Esport na igrzyskach czyli ‚barbarzyńcy w pałacu sportu’

CS:GO Paryż, rok 2024. Antyterrorysta przeskakuje z dachu na dach niższego budynku. Jego czterech partnerów zostało wyeliminowanych. Wie, że wszystko zależy od niego. Rzuca granat, zagłuszając nim zeskok. Dzięki temu niezauważony, zachodzi przeciwnika za plecy. Trzymając go cały czas na muszce, podąża za nim na pozycję terrorystów. Tu trzema precyzyjnymi strzałami w głowę (headshot) eliminuje wszystkich i rozbraja bombę sekundy przed wybuchem…

16:14 koniec meczu! Jego drużyna wygrywa ostatnią rundę i cały turniej Counter-Strike: Global Offensive!

Pięciu zawodników w białych koszulkach z orłem na piersi podrywa się zza pulpitów komputerowych. Padają sobie w ramiona, podrzucają w górę spoconego z emocji trenera. 30 tysięczna widownia w paryskiej Hali Bercy szaleje. Ktoś z licznych polskich kibiców na trybunach rzuca im wielką, biało-czerwoną flagę. Trzaskają aparaty komórek, wielu transmituje na żywo na Pericope i FB Live ten historyczny moment. Oto po raz pierwszy na igrzyskach olimpijskich i to w mieście ich wskrzesiciela, barona Pierre de Coubertin rozdane zostaną złote medale w esportowej grze…

Virtus ProCzy taki scenariusz jest możliwy? Oczywiście! Polacy należą do najwybitniejszych graczy w opisanego powyżej CS:GO. – Zaraz, zaraz, ale gdzie nagle jakieś gry komputerowe na igrzyskach?! – zawołacie. Ależ nie dalej jak w środę plany wprowadzenia esportu do programu igrzysk w Paryżu w 2024 potwierdził współprzewodniczący komitetu organizacyjnego, Tony Estanguet. Trzykrotny złoty medalista olimpijski w kajakarstwie górskim stwierdził, że MKOl. nie może być ślepy na rosnącą popularność esportu wśród młodych ludzi.

On i inni działacze wyjaśniają, że jeśli igrzyska chcą w przyszłości zachować status najważniejszego wydarzenia sportowego świata, utrzymać widownię, a co za tym idzie i największych sponsorów, muszą otworzyć się na gry wideo i uznać je za legalną dyscyplinę.

Nie jest w tym odosobniony. Mój redakcyjny kolega, Paweł Kowalczyk, który w grupie Onet-RAS Polska odpowiada za produkty esportowe od dawna nam mówi, że esport na igrzyskach nie kwestia „czy” ale „kiedy”. Wprowadzenie go deklarowali zresztą przedstawiciele Los Angeles, które ostatecznie zorganizuje igrzyska cztery lata po Francuzach.

- Przygarnięcie esportu to kluczowa kwestia dla istnienia samych igrzysk, bo przedstawiciele młodego pokolenia preferują właśnie taki rodzaj rozrywki. Im młodsi tym mniej chcą oglądać tradycyjnych dyscyplin sportu. Wolą śledzić najlepszych graczy w to, w co sami grają. Igrzyska muszą ewoluować w kierunku esportu aby przetrwać – mówi Kowalczyk.

Jego słowa potwierdzają wyniki badań opublikowane przez „SportsBusiness Journal” na temat wieku widzów imprez sportowych w TV i na trybunach. Okazuje się, że my, konsumenci tradycyjnych dyscyplin powoli wymieramy. I tak średnia wieku oglądających igrzyska olimpijskie przesunęła się od 2000 roku z 45 lat do 53 lat w 2016. Średnia wieku śledzących zawody w golfa w USA wynosi dziś 64 lata, tenisa – 61, baseballa – 57, NFL – 50, NHL – 49. Troszkę lepiej ma się piłka nożna – rozgrywki Premier League – 43 lata, MLS – 40.

I uwaga, esport – 32 lata. Ale to w tradycyjnych stacjach telewizyjnych, a na platformach streamingowych jak twich.tv – 25 lat. I gwałtownie spada w miarę przybywania kolejnych roczników. Srednia wieku kibiców sportu przed TV

Na rozważania czy esportowcy powinni startować na igrzyskach, rozdzieranie szat i pisanie o „końcu sportu” i „barbarzyńcach w pałacu sportu” – jak gdzieś przeczytałem, przyjdzie czas, gdy zapadną oficjalne decyzje. Proces już trwa – w lutym 2016 International e-Sports Federation złożyła w MKOl. oficjalne podanie o uznanie e-sportu za dyscyplinę olimpijską.

Na pewno pojawi się na przyszłorocznych Igrzyskach Azjatyckich w Indonezji i cztery lata później w chińskim Hangzhou. Podobny krok rozważają Igrzyska Europejskie i Panamerykańskie. Działacze zaczynają rozumieć, że sport powoli zaczyna bardziej potrzebować esportu niż na odwrót.

Sam nie ukrywam swojej fascynacji tą dziedziną. Od młodych lat „gram w gry”, bywam na rozgrywanych w Polsce esportowych eventach jak katowicki Intel Extreme Masters. Obserwuję w jak zatrważającym tempie się rozwija, zdobywa nowych fanów, oferuje coraz mocniejsze doznania i przeżycia dzięki postępowi technologii, jak VR.

Często bywam przy tym pytany czy esport to sport i odpowiadam, że oczywiście nie. Esport to nie jest sport w znaczeniu jakie przyjmujemy. I wcale nie musi się uwiarygadniać jako taki. Ze sportem łączy go rywalizacja i emocje. Widzowie, którzy zapełniają kilkudziesięciotysięczne hale, reagują na to co dzieje się na wielkich telebimach z pasją kibiców na stadionie piłkarskim.

Przez lata wepchnięty do niszy, rozrósł się tak, że stworzył własny ekosystem. Dorobił się własnych organizacji eventowych, własnych producentów sprzętu i własnych idoli, których transfery sięgają setek tysięcy dolarów. Na każdym kontynencie zaczynają powstawać areny przeznaczone do śledzenia rozgrywek w grach wideo. Jedną buduje miasto Waszyngton, w Londynie nowy stadion Tottenhamu ma być specjalnie przystosowany do oglądania esportowych turniejów w komfortowych warunkach.

Ponieważ przez lata nie mógł przebić się do czołowych mediów, stworzył własną, gdzie mecze na wielu kanałach z komentarzem w dowolnym języku oglądają miliony. Dziś walczą o nieego największe stacje świata: ESPN, Fox Sports, Sky Sports, Pro 7, Canal + czy BBC. Wśród sponsorów są już najwięksi i znani ze sponsorowania sportu jak Coca Cola, Samsung, Adidas, Intel czy Master Card.

Dlatego nie dziwi mnie, że potencjał esportu docenia sam Elon Musk. Jeden z największych wizjonerów naszych czasów, twórca Paypala, szef Tesla Motors i SpaceX stwierdził niedawno, że „esport będzie wkrótce największym sportem na świecie”.

Esport na igrzyskach olimpijskich?

Lucyna Kornobys: Dopóki walczę, jestem zwycięzcą

Nie wiem co to dzień bez bólu i bez marzenia, żeby ten koszmar się skończył. Ale moja historia dowodzi, że nawet ktoś tak potraktowany przez los może się czuć wartościowym i potrzebnym człowiekiem Lucyna KornobysWiecie jak ryje psychikę świadomość, że gdybyście czegoś nie zrobili albo zrobili parę minut wcześniej, całe wasze życie potoczyłoby się inaczej? Mieliście tak czasem? Nazywam się Lucyna Kornobys i od 15 lat jestem przykuta do wózka. Przez porażenie czterokończynowe, które wywołała choroba neurologiczna. Najgorsze, że nikt nie wie jaka. Nie marzę, że kiedyś znajdzie się dla mnie lek i stanę na nogach. Marzę, żeby znalazł się lekarz, który wreszcie postawi trafną diagnozę.

Marzę też o jednym dniu bez bólu, choć po prawdzie to już się do niego przyzwyczaiłam. Ważna rzecz: wcale nie czuję się niepełnosprawna. Wpieniają mnie słowa „inwalida” czy „kaleka”. Pobrzmiewa w nich wyrok, że to ktoś, kto się do niczego nie nadaje. Kto już nic w życiu nie osiągnie. Ja coś osiągnęłam i mam jeszcze dużo do osiągnięcia!

Owszem, był czas, że nie chciało mi się wstać z łóżka, przygotować posiłku, żyć… Ale wzięłam się w garść. A kiedy odkryłam sport, wróciła motywacja. Mam srebrny medal igrzysk paraolimpijskich z Rio. Właśnie zdobyłam w Londynie wicemistrzostwo świata. Na co dzień staram się pomagać niepełnosprawnym w Jeleniej Górze wyjść do świata. Tym, którzy są w takim stanie, w jakim ja kiedyś byłam. Uświadamiam, że nie wolno im dać się zamknąć w czterech ścianach, bo rodzina ich się wstydzi, bo tak wygodniej, bo są człowiekiem gorszej kategorii. Nie są! Staram się pomóc im uniknąć mojego przeklętego losu…

 Ostatni zjazd

Wszystko zaczęło się od feralnego ostatniego zjazdu na nartach. Kochałam narty, w dzieciństwie byłby dla mnie jedną z nielicznych radości. Najpierw bieganie, potem szusowanie z górek…

Mieszkaliśmy w Lubawce. Mamy nie pamiętam, tyle co ze zdjęć. Zmarła na raka kiedy miałam półtora roczku. Ojciec… Był dla nas taki – dla brata i czterech sióstr – że sami zgłosiliśmy się do Domu Dziecka. Byle nas jak najdalej od niego zabrali. Dużo pił i był dla nas okrutny. Nawet nie to że bił, choć potrafił przyłożyć, że mało nie połamał rąk i nóg. Dbał tylko o siebie. On jadł, dla nas nie starczało. Czasem w domu nie było nic do jedzenia przez trzy, cztery dni. W wieku sześciu lat musiałyśmy z siostrą chodzić do ludzi na wykopki, żeby w zamian dostać jakiś posiłek. Albo po prośbie. Albo na szaber po ogródkach.

Dzieciństwo było traumą, której nikomu nie życzę i nie chcę o niej za dużo mówić. Moje środowisko o niej nie wie, nie mówiłam nawet trenerowi. To starte dzieje, po części wyparliśmy je z rodzeństwem z pamięci, nigdy do nich nie wracamy. Mnie musiał w tym pomóc psychoterapeuta, z którym współpracuję od pięciu lat.

Właśnie z Domu Dziecka pojechaliśmy na Kapellę tuż za Jelenią Górą na nocną jazdę. Narty pozwalały mi zapomnieć, zatracić się w czymś przyjemnym. Jeszcze ten jeden zjazd i do busa. Ruszyłam. Na szczycie stanął jakiś facet, rozłożył ręce i wydarł się na cały stok: „Zjeżdżam! Z drogi! Nie umiem jeździć!” Pomknął w dół na krechę jak wariat. I wjechał prosto we mnie. Przekoziołkowaliśmy.

Nie wiele pamiętam. Znieśli mnie ze stoku do busa. Rozwalił mi kolano, poszła łąkotka, więzadła, cała reszta. Nigdy nie przeprosił. Noga w gips na sześć tygodni, wydawało się, że normalka.

Coś się jednak paprało i po dwóch miesiącach lekarze zdecydowali się na artroskopię. I – to tylko moje podejrzenia, bo nie mam żadnych dowodów – podczas usypiania anestezjolog dał mi za dużą dawkę tego czy tamtego. W każdym razie zrobił się spory problem, żeby mnie wybudzić.

 Mniej niż zero

Wiadomo, dzieciaka z Domu Dziecka traktuje się inaczej niż takiego, o którego bez przerwy dopytują rodzice, zanoszą prezenty, wożą na konsultacje. O mnie nie pytał pies z kulawą nogą. Dla Domu Dziecka fakt, że zapakowano mnie na pół roku do szpitala, to był problem z głowy. Też zero zainteresowania.

Po powrocie to samo, choć mój stan pogarszał się z tygodnia na tydzień. Nogi zaczęły coraz gorzej funkcjonować, najpierw jedna potem druga. Nie mogłam ich ani wyprostować ani zgiąć. Lekarze wpakowali je w aparat Ilizarowa, obręcze ze śrubami wkręconymi w kości, ale ścięgna podkolanowe okazały się tak silne, że powyginały śruby. Podcinali więzadła, pakowali nogi w gips, ale nic nie pomagało.

Z czasem straciłem czucie w obu nogach, doszła za to potworna spastyka, czyli skurcze mięśni. Skąd, dlaczego? Przecież nie miałam uszkodzonego kręgosłupa? Lekarze nie wiedzieli. Dostałam rentę 700 zł i do widzenia.

Rodzeństwo zrzuciło się na prywatną wizytę w Poznaniu. Tam usłyszałam, że pewnie popełniono błąd przy znieczulaniu. Ale nikt się do tego nie przyzna, więc nie mam co liczyć na odszkodowanie od szpitala. Dokumentacja medyczna? Nie miałam wtedy głowy, żeby poprosić. Zresztą kto by wydał 15-letniej gówniarze z Domu Dziecka?

Nie mam z niego miłych wspomnień. Na każdym kroku dawano nam odczuć, że do niczego się nie nadajemy, że nic w życiu nie osiągniemy. A przecież moja siostra, starsza o pięć minut bliźniaczka, co rok kończyła szkołę z czerwonym paskiem. Moja średnia też nie była najgorsza – 4,2, ale obniżono mi sprawowanie, bo byłam łobuziarą.

Po gehennie z wypadkiem i powolnej utracie władzy w nogach poczucie mojej wartości nawet nie wynosiło zero. Było grubo poniżej zera. Kompletnie straciłam wiarę w siebie. Jak wychowawczyni pytała uczniów, kto idzie na jakie studia, deklarowałam, że nie będę podchodzić do matury. Bo po co? Co mnie w życiu dobrego czeka? Na szczęście rodzeństwo mnie przymusiło.

Tortury

Na początku starałam się chodzić o kulach. Ale szło mi coraz gorzej, ręce nie wytrzymywały ciężaru. Przejście paru głupich metrów zajmowało pół godziny. Kiedyś nogi ugięły się pode mną na przejeździe kolejowym. Usiadłam na szynach i nie mogłam wstać. Pomyślałem, a niech się dzieje co chce, może tak będzie lepiej. Ale znalazł się jakiś kierowca, wybiegł z samochodu, pomógł mi wstać i nawet odwiózł do domu, choć to było tylko… 200 m.

W końcu rehabilitant powiedział, żebym szykowała sobie wózek, bo mój kręgosłup tego nie wytrzyma. Odparłam buńczucznie, że wolę się już czołgać. Na długi czas zaległam w łóżku. Ale w końcu trzeba było stawić czoła życiu.

Pierwszy rok był torturą. Nie załapałam się na szkolenie jak jeździć na wózku, bo zarezerwowane było tylko dla osób z uszkodzeniem kręgosłupa. A mnie nie wiadomo było co dolega. Problemem było poruszanie się po mieszkaniu, nie wspominając o wyjściu z mieszkania w domu bez windy.

Pamiętam pierwszą wyprawę po zakupy. Nie umiałam podjechać na głupi krawężnik. Tkwiłam przed nim załamana, aż w końcu siadłam na ulicy na tyłku, wepchnęłam wózek na chodnik i wdrapałam się na niego. Zlana potem jak po przebiegnięciu maratonu.

Wtedy rzadko spotykałam się z przejawami życzliwości. Kilka razy pisałam skargi do MZK, bo kierowcom autobusu niskopodłogowego nie chciało się wyjść i opuścić platformy, żebym mogła wjechać do środka. Zamykali drzwi i odjeżdżali, a ja zostawałam na przystanku jak ten frajer. Nikt z pasażerów się nie upomniał. Przepadło mi kilka zabiegów rehabilitacji jakie zafundował mi NFZ.

Innym razem stałam przed sklepem, do którego nie mogłam wjechać przez dwa schodki. Z odliczonymi pieniędzmi prosiłam ludzi, żeby kupili mi czyste płytki CD. Patrzyli na mnie z odrazą jak na wariatkę albo narkomankę. Przez pół godziny nikt nie chciał pomóc. Popłakałam się z bezradności.

Ale zawzięłam się. Skończyłam administrację na Uniwersytecie Wrocławskim. Dostałam pracę w Zespole Obsługi Oświaty w Jeleniej Górze. Tylko wciąż to nie było życie, ale ciągła walka. Do czasu aż w moim życiu pojawił się sport. Aż ktoś mnie nim zaraził. To było jak objawienie.

Srebrne kule

Tym kimś okazał się w 2008 roku Wiktor Żuryński z Jeleniogórskiego Klubu Sportowo-Rehabilitacyjnego. Spotkałam go na mszy dla niepełnosprawnych. Namówił namówił mnie na pokazowy mecz siatkówki na siedząco.

Ze sportem miałam jedno z nielicznych miłych wspomnień z dzieciństwa. Jako 7-latka zajęłam w Lubawce czwarte miejsce w biegu narciarskim na kilometr. Do dziś pamiętam dumę i to, że dostałam w nagrodę taki paskudny jaskrawo-żółty kombinezon. Co prawda po przyjściu do domu ojciec spuścił mi straszne manto, bo chyba byłam za wesoła. Ale nawet razy jakoś mniej bolały. Miałam satysfakcję, że coś mi się udało.

Poszłam. Ciągnęło mnie do ludzi. Zwłaszcza takich, których nie będzie razić moja niepełnosprawność. Popatrzyłam i spodobało mi się. Po roku trener Żuryński stwierdził, że mam na tyle mocne ręce, iż powinnam spróbować także lekkiej atletyki. Zabrałam się za pchnięcie kulą, rzut dyskiem i oszczepem. Okazało się, że mam do tego dryg. Już z pierwszych mistrzostw Polski w Kozienicach przywiozłam trzy medale, po jednym w każdej dyscyplinie.

Pierwszą własną kule kupił mi mój rehabilitant. Trenowałam w domu. Pchałam w ścianę, ale huk był taki, że sąsiedzi wzywali straż miejską. Brat przybił mi więc do ściany gruby materac.

Po roku rzuciłam siatkówkę. Bardzo męczyła ramiona, barki i plecy, bo trzeba się odpychać rękami od parkietu. Uznałam, że lepiej skupić się na jednej dyscyplinie. Poza tym w lekkiej atletyce zależę tylko od własnej formy i nastroju. A w drużynie – wiadomo.

Cieszę się z tego wyboru. Szybko trafiłam do kadry Polski. Zaczęły się wyjazdy po świecie. Jak inaczej byłabym w stanie polecieć np. do Nowej Zelandii? A w 2011 poleciałam i zdobyłam tam swój pierwszy medal MŚ – srebro w rzucie oszczepem. Zawsze jestem druga. Od MŚ w Doha w Katarze w 2015 bez przerwy srebro w kuli. Na igrzyskach paraolimpijskich w Rio, a teraz na MŚ w Londynie do złota zabrakło mi jednego centymetra.

Lucyna Kornobys

Tatuaże

Pomyślałam, skoro potrafię walczyć o siebie na bieżni lekkoatletycznej, to powalczę żeby ludzie bardziej dostrzegali niepełnosprawnych i nas rozumieli. Od siedmiu lat jeżdżę po szkołach na Dolnym Śląsku z prelekcjami. Stworzyłam własną prezentację multimedialną, że dzieci łatwiej pojęły co niepełnosprawność czyni z człowiekiem. Mogą przejechać się na wózku albo przejść z zasłoniętymi oczami jak niewidomi. Prowadzę warsztaty z „savoir-vivre wobec osób z niepełnosprawnościami”, żeby odnoszono się do nas z godnością.

No i wciągam ludzi w sport. Organizuję turnieje, urządzam festyny sprawności, mityngi. Sprowadzam rowery integracyjne, organizuję pokazowe mecze koszykówki czy ścigania na wózkach. Ostatnio siatkówki siedzącej dla dzieci z zespołem Downa. W pewnym momencie jak taki Michałek zdobył punkt z serwisu, to do końca meczu biegał wokół boiska, tak się cieszył. Dla mnie jego radość to największa nagroda za to co robię. To są dla mnie najszczęśliwsze chwile.

Sama kupuję medale, bo dzieciaczek musi dostać choćby najmniejszą nagrodę, żeby mieć motywację. Planów mam wiele. Np na jesieni organizujemy z koleżanką rejs Darem Pomorza dla 20 niepełnosprawnych. To będzie przygoda! Udowodnią sobie samym, że mogą osiągnąć co chcą, a pełnosprawnym, że niczym się od nich nie różnią.

Kiedy jest mi źle i popadam w zwątpienie, co czasem się przecież zdarza, spoglądam na jeden z czterech tatuaży. Zrobiłam logo olimpijskie i paraolimpijskie na obu łydkach, żeby pamiętać kim jestem i jak daleko zaszłam. Na nodze mam sentencję po angielsku: „Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają jak latać”. Bo z czasem dorobiłam się prawdziwych wspaniałych przyjaciół. Np Zbigniewa Ładzińskiego. To biznesmen z Jeleniej Góry, na którego zawsze mogę liczyć, ufundował mi m.in. siedzisko do rzutów. Ale najwięksi to moje rodzeństwo, brat Tomek i siostry Iza, moja bliźniaczka, Sylwia, Agnieszka i Basia.

A na przedramieniu: „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”. Całe moje życie to jedna wieczna walka. Ale mimo wszystko czuję się w niej wygrana. Cholernie wygrana.

Tatuaże Lucyny Kornobys

Był to artykuł napisany dla „Przegląd Sportowy. Reportaż”

#ParaAthletics. Zawód: przewodnik

Joanna Mazur i Michal StawickiCiężko o bardziej wzruszającą dyscyplinę lekkoatletycznych MŚ w Londynie od biegów osób niewidomych. Tych, gdzie ramię w ramię z zawodnikiem podąża przewodnik, połączony z nim opaską, będący jego oczami na bieżni, podpowiadając kiedy wejść w wiraż, a kiedy dać czadu na ostatniej prostej.

Znaleźć osobę, która chciałaby zostać przewodnikiem niewidomego to w Polsce spora sztuka. Po pierwsze szukać można tylko wśród innych lekkoatletów, ci zaś mają swoje kariery, swoje starty i cele. Mogą trenować z niewidomym na pół gwizdka, czasem wspomóc na jakichś zawodach. Takich, którzy byliby gotowi poświęcić mu się w całości, towarzyszyć na co dzień, w każdym żmudnym treningu ze świecą szukać.

Do tego przewodnik musi biegać co najmniej tak samo dobrze jak zawodnik. Tacy, którzy nie wytrzymują tempa, spowalniają zawodnika, są dla niego kulą u nogi.

Ale już znaleźć takiego, do którego zawodnik czułby stuprocentowe zaufanie, robił wszystko na komendę i na bieżni tworzył z nim jeden organizm, to prawdziwy cud. Dwa takie cuda zdarzyły się w polskiej ekipie, gdy Asia Mazur, mistrzyni świata na 1500 m trafiła na swoje drodze na Michała Stawickiego, a Olek Kosaskowski (życiówka w półfinale 1500 m i brązowy medal w finale) na Sylwestra Lepiarza.

Asia

Zaczęła tracić wzrok w wieku siedmiu lat. Okulista zdiagnozował nieuleczalną wadę, tak rzadką, że nawet nie ma nazwy. Wspomina, że postawiła na półce figurkę ukochanego miśka i z dnia na dzień przestawała go widzieć…

Mimo że chodziła do klasy integracyjnej, okrutnie dokuczano jej w szkole, podstawiano nogi, szydzono. Któregoś dnia wróciła spłakana do domu i oświadczyła, że więcej tam nie pójdzie. Rodzice wysłali 13-latkę do internatu szkoły dla niewidomych w Krakowie. Tam nauczyła się samodzielności, a zainspirowana sukcesami niewidomych sportowców, zaczęła biegać.

Już ze znalezieniem trenera był dramat. – Przez rok nikt mi nawet nie odpisał. Za milionowym podejściem dodzwoniłam się do Lecha Salamonowicza, byłego trenera kadry. To człowiek o wielkim doświadczeniu i wielkim sercu. Jako pierwszy powiedział mi: „spróbujmy”. Przez rok trenowałam bez przewodnika. Często myliłam tory, wpadałam na kogoś. Po kolejnej katastrofie zrozumiałam, że trzeba pogodzić się z utratą wzroku – mówi.

Przewodnicy, których wypróbowywała nie podołali treningom. Męczyli się, zostawali w tyle. Aż spotkała Michała Stawickiego. Był świetnym lekkoatletą, triatlonistę i tak bardzo zdeterminowany, żeby wspólnie z Asią trenować dwa razy dziennie, że poświęcił pracę szkole. Po kilku miesiącach treningów wywalczyli złoto na mistrzostwach Europy w Grosseto na 200 m i srebro na 100 m. Gdy na igrzyskach paraolimpijskich w Rio nie weszli do finału, porzucili sprinty na rzecz średnich dystansów. Na MŚ w Londynie w czwartym wspólnym starcie na 1500 m pobili własny rekord o… 15 sekund!

Joanna Mazur i Michał Stawicki

Olek

Kossakowskiego z Lepiarzem łączy burzliwa historia. Panowie rozstali się po igrzyskach w Rio, gdzie nie udało im się wejść do finału. Sylwek, oszołomiony atmosferą na Stadionie Olimpijskim mocno przeszarżował, poprowadził bieg w tempie jak na rekord świata. W efekcie Olek na 400 m przed metą nie był w stanie biec i niemal domaszerował do końca. To ósme miejsce i tak dałoby im prawo startu w finale, gdyby nie to, że zagotowany Sylwek pierwszy przekroczył metę. A przepisy mówią, że zawsze musi to zrobić zawodnik. Zostali zdyskwalifikowani.

- Oszołomiły mnie emocje, presja i niesamowita publika na stadionie. Czułem się jak w statku kosmicznym – tłumaczy Sylwek. – Dziś już nie ma tematu. Tzn jest tylko jako nauczka dla nas. Ale już nie mamy do siebie pretensji – dodaje Olek. A jednak przez kilka miesięcy sprawdzał innych przewodników. Ale drugiego takiego nie znalazł.

Ich relacje świetnie opisują okoliczności zdobycia brązowego medalu na ME w Grosseto. 120 metrów po starcie rywal z Portugalii niechcący nadepnął Olkowi na piętę i ściągnął buta. Już po pierwszym okrążeniu po rozgrzanym tartanie pod skarpetą na podeszwie stopy zrobił mu się pęcherz. Po drugim pękł, skóra zeszła, a podeszwa zmieniła się w krwawą ranę.

- Z początku działała adrenalina, ale jak około 600 m zeszła, ból zrobił się jak cholera. Mówię do Sylwka, że chyba zejdę. Ale on, żebym się nie wygłupiał, bo to mistrzostwa Europy – wspomina Kossakowski.

- Nie wiedziałem co się dzieje. Dopiero jak zobaczyłem krwawe ślady na tartanie, mysle, kurde, co to jest? Po chwili skojarzyłem, że to Olek. Spojrzałem w dół, nie ma buta, zamiast tego czerwona, porwana skarpeta. No, ale już był prawie finisz. Dobiegliśmy. I zdobyliśmy brąz! – mówi Lepiarz.

- Ja na szczęście tych krwawych śladów nie widziałem, bo kto wie jakby to na mnie podziałało. Nie wiem jak dobiegłem, chyba tylko siłą charakteru. Ci, którzy zobaczyli ranę, trenera, kolegów z kadry, złapały mdłości. Jedna wielka rana, do tego czarna z brudu. Lekarze złapali się za głowy, natychmiast do szpitala, kuracja antybiotykowa i opatrunek. – Oj już nie wyolbrzymiaj, przebiegłeś na bosaka raptem 1350 metrów – śmieje się Sylwek.

Dlaczego został przewodnikiem? Przecież nie dla kasy, bo jej tu nie ma. Trenował siedem lat lekkoatletykę, mógłby więcej zarobić w ulicznych startach. Ale chciał spróbować czegoś nowego. – Chciałem się po prostu… poczuć kimś ważniejszym. I czuję się taki – mówi.

Sylwester Lepiarz i Aleksander Kossakowski

#ParaAtheltics. Dwa złote medale i apel do ministra

Joanna Mazur i Michał Stawicki

Dwa złote medale w odstępie kilku minut zdobyli polscy sportowcy w poniedziałek wieczór na Stadionie Olimpijskim w Londynie podczas MŚ w lekkiej atletyce osób niepełnosprawnych. Najpierw Barbara Niewiedział na 1500 m w kat. T20. Po niej niewidoma Joanna Mazur wraz z przewodnikiem Michałem Stawickim na tym samym dystansie

Niewiedział, mistrzyni paraolimpijska na 1500 m wśród osób upośledzonych intelektualnie z Londynu 2012 i Rio 2016 potwierdziła dominację w tej konkurencji. Przez cały wyścig kontrolowała sytuację, nie przejęła się szarżą Amerykanki Kaitlin Bonds i przybiegła na metę ze sporą przewagą nad Ukrainką Ludmiłą Daniliną.

- Mogę właściwie powiedzieć, że to był zwykły dzień w biurze. Na dwóch ostatnich igrzyskach i obu mistrzostwach świata w Lyonie w 2013 i Doha dwa lata temu nie miałam sobie równych. Cieszę się, że nic się w tej kwestii nie zmieniło – śmiała się za metą.

Niewiedział nie przeszkodziło nawet to, że kilka godzin przed wieczornym biegiem wygrała półfinał na 400 m. Na szczęście organizatorzy przygotowali specjalny namiot, w którym można się było zanurzyć w kąpieli w lodowatej wodzie z kostkami lodu. Pierwszy raz skorzystałam z czegoś takiego i to był strzał w dziesiątkę! Igły przeszły całe moje ciało, ale nogi momentalnie odpoczęły i zrobiły się lżejsze. Zanurzyłam się tuż po biegu na 400 m i tuż przed startem na 1500 m – opowiadała.

Dodała, że nie przestraszyła się szarży Amerykanki Bonds, która mocno wyrwała do przodu. – Ona jest faworytką na 400 m, to jest jej koronny dystans, wiedziałam, że nie wytrzyma. Ona będzie moją główną rywalką we wtorek, ale ciesze się, że dostałam trzeci tor a ona piąty. Będę ją miała na widoku – mówiła Niewiedział, która w Rio wywalczyła na 400 m brązowy medal szalonym finiszem, rzucając się na linię mety i upadając na twarz, co zostało uznane przez organizatorów za „najbardziej magiczny moment igrzysk”.

Barbara NiewiedziałLedwo Basia Niewiedział zeszła z bieżny, a w finale biegu na 1500 m osób niewidomych wystartowała Joanna Mazur z przewodnikiem Michałem Stawickim. To dla nich nowy dystans. Wcześniej biegali na 200 m i 400 m, ale choć zdobywali mistrzostwa Europy, po igrzyskach paraolimpijskich w Rio zdecydowali się wydłużyć dystans. I to był strzał w dziesiątkę! W swoim zaledwie czwartym wspólnym starcie na 1500 m, w finale mistrzostw świata po kapitalnym finiszu wyprzedzili Kolumbijkę Arango Buitrago (z Jonathanem Daybesem) i Chinkę Zheng Jin (z Wangiem Zipengiem). Do tego pobili własny rekord aż o 15 sekund!

- Michał jako mój trener postanowił przerobić mnie ze sprinterki na biegacza średniodystansowego, choć nie wierzyłam, że podołam. A jednak! Jak widać oddałam się w dobre ręce. Opłaciły się te wszystkie ciężkie treningi – mówiła Asia.

- Tak naprawdę ułożyłem sobie taktykę na ten bieg jeszcze podczas zgrupowania w Zakopanem. Wszystko było dokładnie przemyślane. Mieliśmy zaatakować na ostatnich 200 m. Jeszcze dziś po obiedzie, Asia zapytała czy na pewno jestem przekonany, że zdążymy przeprowadzić to, co chcemy. Ryzyko było, ale bez niego nie ma największych sukcesów. No i rzeczywiście było „na żyletki”. Jeśli przyprawiliśmy któregoś z naszych kibiców o zawał, to przepraszamy – opowiadał Stawicki, były lekkoatleta i triatlonista.

- Wszystko było jak na treningu, więc nic nie mogło pójść źle. A w dodatku jeszcze niesamowicie niósł nas doping kibiców – dodała Mazur.

Prośba do ministra sportu

Świeżo koronowani mistrzowie świata zwrócili się z ogromną prośbą do ministra sportu, Witolda Bańki o zmianę przepisów. Stypendium za sukces na takiej imprezie jak londyńskie MŚ przysługuje im tylko w przypadku jeśli w finale wystartuje 12 zawodników z 8 państw. Na nieszczęście Mazur i Stawickiego w ostatniej chwili wycofała się Kenijka, nie wystartowali też Rosjanie, bo cała ich lekkoatletyczna reprezentacja została zawieszona za doping przez Międzynarodowy Komitet Paraolimpijski. W efekcie w konkurencji wystartowało więc 11 zawodników.

- Bardzo prosimy ministra, żeby popatrzył łaskawie na sprawę. W sporcie paraolimpijskim niestety łatwo o to, że zabraknie tego kluczowego 12 zawodnika. Po pierwsze z powodu kontuzji, po drugie z braku pieniędzy, wielu krajów nie stać na wysłanie zawodnika, jeśli nie są absolutnymi pewniakami do medalu. A my stajem się ofiarami, bo mimo złotego medalu nie dostajemy stypendium, które zapewniłoby nam przygotowania do kolejnych startów – tłumaczy Joanna Mazur.

Reportaż o Joannie Mazur i Michale Stawickim z Rio: Biegnę w ciemności. Michał to moje oczy

I ona i jej przewodnik musieli zrezygnować z pracy, żeby skoncentrować się na przygotowaniach do igrzysk w Rio i MŚ w Londynie. Ze Stawickim nie przedłużono umowy w szkole gdzie uczył WF. Mazur pracowała w przychodni jako masażystka. – Ale 18 osób dziennie i do tego trening wytrzymałościowy, trzy godzinna siłownia było ponad moje siły. Wykańczałam się. Trenowanie tego sportu to dla nas ciężkie zderzenie z rzeczywistością. Sporo poświęciliśmy przez ten rok. Ale uważamy że warto. Idziemy do przodu i spełniamy marzenia – mówi Asia.

Michał podkreśla, że w tej dyscyplinie nie można zawodnika oddzielić od przewodnika, który jest jego oczami, połączony z zawodnikiem opaską dyktuje tempo, podczas biegu informuje: „prosta”, „wyjście z wirażu” itp. nie wolno mu wyprzedzać ani ciągnąć zawodnika. – To nie może być ktoś przypadkowy, ale ktoś kto zgra się z zawodnikiem w jeden organizm. Biedniejsze, np. afrykańskie kraje radzą sobie tak, że z niewidomym zawodnikiem biegnie, który startuje też w swojej konkurencji. Np z zawodniczką z Angoli bieg jej rodak bez oka, z inną ktoś po amputacji. Ale wówczas ciężko o te największe sukcesy. JM4Fizjoterapeuta Leszek Izdebski po przegranym zakładzie przenosi Joasię Mazur przez bieżnię. Będzie jeszcze musiał wystartować na 400 m. Z tyłu Michał Stawicki

 

#ParaAtheltics. Renia Śliwińska: Lwi pazur i cztery życiówki

Renata ŚliwińskaRenata Śliwińska ze Skwierzyny wywalczyła srebrny medal w pchnięciu kulą w klasie F40, czyli dla osób niskorosłych. W finale konkursu MŚ w lekkiej atletyce osób niepełnosprawnych w Londynie aż cztery razy pobiła rekord życiowy!

Śliwińska to kolejna medalistka mistrzostw świata spod skrzydeł trenera Zbigniewa Lewkowicza, który wynalazł i wychował między innymi takich paraolimpijczyków jak Maciej Lepiato (dwukrotny złoty medalista igrzysk i rekordzista świata w skoku wzwyż), Bartek Tyszkowski (srebrny w Rio, wielokrotny mistrz i rekordzista świata w pchnięciu kulą i dysku) czy złoty medalista z Aten w kuli i dysku Tomasz Blatkiewicz.

- Renia pokazała w tym konkursie lwi pazur i zagotowała przeciwniczki. Już w pierwszym rzucie pobiła życiówkę uzyskując 6,94 m. W finałowej serii pierwszy raz w karierze przekroczyła barierę 7 metrów i ostatnie skończyła na 7,23. To fenomenalnie na kogoś, kto trenuje dopiero od półtora roku – cieszył się Lewkowicz.

Śliwińska miała szczęście, że jej rodzinna Skwierzyna leży 20 km od Gorzowa, gdzie Lewkowicz pracuje z niepełnosprawnymi w miejscowym Starcie. Prowadził wykłady na dyrektorów szkół w powiecie międzyrzeckim jak nauczać niepełnosprawnych. Wśród slajdów przewinął się Tyszkowski, który ma karłowatość. – Po spotkaniu jeden z dyrektorów zaczepił mnie, że zna dziewczynę, która nie bardzo wie co robić w życiu, a ma mnóstwo energii, jest dynamiczna i pozytywne nastawienie do świata. Spotkaliśmy się w Gorzowie i na pierwszych treningach zaiskrzyło. Od razu wiedziałem, że ma niezwykły talent do sportu.

Renata Śliwińska i trener Zbigniew LewkowiczŚliwińska opowiada, że od dziecka ciągnęło ją do sportu, ale głównie grała na podwórku z chłopakami w piłkę nożną. Jej wielkim idolem i inspiracją od lat jest Robert Lewandowski. Pchnięcie kulą? Zastrzegła trenerowi, że po pół roku treningów zdecyduje, że jej się to podoba.

- Ale przez pierwsze dwa miesiące zrobiła takie postępy, że jak zabraliśmy ją na mistrzostwa Europy w Grossetto to pobiła tam rekord świata w rzucie dyskiem! – mówi Lewkowicz. – Udowodniła nam, że jest takim fajterem, że pojechała też na igrzyska paraolimpijskie do Rio. Tam kategorie są połączone i Renia, która ma 125 cm wzrostu musiała walczyć z zawodniczkami wyższymi od siebie o 10-15 cm. Więc mimo że i tam zrobiła życiówkę, zajęła dopiero szóste miejsce. Ale z dzisiejszym wynikiem z Londynu miałaby w Rio brąz.

- Dziś to żałuję tylko że tak późno wzięłam się za sport paraolimpijski, miałam już 20 lat. Szkoda, że nie wcześniej. Wcześniej tylko szkoła, dom. Niespecjalnie lubiłam wychodzić, bo wiadomo jak przykre potrafią być ludzkie spojrzenia. Pewnie gdyby nie sport, skończyłabym szkołę handlową i była sprzedawczynią. Albo wyjechałabym za praca do Irlandii, bo sporo znajomych właśnie tam zarabia i byli chętni pomóc w organizacji. A tak trenuję ciężko od poniedziałku do piątku w Gorzowie, a w sobotę sama w Skwierzynie i mam z tego wielką satysfakcję – mówi Śliwińska.

Chciałabym, żeby ten mój srebrny medal i sukcesy sportowe były inspiracją dla innych niepełnosprawnych, którzy może wstydzą się wyjść z domu do ludzi, boją nieżyczliwych albo ciekawskich spojrzeń. Nie ukrywam, że sama też się kiedyś bałam. Nie wolno. Trzeba być silnym i lubić siebie. Mamy takie samo prawo do życia jak wszyscy inni. A osiągnąć możemy nawet więcej. Jestem żywym przykładem, że sport jest w stanie odmienić życie na lepsze – przekonuje Renia, która w trakcie naszej rozmowy odebrała telefon z gratulacjami od burmistrza Skwierzyny.

Renata Śliwińska i jej tunezyjhskie rywalki które przedzieliła na podiumRenata Śliwińska i jej tunezyjskie rywalki które przedzieliła na podium

#ParaAthletics. Srebrny finisz Mateusza Michalskiego


Mateusz Michalski wywalczył srebrny medal w biegu na 100 m w kat. T13, czyli osób niedowidzących na MŚ w lekkie atletyce osób niepełnosprawnych w Londynie. Drugie miejsce na podium zapewnił sobie dosłownie rzutem na taśmę, szalonym atakiem na finiszu z czwartego miejsca

- Wiedziałem, że wygra ten, kto pobiegnie do końca i rzuci się na linie mety. Tzn wiedziałem, że wygra Irlandczyk Jason Smyth, bo od paru lat nie ma sobie równych i rządzi w naszej kategorii. Kandydatów do miejsca na podium obok niego było kilku. Chciałem powalczyć, choć setka to nie mój koronny dystans, ja jestem klasyczną dwusetą.T

Toteż po cichu liczył co najwyżej na brązowy medal. Ale gdy w środku stawki poczuł, że idzie równo z rywalami, zrozumiał, że może przesądzić dobry finisz. Na mecie wyprzedził Australijczyka Chada Perrisa o 0,01 sekundy! Czas 10.95 to jego najlepszy wynik w sezonie.

Mateusz MichalskiMichalski to mistrz i srebrny medalista paraolimpijski z Londynu 2012 na 200 m i rekordzista świata, ale w kategorii T12 dla osób z bardzo ograniczonym widzeniem. Od siódmego roku życia cierpi na chorobę Stargarda, która pozbawiła go 90 procent wzroku.

- Choroba zeżarła sobie tyle wzroku ile chciała i się zatrzymała. Szczęśliwie od 20 lat nie posunęła się na przód. Nie ma na nią lekarstwa, ani nie da się niczego naprawić operacyjnie. Widzę tylko z bliska, im dalej tym bardziej rozmazany obraz. Mam problem z rozpoznawaniem twarzy, czytaniem czcionki. Ale i tak czuję się szczęśliwy, że widzę choć do tych dwóch metrów w przód. I że mogę robić to, co kocham – mówi.

W 2013 Michalski postanowił przenieść się do trudniejszej kategorii dla widzących nieco więcej. – To była kwestia motywacji, nie miałem już się z kim ścigać, nasza grupa się wypaliła. A mnie motywuje tylko rywalizacja, nie pieniądze czy łatwe sukcesy. A tu biega ten niepokonany Irlandczyk, nieźli Brazylijczycy, Australijczycy, poziom jest znacznie wyższy. Znów poczułem ochotę wychodzenia na trening. I satysfakcję z sukcesów – opowiada.

Michalski startuje trzy lata w nowej kategorii i to jego największy sukces. Do sportu trafił w szkole integracyjnej w Owińskach pod Poznaniem, gdzie trener Wiesław Pawlak prowadził kółko sportowe i zaraził go pasją do biegania.

- Miałem szczęście do trenerów, przez siedem lat prowadził mnie Adam Kaczor, uczestnik igrzysk w Meksyku. A teraz fantastyczny szkoleniowiec Tadeusz Such. Ułożył mnie technicznie. Z powodu słabego wzroku ciężko mi koordynować ruchy, a on pracuje nad każdym szczegółem – opowiada.

I wyjaśnia, że poprawił wyjście z bloków i pierwsze 25 m. Miał tendencję, żeby automatycznie skracać krok, teraz z każdym stara się sięgać coraz dalej, maksymalnie go wydłużać. Nie patrzeć w dół, bo robił wówczas „garba”, ale starać się sięgać wzrokiem przed siebie. – Jest sporo detali do poprawy, w jeden rok nie da się wszystkiego ogarnąć. Ale już do igrzysk paraolimpijskich w Tokio powinniśmy dać radę – mówi. Mateusz MichalskiMateusz musiał podejść naprawdę blisko telewizora, żeby obejrzeć własny finisz

#ParaAthletics. Nie ma zmiłuj, czyli jak wykuć przyszłego mistrza

Łukasz Czarnecki17-letni Łukasz Czarnecki to najmłodszy zawodnik w polskiej kadrze na MŚ #ParaAthleics. Ma szanse na medal w konkursie rzutu oszczepem, choć wystąpi… ze złamaną i zadrutowaną ręką. Trener Zbigniew Lewkowicz opowiada jak formuje przyszłego paraolimpijczyka.

Łukasz startuje w kategorii osób po dziecięcym porażeniu mózgowym. Jest najmłodszym zawodnikiem w 51-osobowej polskiej ekipie na MŚ w lekkiej atletyce osób niepełnosprawnych London 2017 i zarazem największym pechowcem. Mało brakowało, a w ogóle by do Londynu nie przyjechał. Na majowym zgrupowaniu w Bydgoszczy uszkodził mięsień dwugłowy uda. Ledwo fizjoterapeuci postawili go na nogi, a na kolejnym obozie w Słupsku upadł w czasie treningu wielobojowego i złamał prawą rękę. Szczęście w nieszczęściu, że nie tę, którą wykonuje rzuty.

- W szpitalu okazało się, że nie ma przemieszczenia, że to raczej tzw „złamanie zielonej gałązki”. Ale lekarze i tak musieli dokonać drutowania, bo to ręka spastyczna po porażeniu, trzeba ją było stabilnie złożyć – opowiada trener koordynator lekkoatletycznej reprezentacji Polski, Zbigniew Lewkowicz.

Sztab miał trzy dni na decyzję, czy wycofać Łukasza z MŚ, ale byłby to wielki zawód i dla niego i dla wszystkich. Zasłużył sobie na wyjazd – na mistrzostwach Polski w Białymstoku zdobył złoty medal i osiągnął niezbędne minimum na wyjazd, w światowym rankingu seniorów zajmuje trzecie miejsce.

- Zdjęcie wykazało, że wszystko jest dobrze złożone, wspólnie z rodzicami podjęliśmy decyzję, żeby jechał. Wystartuje, ale wynik ma dla mnie drugorzędne znaczenie. Zależy mi, żeby Łukasz oswoił się z presją wielkiej imprezy. Tłumem dopingujących kibiców, ogromem Stadionu Olimpijskiego, który robi wrażenie na każdym, kto stanie na bieżni. To bardzo silne przeżycie. Jestem zwolennikiem żeby zawodnicy jak najszybciej zderzali się z takimi bodźcami na wielkich imprezach. Doświadczenie jest bezcenne. Ostatnio na igrzyskach paraolimpijskich w Rio kilku debiutantów przytłamsiła presja, spalili się w niej i osiągnęło gorsze rezultaty niż by mogli. Chcę, żeby Łukasz do igrzysk paraolimpijskich w Tokio nabrał doświadczenia i nauczył radzić sobie z presją – tłumaczy Lewkowicz.

Łukasz Czarnecki rzu ca oszczepem w LondynieTo ojciec zaprowadził Łukasza do Lewkowicza w klubie Start Gorzów, bo słyszał już o dokonaniach trenera, który wynalazł i wychował między innymi takich paraolimpijczyków jak Maciej Lepiato (dwukrotny złoty medalista igrzysk w skoku wzwyż), Bartek Tyszkowski (srebrny w Rio, wielokrotny mistrz i rekordzista świata w pchnięciu kulą) czy złoty medalista z Aten w kuli i dysku Tomasz Blatkiewicz. Ten ostatni również z niedowładem lewostronnym ręki i nogi po mózgowym porażeniu dziecięcym.

- Ojciec chciał, żeby syn się ruszał, zamiast tkwić w czterech ścianach i gapić się w ekran telewizora lub komputera. Łukasz był wtedy w szóstej klasie, a ja zazwyczaj zaczynam trenować dopiero gimnazjalistów. Ale przekonały mnie warunki fizyczne taty, który był wielkim, ponad dwumetrowym chłopem – opowiada Lewkowicz.

Na początku Łukasz dwa razy w tygodniu na treningi ogólnorozwojowe, żeby trener mógł się rozeznać, w jakiej dyscyplinie sprawdziłby się najlepiej. – To była raczej zabawa w sport. Jestem nauczycielem i wiedziałem, że gdybym od razu dał mu do ręki kulę, oszczep lub dysk, albo kazał biegać, młody szybko by się zniechęcił. Głownie graliśmy w kosza, trenowaliśmy skoczność, z czasem dołożyłem techniki rzutowe, bo zrozumiałem, że Łukasz to świetny materiał na dobrego zawodnika. Ma szybką rękę i szybki nadgarstek. Potrzeba mu tylko pracy nad koordynacją ruchową – mówi.

Nie ma pośpiechu, bo przy porażeniu mózgowym trzeba uważać na kręgosłup. W pewnym momencie, gdy Łukasz zaczął szybko rosnąć, Lewkowicz wraz z rodzicami podjęli decyzję o przerwaniu treningów na pół roku, żeby nie nadwyrężyć słabej chrząstki kolanowej, bo mogłaby pęknąć.

- Myślę, że Łukasz będzie kiedyś wysokiej klasy kulomiotem. Na razie trenujemy z 3 kg kulą, bo ta seniorska jest jeszcze za ciężka dla 17-latka, na razie skupiamy się na oszczepie, który wymaga za to dużo większej techniki – mówi Lewkowicz. I podkreśla zaangażowanie rodziców w modelowanie przyszłego mistrza. – Łukasz mi się przyznał, że przez pierwsze dwa lata treningi mu się nie podobały. Wolałby zostać w domu i grać na komputerze, ale ojciec przywoził go z żelazną konsekwencją. Nie było zmiłuj. Aż przyszły pierwsze małe sukcesy i dziś już Łukasza nie trzeba namawiać na trening. Trzeba uważać, żeby z nim nie przesadził.

Łukasz Czarnecki i trener Zbigniew Lewkowicz

#ParaAthletics. Pojedynek fenomenów, czyli bądź kumplem, nie oprawcą

Richard Whitehead i Ntando MahlanguDziś wieczór na MŚ w lekkiej atletyce pojedynek dwóch fenomenów. W finale 200 m zawodników z amputacją obu nóg, 40-letnia ikona paraolimpizmu, rekordzista świata w maratonie i jednocześnie niepokonany od 2011 sprinter, zmierzy się z 15-latkiem z RPA, który zaledwie pięć lat temu nauczył się chodzić. Na igrzyskach paraolimpijskich w Rio pierwszy z nich zdobył złoto, a drugi – srebro. Jak będzie w Londynie?

Richard Whitehead to jeden z najbardziej utytułowanych sportowców paraolimpijskich w historii i prawdziwy fenomen. W 2010 roku podczas maratonu w Bostonie czasem 2:42:52 pobił własny rekordy świata w kategorii osób z amputacją obu nóg poniżej kolana (rekord świata w półmaratonie też należy do niego). Ponieważ tej kategorii nie ma w programie igrzysk paraolimpijskich, a organizatorzy nie dopuścili go do startu z osobami z amputacją powyżej kolan, przerzucił się na sprinty. Od 2011 nie przegrał ani jednego biegu na 200 m. Zdobył trzy złote medale na trzech kolejnych mistrzostwach świata, bijąc przy tym rekordy świata. A także złoto igrzysk paraolimpijskich w Londynie w 2012 i Rio de Janeiro 2016.

Inspiracja

Na co dzień uczy pływania w Nottingham. Zimą uprawia hokej na sankach – był nawet członkiem ekipy Wielkiej Brytanii na igrzyskach paraolimpijskich w Turynie w 2006. Jest twarzą fundacji walczącej z rakiem kości, wielu akcji charytatywnych,i promujących sport niepełnosprawnych. W ramach jednej z nich – „Richard Whitehead Runs Britain” – przebiegł 40 maratonów w 40 dni! W uznaniu zasług Królowa Elżbieta II uhonorowała go w 2013 roku Orderem Imperium Brytyjskiego.

Opowiada, że do biegania maratonów by w ten sposób zbierać pieniądze na walkę z rakiem zainspirowała go historia kanadyjskiego lekkoatlety, Terry’ego Foxa. Gdy wieku 22 lat z powodu raka kości amputowano mu nogę, postanowił przebiec w poprzek Kanady z Wschodniego na Zachodnie wybrzeże. W czasie biegu, nazwanego Marathon of Hope – Maraton Nadziei, zbierał datki na fundusz walki z nowotworami. Ruszył 12 kwietnia 1980 w St. John’s na Nowej Fundlandii od symbolicznego zanurzenia swej sztucznej nogi w falach Oceanu Atlantyckiego i napełnienia baniaka wodą, którą zamierzał wylać pod koniec biegu do Oceanu Spokojnego. W 143 dni zdołał przebiec 5300 km, czyli średnio właśnie 42 km. Niestety z powodu przerzutów do płuc musiał przerwać bieg i wkrótce potem zmarł. Jednak jego idea przetrwała. Co roku na całym świecie (także w Polsce) odbywa się Terry Fox Run, dzięki którym na walkę z nowotworami zebrano ponad 400 mln dolarów.

- Przed 2004 roku nie byłem w stanie biec na obu protezach, nie pozwalała jeszcze na to technologia, a kiedy już się pojawiła, była koszmarnie droga. Kiedy już zacząłem, długo nie byłem w stanie zejść poniżej pięciu godzin. W 2006 roku po 11 miesiącach treningów wystartowałem w Maratonie Nowojorskim, który skończyłem w czasie 5 godzin i 18 minut. Przerażony przez cały bieg jak postrzegają mnie ludzie. Bałem się, że będą mnie wytykać palcami jak dziwadło. Ale oczywiście spotkałem się z pełną akceptacją – wspomina.

W 2009 roku, m.in. dzięki treningom ze słynną zwyciężczynią maratonów, Paulą Radcliff udało mu się jego pierwszemu zawodnikowi po podwójnej amputacji zejść poniżej trzej godzin – Maratona Di Roma skończył z czasem 2:56:45.

Richard Whitehead w środkuWymioty ze szczęścia

Z Ntando Mahlangu spotkali się już w finale igrzysk paraolimpijskich w Rio. Wówczas górą był Brytyjczyk, 14-letni zawodnik z RPA musiał zadowolić się srebrnym medalem. Ale był tak podniecony i zachwycony, że za metą zwymiotował ze szczęścia. Nie pierwszy raz.

Wychowany w Tweefontein w prowincji Mpumalanga, urodził się z hemimelią – wadą polegająca obustronnym niedorozwoju kończyn dolnych, zwaną również „wrodzoną amputacją”. Dziesięć lat przesiedział na wózku, pogodzony że nigdy z niego nie wstanie. Aż odnalazła go fundacja non-profit „Jumping Kids”, która w RPA wyposaża w zaawansowane technologicznie protezy dzieci, nawet najbiedniejsze, ze slamsów.

Ntando stawiał swoje pierwsze kroki akurat w trakcie igrzysk paraolimpijskich w Londynie w 2012. Nawet mu wtedy do głowy nie przyszło, że za cztery lata zdobędzie medal, przegrywając tylko z legendą.

- Wtedy skupiałem się tylko na chodzeniu. To był coś tak wspaniałego, że po paru pierwszych krokach zwymiotowałem ze szczęścia. Przybiegł zaniepokojony lekarz, że coś ze mną nie tak. Ale uspokoiłem go, że to euforia, że to najszczęśliwszy dzień w życiu. Jakbym wyrzygał te wszystkie lata spędzone na wózku, z zazdrością, że wszyscy moi bliscy i rówieśnicy biegają za piłką. Tak mi się to spodobało, że nauczyłem się chodzić w pięć dni – opowiada Ntando.

Jak mówi, protezy nie sprawiły że przestał być niepełnosprawny. Ale wreszcie mógł stanąć z kimś twarzą w twarz, spojrzeć w oczy, uśmiechem odpowiedzieć na uśmiech. – Gdy ktoś mnie pyta, co mi sprawia największa przyjemność od czasu gdy potrafię chodzić, odpowiadam że możliwość robienia babci herbaty. Wcześniej nie dosięgałem do stołu…

Natychmiast rzucił się do uprawiania sportu. Po dwóch latach treningu, został mistrzem RPA poniżej 20-roku życia, a przy okazji srebrny medal w skoku w dal. Rok później mistrzem kraju seniorów i dołożył złoto w rzucie oszczepem, bo chwytał się wielu dyscyplin. W 2013 na MŚ do lat 23 w czeskiej Pradze zdobył cztery złote medale i został wybrany najlepszym zawodnikiem imprezy. Co zawody pobija życiówki. Ma już na koncie kilkanaście rekordów RPA, Afryki i już pierwszy paraolimpijski rekord świata – w biegu na 400 m.

Bądź kumplem

Przed założeniem protez uczęszczał do szkoły dla niepełnosprawnych, w której przyuczano do prostych zawodów. Dziś marzy o studiach inżynierskich albo informatycznych, bo wie, że choć jego sportowa kariera dopiero się zaczyna, prędzej czy później się skończy. Staje się coraz bardziej popularny. Między innymi za sprawą kampanii telewizyjnej kanału Cartoon Network „Be a Buddy, Not a Bully” (bądź kumplem, nie oprawcą) przeciwdziałającej przemocy w szkole i w sieci, która wypuściła spoty reklamowe z Ntando w całej Afryce.

- Jestem dumny z tego co już osiągnąłem i mam nadzieję, że moi szkolni oprawcy zobaczą gdzie zaszedłem. Doskonale wiem co to hej, jak mogą cę potraktować rówieśnicy bez serca. To dla mnie wielki zaszczyt, że mogę moją postawą zainspirować jakieś dzieciaki, które może teraz uwierzą w siebie. A przede wszystkim przeciwstawią się hejtowi, opowiedzą o nim, nie będą się mu bezwolnie poddawać – mówi.

Na igrzyskach w Rio startował mając 14 lat, ale rywalizacja z dorosłymi facetami nie przeraża go. – Tam skąd pochodzą, ktoś kto nie możesz chodzić, musi dorosnąć szybciej. Ja musiałem nauczyć się radzić sobie z rzeczami, których moi zdrowi rówieśnicy nawet sobie nie wyobrażają. Doświadczenia uformowały mnie jako osobę. Rywalizacja z dorosłymi nie onieśmiela mnie, wrecz przeciwnie, mobilizuje do ciężkiej pracy – mówi.

- Ntando robi niesamowite postępy z zawodów na zawody. Do niego należy przyszłość w tej dyscyplinie. Rozmawiam z nim, doradzam, staram się inspirować. Wiem, że mnie wkrótce pokona, że przejmie pałeczkę. Ale nie chcę mu jej po prostu przekazać i zakończyć karierę. Chcę przy okazji popchnąć go, żeby osiągał w tym sporcie rzeczy wielkie – mówi o młodym rywalu Whitehead. Ntando Mahlangu

#ParaAthletics: Janusz Rokicki, czyli moc się nie kończy

Janusz RokickiJanusz Rokicki zdobył pierwszy medal dla polskiej ekipy podczas lekkoatletycznych mistrzostw świata osób z niepełnosprawnością w Londynie. Srebrny medalista igrzysk paraolimpijskich w Rio w pchnięciu kulą podobnie jak w Brazylii walczył podczas konkursu nie tylko z rywalami ale i z kontuzją i potwornym bólem.

- Uff, mam stan przedzawałowy. Trudny, nerwowy konkurs, jak dobrze, że już się skończył! To niby tylko brązowy medal, ale tak naprawdę to aż brązowy medal! Bałem się, że nie dam rady. Kiedy w pierwszej rundzie Hindus rzucił o centymetr więcej ode mnie i zrzucił na czwarte miejsce, myślałem że już po wszystkim. Ale spiąłem się: „ból, bólem, ale zbiorę się w sobie, ile ducha kołacze. Medal to mus!” Na szczęście się udało – mówił po zejściu z bieżni Stadionu Olimpijskiego.

Rokickiemu odnowiła się kontuzja barku, której doznał na igrzyskach w Rio. 10 dni przed startem przewrócił się na mokrej podłodze w łazience podczas przesiadania się. Naderwał mięsień nadgrzebieniowy, zerwał podłopatkowy. Był w stanie odbyć tylko jeden trening. Gdyby nie geniusz naszych rehabilitantów, nie byłby w stanie wystartować.

- Niby zaleczyłem kontuzję, ale ze względów finansowych nie było mnie stać na poddanie się operacji. Na okrągło rehabilitacja, pani Danusia Tadel dokonywała cudów, stawiała mnie na nogi, ale nie byłem w stanie robić stuprocentowych siłowych treningów. Kiedyś wyciskałem 230 kg, a tu już przy 80 kg kłuło niemiłosiernie. Co zawody rzucałem coraz krócej i krócej. Bałem się, że będzie ze mną jak z akumulatorem, którego nie ładują – moc się skończy. No, ale trochę jej jednak zostało – mówi.

Janusz RokickiRokicki opowiada, że operacji nie zrobił, bo w NFZ usłyszał, iże czas oczekiwania to… cztery, pięć lat. Koszt prywatnej wynosi 15 tys. złotych. – Skąd wytrzasnąć taką kasę? Ale dłużej tak nie pociągnę, to nie ma sensu. Marzę o występie na igrzyskach w Tokio w 2020. Operacja to roczna przerwa, więc jeśli ją robić, to teraz. Przegadamy tę kwestię z trenerem – mówi.

Rokicki to trzykrotny srebrny medalista paraolimpijski, z Aten, Londynu i Rio. Przykuty do wózka od 1992 roku. Od feralnego lata, kiedy jako 18-latek pracował na budowie jako pomocnik murarza, po 12 godzin w 40 stopniowym upale. Po pierwszej wypłacie w drodze do domu zahaczył o bar.

– I do dziś tego żałuję… może moje życie byłoby inne gdybym szedł prosto do domu. Teraz wiem, że musiano mnie obserwować. Ktoś zauważył, że mam dużą sumę pieniędzy przy sobie. Wracałem torami. Nagle z tyłu otrzymałem potężne uderzenie w tył głowy, po którym straciłem przytomność. Zabrali mi portfel z dokumentami wraz z ciężko zarobioną wypłatą i zostawili na torach na pewną śmierć! Jadący pociąg o 4. rano zmienił całe moje życie. Maszynista zobaczył mnie leżącego między szynami, ale było już za późno… trzy wagony przejechały mnie obcinając obie nogi – wspomina.

Spędził cztery miesiące w szpitalu w Cieszynie, trzykrotnie przeszedł reamputację prawej nogi. Ból czasami bywał nie do zniesienia. Potem – jak wspomina – przez lata był więźniem we własnym domu. Przez pierwszych osiem lat nie uprawiał sportu, bo nie wiedział, że istnieje taka możliwość dla niepełnosprawnych. Na sport namówił go trener Czesław Banot. Najpierw na pływanie, potem podnoszenie ciężarów. Ale najlepiej odnalazł się w kuli. Po półrocznym treningu Rokicki został wicemistrzem Polski. Do dziś jego kariera to pasmo sukcesów.

Jego misją jest namawianie na sport innych niepełnosprawnych. – Jak spotkam w moim Cieszynie na ulicy niepełnosprawnego to nie puszczę! Zagaduję, agituję, namawiam na trening. Tłumaczę, że szkoda życia marnować w domu. Sport do pewnego poziomu rehabilituje, ale kiedy zaczyna się wyczyn, zaczyna się prawdziwa przygoda – mówi.

- Po igrzyskach w Rio, które transmitowała TVP zauważyłem poprawę w tym jak ludzie nas postrzegają. Oczywiście daleko nam do olimpijczyków, ale kroczek po kroczku jest coraz lepiej. Społeczeństwo coraz bardziej się z nami oswaja, docenia nasz wysiłek. Nie raz zdarzyło mi się, że mnie ktoś rozpoznał, bez przerwy mam zaproszenia ze szkół. Założyłem klub IKS Cieszyn, dzięki Rio łatwiej mi werbować nowych zawodników. Ostatnio na mistrzostwa Polski w Białymstoku zabrałem aż szóstkę nowych – mówi.

W klubie Rokickiego można trenować dyscypliny rzutowe. – Trzeba było coś zrobić w Cieszynie. Choć gdybym wiedział, że będzie aż tak ciężko, a koszty takie wielkie, nie wiem czym bym się porwał. Przydałby się sponsor, wówczas moglibyśmy więcej jeździć na zawody. Ale najważniejsze, żeby ludzie na wózkach nie siedzieli pochowani po domach, żeby mieli cel. Tym bardziej się cieszę z tego medalu, a nuż kogoś zainspiruje!

IKS Cieszyn

Mistrzostwa w Mekce niepełnosprawnych sportowców

Para Athletics

W Londynie ruszają Mistrzostwa Świata Osób Niepełnosprawnych w Lekkiej Atletyce (World Para Atlethics). A ja znów jak podczas igrzysk paraolimpijskich w Rio będę miał zaszczyt pełnić rolę attache prasowego naszej reprezentacji i donosić państwu o sukcesach polskich sportowców. Te na pewno przyjdą. Wysyłamy największą ekipę w historii – 49 zawodników i dwójkę przewodników niewidomych. Na poprzednich MS w Doha w 2015 roku Polacy zdobyli 21 medali, teraz wcale nie musi być gorzej.

Impreza zapowiada się rekordowo. Organizatorzy chwalą się, że sprzedali już 230 tys. biletów na trybuny Stadionu Olimpijskiego (przerobionego na powrót z piłkarskiego na lekkoatletyczny, bo ostatnio stał się siedzibą klubu Premier League – West Ham United). Do dopingowania paraolimpijczyków osobiście zachęcał brat następcy brytyjskiego tronu, Książę Harry. W kampanię włączyło się wielu celebrytów, aktorów, piosenkarzy i zawodników londyńskich klubów piłkarskich, promując w mediach społecznościowych hasztag #fillthestadium – wypełnijmy stadion.

Nie będzie z tym problemu, bo Londyn to prawdziwa mekka sportów paraolimpijskich. Udowodniły to igrzyska w 2012 – wypełnionymi po brzegi trybunami i fantastyczną atmosferą. – Po Pekinie, gdzie trybuny wypełniono urzędowo i kompletnie pustych Atenach to był szok. Takiego dopingu nie mieliśmy nigdy. Nie dało się opuścić stadionu z medalem na szyi, bo ludzie zatrzymywali o autografy, zdjęcia – opowiada Alicja Fiodorów, mistrzyni świata na 400 m, wielokrotna medalistka igrzysk paraolimpijskich.

- W Anglia to jeden z tych krajów, gdzie sport niepełnosprawnych traktuje się na równi ze sportem pełnosprawnych. Zresztą trenują wspólnie, mają tę samą opiekę, stypendia. A kibice doskonale rozumieją zasady zawodów, podziału na kategorie niepełnosprawności, rozpoznają najlepszych zawodników – dodje.

Takie podejście marzy się Maciejowi Lepiato, największej polskiej nadziei na złoto w Londynie. Dwukrotny mistrz paraolimpijski w skoku wzwyż, trzykrotny mistrz świata w gorzkim wpisie na Facebooku zaapelował do mediów o większą uwagę, a do kibiców o wsparcie.

- Sport niepełnosprawnych nie cieszy się zainteresowaniem mediów. Czas to zmienić. Pokażmy, że jest wiele osób, które to interesuje. Czy chcecie znajdować takie informacje na stronach sportowych głównych mediów? Jeżeli tak, to kliknijcie i udostępniajcie innym! – zapisał, zyskując póki co 7,5 tys. polubień.

- Z badań opinii publicznej wynika, że Polacy interesują się sportem niepełnosprawnych. W praktyce tego nie widać. Nie czuję się znany. Po paraolimpiadzie zdarza się, że ktoś obcy rozpoznaje mnie na ulicy. Ale to trwa krótko, najwyżej kilka tygodni. Potem wszystko wraca do normy. Zapominają też dziennikarze. Czasami po zawodach ktoś zadzwoni, ale są to sporadyczne sytuacje i raczej media lokalne – napisał na łamach wyborcza.pl.

Jego zdaniem winne są stereotypy. Ludziom wydaje się, że sport niepełnosprawnych jest bardziej amatorski i uprawiany tylko dla przyjemności. – Sukcesy rzeczywiście sprawiają mi przyjemność, ale mój trening nie ma nic wspólnego z amatorstwem. Poświęcam się sportowi tak jak zawodowcy – na pełen etat – zapewnia.

Lepiato ma końskoszpotawe zakończenie stopy, lewą nogę krótszą o 5 cm, duży ubytek mięśniowy poniżej kolana i praktycznie nieruchomy staw skokowy. Mało tego, nie skacze w specjalnie przystosowanym bucie, bo nikt takiego dla niego nie zaprojektował ani nie wykonał. Zamiast tego dokleja taśmą do buta kilka podeszw. Mimo to jego rekord życiowy i zarazem świata wynosi 2,22 m. Na igrzyskach w Rio mając już złoty medal w kieszeni, atakował 2,30 m. Stąd jego marzenie o występie na igrzyskach olimpijskich.

- Moje skoki w Rio utwierdziły mnie, że to nie mrzonka. Na igrzyskach w Tokio w 2020 roku chciałbym rywalizować ze sportowcami w pełni zdrowymi. Droga do tego nie będzie usłana płatkami róż. Czeka mnie jeszcze cięższa praca. Ale kocham to! Pierwszy przystanek – Londyn! – mówi.

Maciej LepiatoLepiato to odkrycie słynnego łowcy paraolimpijskich talentów, trenera Zbigniewa Lewkowicza, który namówił na sport wielu przyszłych mistrzów. W Londynie wreszcie zostanie godnie uhonorowany. MŚ będą pierwszą imprezą sportową tej rangi w historii, na której medalami tego samego koloru co zawodnicy zostaną nagrodzeni również ich szkoleniowcy. Nikt nie zasługi na takie wyróżnienie bardziej niż trener sekcji lekkoatletycznej Gorzowskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych Start!

Drugi z jego najbardziej utytułowanych zawodników, Bartosz Tyszkowski, leci do Londynu powetować sobie wielkie rozczarowanie z Rio, walkę o złoto w pchnięciu kulą przegrał o… jeden centymetr!

Bartek startuje w kategorii F40 oznaczającej niskorosłość. Dotknęła go w młodości podobna choroba co Leo Messiego, niestety nie przeszedł kuracji hormonalnej jak przyszła gwiazda futbolu. Urósł tylko do 140 cm. Ale nigdy nie czuł się niepełnosprawny. Też kochał piłkę, grał w nią jak długo się dało. Ma nawet na koncie jedną oficjalną bramkę w barwach Stilonu Gorzów.

Lewkowicz namówił go na pchnięcie kulą i rzut dyskiem. Okazał się do tego stworzony. W wieku 21 lat miał już na koncie rekordy świata w obu dyscyplinach i tytuł „Niepełnosprawnego Sportowca Roku 2015” w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego”.

Tym boleśniejsza była porażka w Rio z największym rywalem, Niemcem Niko Koppelem, z którym wcześniej nie przegrał ani jednych zawodów od… trzech lat! Zapowiedział po niej zmianę techniki rzutu z dwukroku tyłem na obrotową. Plan na Londyn: znów usłyszeć z podium Mazurka Dąbrowskiego!

Medale Para Athletics