Lepiato (dwukrotny złoty medalista igrzysk w skoku wzwyż), Bartek Tyszkowski (srebrny w Rio, wielokrotny mistrz i rekordzista świata w pchnięciu kulą) czy złoty medalista z Aten w kuli i dysku Tomasz Blatkiewicz. Ten ostatni również z niedowładem lewostronnym ręki i nogi po mózgowym porażeniu dziecięcym.

- Ojciec chciał, żeby syn się ruszał, zamiast tkwić w czterech ścianach i gapić się w ekran telewizora lub komputera. Łukasz był wtedy w szóstej klasie, a ja zazwyczaj zaczynam trenować dopiero gimnazjalistów. Ale przekonały mnie warunki fizyczne taty, który był wielkim, ponad dwumetrowym chłopem – opowiada Lewkowicz.

Na początku Łukasz dwa razy w tygodniu na treningi ogólnorozwojowe, żeby trener mógł się rozeznać, w jakiej dyscyplinie sprawdziłby się najlepiej. – To była raczej zabawa w sport. Jestem nauczycielem i wiedziałem, że gdybym od razu dał mu do ręki kulę, oszczep lub dysk, albo kazał biegać, młody szybko by się zniechęcił. Głownie graliśmy w kosza, trenowaliśmy skoczność, z czasem dołożyłem techniki rzutowe, bo zrozumiałem, że Łukasz to świetny materiał na dobrego zawodnika. Ma szybką rękę i szybki nadgarstek. Potrzeba mu tylko pracy nad koordynacją ruchową – mówi.

Nie ma pośpiechu, bo przy porażeniu mózgowym trzeba uważać na kręgosłup. W pewnym momencie, gdy Łukasz zaczął szybko rosnąć, Lewkowicz wraz z rodzicami podjęli decyzję o przerwaniu treningów na pół roku, żeby nie nadwyrężyć słabej chrząstki kolanowej, bo mogłaby pęknąć.

- Myślę, że Łukasz będzie kiedyś wysokiej klasy kulomiotem. Na razie trenujemy z 3 kg kulą, bo ta seniorska jest jeszcze za ciężka dla 17-latka, na razie skupiamy się na oszczepie, który wymaga za to dużo większej techniki – mówi Lewkowicz. I podkreśla zaangażowanie rodziców w modelowanie przyszłego mistrza. – Łukasz mi się przyznał, że przez pierwsze dwa lata treningi mu się nie podobały. Wolałby zostać w domu i grać na komputerze, ale ojciec przywoził go z żelazną konsekwencją. Nie było zmiłuj. Aż przyszły pierwsze małe sukcesy i dziś już Łukasza nie trzeba namawiać na trening. Trzeba uważać, żeby z nim nie przesadził.

Łukasz Czarnecki i trener Zbigniew Lewkowicz

#ParaAthletics. Pojedynek fenomenów, czyli bądź kumplem, nie oprawcą

Richard Whitehead i Ntando MahlanguDziś wieczór na MŚ w lekkiej atletyce pojedynek dwóch fenomenów. W finale 200 m zawodników z amputacją obu nóg, 40-letnia ikona paraolimpizmu, rekordzista świata w maratonie i jednocześnie niepokonany od 2011 sprinter, zmierzy się z 15-latkiem z RPA, który zaledwie pięć lat temu nauczył się chodzić. Na igrzyskach paraolimpijskich w Rio pierwszy z nich zdobył złoto, a drugi – srebro. Jak będzie w Londynie?

Richard Whitehead to jeden z najbardziej utytułowanych sportowców paraolimpijskich w historii i prawdziwy fenomen. W 2010 roku podczas maratonu w Bostonie czasem 2:42:52 pobił własny rekordy świata w kategorii osób z amputacją obu nóg poniżej kolana (rekord świata w półmaratonie też należy do niego). Ponieważ tej kategorii nie ma w programie igrzysk paraolimpijskich, a organizatorzy nie dopuścili go do startu z osobami z amputacją powyżej kolan, przerzucił się na sprinty. Od 2011 nie przegrał ani jednego biegu na 200 m. Zdobył trzy złote medale na trzech kolejnych mistrzostwach świata, bijąc przy tym rekordy świata. A także złoto igrzysk paraolimpijskich w Londynie w 2012 i Rio de Janeiro 2016.

Inspiracja

Na co dzień uczy pływania w Nottingham. Zimą uprawia hokej na sankach – był nawet członkiem ekipy Wielkiej Brytanii na igrzyskach paraolimpijskich w Turynie w 2006. Jest twarzą fundacji walczącej z rakiem kości, wielu akcji charytatywnych,i promujących sport niepełnosprawnych. W ramach jednej z nich – „Richard Whitehead Runs Britain” – przebiegł 40 maratonów w 40 dni! W uznaniu zasług Królowa Elżbieta II uhonorowała go w 2013 roku Orderem Imperium Brytyjskiego.

Opowiada, że do biegania maratonów by w ten sposób zbierać pieniądze na walkę z rakiem zainspirowała go historia kanadyjskiego lekkoatlety, Terry’ego Foxa. Gdy wieku 22 lat z powodu raka kości amputowano mu nogę, postanowił przebiec w poprzek Kanady z Wschodniego na Zachodnie wybrzeże. W czasie biegu, nazwanego Marathon of Hope – Maraton Nadziei, zbierał datki na fundusz walki z nowotworami. Ruszył 12 kwietnia 1980 w St. John’s na Nowej Fundlandii od symbolicznego zanurzenia swej sztucznej nogi w falach Oceanu Atlantyckiego i napełnienia baniaka wodą, którą zamierzał wylać pod koniec biegu do Oceanu Spokojnego. W 143 dni zdołał przebiec 5300 km, czyli średnio właśnie 42 km. Niestety z powodu przerzutów do płuc musiał przerwać bieg i wkrótce potem zmarł. Jednak jego idea przetrwała. Co roku na całym świecie (także w Polsce) odbywa się Terry Fox Run, dzięki którym na walkę z nowotworami zebrano ponad 400 mln dolarów.

- Przed 2004 roku nie byłem w stanie biec na obu protezach, nie pozwalała jeszcze na to technologia, a kiedy już się pojawiła, była koszmarnie droga. Kiedy już zacząłem, długo nie byłem w stanie zejść poniżej pięciu godzin. W 2006 roku po 11 miesiącach treningów wystartowałem w Maratonie Nowojorskim, który skończyłem w czasie 5 godzin i 18 minut. Przerażony przez cały bieg jak postrzegają mnie ludzie. Bałem się, że będą mnie wytykać palcami jak dziwadło. Ale oczywiście spotkałem się z pełną akceptacją – wspomina.

W 2009 roku, m.in. dzięki treningom ze słynną zwyciężczynią maratonów, Paulą Radcliff udało mu się jego pierwszemu zawodnikowi po podwójnej amputacji zejść poniżej trzej godzin – Maratona Di Roma skończył z czasem 2:56:45.

Richard Whitehead w środkuWymioty ze szczęścia

Z Ntando Mahlangu spotkali się już w finale igrzysk paraolimpijskich w Rio. Wówczas górą był Brytyjczyk, 14-letni zawodnik z RPA musiał zadowolić się srebrnym medalem. Ale był tak podniecony i zachwycony, że za metą zwymiotował ze szczęścia. Nie pierwszy raz.

Wychowany w Tweefontein w prowincji Mpumalanga, urodził się z hemimelią – wadą polegająca obustronnym niedorozwoju kończyn dolnych, zwaną również „wrodzoną amputacją”. Dziesięć lat przesiedział na wózku, pogodzony że nigdy z niego nie wstanie. Aż odnalazła go fundacja non-profit „Jumping Kids”, która w RPA wyposaża w zaawansowane technologicznie protezy dzieci, nawet najbiedniejsze, ze slamsów.

Ntando stawiał swoje pierwsze kroki akurat w trakcie igrzysk paraolimpijskich w Londynie w 2012. Nawet mu wtedy do głowy nie przyszło, że za cztery lata zdobędzie medal, przegrywając tylko z legendą.

- Wtedy skupiałem się tylko na chodzeniu. To był coś tak wspaniałego, że po paru pierwszych krokach zwymiotowałem ze szczęścia. Przybiegł zaniepokojony lekarz, że coś ze mną nie tak. Ale uspokoiłem go, że to euforia, że to najszczęśliwszy dzień w życiu. Jakbym wyrzygał te wszystkie lata spędzone na wózku, z zazdrością, że wszyscy moi bliscy i rówieśnicy biegają za piłką. Tak mi się to spodobało, że nauczyłem się chodzić w pięć dni – opowiada Ntando.

Jak mówi, protezy nie sprawiły że przestał być niepełnosprawny. Ale wreszcie mógł stanąć z kimś twarzą w twarz, spojrzeć w oczy, uśmiechem odpowiedzieć na uśmiech. – Gdy ktoś mnie pyta, co mi sprawia największa przyjemność od czasu gdy potrafię chodzić, odpowiadam że możliwość robienia babci herbaty. Wcześniej nie dosięgałem do stołu…

Natychmiast rzucił się do uprawiania sportu. Po dwóch latach treningu, został mistrzem RPA poniżej 20-roku życia, a przy okazji srebrny medal w skoku w dal. Rok później mistrzem kraju seniorów i dołożył złoto w rzucie oszczepem, bo chwytał się wielu dyscyplin. W 2013 na MŚ do lat 23 w czeskiej Pradze zdobył cztery złote medale i został wybrany najlepszym zawodnikiem imprezy. Co zawody pobija życiówki. Ma już na koncie kilkanaście rekordów RPA, Afryki i już pierwszy paraolimpijski rekord świata – w biegu na 400 m.

Bądź kumplem

Przed założeniem protez uczęszczał do szkoły dla niepełnosprawnych, w której przyuczano do prostych zawodów. Dziś marzy o studiach inżynierskich albo informatycznych, bo wie, że choć jego sportowa kariera dopiero się zaczyna, prędzej czy później się skończy. Staje się coraz bardziej popularny. Między innymi za sprawą kampanii telewizyjnej kanału Cartoon Network „Be a Buddy, Not a Bully” (bądź kumplem, nie oprawcą) przeciwdziałającej przemocy w szkole i w sieci, która wypuściła spoty reklamowe z Ntando w całej Afryce.

- Jestem dumny z tego co już osiągnąłem i mam nadzieję, że moi szkolni oprawcy zobaczą gdzie zaszedłem. Doskonale wiem co to hej, jak mogą cę potraktować rówieśnicy bez serca. To dla mnie wielki zaszczyt, że mogę moją postawą zainspirować jakieś dzieciaki, które może teraz uwierzą w siebie. A przede wszystkim przeciwstawią się hejtowi, opowiedzą o nim, nie będą się mu bezwolnie poddawać – mówi.

Na igrzyskach w Rio startował mając 14 lat, ale rywalizacja z dorosłymi facetami nie przeraża go. – Tam skąd pochodzą, ktoś kto nie możesz chodzić, musi dorosnąć szybciej. Ja musiałem nauczyć się radzić sobie z rzeczami, których moi zdrowi rówieśnicy nawet sobie nie wyobrażają. Doświadczenia uformowały mnie jako osobę. Rywalizacja z dorosłymi nie onieśmiela mnie, wrecz przeciwnie, mobilizuje do ciężkiej pracy – mówi.

- Ntando robi niesamowite postępy z zawodów na zawody. Do niego należy przyszłość w tej dyscyplinie. Rozmawiam z nim, doradzam, staram się inspirować. Wiem, że mnie wkrótce pokona, że przejmie pałeczkę. Ale nie chcę mu jej po prostu przekazać i zakończyć karierę. Chcę przy okazji popchnąć go, żeby osiągał w tym sporcie rzeczy wielkie – mówi o młodym rywalu Whitehead. Ntando Mahlangu

#ParaAthletics: Janusz Rokicki, czyli moc się nie kończy

Janusz RokickiJanusz Rokicki zdobył pierwszy medal dla polskiej ekipy podczas lekkoatletycznych mistrzostw świata osób z niepełnosprawnością w Londynie. Srebrny medalista igrzysk paraolimpijskich w Rio w pchnięciu kulą podobnie jak w Brazylii walczył podczas konkursu nie tylko z rywalami ale i z kontuzją i potwornym bólem.

- Uff, mam stan przedzawałowy. Trudny, nerwowy konkurs, jak dobrze, że już się skończył! To niby tylko brązowy medal, ale tak naprawdę to aż brązowy medal! Bałem się, że nie dam rady. Kiedy w pierwszej rundzie Hindus rzucił o centymetr więcej ode mnie i zrzucił na czwarte miejsce, myślałem że już po wszystkim. Ale spiąłem się: „ból, bólem, ale zbiorę się w sobie, ile ducha kołacze. Medal to mus!” Na szczęście się udało – mówił po zejściu z bieżni Stadionu Olimpijskiego.

Rokickiemu odnowiła się kontuzja barku, której doznał na igrzyskach w Rio. 10 dni przed startem przewrócił się na mokrej podłodze w łazience podczas przesiadania się. Naderwał mięsień nadgrzebieniowy, zerwał podłopatkowy. Był w stanie odbyć tylko jeden trening. Gdyby nie geniusz naszych rehabilitantów, nie byłby w stanie wystartować.

- Niby zaleczyłem kontuzję, ale ze względów finansowych nie było mnie stać na poddanie się operacji. Na okrągło rehabilitacja, pani Danusia Tadel dokonywała cudów, stawiała mnie na nogi, ale nie byłem w stanie robić stuprocentowych siłowych treningów. Kiedyś wyciskałem 230 kg, a tu już przy 80 kg kłuło niemiłosiernie. Co zawody rzucałem coraz krócej i krócej. Bałem się, że będzie ze mną jak z akumulatorem, którego nie ładują – moc się skończy. No, ale trochę jej jednak zostało – mówi.

Janusz RokickiRokicki opowiada, że operacji nie zrobił, bo w NFZ usłyszał, iże czas oczekiwania to… cztery, pięć lat. Koszt prywatnej wynosi 15 tys. złotych. – Skąd wytrzasnąć taką kasę? Ale dłużej tak nie pociągnę, to nie ma sensu. Marzę o występie na igrzyskach w Tokio w 2020. Operacja to roczna przerwa, więc jeśli ją robić, to teraz. Przegadamy tę kwestię z trenerem – mówi.

Rokicki to trzykrotny srebrny medalista paraolimpijski, z Aten, Londynu i Rio. Przykuty do wózka od 1992 roku. Od feralnego lata, kiedy jako 18-latek pracował na budowie jako pomocnik murarza, po 12 godzin w 40 stopniowym upale. Po pierwszej wypłacie w drodze do domu zahaczył o bar.

– I do dziś tego żałuję… może moje życie byłoby inne gdybym szedł prosto do domu. Teraz wiem, że musiano mnie obserwować. Ktoś zauważył, że mam dużą sumę pieniędzy przy sobie. Wracałem torami. Nagle z tyłu otrzymałem potężne uderzenie w tył głowy, po którym straciłem przytomność. Zabrali mi portfel z dokumentami wraz z ciężko zarobioną wypłatą i zostawili na torach na pewną śmierć! Jadący pociąg o 4. rano zmienił całe moje życie. Maszynista zobaczył mnie leżącego między szynami, ale było już za późno… trzy wagony przejechały mnie obcinając obie nogi – wspomina.

Spędził cztery miesiące w szpitalu w Cieszynie, trzykrotnie przeszedł reamputację prawej nogi. Ból czasami bywał nie do zniesienia. Potem – jak wspomina – przez lata był więźniem we własnym domu. Przez pierwszych osiem lat nie uprawiał sportu, bo nie wiedział, że istnieje taka możliwość dla niepełnosprawnych. Na sport namówił go trener Czesław Banot. Najpierw na pływanie, potem podnoszenie ciężarów. Ale najlepiej odnalazł się w kuli. Po półrocznym treningu Rokicki został wicemistrzem Polski. Do dziś jego kariera to pasmo sukcesów.

Jego misją jest namawianie na sport innych niepełnosprawnych. – Jak spotkam w moim Cieszynie na ulicy niepełnosprawnego to nie puszczę! Zagaduję, agituję, namawiam na trening. Tłumaczę, że szkoda życia marnować w domu. Sport do pewnego poziomu rehabilituje, ale kiedy zaczyna się wyczyn, zaczyna się prawdziwa przygoda – mówi.

- Po igrzyskach w Rio, które transmitowała TVP zauważyłem poprawę w tym jak ludzie nas postrzegają. Oczywiście daleko nam do olimpijczyków, ale kroczek po kroczku jest coraz lepiej. Społeczeństwo coraz bardziej się z nami oswaja, docenia nasz wysiłek. Nie raz zdarzyło mi się, że mnie ktoś rozpoznał, bez przerwy mam zaproszenia ze szkół. Założyłem klub IKS Cieszyn, dzięki Rio łatwiej mi werbować nowych zawodników. Ostatnio na mistrzostwa Polski w Białymstoku zabrałem aż szóstkę nowych – mówi.

W klubie Rokickiego można trenować dyscypliny rzutowe. – Trzeba było coś zrobić w Cieszynie. Choć gdybym wiedział, że będzie aż tak ciężko, a koszty takie wielkie, nie wiem czym bym się porwał. Przydałby się sponsor, wówczas moglibyśmy więcej jeździć na zawody. Ale najważniejsze, żeby ludzie na wózkach nie siedzieli pochowani po domach, żeby mieli cel. Tym bardziej się cieszę z tego medalu, a nuż kogoś zainspiruje!

IKS Cieszyn

Mistrzostwa w Mekce niepełnosprawnych sportowców

Para Athletics

W Londynie ruszają Mistrzostwa Świata Osób Niepełnosprawnych w Lekkiej Atletyce (World Para Atlethics). A ja znów jak podczas igrzysk paraolimpijskich w Rio będę miał zaszczyt pełnić rolę attache prasowego naszej reprezentacji i donosić państwu o sukcesach polskich sportowców. Te na pewno przyjdą. Wysyłamy największą ekipę w historii – 49 zawodników i dwójkę przewodników niewidomych. Na poprzednich MS w Doha w 2015 roku Polacy zdobyli 21 medali, teraz wcale nie musi być gorzej.

Impreza zapowiada się rekordowo. Organizatorzy chwalą się, że sprzedali już 230 tys. biletów na trybuny Stadionu Olimpijskiego (przerobionego na powrót z piłkarskiego na lekkoatletyczny, bo ostatnio stał się siedzibą klubu Premier League – West Ham United). Do dopingowania paraolimpijczyków osobiście zachęcał brat następcy brytyjskiego tronu, Książę Harry. W kampanię włączyło się wielu celebrytów, aktorów, piosenkarzy i zawodników londyńskich klubów piłkarskich, promując w mediach społecznościowych hasztag #fillthestadium – wypełnijmy stadion.

Nie będzie z tym problemu, bo Londyn to prawdziwa mekka sportów paraolimpijskich. Udowodniły to igrzyska w 2012 – wypełnionymi po brzegi trybunami i fantastyczną atmosferą. – Po Pekinie, gdzie trybuny wypełniono urzędowo i kompletnie pustych Atenach to był szok. Takiego dopingu nie mieliśmy nigdy. Nie dało się opuścić stadionu z medalem na szyi, bo ludzie zatrzymywali o autografy, zdjęcia – opowiada Alicja Fiodorów, mistrzyni świata na 400 m, wielokrotna medalistka igrzysk paraolimpijskich.

- W Anglia to jeden z tych krajów, gdzie sport niepełnosprawnych traktuje się na równi ze sportem pełnosprawnych. Zresztą trenują wspólnie, mają tę samą opiekę, stypendia. A kibice doskonale rozumieją zasady zawodów, podziału na kategorie niepełnosprawności, rozpoznają najlepszych zawodników – dodje.

Takie podejście marzy się Maciejowi Lepiato, największej polskiej nadziei na złoto w Londynie. Dwukrotny mistrz paraolimpijski w skoku wzwyż, trzykrotny mistrz świata w gorzkim wpisie na Facebooku zaapelował do mediów o większą uwagę, a do kibiców o wsparcie.

- Sport niepełnosprawnych nie cieszy się zainteresowaniem mediów. Czas to zmienić. Pokażmy, że jest wiele osób, które to interesuje. Czy chcecie znajdować takie informacje na stronach sportowych głównych mediów? Jeżeli tak, to kliknijcie i udostępniajcie innym! – zapisał, zyskując póki co 7,5 tys. polubień.

- Z badań opinii publicznej wynika, że Polacy interesują się sportem niepełnosprawnych. W praktyce tego nie widać. Nie czuję się znany. Po paraolimpiadzie zdarza się, że ktoś obcy rozpoznaje mnie na ulicy. Ale to trwa krótko, najwyżej kilka tygodni. Potem wszystko wraca do normy. Zapominają też dziennikarze. Czasami po zawodach ktoś zadzwoni, ale są to sporadyczne sytuacje i raczej media lokalne – napisał na łamach wyborcza.pl.

Jego zdaniem winne są stereotypy. Ludziom wydaje się, że sport niepełnosprawnych jest bardziej amatorski i uprawiany tylko dla przyjemności. – Sukcesy rzeczywiście sprawiają mi przyjemność, ale mój trening nie ma nic wspólnego z amatorstwem. Poświęcam się sportowi tak jak zawodowcy – na pełen etat – zapewnia.

Lepiato ma końskoszpotawe zakończenie stopy, lewą nogę krótszą o 5 cm, duży ubytek mięśniowy poniżej kolana i praktycznie nieruchomy staw skokowy. Mało tego, nie skacze w specjalnie przystosowanym bucie, bo nikt takiego dla niego nie zaprojektował ani nie wykonał. Zamiast tego dokleja taśmą do buta kilka podeszw. Mimo to jego rekord życiowy i zarazem świata wynosi 2,22 m. Na igrzyskach w Rio mając już złoty medal w kieszeni, atakował 2,30 m. Stąd jego marzenie o występie na igrzyskach olimpijskich.

- Moje skoki w Rio utwierdziły mnie, że to nie mrzonka. Na igrzyskach w Tokio w 2020 roku chciałbym rywalizować ze sportowcami w pełni zdrowymi. Droga do tego nie będzie usłana płatkami róż. Czeka mnie jeszcze cięższa praca. Ale kocham to! Pierwszy przystanek – Londyn! – mówi.

Maciej LepiatoLepiato to odkrycie słynnego łowcy paraolimpijskich talentów, trenera Zbigniewa Lewkowicza, który namówił na sport wielu przyszłych mistrzów. W Londynie wreszcie zostanie godnie uhonorowany. MŚ będą pierwszą imprezą sportową tej rangi w historii, na której medalami tego samego koloru co zawodnicy zostaną nagrodzeni również ich szkoleniowcy. Nikt nie zasługi na takie wyróżnienie bardziej niż trener sekcji lekkoatletycznej Gorzowskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych Start!

Drugi z jego najbardziej utytułowanych zawodników, Bartosz Tyszkowski, leci do Londynu powetować sobie wielkie rozczarowanie z Rio, walkę o złoto w pchnięciu kulą przegrał o… jeden centymetr!

Bartek startuje w kategorii F40 oznaczającej niskorosłość. Dotknęła go w młodości podobna choroba co Leo Messiego, niestety nie przeszedł kuracji hormonalnej jak przyszła gwiazda futbolu. Urósł tylko do 140 cm. Ale nigdy nie czuł się niepełnosprawny. Też kochał piłkę, grał w nią jak długo się dało. Ma nawet na koncie jedną oficjalną bramkę w barwach Stilonu Gorzów.

Lewkowicz namówił go na pchnięcie kulą i rzut dyskiem. Okazał się do tego stworzony. W wieku 21 lat miał już na koncie rekordy świata w obu dyscyplinach i tytuł „Niepełnosprawnego Sportowca Roku 2015” w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego”.

Tym boleśniejsza była porażka w Rio z największym rywalem, Niemcem Niko Koppelem, z którym wcześniej nie przegrał ani jednych zawodów od… trzech lat! Zapowiedział po niej zmianę techniki rzutu z dwukroku tyłem na obrotową. Plan na Londyn: znów usłyszeć z podium Mazurka Dąbrowskiego!

Medale Para Athletics

Szarapowa i decyzja z innej epoki

Maria SzarapowaTo był naprawdę bardzo rzadki w dzisiejszych czasach pokaz przywiązania do zasad obowiązujących sporcie i wyższych ideałów. Zasad oczywistych, ale tak często naginanych w podobnych przypadkach, zgodnie z widzimisię organizatorów zawodów, sponsorów, właścicieli praw telewizyjnych itp, że kolejne ustępstwo wobec gwiazdy sportu przyjęlibyśmy pewnie wzruszeniem ramion.

A jednak nie. A jednak szef Francuskiej Federacji Tenisa, Bernard Giudicelli odmówił Marii Szarapowej przyznania dzikiej karty na wielkoszlemowy turniej French Open, który rozpoczyna się 28 maja. 30-letnia Rosjanka, która wraca do rywalizacji po 15-miesięcznej dyskwalifikacji za doping, nie zagra na Roland Garros nawet w kwalifikacjach.

„Uważam, że dziką kartę można przyznać komuś, kto wraca do gry po kontuzji, ale nie komuś, kto wraca po dyskwalifikacji za doping. Przykro mi i rozumiem rozczarowanie Marii, jak i jej kibiców. Ale to na mnie spoczywa odpowiedzialność za ochronę dyscypliny tak, by nie pozostawiać żadnych wątpliwości” – wytłumaczył.

Wydawałoby się, że to właśnie Giudicellemu powinno najbardziej zależeć na obecności w pięknej Szarapowej w swoim turnieju, w którym zresztą triumfowała w 2012 i 2014 roku. Tym bardziej, że wielki nieobecnymi w Paryżu są już Serena Williams i Roger Federer. Zainteresowanie mediów powracającą z banicji zawodniczką jest ogromne. Jej występy i tak zawsze przyciągały na trybuny i przed telewizory kibiców, a tu jeszcze grałaby mecze przeciwko rywalkom, które otwarcie krytykowały w mediach przyznawanie jej dzikiej karty jak Eugenie Bouchard, Agnieszka Radwańska, Caroline Wozniacki czy Roberta Vinci.

Pierwsza w ogóle zakwestionowała powrót Rosjanki do uprawiania sportu, nazywając ją oszustką. W mniemaniu Kanadyjki „oszuści w żadnym sporcie nie powinni być dopuszczani do gry”. „To bardzo nie fair wobec innych tenisistek, które zachowują się uczciwie. WTA wysyła zły sygnał do małych dzieci. Ten komunikat brzmi: oszukujcie, a my powitamy was z otwartymi ramionami” stwierdziła Kanadyjka, która na początku maja pokonała Szarapową w turnieju WTA w Madrycie.

Radwańska była mniej radykalna, ale w niedawnej rozmowie z „Przeglądem Sportowym” przyznała, że gdyby to ona była dyrektorem turnieju w Stuttgarcie, Maria nie miałaby szans na dziką kartę. „Takie wejście na turniej powinno przysługiwać zawodniczkom, które spadły w rankingu z powodu kontuzji, choroby czy innego wypadku losowego. Nie zawieszonym za doping. Maria powinna się odbudowywać w inny sposób. Zaczynając od mniejszych imprez i rywalizacji właśnie tam. Wywalczyć sobie miejsce dobrą grą, a nie dostać za dawne zasługi”.

Co innego jednak opinia zawodniczek, a co innego dyrektorów turniejów, mających zobowiązania wobec sponsorów, stacji telewizyjnych, pragnących zapełnić trybuny. A która tenisistka sprzeda się obecnie lepiej niż Rosjanka. „Żadna!” – takiej odpowiedzi udzielili ostatnio organizatorzy turniejów w Stuttgarcie, Madrycie, Rzymie czy Birmingham, radośnie wręczając Szarapowej dziką kartę. I właściwie trudno ich winić, kierowali się dobrem produktu za który odpowiadają.

Giudicelli przerwał tę sielankę. Pokazał, że sport wciąż niesie ze sobą niezbywalne wartości. Że nawet w dzisiejszych czasach jest w stanie oprzeć się komercji i wielkim pieniądzom. A przecież Szarapowa to pieniądze w tenisie największe, wyobrażam więc sobie, że naciski musiały być ogromne.

Pokazał, że wciąż można kierować się tym co dobre, a co złe, zamiast zdawać się na argumenty ekonomiczne. Że doping to jednak coś więcej niż jakaś tam strata nerwów podczas zawodów. I zawodnik wracający po dopingowej wpadce, owszem ma znów prawo gry, ale nie zasługuje na specjalne, gwiazdorskie traktowanie. Musi na nie ponownie zasłużyć.

Że robienie wyjątku byłoby zlekceważeniem dopingu, kolejnym mrugnięciem okiem, jakich już mnóstwo obejrzeliśmy w wykonaniu szefów organizacji sportowych i jakie tak bardzo zniechęcają do sportu. Ot choćby ostatnio w przypadku Therese Johaug, której norweska federacja tak dopasowała zawieszenie, żeby biegaczka zdołała wystartować na igrzyskach olimpijskich w Pjongczang…

Decyzja Francuzów ws Szarapowej sprawia, że identyczną będą musieli zapewne podjąć także organizatorzy wielkoszlemowego Wimbledonu. Może sami by na to wpadli, może nie, tak czy siak honor i ich turnieju zostanie obroniony. Rosjanka będzie musiała wystartować w w Londynie w kwalifikacjach.

Decyzja Giudicelli jest niedzisiejsza. Jak z innej epoki. Tej za którą tęsknimy.

Maria Szarapowa

Jedna kara dla dopingowicza zamiast szycia na miarę!

Ależ wstrząsnęła nami w tym tygodniu seria niefortunnych dopingowych zdarzeń! Niestety także i z udziałem Polaków. Oto w organizmie boksera Andrzeja Wawrzyka, szykującego się do walki o mistrzostwo świata wagi ciężkiej wykryto stanozolol, archaiczny steryd pozwalający zwiększyć masę mięśniową. Ten sam, który był przyczyną dyskwalifikacji najsłynniejszego dopingowicza w historii sportu – kanadyjskiego sprintera Bena Johnsona, tuż po pobiciu rekordu świata w biegu na 100 podczas igrzysk w Seulu w 1988.

Prestiżowy pojedynek Wawrzyka z Deontayem Wilderem w Alabamie odwołany, Polakowi grozi długa dyskwalifikacja, wstyd na całe środowisko. To zresztą trzeci przypadek dopingu w polskim boksie w ostatnim czasie. Dopiero co na stosowaniu zabronionych środków przyłapano Michała Cieślaka i Nikodema Jeżewskiego.

Nie wiadomo czy nie będzie musiał chyłkiem uciekać z ojczyzny Jamajczyk Nesta Carter. To przez niego legendarny Usain Bolt stracił właśnie dziewiąty złoty medal olimpijski i możliwość szczycenia się tzw triple-triple, czyli zdobytymi trzema złotymi medalami na trzech kolejnych igrzyskach. Obaj wywalczyli złoto w sztafecie na 100 metrów na igrzyskach w Pekinie (jeszcze z Asafą Powellem i Michaelem Fraterem), bijąc przy tym rekord świata. W środę MKOl zakończył oficjalnie śledztwo, dowodząc że Carter stosował w 2008 roku metyloheksanaminę i zdyskwalifikował całą ekipę. Tu już wstyd poszedł na cały świat.

Nie wiadomo czym skończą się oskarżenia legendy siatkówki, byłego kapitana reprezentacji Brazylii, Giby jakoby aż siedmiu reprezentantów Rosji miało być na dopingu w pamiętnym finale olimpijskim w Londynie w 2012 roku (Sborna pokonała wówczas Canarinhos 3:2). Giba, który jest obecnie szefem komisji zawodniczej w FIBV, zamierzał w czwartek szukać dowodów w siedzibie federacji w Lozannie i jeśli wszystko się potwierdzi, chce doprowadzić do przyznania złota Brazylii. Dziś wycofuje się z zarzutów, zobaczymy czym skończy się sprawa…

Therese JohaugA w środę w Oslo rozpoczął się głośny proces Therese Johaug, oskarżonej o przyjmowanie sterydów anabolicznych. U słynnej norweskiej biegaczki wykryto clostebol. Sąd musi rozstrzygnąć czy rzeczywiście wzięła zakazany środek nieświadomie, ale też trudno znaleźć sportowca, który w podobnym przypadku mówiłby coś innego. Adwokat Johaug przekonuje, że wykryty w jej organizmie steryd pochodził z maści Trofodermin, który stosowała na poparzone słońcem wargi. Co prawda na opakowaniu było informacja, że zawiera niedozwolony środek (już sama nazwa „bol” sugeruje anabolik), ale biegaczka w pełni ufała lekarzowi kadry z 30-letnim stażem, który kupił lek.

Co innego tu niepokoi. Nawet zakładając, że Johaug wprowadziła clostebolu do organizmu zupełnie nieświadomie, jego stężenie – jak ujawniła komisja antydopingowa – wynosiło 13 nanogramów na mililitr. Kolarz Stefano Agostini, u którego wykryto cztery lata temu zaledwie 7 nanogramów clostebolu na mililitr, został zawieszony na 15 miesięcy. Tymczasem komisja antydopingowa domaga się dyskwalifikacji na… 14 miesięcy.

Dlaczego tyle? Ano dlatego, że taki wyrok pozwoli Johaug wystąpić na igrzyskach olimpijskich w Pjongczang. Będzie miała równo miesiąc na wywalczenie kwalifikacji.

Takie szycie ewentualnej kary na miarę planów startowych przyłapanego sportowca wydaje mi się wielce nieuczciwe. Jeśli zawodnik jest niewinny i udowodni, że użył zakazanego środka nieświadomie albo w wyniku cudzego niedbalstwa, to w ogóle go nie karajmy. Jeśli próbował oszukać, stosował tzw twardy doping albo nawet wykazał się niedbalstwem – niech spotka go kara, ale taka sama dla wszystkich. Dwa lata dyskwalifikacji, bez kierowania się tym czy weźmie udział w jakiejś ważnej imprezie czy nie, co na to sponsorzy etc.

W walce z dopingową zarazą poszedłbym jeszcze dalej. Uważam, że kto raz został przyłapany na tym najbardziej haniebnym występku w sporcie, podważającym zaufanie kibiców do dyscypliny, powinien automatycznie stracić prawo do występu na igrzyskach w przyszłości. Rozumiem, że każdy zasługuje na drugą szansę, nie żądam więc dyskwalifikacji dożywotniej za pierwszą wpadkę. Ale kto raz zbrukał się twardym dopingiem, nie powinien być godzien naszych emocji na tej najważniejszej sportowej imprezie!

Wyobraźmy sobie, że Adrian Zieliński wygrywa batalię (którą prowadzi) o skrócenie czteroletniego zawieszenia, na tyle by móc wystąpić na igrzyskach w Tokio 2020 roku. Czy jesteśmy w stanie zapomnieć co wydarzyło się w Rio, kibicować mu z czystym sercem i cieszyć się z ewentualnego sukcesu? A potem fetować po przyjeździe i nagradzać głosem np. w plebiscycie Przeglądu Sportowego? Ja bym nie umiał.

#SportowiecRoku: Sprawiedliwości stało się zadość

Anita Włodarczyk. Sportowiec Roku 2016Kłaniam się nisko Anicie Włodarczyk i gratuluję zasłużonego tytułu Sportowca Roku w Polsce. W 2016 nie było sportowca ani w naszym kraju, ani na całym świecie, kto tak bardzo zdominowałby swoją dyscyplinę. Nasza młociarka praktycznie nie miała konkurencji. Sytuacje gdy na horyzoncie brak rywala bywa czasem dla zawodnika zgubny, łatwo nadwyrężyć motywację, troszkę odpuścić. Ale to nie przypadek Anity. Mistrzostwo olimpijskie uświetnione rekordem świata, poprawienie tego rekordu przed własną publicznością w ramach podziękowania za wsparcie. A na koniec jeszcze odzyskanie należnego złotego medalu za igrzyska w Londynie.

W plebiscycie „Przeglądu”, w którym przecież potwornie trudno zważyć na szali sukcesy przedstawicieli różnych dyscyplin i emocje jakie nam gotowali, dawno chyba nie było tak klarownego faworyta. Na Anitę głosowała ogromna większość nominowanych sportowców, większość redakcji, które zaprosiliśmy do wspólnej zabawy i wreszcie większość kibiców, którzy przysłali kupony, sms, typy z hasztagami i klikali w internecie.

Oczekiwanie, że musi wygrać Anita było ogromne. Prezes PZPN, Zbigniew Boniek stwierdził wręcz, że w razie innego zwycięzcy należałoby pomyśleć na zmianą formuły plebiscytu. Nigdy nie odejdziemy od tego by w przyszłych, tak jak w minionych 82. zawsze decydujący głos mieli kibice. Z wielką ulgą i radością przyjąłem jednak ich werdykt. Wygrał sportowiec najlepszy i nikt nie ma prawa czuć się skrzywdzony, jak w poprzednich latach. A lista wielkich zawodników, którym nigdy nie dane było wygrać plebiscytu jest przecież długa, od Jerzego Kuleja po Tomasza Majewskiego, który nawet odbierając w sobotę statuetkę Superchampiona napomknął o tym z goryczą.

Jak dobrze, że istnieje Plebiscyt „Przeglądu”. Dzięki niemu możemy należycie uhonorować naszych wspaniałych sportowców, wspaniałych nie tylko na arenach, ale i poza nimi. Jak Piotr Małachowski, któremu ze sceny Teatru Polskiego za życie i zdrowie podziękowały dzieciaki, które uratował, oddając na licytacje swoje najcenniejsze trofea. Jak Bartosz Zmarzlik i Robert Lewandowski, dzięki ofiarności których i Piotra na licytacji tuż przed rozpoczęciem Balu Mistrzów Sportu zebraliśmy na leczenie chorego na raka Kamila aż 111 tysięcy złotych. Kochani, jesteście naprawdę wielcy!

Gala Sportowiec Roku