Igrzyska bez Rosji, czyli furtka i bomba

OLY-2018-IOC-RUS-DOPINGDobrze, że MKOl. podjął bohaterską decyzję o wykluczeniu Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego z zimowych igrzysk w Pjongczangu. Dobrze, że nie zatrzasnął przy tym drzwi na amen przed rosyjskimi sportowcami, ale zostawił małą szparkę dla tych, którzy nigdy nie byli podejrzani o doping i będą mogli wystartować pod neutralną flagą.

Tak jest chyba sprawiedliwie. Co prawda nasz wybitny czterystumetrowiec i olimpijczyk, Marek Plawgo, który ma prawo się zastanawiać ilu medali nie zdobył z powodu czyjejś nieuczciwości, skomentował na Twitterze, że nie powinniśmy żałować rosyjskich sportowców. „Nie wierzę, by ktokolwiek w Rosji był nieświadomy tak szeroko skrojonego procederu. Byli tego tak świadomi, jak i idei igrzysk, którą swoim milczeniem, a więc przyzwoleniem pogwałcili. Nie zasłużyli na start na zimowych igrzyskach”.

Ja też nie wiem, czy wśród „ocalonych” są stuprocentowo czyści czy po prostu nie złapani. Ale myślę sobie, że jeżeli jest chociaż jeden „sprawiedliwy” zawodnik, który się nie szprycował, np. bo akurat w jego dyscyplinie doping na nic by się nie zdał – np. w curlingu czy skokach narciarskich – a co robią inni po prostu nie wiedział, to nie odmawiajmy mu spełnienia tego najważniejszego dla sportowca marzenia.

Nawet jeśli nie dane mu będzie startować pod flagą ojczyzny, a za zwycięstwo nie puszczą mu hymnu narodowego, to i tak będzie najważniejszy start w jego karierze. Stojąc na najwyższym podium będzie mógł zaśpiewać sobie hymn i będzie to symboliczny przekaz i dodatkowa kara dla twórców systemowego dopingu w Rosji.

***

Bo jakkolwiek zawsze jestem przeciwny odpowiedzialności zbiorowej, uważam że MKOl. podjął najbardziej słuszną decyzję jaką mógł. Kolejna próba zamiecenia afery pod dywan, ustępstwa wobec światowego mocarstwa i jej budzącego grozę przywódcy, byłoby fatalnym sygnałem do wszystkich kibiców. Odpychającym i odstręczającym od sportu i szlachetnej idei olimpijskiej rywalizacji, w której – jak by się okazało – mogą brać oszuści, o ile są wspierani przez potęgę.

Skala roli rosyjskiego państwa we wspieraniu dopingu, którą ujawniła komisja pod przewodnictwem byłego prezydenta Szwajcarii, Samuela Schmida, okazała się porażająca i potwierdziła doniesienia mediów. O dziurze w laboratorium, przez którą agenci rosyjskiej służby bezpieczeństwa podmieniali próbki moczu na czyste, o unikaniu kontroli dzięki treningom w tzw. zamkniętych miastach czy nawet o grożeniu bronią inspektorom WADA (Światowa Agencja Antydopingowa). Nie obyło się bez zeznań „skruszonego” byłego szef laboratorium antydopingowego w Moskwie i olimpijskiego w Soczi, Grigorija Rodczenkowa, który w strachu o własne życie zbiegł do USA i tam zeznawał. W efekcie śledztw gospodarze igrzysk w Sochi stracili już 11 z 33 medali, które tam zdobyli, a w klasyfikacji generalnej spadli z pierwszego na czwarte miejsce.

Dobrze jednak, że MKOl. ukarał przede wszystkim Rosję jako państwo i wykluczył z igrzysk dożywotnio obecnych szefów rosyjskiego sportu, zostawiając wspomnianą furtkę sportowcom.

Dobrze te­­­­­­­­­ż, że ci z nich, którzy zachcą wystartować w Pjongczang i przejdą weryfikację, nie zostaną zmuszeni do bojkotu igrzysk, choć nawoływali do tego niektórzy rosyjscy politycy tuż po werdykcie. Jak Igor Lebiediew, deputowany z partii Jedna Rosja, który stwierdził że decyzja MKOl to upokorzenie i obraza wielkiej sportowej Rosji. „Nie można tego tolerować, dlatego powinniśmy odmówić występu w igrzyskach. Hymn i flaga narodowa są dumą kraju, dla którego sportowcy walczą. Stawką jest nasz honor” – napisał na Twitterze.

Inni zaczęli już nazywać zdrajcami zawodników, którzy zdecydują się na start na igrzyskach, a rządowa „Rossijskaja Gazieta” pisze o pluciu w twarz, upokorzeniu, szaleństwie MKOl. ­­Gdyby Rosja jednak zbojkotowała igrzyska, prawdopodobne że przyłączyłyby się do niej Białoruś i Mołdawia, które natychmiast skrytykowały werdykt MKOl. a może i inne kraje.

Na szczęście te pomysły spacyfikował sam prezydent Władimir Putin, który co prawda wytknął MKOL odpowiedzialność zbiorową, ale dodał że władze nie będą stawać na drodze sportowców pragnących wystartować na igrzyskach. „Jeśli mają ochotę, niech startują, nawet jako neutralni olimpijczycy. Ciężko na to zapracowali” – stwierdził.

***

Podejrzewam, że na uspokojenie nastrojów przez prezydenta Rosji większy wpływ miało nie poczucie skruchy (władze nadal zaprzeczają istnieniu systemowego dopingu) ale organizacja przyszłorocznego mundialu. Tu jednak dochodzimy do ciekawej kwestii, która może się okazać „bombą z opóźnionym zapłonem”. Szef komitetu organizacyjnego mundialu i wicepremier Rosji,

Witalij Mutko (oraz jego zastępca Jurij Nagornych) dostali od MKOl. dożywotni zakaz wstępu na igrzyska. Czyli organizator jednej z największych sportowych imprez świata nie ma prawa pokazać się na arenach arenach drugiej. Przy czym FIFA, dla której poniekąd pracuje Mutko, jest przecież członkiem MKOl…

Ale najgorsze może jeszcze nadejść. Wg zeznań Rodczenkowa także i rosyjski futbol nie był wolny od dopingu. WADA ujawniła, że przejęła wyniki badań moskiewskiego laboratorium z lat 2012-15, wykradzione przez hakera. Co jeśli okaże się, że laboratoria systemu tuszowały dopingowe próbki również piłkarzy reprezentanci Rosji? Czy FIFA ewentualnie zdyskwalifikuje wówczas tylko tych zawodników, których nazwiska wypłyną   czy całą reprezentację gospodarzy mundialu? I co wówczas z całym turniejem? Lont już się tli…

Rosja

Esport na igrzyskach czyli ‚barbarzyńcy w pałacu sportu’

CS:GO Paryż, rok 2024. Antyterrorysta przeskakuje z dachu na dach niższego budynku. Jego czterech partnerów zostało wyeliminowanych. Wie, że wszystko zależy od niego. Rzuca granat, zagłuszając nim zeskok. Dzięki temu niezauważony, zachodzi przeciwnika za plecy. Trzymając go cały czas na muszce, podąża za nim na pozycję terrorystów. Tu trzema precyzyjnymi strzałami w głowę (headshot) eliminuje wszystkich i rozbraja bombę sekundy przed wybuchem…

16:14 koniec meczu! Jego drużyna wygrywa ostatnią rundę i cały turniej Counter-Strike: Global Offensive!

Pięciu zawodników w białych koszulkach z orłem na piersi podrywa się zza pulpitów komputerowych. Padają sobie w ramiona, podrzucają w górę spoconego z emocji trenera. 30 tysięczna widownia w paryskiej Hali Bercy szaleje. Ktoś z licznych polskich kibiców na trybunach rzuca im wielką, biało-czerwoną flagę. Trzaskają aparaty komórek, wielu transmituje na żywo na Pericope i FB Live ten historyczny moment. Oto po raz pierwszy na igrzyskach olimpijskich i to w mieście ich wskrzesiciela, barona Pierre de Coubertin rozdane zostaną złote medale w esportowej grze…

Virtus ProCzy taki scenariusz jest możliwy? Oczywiście! Polacy należą do najwybitniejszych graczy w opisanego powyżej CS:GO. – Zaraz, zaraz, ale gdzie nagle jakieś gry komputerowe na igrzyskach?! – zawołacie. Ależ nie dalej jak w środę plany wprowadzenia esportu do programu igrzysk w Paryżu w 2024 potwierdził współprzewodniczący komitetu organizacyjnego, Tony Estanguet. Trzykrotny złoty medalista olimpijski w kajakarstwie górskim stwierdził, że MKOl. nie może być ślepy na rosnącą popularność esportu wśród młodych ludzi.

On i inni działacze wyjaśniają, że jeśli igrzyska chcą w przyszłości zachować status najważniejszego wydarzenia sportowego świata, utrzymać widownię, a co za tym idzie i największych sponsorów, muszą otworzyć się na gry wideo i uznać je za legalną dyscyplinę.

Nie jest w tym odosobniony. Mój redakcyjny kolega, Paweł Kowalczyk, który w grupie Onet-RAS Polska odpowiada za produkty esportowe od dawna nam mówi, że esport na igrzyskach nie kwestia „czy” ale „kiedy”. Wprowadzenie go deklarowali zresztą przedstawiciele Los Angeles, które ostatecznie zorganizuje igrzyska cztery lata po Francuzach.

- Przygarnięcie esportu to kluczowa kwestia dla istnienia samych igrzysk, bo przedstawiciele młodego pokolenia preferują właśnie taki rodzaj rozrywki. Im młodsi tym mniej chcą oglądać tradycyjnych dyscyplin sportu. Wolą śledzić najlepszych graczy w to, w co sami grają. Igrzyska muszą ewoluować w kierunku esportu aby przetrwać – mówi Kowalczyk.

Jego słowa potwierdzają wyniki badań opublikowane przez „SportsBusiness Journal” na temat wieku widzów imprez sportowych w TV i na trybunach. Okazuje się, że my, konsumenci tradycyjnych dyscyplin powoli wymieramy. I tak średnia wieku oglądających igrzyska olimpijskie przesunęła się od 2000 roku z 45 lat do 53 lat w 2016. Średnia wieku śledzących zawody w golfa w USA wynosi dziś 64 lata, tenisa – 61, baseballa – 57, NFL – 50, NHL – 49. Troszkę lepiej ma się piłka nożna – rozgrywki Premier League – 43 lata, MLS – 40.

I uwaga, esport – 32 lata. Ale to w tradycyjnych stacjach telewizyjnych, a na platformach streamingowych jak twich.tv – 25 lat. I gwałtownie spada w miarę przybywania kolejnych roczników. Srednia wieku kibiców sportu przed TV

Na rozważania czy esportowcy powinni startować na igrzyskach, rozdzieranie szat i pisanie o „końcu sportu” i „barbarzyńcach w pałacu sportu” – jak gdzieś przeczytałem, przyjdzie czas, gdy zapadną oficjalne decyzje. Proces już trwa – w lutym 2016 International e-Sports Federation złożyła w MKOl. oficjalne podanie o uznanie e-sportu za dyscyplinę olimpijską.

Na pewno pojawi się na przyszłorocznych Igrzyskach Azjatyckich w Indonezji i cztery lata później w chińskim Hangzhou. Podobny krok rozważają Igrzyska Europejskie i Panamerykańskie. Działacze zaczynają rozumieć, że sport powoli zaczyna bardziej potrzebować esportu niż na odwrót.

Sam nie ukrywam swojej fascynacji tą dziedziną. Od młodych lat „gram w gry”, bywam na rozgrywanych w Polsce esportowych eventach jak katowicki Intel Extreme Masters. Obserwuję w jak zatrważającym tempie się rozwija, zdobywa nowych fanów, oferuje coraz mocniejsze doznania i przeżycia dzięki postępowi technologii, jak VR.

Często bywam przy tym pytany czy esport to sport i odpowiadam, że oczywiście nie. Esport to nie jest sport w znaczeniu jakie przyjmujemy. I wcale nie musi się uwiarygadniać jako taki. Ze sportem łączy go rywalizacja i emocje. Widzowie, którzy zapełniają kilkudziesięciotysięczne hale, reagują na to co dzieje się na wielkich telebimach z pasją kibiców na stadionie piłkarskim.

Przez lata wepchnięty do niszy, rozrósł się tak, że stworzył własny ekosystem. Dorobił się własnych organizacji eventowych, własnych producentów sprzętu i własnych idoli, których transfery sięgają setek tysięcy dolarów. Na każdym kontynencie zaczynają powstawać areny przeznaczone do śledzenia rozgrywek w grach wideo. Jedną buduje miasto Waszyngton, w Londynie nowy stadion Tottenhamu ma być specjalnie przystosowany do oglądania esportowych turniejów w komfortowych warunkach.

Ponieważ przez lata nie mógł przebić się do czołowych mediów, stworzył własną, gdzie mecze na wielu kanałach z komentarzem w dowolnym języku oglądają miliony. Dziś walczą o nieego największe stacje świata: ESPN, Fox Sports, Sky Sports, Pro 7, Canal + czy BBC. Wśród sponsorów są już najwięksi i znani ze sponsorowania sportu jak Coca Cola, Samsung, Adidas, Intel czy Master Card.

Dlatego nie dziwi mnie, że potencjał esportu docenia sam Elon Musk. Jeden z największych wizjonerów naszych czasów, twórca Paypala, szef Tesla Motors i SpaceX stwierdził niedawno, że „esport będzie wkrótce największym sportem na świecie”.

Esport na igrzyskach olimpijskich?

Karkonosze 2030? Zróbmy to, byle z głową!

Nie sądziłem, że po spektakularnej klapie pomysłu zimowych igrzysk olimpijskich w Krakowie w 2022, ktoś w Polsce tak szybko odważy się porwać na organizację tej najbardziej romantycznej z wielkich imprez sportowych. „Nie” igrzyskom w Tatrach powiedziało w referendum aż 70 procent mieszkańców, zrażonych ogromem kosztownych inwestycji i nie mających zaufania do komitetu organizacyjnego, którego kontrowersyjną działalność odsłoniły lokalne media. Na koniec zaś NIK wytknął im nieefektywność starań – nim zapytano kogokolwiek o zdanie, wydano na organizację 11 mln zł.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że pomysłodawcy Karkonoszy 2030 mają ciekawą wizję romantycznych, ekonomicznych i kameralnych igrzysk. Alternatywy dla kosztujących bajońskie 50 miliardów dolarów ZIO w Sochi i – jeszcze nie wiadomo ile, ale pewnie nie mniej – w Pekinie. Samo rozegranie imprezy w dwóch krajach pozwoli na znaczną oszczędność.

Wiadomo, że tak wielka impreza to gigantyczna szansa rozwoju dla całego regionu i nie tylko. Wciąż widoczny efekt Euro 2012 przekonuje, że cała Polska mogłaby liczyć na kolejny „skok cywilizacyjny”. W Krakowie do dziś nie mogą przeboleć, że „taka szansa już się nie powtórzy”, że igrzyska przyśpieszyłyby budowę Zakopianki, obwodnicy Krakowa, szybkiej kolei do Zakopanego itp.

Mam więc nadzieję, że Karkonosze nie popełnią błędu Krakowa i na samym początku zapytają mieszkańców Szklarskiej Poręby, Karpacza, Jeleniej Góra, Harrachova, Špindlerowego Mlýna itd. co sądzą o pomyśle. Polacy pokazali w ostatnich latach, że świetnie potrafią organizować największe sportowe imprezy od Euro w piłce nożnej po piłkę ręczną, od MŚ w siatkówce po hokejowe. I że w każdym przypadku są doskonałymi gospodarzami, do których chce się wracać. Wykorzystajmy to, byle rozsądnie i z głową!

Jak widać poniżej niepowodzeniach Zakopanego i Krakowa bukmacherzy umiarkowanie oceniają szanse Karkonoszy. Po udanym referendum (to nie Kraków, mieszkańcy regionu z pewnością dojrzą potencjał tak wielkiej imprezy) i gigantomanii Pekinu na pewno wzrosną :)

Szanse na ZIO w Karkonoszach wg Fortuny

Natalia Partyka przeszła do historii sportu!

Natalia PartykaPolska tenisistka stołowa wygrała czwarty złoty medal na czwartych igrzyskach paraolimpijskich z rzędu! I zapowiada, że to jeszcze nie koniec! Nie wybiera się na emeryturę

Podczas wieczornych finałów w leżącym tuż obok wiosce olimpijskiej Riocentro 27-letnia Partyka zachowywała jakby to był kolejny dzień w biurze. Błyskawicznie uwinęła się ze swoją chińską rywalką, Qian Yang, zresztą tą samą, którą pokonała cztery lata temu w finale igrzysk paraolimpijskich w Londynie. Tylko, że wówczas po długim boju 3:2, wczoraj w Rio de Janeiro nie pozwoliła rywalce nawet urwać seta. Wyrównany był jedynie ten drugi, zakończony wynikiem 18:16. Porażka po długiej grze na przewagi załamała Chinkę i w trzecim Natalia dobiła rywalkę. Polka jest niepokonana od czterech igrzysk. Ostatni mecz w turnieju indywidualnym przegrała… w 2000 roku w Sydney, gdzie startowała jako 11-latka.

- Jeszcze do mnie nie dociera, że to czwarty wygrany finał paraolimpijski z rzędu. Przejście do historii sportu to wielkie słowa, ja po prostu robię to co kocham. I nie zamierzam szybko przestać. 27 lat to świetny wiek. Wkrótce zacznę myśleć o Tokio 2020. No przecież nie pójdę w takiej chwili na emeryturę – mówiła po dekoracji.

- Wspaniale, że mogliśmy wysłuchać Mazurka Dąbrowskiego. Od dwóch dni puszczali tu niemal wyłącznie chiński hymn i przydała się mała odmiana. Obiecała Patrykowi Chojnowskiemu, który przegrał tu finał z Chińczykiem, że go pomszczę. Zrobiłam to co sobie zaplanowałam. Jechałam do Rio w roli faworytki, celowałam w złoto i je mam! Czwarte ale równie cenne jak trzy poprzednie. W dodatku ten medal jest wyjątkowy, bo grzechocze w środku. Takiego jeszcze nie miałam – mówiła po meczu.

Partyka zagrała zdecydowanie swój najlepszy mecz na igrzyskach w Rio, poprzednie, choć zwycięskie, nie były dobre w jej wykonaniu, popełniała mnóstwo błędów. Nie w finale. – Podeszłam maksymalnie skoncentrowana i bez grama lekceważenia i nonszalancji, bo w tenisie stołowym bardzo łatwo zgubić dwa punkty, trzy, a potem całego seta i władować się w kłopoty. Dlatego podeszłam z nastawieniem, jakby w każdym secie było 9:9 i rzeczywiście to był jedyny mecz w Rio, który zagrałam na swoim poziomie – stwierdziła Partyka.

Polka będzie się śnić Qian Yang jak najgorszy koszmar – to jej trzeci wygrany tak prestiżowy finał. Pokonała Chinkę nie tylko w Londynie, ale i finale ostatnich mistrzostw świata.

- Jak wspominam każdy z czterech złotych medali igrzysk? Finał w Atenach w 2004 był bardzo łatwy. Byłam nastolatką, trybuny były puste, nikt po mnie niczego nie oczekiwał, wygrałam na luzie. Do Pekinu jechała jako faworytka, do jaskini lwa, wiadomo,że Chińczycy kochają tenis stołowy, więc były tłumy ludzi. Chinka grała bardzo dobrze, ale też wygrała 3:0. Każda kolejna obrona jest trudniejsza, bo wszyscy wieszają mi złoto na szyi jeszcze przed wyjazdem. Mimo że staram się odcinać od takich głosów, to one i tak docierają. W Londynie było więc najtrudniej, prawdziwy horror ale i tam dałam radę. A do finału w Rio byłam najlepiej przygotowana.

Elżbieta MadejskaPartyce rośnie następczyni. Godzinę przed jej sukcesem, brązowy medal zdobyła 18-letnia Karolina Pęk, która mówiła, że to właśnie Natalia była dla niej inspiracją, żeby zapisać się na tenis stołowy w wieku 10 lat. – Była i jest nadal moją idolką. Cały czas ją podpatruję i staram się naśladować. Jak ona jestem leworęczna. Staram się podpatrzeć coś u niej na każdym treningu i tak jak ona często rywalizuję z pełnosprawnymi – mówiła.

- Bardzo mi przyjemnie to słyszeć. Widzę, że Karolina bardzo się rozwija, robi znaczne postępy. Ma papiery, żeby zostać wybitną zawodniczką. Wszystko w jej rękach. Nie wiele brakowało, żeby w Rio awansowała do finału. Jeśli dalej będzie tak pracować, to za cztery lata w Tokio stanie nie na najniższym, ale na najwyższym podium – skomentowała Partyka.

Natalię złoty medal ucieszył jeszcze bardziej gdy pomyślała sobie, że skorzysta na tym Fundusz Natalii Partyki, który powstał, by wspierać młodych sportowców, mających trudności z rozwojem kariery z powodu różnych przeciwności. W 2015 roku wyłoniono w konkursie pierwszych 12 stypendystów spośród 10 kandydatów i przyznano im od 10 do 15 tysięcy zł.

- Bardzo chcę pomagać wspólnie z Fundacją Dobra Sieć zawodnikom zmagającym się z przeszkodami w karierze, bo sama przez to przechodziłam. Cieszę się, że jeden ze stypendystów, Bartek Tyszkowski zdobył w Rio srebrny medal. Liczę, że moje złoto przyczyni się, że Fundusz jeszcze mocniej się rozkręci. Nie wszystko jest ode mnie zależne, ale ja swoją robotę zrobiłam.

 

Na własne oczy: rekord Anity! Ostatni rzut Majewskiego!

Anita Włodarczyk z rekordem świataTo było niesamowite niedzielne popołudnie podczas LOTTO Warszawskiego Memoriału Kamili Skolimowskiej na Stadionie Narodowym. Jakby Stadion Olimpijski w Rio de Janeiro przeniesiono na chwilę do Warszawy. Ponad 20 tysięcy kibiców mogło nie tylko obejrzeć zmagania jak z olimpijskich aren, nagrodzić oklaskami aż 10 medalistów z Rio 2016, ale tak jak brazylijska publiczność przeżyć rekord świata naszej arcymistrzyni, Anity Włodarczyk! Zobaczcie i posłuchajcie tej wrzawy! Aż szkoda, że trybuny były zapełnione tylko w połowie, mimo że wstęp był wolny


Nagrane Samsung Galaxy S7 (Więcej o GalaxyS7)

„Ogromnie mi zależało, żeby rekordem na Stadionie Narodowym uczcić pamięć Kamili Skolimowskiej, mojej sportowej idolki, której rękawiczka przynosi mi szczęście na arenie sportowej do dzisiaj. Atmosfera zawodów była wprost fantastyczna. Przy takim dopingu kibiców młot jakby nabiera skrzydeł. A ja zdawałam sobie sprawę ze swoich aktualnych możliwości i wiedziałam, że trzeba je w pełni wykorzystać. Tylko w pierwszym rzucie, jakby z przyzwyczajenia, byłam trochę ostrożna, bo zwykle w konkursach chodzi o zakwalifikowanie się do finału albo ścisłego finału. W następnych próbach poszłam już jednak na całość, no i są tego efekty. Żałuję tylko, że nie udało się tym razem przekroczyć kolejnej bariery, czyli 83 metrów, ale co się odwlecze, to nie uciecze… – mówiła po wszystkim Anita.

Anita WłodarczykAnita tak jak w Rio zapowiadała że będzie mierzyć w rekord świata i znów dotrzymała słowa. Przyznała, że swoim rekordem świata chciała jak najgodniej pożegnać kończącego sportową karierę dwukrotnego mistrza olimpijskiego Tomka Majewskiego. Chciała, żeby jej rekord potraktował jako prezent na swoją cześć. Bo to przecież on złotym medalem w pchnięciu kulą na igrzyskach 2008 w Pekinie rozpoczął wspaniałą polską serię zwycięstw, zakończoną kolejnym złotem na igrzyskach w Londynie, dwoma srebrami Piotrka Małachowskiego i srebrem Anity w Londynie, które wkrótce z powodu przyłapania na dopingu zwyciężczyni, Białorusinki Tatiany Łysienko, przemieni się wkrótce w złoty. Piotrek Małachowski nie chciał być gorszy i na Memoriał Kamili Skolimowskiej przywidział specjalną okolicznościową koszulkę…

Piotr Małachowski w koszulce na cześć Tomasza MajewskiegoNajbardziej utytułowany zawodnik w historii polskiej kuli po raz ostatni w karierze wystąpił przed polską publicznością. Czekają go jeszcze trzy starty i zakończy wspaniałą karierę. Przynajmniej pożegnał się w znakomitym stylu – najlepszym pchnięciem w tym sezonie na 21,08 m. A trzeba dodać, że barierę 21 metrów udawało mu się przekroczyć w ostatnich trzech latach zaledwie trzy razy. „Naprawdę trudno mi było sobie wymarzyć lepsze pożegnanie z polską publicznością. Liczni kibice, rekord świata Anity Włodarczyk, a także próba poza 21 metrów… Wszystko to sprawiło, że te zawody były dla mnie wyjątkowe” – przyznał Majewski, który zamierza startować do zarządu Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Oby okazał się równie fantastycznym działaczem jak zawodnikiem.

Ostatni występ Tomka Majewskiego przed polską publicznościąPodczas Memoriału Kamili Skolimowskiej mogliśmy podziwiać także najlepszych polskich paraolimpijczyków, w tym absolutnych pewniaków do złota (a najmarniej podium) jak Maciej Lepiato, mistrz olimpijski z Londynu w skoku wzwyż, gdzie ustanowił rekord świata (2.12 m) pobity zresztą przez samego siebie (2.18 m). Maciej ma końskoszpotawe zakończenie kończyny dolnej lewej, przez co jego noga jest krótsza o 5 cm, ma też duży ubytek mięśniowy poniżej kolana i praktycznie nieruchomy staw skokowy. To poważne schorzenie i wielu ludzi z nim porusza się o kulach albo nawet na wózku inwalidzkim, bo chodzenie sprawia im zbyt duży ból. A nie Maciek! On skacze wzwyż! Jak tłumaczy, lewa stopa do biegania po łuku nie jest aż tak bardzo potrzebna. Wybija się z prawej. Zobaczcie sami jak na Stadionie Narodowym pokonał 2.15 metra.


Nagrane Samsung Galaxy S7 (Więcej o GalaxyS7)

Wielkim problemem Maćka jest brak odpowiednich butów do uprawiania sportu. Nie może znaleźć producenta, który podjąłby się zrobienia krótkiej serii na wymiar. „Trzeba by takie buty stworzyć od zera, od kartki papieru. Lewy but powinien mieć wyższą podeszwę i być z takiego tworzywa, aby nie ważył kilograma. Mam za sobą kilka własnych prób. Szewc podklejał warstwy gumy pod mój sportowy but, ale wtedy ważył dwa i pół kilograma. O skakaniu nie było mowy. Trudno nawet było chodzić… – opowiada. I dodaje, że ostatnio wziął but do rzutu oszczepem, włożył do niego wkładki wycięte z klapków japonek, w to włożył stopę i obwiązał but taśmą klejącą, jaką Matt Damon naprawiał stację kosmiczną w filmie „Marsjanin”. Efekt zobaczcie sami…

But oklejony taśmą Macieja LepiatoPodczas Memoriału wystąpiła też nasza inna wielka nadzieja na złoto w Rio, Michał Derus, dwukrotny mistrz świata w biegu na 100 metrów i dwukrotny wicemistrz świata na 200 metrów, a także mistrz Europy na obu dystansach. Niestety w programie igrzysk paraolimpijskich w Rio w jego kategorii jest tylko ten pierwszy dystans. W niedzielę wygrał go cuglach, zobaczcie finisz w zwolnionym tempie.


Nagrane Samsung Galaxy S7 (Więcej o GalaxyS7)

Michał twierdzi, że „na igrzyskach nie ma pewniaków, ale jednak liczę na medal”. Z pewnością takim faworytem w Rio był Paweł Fajdek. Niestety jak pamiętamy jego występ podobnie jak ten cztery lata wcześniej w Londynie skończył się we łzach: spalonymi albo bliskimi rzutami i brakiem finału. Fajdek deklarował, że w Warszawie zmaże plamę i… oddał aż pięć perfekcyjnych rzutów młotem, z których każdy dałby mu złoto igrzysk! W najdalszej próbie posłał wręcz młot na odległość 82,47 m, co stanowi najlepszy rezultat w tym sezonie na świecie! Tylko czemu tutaj, a nie dwa tygodnie wcześniej, czym zapewniłby sobie miejsce w historii sportu i emeryturę olimpijską?

„ W Rio stało się coś niewytłumaczalnego. Trzy dni się nad tym zastanawiałem i nie znalazłem żadnej odpowiedzi na pytanie, co się stało. Dalsze rozmyślanie na ten temat jest już zatem zbędne” – uciął dociekania Fajdek. Jak słychać publiczność kocha go mimo wszystko i nadal dopinguje…


Nagrane Samsung Galaxy S7 (Więcej o GalaxyS7)

A na koniec publiczność mogła uhonorować owacją na stojąco wszystkich zwycięzców LOTTO Warszawskiego Memoriału Kamili Skolimowskiej w poszczególnych dyscyplinach…

Zwycięzcy LOTTO Warszawskiego Memoriału Kamili Skolimowskiej

Rio 2016. Marysia Andrejczyk to wzór olimpijczyka

Marysia AndrejewiczIgrzyska Olimpijskie – największa kumulacja startów, zwycięstw, spektakularnych rekordów, przełamań, triumfów nad samym sobą, spełnienia marzeń ale utracenia ich, porażek, rozczarowań, zawodów, upadków, niestety dla nas także wpadek dopingowych. A jednocześnie codzienna kakofonia wyjaśnień, tłumaczeń: dlaczego się udało, jak to było możliwe, komu i czemu najbardziej zawdzięczam… oraz czemu się nie udało w tym najważniejszym występie w karierze, kto tu zawinił, co trzeba było zrobić lepiej… Nie da się z ich ułożyć jednej spójnej przyczyny triumfu i jednej przyczyny klęski. Co sportowiec to inna historia, inna logika sukcesu, inna przyczyna porażki.

Z jednej strony Anita Włodarczyk, autorka największego polskiego sukcesu w Rio. Z lekkością udźwignęła brzemię faworytki, pewna siebie przed startem, pewna w trakcie, wzięła co jej się należało. Wiedziała, że nie ma z kim przegrać i nie przegrała. Pobiła rekord świata, znokautowała rywalki rzucając o ponad 5 m dalej od kolejnej zawodniczki.

Z drugiej Paweł Fajdek, którego wyniki i dominacja w dyscyplinie predestynowała do identycznego sukcesu, a nie wszedł do finału. Równie pewny siebie przed startem, niemal buńczuczny, ale dlaczego nie, skoro nawet bukmacherzy płacili za jego zwycięstwo w konkursie rzutu młotem mniej niż za wygraną Usaina Bolta na 100 m! My też dopisywaliśmy jego złoty medal do tabeli medalowej jeszcze przed igrzyskami. A jednak jego występ przemienił się w największą polską klęskę w Rio i jedną z największych sensacji in minus w trakcie całych igrzysk.

A przecież Fajdek pragnął wygrać tak samo mocno co Anita, może nawet z jeszcze większą determinacją z uwagi na trzy spalone próby podczas igrzysk w Londynie, gdzie Włodarczyk wywalczyła srebro (które za chwilę po dyskwalifikacji Tatiany Łysenko przemieni się w złoto).

W emocjonalnym wideo na Facebooku Fajdek przeprosił kibiców za zawód, choć przecież największy sprawił sam sobie. To za nim, nie za kibicami trauma dwóch przegranych igrzysk będzie się ciągnąć do końca kariery i jeszcze dłużej, to jemu przeszła koło nosa olimpijska emerytura. „To jest jakiś koszmar. Nie jestem w stanie powiedzieć, dlaczego zawiodłem państwa i siebie. Przez dwa lata wygrywałem wszystkie zawody, a przyszło do igrzysk i nastał straszny dzień. Wiem, jakie były oczekiwanie wobec mnie. Sam miałem podobne (…) Mam nadzieję, że państwo docenią, że starałem się, jak mogłem. Jestem cały roztrzęsiony. Przepraszam i do zobaczenia na rzutni”.

Choć sam nic nie rozumiem i jestem równie roztrzęsiony, nie zamierzam szydzić z niepowodzenia faworyta, jak wielu, którzy mają schadenfreude, ale spotkać się z Fajdkiem „na rzutni” już w przyszłą niedzielę podczas Memoriału Kamili Skolimowskiej na Stadionie Narodowym. I szczerze mu życzę odkupienia podczas Igrzysk w Tokio za cztery lata. Daleka droga ale byłaby to kapitalna sportowa historia.

Niestety wsłuchując się w tłumaczenia klęsk i niepowodzeń naszych sportowców w Rio, cały czas pobrzękują mi słowa Adama Kszczota, pewniaka do medalu na 800 m, który też nie wszedł do finału i też nie potrafił tego wytłumaczyć. Był w formie, ataki rywali go nie zaskoczyły, przybiegł niespecjalnie zmęczony, ot „nogi nie podawały”. „Powinno być dobrze, a k… nie było” wyznał przed kamerami. I niestety te słowa pasują do większości naszych klęsk, stając się przykrym mottem polskich występów w Rio, dla których nieliczne medale to chlubne wyjątki od reguły.

W większości przypadków „miało być lepiej”, ale zabrakło centymetrów, milimetrów, setnych sekundy, siły w końcówce, szczęścia, trafniejszej decyzji sędziów, odpowiedniej pogody, psychicznego nastawienia, lepszej taktyki, lepszej treningów itp. itd.

Wyłamali się z tego trendu siatkarze – kolejni, którzy w Rio zawiedli kibiców, ale jeszcze bardziej samych siebie, przegrywając czwarty kolejny ćwierćfinał na igrzyskach. Po porażce z USA winy szukali wyłącznie w sobie. „Nie zagraliśmy na miarę naszych umiejętności, popełniliśmy za dużo błędów”, „byliśmy słabsi w każdym elemencie”, „rywale wygrali zasłużenie” – mówili Bartosz Kurek, Michał Kubiak czy Mateusz Bieniek. Jednocześnie broniąc trenera, co nie jest typowe, bo kilku się dostało od własnych zawodników.

Pisząc felieton nie wiem jeszcze jak w finale rzutu oszczepem wypadła Maria Andrejczyk, która sensacyjnie wygrała eliminacje (finał zakończył się późną nocą). 20-letnia mistrzyni świata juniorów aż o trzy metry pobiła własny rekord życiowy i przy okazji rekord Polski. Żadna z rywalek w tym sezonie nie posłała oszczepu na większą odległość. I ona nie umiała wyjaśnić co się właściwie stało. Już udział w igrzyskach był dla niej czymś niesamowitym. Ot, chciała zaliczyć eliminacje, oddać dobry rzut, a „palnęła oszczepem w kosmos”.

„Nie jest to normalny postęp. Wyraźnie wystrzeliłam z formą” dziwiła się. „Sama się zastanawiam, czy nie jest za wcześnie. Z drugiej strony, jaki jest sens w ograniczaniu się? Mam chęci, mam zapał. Idę za swoimi marzeniami!”

Ja sportowców, którzy biją na igrzyskach olimpijskich swoje życiówki wychwalałbym na równi z medalistami. Mogą się znaleźć lepsi, szybsi, rzucający dalej, celniejsi itd. medal może się wymknąć, być nieosiągalny. Ale zawodnik, który na igrzyskach pobił rekord życiowy, pokonał własną niemoc i limity, ma prawo wracać do domu z dumą i satysfakcją, że nie zmarnował czterech lat pracy, a przy okazji naszych nadziei i naszych podatków.

Marysia Andrejewicz

Zajeżdżony silnik, czyli dopingowicz, który nie ściemniał

Tomasz Zieliński na dopinguAle wstyd! Podczas igrzysk w Atlancie w 1996 szczyciliśmy się, że Polska przez chwilę przewodziła w tabeli medalowej. Teraz w Rio musimy przełykać upokorzenie, że przewodzimy w tabeli przyłapanych na dopingu…

Gdy cały wyposzczony kraj czekał na kolejny, po brązie Rafała Majki medal, jak grom z jasnego nieba spadła na nas informacja gorsza od porażek sportowców – Polaka przyłapano na dopingu. Wpadka rodaka to zawsze rzecz wstydliwa jak diabli, ale podczas igrzysk szczególnie kompromitująca. A już zwłaszcza tych igrzysk, na które nie dopuszczono tak wielu rosyjskich sportowców, w tym wszystkich lekkoatletów, z powodu systemowego dopingu w ich kraju. Wiadomo było, że oszuści będą na cenzurowanym jak nigdy.

W Rio napiętnowanie następuje na oczach całego świata. Usłyszą o nim nawet ci, którym zwykle informacje o przyłapaniu jakiegoś sztangisty przechodzą koło ucha. My możemy się jeszcze pochylać nad niuansami, rozważać skąd prehistoryczny nandrolon wziął się w organizmie Tomasza Zielińskiego, dlaczego nie wykazały go kontrole w Polsce itd? Ale świat zapamięta tylko dwa hasła: „doping” i „Polska. To wielki wstyd i wielka hańba.

Nie dziwię się wielkim mistrzom, mistrzom olimpijskim jak Szymon Ziółkowski czy Adam Korol, którzy domagają się surowych kar. Ten ostatni napisał wręcz, że Zieliński „powinien zwrócić pieniądze, które MSiT i my wszyscy włożyliśmy w jego przygotowania, zwrócić PKOl. za przelot do Rio, a przede wszystkim oddać sprzęt olimpijski, bo nie ma PRAWA nosić koszulki z orłem na piersi i napisem POLSKA”.

Bracia Zielińscy (dopiero dziś dowiemy się czy próbka Adriana też dała wynik pozytywny i czy będzie mógł w sobotę walczyć o medal) twierdzą, że są niewinni. Przekonują, że nie są idootami, nigdy nie wzięliby tak prymitywnego i łatwo wykrywalnego środka. Zamierzają wyjaśniać sprawę w sądzie.

Niestety ciężko mi im uwierzyć, tym bardziej, że w ponad 20-letniej pracy dziennikarza tylko raz spotkałem sportowca przyłapanego na dopingu, który nie nie kręcił i kombinował, ale z otwartą przyłbicą przyznał się do winy i powiedział: tak, brałem. Dla lepszych wyników, dla kasy, dla złapania sponsora, utrzymania stypendium…

Dopingowicz zawsze ściemnia. Że „nigdy w życiu”, że „nie rozumie skąd to, co jak i dlaczego”. Zawsze padają mniej lub bardziej absurdalne wyjaśnienia. Z najbardziej kuriozalnych zapamiętałem LeShawna Meritta, mistrza olimpijskiego z Pekinu na 400 m, który twierdził, że niedozwolony środek dostał mu się do organizmu w… maści na powiększenie penisa czy Tylera Hamiltona, pierwszego kolarza, u którego wykryto doping transfuzją krwi, który przekonywał, że obca krwi w jego żyłach pochodzi od… brata bliźniaka, który zmarł w łonie matki. Waldemar Kosiński

Tym jedynym „sprawiedliwym” okazał się Waldemar Kosiński, ciężarowiec, były olimpijczyk, medalista mistrzostw świata i Europy. W 1999 roku wpadł na dopingu po raz drugi, został zdyskwalifikowany dożywotnio i może dlatego zgodził się opowiedzieć mi o wszystkim: o pierwszym razie w wieku 28 lat, że jak już wziął koks, to żałował, że… nie zdecydował się wcześniej zrobiłby jeszcze lepszą karierę.

Że stosował doping też dlatego, bo miał świadomość, iż podczas zawodów wszyscy rywale też są „na koksie”. „Bo ci co w ciężarach podchodzą pod rekordy świata, na czysto tego nie robią. Nie da rady, muszą brać jakąś szprycę”. Że jego zdaniem ta reguła dotyczy wszystkich dyscyplin, w których wynik uzależniony jest od siły mięśni: od lekkoatletyki, przez kolarstwo i boks, po kajakarstwo. A sportowcy dzielą się tylko na tych, którzy biorą i potrafią to ukryć, i na tych, którzy wpadają.

„Dlaczego najczęściej na dopingu łapią ludzi ze Wschodu, nas, dawnych Ruskich, zawodników z Bałkanów? Czy dlatego, że na Zachodzie nie ma dopingu, wszyscy czyściutcy? Oni po prostu korzystają z lepszych, droższych, trudniejszych do wykrycia środków. Jeden zastrzyk – sto dolarów. A podczas przygotowań trzeba wziąć serię od 60 do 100 dawek. Nas na to nie stać. Kupujemy tanie dziadostwo od Ruskich czy Litwinów” – opowiadał. On sam wpadł na stosowaniu gonadotropiny – wyciągu z moczu ciężarnych kobiet, sprowadzonego z Litwy.

Tłumaczył mi kiedy sztangista musi sięgnąć po wspomaganie. „Taki Szymon Kołecki, srebrny medalista z Aten nie musi brać. Ma dopiero 23 lata (wówczas – red.), jest zdolny, rozwija się szybko. Po co mu koks? Wystarczy proteinka, witaminka i już. Też kiedyś taki byłem. Ale przychodzi moment, że pewnego ciężaru się bez wspomagania nie podniesie. Pewnej bariery nie przekroczy.

Na czysto dochodziłem do pewnego wyniku, np. 350 kg, więcej nie dawałem rady. Frustracja, stres, a mięsień odmawiał. Trzeba było dać mu dawkę, żeby poszedł dalej. Z człowiekiem jak z samochodem. Silnik bez oleju się zatrze. Organizm bez dopingu męczy się, szarpie, katuje. Aż się zakatuje. Potrzebny syntetyczny olej. Potrzebny dopalacz, co ruszy ten mięsień. Młody silnik jeszcze to zniesie. Ale zajeżdżony, zużyty jak ja nie da rady…”

Opowiedział mi też zastanawiającą w kontekście tłumaczeń braci Zielińskich, historię swojej pierwszej wpadki sprzed lat. Zapewniał, że akurat wtedy był absolutnie czysty. Uwierzyłem, bo przecież w dniu rozmowy nie miał już nic do stracenia. „Naprawdę niczego wtedy nie brałem. Myślałem: może ktoś mnie celowo naszprycował? Raczej chyba wziąłem niechcący środek przeznaczony dla kogoś innego. Wykryto u mnie metadionę, którą się przyjmuje w tabletkach. Pamiętam, że wtedy na zgrupowaniu co rano dostawaliśmy kubeczek z różnymi lekami, witaminami. Kubki niby były podpisane. Ale ktoś coś pomylił, a człowiek już nie patrzył, co bierze. Uznałem, że niechcący wychyliłem kubeczek przeznaczony nie dla mnie…”

Doping. Podnoszenie ciężarów

Rio 2016. Ślubowanie olimpijskie i klątwa chorążego

Chorąży Bielecki i prezydent Andrzej DudaFot. Samsung Galaxy S7 (Więcej o GalaxyS7)

Igrzyska w Rio de Janeiro już za dwa dni! Dla jednych z naszych sportowców liczy się sam udział w nich i już sam fakt kwalifikacji jest dla nich spełnieniem snów, innym marzy się najważniejszy podium w swojej karierach, a jak dobrze pójdzie może nawet… Mazurek Dąbrowskiego. A dla kilkorga z naszych inny kolor medalu niż złoty będzie rozczarowaniem. Wszyscy przed wylotem do Brazylii wzięli udział w pierwszym podniosłym akcie igrzysk – ślubowaniu olimpijczyka i uroczystym odbiorze. I to pod okiem Prezydenta Andrzeja Dudy. Byłem świadkiem ślubowania największej, ponad 130 osobowej grupy udającej się do Rio.

„W imieniu wszystkich zawodników ślubuję: respektować zasady obowiązujące w sporcie, przestrzegać zasad szlachetnej rywalizacji i zawsze postępować zgodnie z duchem fair play; wszystkie dążenia, umiejętności, talent i siły woli poświęcić osiągnięciu najlepszego wyniku sportowego bez żadnego dopingu” – w imieniu sportowców wyrecytował Tomasz Majewski, dla którego będą to czwarte igrzyska olimpijskie. Z dwóch ostatnich przywiózł złote medale. – Czy będzie kolejny? Chciałoby się, ale… rywale są mocni jak zawsze, a ja jestem słabszy. Szansa jest nikła, ale spróbuję powalczyć. Trzymam się w światowej czołówki, ale do najlepszej trójki trochę mi brakuje – przyznał szczerze po wszystkim.

Tomasz Majewski. W tle zdjęcie na którym gryzie swój złoty medal w Pekinie 2008

Wcześniej poznaliśmy nazwisko chorążego polskiej ekipy, który poniesie biało-czerwoną flagę podczas piątkowej ceremonii otwarcia igrzysk. Długo zwlekano z ogłoszeniem nazwiska. Podobno kilku czołowych sportowców odmówiło zaszczytu. Bądź z powodu męczącego zadania – ceremonia otwarcia to długie godziny oczekiwania na stojąco, często w upale, bądź z powodu „klątwy chorążego” – ostatnim chorążym reprezentacji Polski, który odniósł sukces podczas igrzysk był 24 lata temu Waldemar Legień, judoka, który zdobył złoty medal na igrzyskach w Barcelonie w 1992 roku. Kolejni zawodzili mimo sporych oczekiwań: w Atlancie w 1996 pływak Rafał Szukała, w Sydney w 2000 zapaśnik Andrzej Wroński, w 2004 w Atenach pływak Bartosz Kizierowski, w 2008 w Pekinie kajakarz Marek Twardowski, a cztery lata temu w Londynie Agnieszka Radwańska zakończyła turniej na 1. rundzie, mimo że parę tygodni wcześniej na tych samych na kortach Wimbledonu zaszła aż do finału.

Karol BieleckiKarol Bielecki nie chciał przed ślubowaniem puścić pary, że to on został Chorażym…

- Nie jestem przesądny. Nie wierzę w żadne historie z klątwą chorążego. Zresztą czas, żeby historia zatoczyła koło. To dla mnie niesamowite wyróżnienie. Chyba każdy jako dziecko marzył o czymś takim. Jestem dumny z tego, że spotka mnie ten zaszczyt. Ale do Brazylii jadę przede wszystkim jako sportowiec, którego celem jest zdobycie medalu. Ceremonia otwarcia jest do tego tylko dodatkiem. Ja przede wszystkim skupiam się na swojej pracy, podobnie jak cała nasza kadra – powiedział po ślubowaniu Bielecki.

Jako piersi na scenie zjawili się kolarze szosowi i torowi, którzy będą stanowić tam najliczniejsza ekipę w historii. Wśród nich największa nadzieja na indywidualny sukces – Rafał Majka oraz Maciej Bodnar, którzy dopiero co wrócili Tour de France (Michał Kwiatkowski i Michał Gołaś akurat startowali w wyścigu Clasica San Sebastian). Majka, zwycięzca górskiej klasyfikacji Tour de France żałował, że między zakończeniem Wielkiej Pętli, a startem w Rio są dwa tygodnie przerwy. - Najchętniej wystartowałby z marszu, choćby dziś. Nie czuję się faworytem, wolę rolę „czarnego konia. To będzie niesłychanie ciężki wyścig. Taki, jak najtrudniejsze etapy Tour de France. Nie sądzę, by ktoś przyjechał na metę z wielką przewagą, różnice będą małe – mówił.

Rafał MajkaI dodał, że nie będzie problemu z ustaleniem, kto jest liderem reprezentacji Michał Kwiatkowski czy on. - Pojedziemy na tego, kto będzie tego dnia najsilniejszy. Jeśli to nie będę ja – podporządkuję się, będę pracował na Michała. To cała drużyna będzie rozliczana z medalu – zadeklarował.  Spośród lekkoatletów największy wianuszek otoczył niezwykle ekspresyjną Ewę Swobodę, która niedawno została wicemistrzynią świata juniorów. 19-latka zadeklarowała, że zamierza w Rio pójść pod pomnik Jezusa Zbawiciela oraz… poopalać się na słynnej plaży Cocacabana, ma nawet specjalny strój. Oczywiście to nie jedyne jej cele podczas wyjazdu na igrzyska, zresztą posłuchajcie sami.


Nagrane Samsung Galaxy S7 (Więcej o GalaxyS7)

Na koniec ciekawostka. Klubem który wysyła do Rio najliczniejszą ekipę w olimpijskiej reprezentacji jest AZS AWF Warszawa: aż 11! Na zdjęciu z dwójką z nich – Joasią Jóźwik (800 m) i Emilią Ankiewicz (400 metrów przez płotki) oraz prezesem klubu, Maciejem Hartfilem.

Na koniec słowa Prezydenta Andrzeja Dudy, który celnie ujął to, co myśli chyba każdy z nas, kibiców: zazdrościmy patrząc na tych młodych ludzi, udających się na najważniejszą imprezę życia! „Gratuluję wam z całego serca wszystkim tych nominacji olimpijskich. Musi to być niesamowite przeżycie móc uczestniczyć w igrzyskach. Trochę zazdroszczę, że nie mogłem powiedzieć także: „ślubuję”. To musi być coś niesamowitego być takim zawodnikiem, trenerem, takiej jakości fizjoterapeutą, mechanikiem czy inną osobą współpracującą, aby wywalczyć nominację olimpijską, aby móc wziąć udział w tym największym święcie sportu jaki jest na świecie. Z całą pewnością to niewyobrażalny trud. Cierpienie, czasem ból i tylko czasem przychodzi sukces. Nie wszystkim jest on dany, ale państwu dany jest już w postaci, że jedziecie na igrzyska!”

Na koniec urocza płotkarka Karolina Kołeczek przed wyjazdem na swoje pierwsze igrzyska. Przyszyła mistrzyni ogląda w Centrum Olimpijskim zdjęcia mistrzów olimpijskich…Karolina KołeczekTrener Tałant Dujszebajew w otoczeniu swoich chłopaków…

Ekipa lekkoatletów, którym nominacje wręczyła Irena Szewińska (z prawej)…

… i uśmiech Ewy Swobody :) Fot. Samsung Galaxy S7 (Więcej o GalaxyS7)

Reguła 40, czyli powodzenia, sami wiecie kto, sami wiecie gdzie!

Rule 40Czy igrzyska w Rio de Janeiro przejdą do historii jako pierwsze, na których jakiś sportowiec straci medal nie z powodu dopingu ale za dopuszczenie się reklamy nieolimpijskiego sponsora? Albo bo jego nieoficjalny olimpijski partner pogratuluje mu sukcesu w social mediach, wykorzystując któreś z zabronionych przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski na czas igrzysk „zakazanych słówek” jak „medal”, „zwycięstwo”, „złoto”, „srebro”, „brąz”? To niestety niewykluczone.

Od poniedziałku znów obowiązuje artykuł 40 Karty Olimpijskiej, wprowadzony na igrzyska w Londynie w 2012 roku w reakcji na rozpanoszenie mediów społecznościowych. Zabrania m.in. składania podziękowań przez zawodników po sukcesie swoim nieolimpijskim sponsorom, a tym ostatnim publicznych gratulacji.

Już cztery lata temu wywołał burzę. Pamiętam m.in. zdjęcie amerykańskiej mistrzyni olimpijskiej w biegu na 100 m ppł z Pekinu, Dwan Harper z ustami zaklejonymi plastrem z napisem #Rule40. MKOl. obiecywał zmiany, ale jak się okazało na igrzyska w Rio jeszcze zaostrzył zasady. Tak bardzo, iż ciężko oprzeć się wrażeniu, że stojąc na straży swoich klejnotów marketingowych zmienił się w owładniętego obsesją Goluma, gotowego zabić każdego kto tylko tknie jego „skarbu”.

Dawn Harper Rule 40Pomijam fakt, że sponsor nieolimpijski, który chciałby wykorzystać wizerunek jakiegoś zawodnika, był zobligowany do przesłania MKOl wniosku z założeniami kampanii reklamowej aż 6 miesięcy przed rozpoczęciem okresu ochronnego (9 dni przed ceremonią otwarcia Igrzysk), czyli w styczniu gdy kompletnie nie było wiadomo kto się zakwalifikuje. Gorzej, że MKOl. zakazał by treść kampanii w jakikolwiek sposób nawiązywała do igrzysk.

Zrozumiałe jeszcze, że zakaz objął sformułowania w rodzaju: „igrzyska olimpijskie”, „olimpijski”, „Rio 2016”. Pal diabli, że także obowiązującą od 1913 roku dewizę igrzysk „citius, altius, fortius” (szybciej, wyżej, silniej). Ale na indeksie MKOl. znalazły się nawet „zwycięstwo”, „medal”, „złoto”, „srebro”, „brąz” oraz „wysiłek”, „występ”, „rywalizacja”, a nawet „lato 2016”. Dotyczy to nie tylko ewentualnych gratulacji. Na dołączonych ilustracjach co wolno, a czego nie: np. wyprzedaż sprzętu sportowego pod hasłem „lato 2016” jest niedopuszczalna. Podobnie jak użycie logo olimpijskiego z ułożonych w odpowiednim układzie… owoców, gdyby jakiś spryciarz wpadł na taki pomysł.

Rule 40Reklamodawcom nieolimpijskim nie wolno także życzyć „Good luck!” (powodzenia!) ani pisać „We support you!” (jesteśmy z tobą!). Mało tego, gdyby jakaś zrezygnowana firma sięgnęła po byłego olimpijczyka, wolno jej użyć słowa np. „dwukrotny olimpijczyk”, ale w reklamie muszą się znaleźć przynajmniej dwa inne osiągnięcia.

Reguła 40 wygasa dopiero 24 sierpnia, czyli trzy dni po ceremonii zamknięcia igrzysk w Rio, żeby komuś nie przyszły do głowy zbyt prędkie gratulacje, „podczepiając” się w ten sposób bezprawnie pod sukces olimpijski. Jest dwustronna, dotyczy zarówno sportowców, trenerów, działaczy jak i sponsorów.

Słowem firma X, która przez lata wspiera zawodnika Y w karierze, umożliwia starty w szeregu zawodów, np. sponsorując wyjazdy, zostaje od niego „odcięta” gdy tylko dzięki jej pomocy zakwalifikuje się na najważniejszą sportową imprezę świata. Mało tego, musi się wręcz zachowywać tak jakby żadne igrzyska wcale się właśnie nie odbywały!

To nie tylko niesprawiedliwe, ale i demotywujące firmy do zaangażowania w sponsoring sportowy. Nie każdą stać na to, żeby zostać partnerem MKOl. czy nadal będą chciały wspierać sportowca na „małą skalę”? Czy nie wystarczy, że zawodnik zamiast w stroju dostawcy sprzętu, z którym ma kontrakt indywidualny wystąpi w reprezentacyjnym, z logo partnera MKOl. Jego prywatny sponsor nie może mu nawet życzyć szczęścia lub pogratulować?

Za złamanie Reguły 40 grożą dotkliwe kary finansowe z odebraniem akredytacji (czyli uniemożliwienie startu) lub medali włącznie. Jak w przypadku paragrafu 22 jest oczywiście od niej odstępstwo. Na użycie zabronionych słów można otrzymać specjalnie zezwolenie, o ile… zapłaci się odpowiednią stawkę. Czyli trzeba być partnerem MKOl. choć troszkę.

Rule 40Sportowcy – jak przed czterema laty – reagują oburzeniem lub śmiechem. Brytyjska siedmioboistka, Kelly Sotherton skomentowała, że MKOl. bardziej przykłada się do karania zawodników za naruszenie obostrzeń sponsoringowych niż za doping. Z kolei dyskobolka Jade Lally wrzuciła na Twittera zdjęcie kartki z wieloma życzeniami powodzenia, pisząc: „Wspaniałe! To z okazji tej rzeczy, którą będę robić latem w Ameryce Południowej” opatrując wpis hasztagiem #rule40.

Rekordzistka USA w biegu przez płotki, Emma Coburn zdążyła zatwittować: „Od jutra obowiązuje #Rule40, nie będę więc mogła dziękować mojemu sponsorowi. Dzięki za wszystko @NewBalance”. Podobnie zrobiła kanadyjska biegaczka na 1500 m, Nicole Sifuentes, dziękując póki można firmie Saucony za siedmioletnie wsparcie.

Walkę z paragrafem 40 można śledzić na stronie rule40.com. Któryś z koncernów wysłał na ulice amerykańskich miast furgonetki, z wymalowanymi na bokach hasłami w rodzaju: „Drodzy atleci, gdybyśmy mogli życzylibyśmy wam szczęścia z imienia, ale to zbyt ryzykowne, żeby wspomnieć nawet nasze własne” albo „powodzenia, sami wiecie kto, robiąc sami wiecie co, sami wiecie gdzie”.

Oczywiście rozumiem wymogi czasów i globalnej komercjalizacji, nie marzy mi się powrót do idei olimpizmu Barona Pierre de Coubertina, gdy liczył się sam udział w igrzyskach. Wiem, że nie ma na to najmniejszych szans. Skoro igrzyska w Londynie w 2012 roku z praw marketingowych wg Bloomberga przyniosły MKOl. 1,1 miliarda dolarów zysku, to pragnie on dopieszczać swoich oficjalnych sponsorów, ale gdzieś są granice absurdu.

Rule 40

Trąd w pałacu królowej

Athletics WADA IAAF InvestigationByć może już dziś Międzynarodowa Federacja Lekkiej Atletyki (IAAF) podejmie decyzję o zawieszeniu Rosji w swych strukturach, a co za tym idzie wykluczeniu rosyjskich sportowców ze startów we wszystkich międzynarodowych zawodach. W tym w tych najważniejszych, czyli przyszłorocznych igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro. Raport Międzynarodowej Agencji Antydopingowej (WADA) jest porażający, a dowody na istnienie w Rosji systemu dopingowego nadzorowanego przez państwo wołają o radykalne działanie.

Mam jednak wątpliwości czy taka decyzja nie okaże się zbyt radykalna i w efekcie opłakana w skutkach. Zwłaszcza jeśli okaże się, że za błędy nieuczciwych kolegów i oszustwa działaczy zapłacą karierą i zrujnowaniem marzeń sportowcy uczciwi. I czy wrzucenie wszystkich zawodników federacji rosyjskiej „do jednego wora” i pociągnięcie ich do odpowiedzialności zbiorowej rzeczywiście pomoże szlachetnej dyscyplinie odbudować zaufanie i odzyskać reputację, szarganą u kibiców i sponsorów jeszcze bardziej niż afera Lance Armstronga zszargała kolarstwo, a korupcja w FIFA – futbol? Podejmując decyzję szefowie IAAF muszą też zadać sobie pytanie jaki wpływ będzie on miała na cały ruch olimpijski?

Trener Anity Włodarczyk, a w przeszłości Kamili Skolimowskiej, Krzysztof Kaliszewski przestrzega na łamach sport.pl, że cała sprawa może się skończyć wyrzuceniem przez MKOl lekkoatletyki z programu igrzysk w Rio. Dopuszcza taką możliwość, ponieważ – jak twierdzi – doping na pewno nie dotyczy tylko Rosjan. Z czasem zaczną wpadać kolejne kraje, na celowniku już są Kenia i Jamajka. MKOl może więc nie mieć innego wyjścia. – A to byłoby „koniec lekkiej atletyki”. Z drugiej zaś strony decyzja, że zapominamy i startujemy dalej byłaby drugą śmiercią igrzysk – stwierdził Kaliszewski.

Po lekturze 350-stronicowego raportu WADA trudno wyobrazić sobie, żeby cała sprawa miała się skończyć tylko karą finansową. Reakcja IAAF musi stać się przestrogą dla wszystkich pozostałych federacji oraz – co najważniejsze – dawać kibicom gwarancje, że oglądając lekkoatletyczne zawody nie oglądają rywalizujących brojlerów, ale sportowców przekraczających własne możliwości.

Przypomnijmy: WADA przystąpiła do sporządzenia raportu po głośnym reportażu stacji ZDF/ARD z grudnia 2014 o dopingu w Rosji, w którym m.in. trzykrotna zwyciężczyni maratonu w Chicago Lilija Szobuchowa przyznała, że zapłaciła działaczom rosyjskiej federacji lekkoatletycznej 450 tys. euro za fałszowanie wyników jej badań antydopingowych.

W wyniku raportu IAAF już pozbawiła akredytacji rosyjskie laboratorium antydopingowe w Moskwie, którego dyrektor, Grigorij Rodczenkow osobiście zlecił zniszczenie 1417 próbek w grudniu 2014 roku, kilka dni przez zapowiedzianym audytem WADA. Rodczenkow miał nie tylko fałszować testy ale i handlować środkami dopingującymi. Sportowcy oddawali mu 5 proc. dochodów.

Raport ujawnił też istnienie tajnego laboratorium na obrzeżach Moskwy, które miało dokonywać badań próbek sportowców i przesyłać do „oficjalnego” laboratorium tylko te z nich, które dały negatywne wyniki. Pozostałe, wykazujące obecność niedozwolonych substancji w organizmie, niszczono.

Tylko te fakty pokazują jak bardzo chory jest pacjent. Pytanie o terapię: czy wycinać zgniłe ciało do kości czy amputować całą nogę? Wykluczenia Rosji najgłośniej domagają się szef komisji WADA, która sporządziła raport, Dick Pound, brytyjska federacja lekkoatletyczna oraz skupione wokół niej federacje dawnego imperium jak choćby australijska, choć akurat Sally Pearson, mistrzyni olimpijska z Londynu w biegu na 100 m ppł apeluje, żeby karać indywidualnie, a nie całe kraje. Ale już rekordzistka świata w maratonie, Brytyjka Paula Radcliffe apeluje dyskwalifikację Rosji do czasu „aż pokażą, że to, czego dokonywali przez te wszystkie lata, już nie ma miejsca”. Czyli na długie miesiące jeśli nie lata.

Wszyscy wywierają presją na nowego prezesa IAAF, Brytyjczyka Sebastiana Coe, który jest w bardzo niewygodnej sytuacji. Przez osiem lat był zastępcą Lamine Diacka, skompromitowanego właśnie ujawnieniem, że miał przyjąć milion dolarów od sportowców za tuszowanie ich dopingu.

Na razie po raporcie władze IAAF otrzymały zalecenie nałożenia dożywotniej dyskwalifikacji na pięciu sportowców i pięciu trenerów z Rosji. Wśród nich znalazła się mistrzyni olimpijska z Londynu w 2012 roku w biegu na 800 m Maria Sawinowa.

Może zamiast zabronić występu na igrzyskach w Rio wszystkim, przeprowadzić ścisłą selekcję, popartą badanami niezależnych laboratoriów WADA z innych krajów. Odpowiedzialnych działaczy, nawet najwyższego szczebla uczynić persona non grata w sporcie na zawsze, a reformę walki z dopingiem w Rosji powierzyć np Szwajcarom?

Skoro IAAF i WADA uznają dziś rosyjską lekkoatletykę jak obszar objęty epidemią trądu, niech przeprowadzą kwarantannę i uratują „zdrowych” sportowców, by nie musieli umierać sportowo wraz z „trędowatymi”.

Martin Samuel, ceniony felietonista „Daily Mail” napisał, że będzie to końcem sportu jeśli na igrzyskach w Rio 2016 choćby jeden rosyjski lekkoatleta – nawet nie wygra, czy stanie na podium – ale choćby postawi nogę na bieżni. Bo na igrzyskach liczy się sam coubertinowski udział. Dla mnie zaprzeczeniem idei Barona będzie sytuacja, kiedy w Rio nie będzie mógł wystąpić choćby jeden sportowiec, który niczym nie zasłużył sobie na dyskwalifikację za to całą swoją karierą zasłużyli na ten właśnie występ.

Jelena Isinbajewa