Manchester. City United

CityUnitedTerroryści zataczają coraz ciaśniejszy krąg wokół sportu i wokół piłki nożnej… Futbol i pełne stadiony już jakiś czas temu przestały być tabu dla fanatyków, pragnących zadać cios zachodniej cywilizacji tam gdzie najbardziej zaboli. Wystarczy przypomnieć wybuchy przed Stade de France w trakcie towarzyskiego meczu Francja – Niemcy. Nie bez powodu autor zamachu na autobus z piłkarzami Borussii Dortmund próbował podszyć się pod islamskich ekstremistów, wiedząc że opinia publiczna i służby skrzętnie podchwycą ten trop.

Zresztą o jakim tabu mówimy, skoro terroryści właśnie dokonali zamachu na halę wypełnioną radosnymi nastolatkami, które przyszły do Manchester Arena na koncert ulubionej wokalistki. Skoro najmłodszą ofiarą zamachu stała się 8-letnia Saffie, co powstrzyma ich przed atakiem na kibiców czy piłkarzy?

Martwię się tym bardziej, że brytyjska premier Theresa May podniosła poziom zagrożenia atakiem terrorystycznym w kraju do najwyższego, czyli piątego. Oznacza to, że kolejny atak jest nie tylko bardzo prawdopodobny, ale może do niego dojść właściwie w każdej chwili. A zamachowiec nie był samotnym wilkiem, ale członkiem rozbudowanej siatki, którą trzeba wyłapać. Jego brata aresztowano w środę w Trypolisie… Tymczasem w Anglii i Walii za chwilę odbędą się dwie wielkie piłkarskie imprezy masowe o niezwykle istotnej randze – finał Pucharu Anglii na Stadionie Wembley w Londynie i finał Ligi Mistrzów w Cardiff…

W tych ponurych chwilach po ataku cieszą mnie wszystkie ludzkie gesty solidarności i nie rozumiem, czemu tak wiele osób w mediach społecznościowych irytują hasztagi w rodzaju #PrayforManchester, czy wcześniej #PrayforParis. Dlaczego naśmiewać się osób, które chcą dać wyraz empatii w jedyny sposób w jaki mogą? Przecież nie zaciągną się do armii na wojnę przeciwko Państwu Islamskiemu.

Wspaniała była reakcja mieszkańców miasta, którzy w obliczu tragedii natychmiast się zjednoczyli. W noc zamachu taksówkarze za darmo rozwozili poszkodowanych i wstrząśniętych uczestników do domu, innych obcy ludzie przyjmowali w swoich mieszkaniach.

Ulice i media społecznościowe obiegły niebiesko-czerwone banery z hasłem CityUnited. Następnego dnia tłumy zgromadziły się na czuwaniu w intencji ofiar na Albert Square, by wyrazić sprzeciw wobec terroru. Deklarowali, że nie dadzą się złamać, zastraszyć ani podzielić. Że są dumni z bycia mieszkańcami Manchesteru. A Manchester nigdy się nie poddaje.

Zawodnicy obu rywalizujących klubów z Manchesteru na Twitterze i Facebooku wyrażali wsparcie i deklarowali modlitwę, w tym także byłe gwiazdy MU jak Cristiano Ronaldo, David Beckham, Patrice Evra czy Rio Ferdinand, a Eric Cantona wrzucił wzruszający film na You Tube. Były pomocnik City, Joey Barton, znany z niewyparzonego języka w swoim stylu zbluzgał zamachowca. Kondolencje rodzinom z hasztagiem #Ilovemanchester złożył trener City, Pep Guardiola, którego żona i córki także były na feralnym koncercie Ariany Grande.

Jego klub w noc ataku zapraszał rozproszonych w szoku uczestników koncertu na Etihad Stadium, gdzie czekało na nich jedzenie, napoje, koce i… ładowarki do telefonów komórkowych, by jak najszybciej mogli nawiązać kontakt z bliskimi. Pomocnik City, Yaya Toure wraz z agentem przeznaczył 100 tys. funtów na pomoc dla rodzin ofiar. To samo zadeklarowała ikona MU, Wayne Rooney.

Pięknie zachowali się rywale klubów z Manchesteru w Premier League. Chelsea odwołała zaplanowaną na niedzielę paradę z okazji zdobycia mistrzostwa Anglii, a Arsenal party na swoim stadionie Emirates, gdzie na telebimach miał być transmitowany finał Pucharu Anglii, dla tych którzy nie załapali się na Wembley. Być może po części o odwołaniu imprez zadecydowały względy bezpieczeństwa, ale na pewno nie tylko. Władze Chelsea, której piłkarze mieli przejechać ulicami niebieskim piętrusem bez dachu uznały, że w obecnej sytuacji byłoby to niestosowne. To nie jest odpowiedni moment do świętowania i wyrażania radości. I zamiast tego ogłosiły publiczną zbiórkę pieniędzy dla rodzin ofiar tragicznego zamachu.

Arsenal także zapowiedział rezygnację z parady w razie ewentualnego zdobycia Pucharu Anglii. Jego zawodnicy podobnie jak piłkarze „The Blues” zagrają na Wembley z czarnymi opaskami na ramieniu.

A piłkarze Manchesteru United zadedykowali mieszkańcom (czerwonej) części miasta wygraną w Lidze Europy w Sztokholmie. Wcześniej uczcili ofiary minutą ciszy nie tylko przed rozpoczęciem finału ale i na treningu dzień przed spotkaniem. Może gdyby mogli, zwłaszcza wychowankowie klubu jak Marcus Rashford czy Jesse Lingard, przełożyliby mecz na inny termin, nie dwa dni po tragedii. Pamiętając jedna reakcję UEFA na zamach w Dortmundzie nikt nawet nie wyszedł z taką propozycją.

UEFA zrezygnowała przynajmniej z uroczystej ceremonii otwarcia finału. A Jose Mourinho z brylowania na przedmeczowej konferencji prasowej. Odczytał tylko krótkie oświadczenie, łącząc się w bólu z rodzinami zabitych i zniknął, nie odpowiadając na pytania. Uznał, że w dniu w którym w mediach dominują dramatyczne opisy tragedii i apele zdesperowanych rodziców, poszukujących zaginionych dzieci, nie ma miejsca na kwestie taktyczne czy ulubione gierki psychologiczne…

Manchester - CityUnited

Dobrze, że MU wraca do elity!

Manchester UnitedChwała Ajaksowi za wystawienie w finale Ligi Europy najmłodszego składu w historii finałów europejskich pucharów (średnia 22 lata i 282). Świetnie, że pozostał wierny ofensywnej filozofii swego trenera Petera Bosza, prezentowanej konsekwentnie przez cały sezon. Dziękujemy za atrakcyjną, ofensywną grę. Te dryblingi, mijanki, zwody Traore i jego kolegów były efektowne. Brawo za przewagę w posiadaniu piłki i to, że przyjechali do Sztokholmu grać w piłkę. Puchar Ligi Europy zdobyła jednak drużyna, która nie tyle chciała grać, co wygrać. Zwyciężyło doświadczenie finałowe Jose Mourinho, wyrachowanie, umiejętność wybijania rywala z rytmu i kontrolowania gry przez 90 minut. MU umiejętnie rozjechało autobusem entuzjazm amsterdamczyków.

Dzieciaki z Ajaksu muszą się jeszcze sporo nauczyć. Także większej wstrzemięźliwości i szacunku wobec bardziej doświadczonego i utytułowanego rywala. De Ligt – 17-letni, najmłodszy zawodnik w historii finałów europejskich pucharów – szybko pożałował słów o Pogbie, że „nigdy nie widział, żeby worek pieniędzy strzelał gola”. „Worek” trafił do siatki już w 18. minucie. Dzięki rykoszetowi, ale był to w wykonaniu Francuza jeden z najlepszych meczów w sezonie. Harował w defensywie, pomocy, kreował ataki, jakby wiedział, że cała Europa patrzy więc trzeba potwierdzić status najdroższego piłkarza świata. Tym samym załatwił sobie i drużynie przepustkę do Ligi Mistrzów. Kuchennymi drzwiami, bo grą w Premier League MU nie zasłużyło sobie na grę w elicie. Dobrze jednak, że do niej wraca. Takie gwiazdy jak Pogba, Zlatan, Mkitarjan, de Gea do niej przynależą, smutne było oglądanie ich w czwartkowe wieczory. Tak jak Mourinho, który w tej edycji Champions League występował wyłącznie w reklamach jej sponsora.

Jose MourinhoNiesamowite jest to zdjęcie Mourinho tuż po ostatnim gwizdku finału. Pokazuje jak wielką czuł presję, która właśnie z niego zeszła. Nigdy też nie widziałem, żeby aż tak bardzo cieszył się po wygranych finałach, tak szalał z piłkarzami podczas dekoracji. Tyle w karierze przeszedł, że potrafią go cieszyć nawet drobne sukcesy i przyjemności ;)

 

Duch Simeone nad Białymstokiem

Vadis Odjidja Ofoe i Jacek GóralskiNie rozumiem pretensji do trenera Michała Probierza, które rozlały się mediach społecznościowych jeszcze w trakcie meczu Jagielloni z Legią, o to że nakazał piłkarzom agresywną grę, a Jackowi Góralskiemu prowokowanie Vadisa Odidję Ofoe nieustannymi faulami. Może się to komuś nie podobać, bo piękne nie jest, ale tak też osiąga się w piłce zamierzone cele. Nad stadionem w Białymstoku wyraźnie unosił się duch Diego Simeone i jego „cholissmo”, a Jagiellonia Probierza , niczym Atletico Argentyńczyka ostrą grą wybiła rywalom futbol z głów i pozostała niepokonana u siebie. A jej stadion niezdobytą twierdzą w 2017 (6 zwycięstw, dwa remisy). Mało tego, gdyby nie pechowy spalony Ciliana Sheridana, wygrałaby po najlepszej akcji meczu.

Vadis, dopiero co tak chwalony po meczu z Lechem i słusznie nazywany zawodnikiem, który przerósł Ekstraklasę, nie pokazał nic z tego, czym tak zachwycał w Warszawie. W końcu, sfrustrowany niemocą, stracił nerwy i z drugą żółtą kartką za cios łokciem w nos Góralskiego wyleciał z boiska. Dopiero co trener Lecha Nenad Bjelica bezradnie wyjaśniał, że nie znalazł sposobu na zatrzymanie Belga, bo Vadis jest nie do zatrzymania. A Probierz znalazł. Brzydki (to nie przytyk do urody Góralskiego tylko jego stylu gry), ale skuteczny i zgodny z przepisami, choć na ich granicy. Tak się eliminuje gwiazdę rywali, która stanowi największe zagrożenie i piłkarsko jest poza zasięgiem wszędzie pod słońcem, czy to Gonzalo Higuain w Serie A, czy Leo Messi w La Liga czy Sergio Aguero w Premier League.

Brak porażki był dla Probierza warunkiem pozostania w grze o tytuł. Osiągnął to. Mogą nam się nie podobać meteody. Ale tylko efekt się liczy.

Michał Probierz

 

Kamień milowy Mino Raioli

Mino Raiola i Paul PogbaTo nie mógł być przypadek, że parę dni po transferze Paula Pogby do Manchesteru United za rekordową w historii futbolu sumę 105 mln euro, pośredniczący przy tej transakcji agent piłkarza, Mino Raiola kupił sobie w Miami willę należącą niegdyś do Ala Capone. Dom, w którym najsłynniejszy gangster w historii świata pomieszkiwał od 1928 roku do śmierci w 1947 ma co prawda siedem sypialni, basen i prywatną plażę, ale kosztował 8 mln euro, czyli nawet nie połowę prowizji jaką Raiola zainkasował za transfer, czyli – jak nam się wtedy wydawało – 23 mln euro. Jak na rezydencję na wschodnim wybrzeżu USA to wcale nie jakaś zawrotna suma. Ot, choćby znany baseballista, Alex Rodriguez dopiero co kupił w Miami rezydencję za 24 mln. Włoch spokojnie mógł znaleźć bardziej luksusowe lokum. Ale liczył się symbol. Raiola znany z zamiłowania do prowokacji, ostrych słów w wywiadach gdy trzeba bronić swoich zawodników (potrafił wygarnąć Pepowi Guardioli, że może jest dobrym trenerem, ale jako człowiek nie jest wart złamanego grosza) wysłał środowisku sygnał kto tu jest „cappo di tutti cappi”.

Dotąd za największego rekina w branży całkiem słusznie uchodził Jorge Mendes. Może Raioli nie wystarczyło, że z pomocą Pogby pobił rekord transferowy Portugalczyka. Może chciał pokazać, że teraz nadchodzi jego czas, bo ma bardziej przyszłościowych zawodników w stajni. Trudno co prawda nazwać najsłynniejszego piłkarza Mendesa i zarazem jego przyjaciela, Cristiano Ronaldo zachodzącą gwiazdą, bo ustanawia kolejne rekordy, jest na najlepszej drodze po obronę trofeum w Lidze Mistrzów i kolejną Złotą Piłkę. To określenie bardziej pasuje do Zlatana Ibrahimovića, którego karierę prowadzi Raiola. Ale przyszłość zdecydowanie bardziej należy do takich jego piłkarzy jak Gianluigi Donnarumma, Romelu Lukaku czy właśnie Pogba niż do Angelo di Marii, Thiago Silvy czy Diego Costy ze stajni Mendesa.

Paradoksalnie pozycję Włocha i środowiskowy szacunek dla jego niekonwencjonalnych metod działania, na pograniczu prawa niczym słynny rodak z Chicago, mogą wzmocnić najnowsze rewelacje. FIFA potwierdziła w tym tygodniu, że sprawdza legalność transferu Pogby z Juventusu Turyn do MU. Zastrzegając, że nie chodzi o kwestie dyscyplinarne, ale wątpliwości jakie zgłosił wykrył Transfer Matching System, czyli narzędzie analizujące dane wszystkich transferów i przepływ pieniędzy w futbolu.

Kulisy odsłaniają fragmenty nieopublikowanej jeszcze książki „Football Leaks: The Dirty Business of Football”, będącej efektem śledztwa dziennikarzy tygodnika „Der Spiegel” na temat m.in. transferów Pogby i Ibrahimovića do MU. Dziennikarze ujawnili, że prowizja Raioli za transfer Francuza wyniosła tak naprawdę oszałamiające 49 mln euro! A to dlatego, że agent… reprezentował podczas negocjacji wszystkie trzy strony transakcji.

Tylko od Juventusu otrzymał aż 27 mln euro, przy czym nie była to prowizja za sprzedaż zawodnika, ale nagroda za wynegocjowanie tak wysokiej kwoty. Okazuje się, że kiedy w 2012 roku 19-letni zawodnik odchodził z MU za 2 mln euro (po tym jak wkurzył Sir Aleksa Fergusona, bo nie chciał przedłużyć kontraktu), Raiola podpisał z turyńskim klubem klauzulę, na mocy której zapewnił sobie przy kolejnym transferze 50 procent od sumy wynegocjowanej ponad 40 mln euro. Juve nie przewidziało, że padnie transferowy rekord świata, agent twierdzi dziś, że cały czas było to dla niego oczywiste.

Z kolei MU w 2016 był tak zdesperowany po kiepskich rządach Davida Moyesa i Louisa van Gaala, że zawarł z Raiolą kontrakt na „sprowadzenie Pogby na warunkach akceptowalnych przez klub”. Normalnie taka osoba walczyłaby o maksymalne zbicie ceny, ale przecież Raioli zależało na czymś wprost przeciwnym. MU był jednak tak zadowolony, że młoda gwiazda jednak wróci na Old Trafford, że wypłacił agentowi 19.4 mln euro. Doszła do tego jeszcze prowizja 3 mln euro od samego Pogby, któremu Raiola wynegocjował roczne zarobki w wysokości 10 mln euro za sezon.

Kwota prowizji agenta poraża. 49 mln euro – 99% procent klubów świata może pomarzyć o takim rocznym budżecie na wszystkie transfery. Kiedy w 1999 roku Lazio sprzedało Cristiana Vieriego do Interu Mediolan za 50 mln dolarów, watykański dziennik „Osservatore Romano” nazwał sumę transferu „obrazą dla ubogich”, ciekawe jak skomentowałby teraz?

Ale nie suma zarobiona przez Raiolę jest tu problemem, ale jego postawa, która wygląda na ewidentny konflikt interesów. Ale tylko pozornie, bo deregulacja przez FIFA zawodu agenta piłkarskiego w 2014 roku, zastępująca agentów pośrednikami, pozostawiła stronom decyzję czy zgadzają się na podobne konflikty. Jeżeli wszystkie dają zielone światło, nie ma problemu. W Premier League jest na porządku dziennym, że ta sama osoba reprezentuje piłkarza, któremu zależy, żeby zarobić jak najwięcej i klub, w którego interesie leży żeby zapłacić mu jak najmniej.

Raiola odpiera też zarzuty, że w przypadku Pogby doszło do zakazanej przez FIFA third-party ownership, czyli sytuacji gdy właścicielem zawodnika lub jego części jest ktoś jeszcze oprócz klubu np fundusz inwestycyjny, agencja menadżerska czy agent. Przecież gdyby Francuz poszedł za 40 mln euro, nie miałby z tego ani grosza.

Tak więc reprezentowanie przez Raiolę trzech stron transferu i zagarnięcie za to najwyższej prowizji w historii futbolu, trzeba mu uznać za kamień milowy i wejście na nieosiągalny dotąd poziom. I to zupełnie legalnie. Włoch mógłby powtórzyć za Al’em Capone w czasach prohibicji: „Jestem zwykłym biznesmenem, po prostu daję ludziom to czego tak bardzo potrzebują”.

Mino Raiola i Mario Balotelli

Depresja Aarona Lennona

Aaron LennonGdy w ostatnich dniach wszyscy zachwycaliśmy się strzeleckimi rekordami Messiego w El Clasico, Cristiano Ronaldo w Lidze Mistrzów i w ogóle wielkim futbolem, na jego przeciwległym, zacienionym krańcu szczęśliwie udało się uniknąć wielkiej tragedii. Brytyjska policja zatrzymała i na mocy ustawy o zdrowiu psychicznym „Mental Health Act” doprowadziła do przymusowego leczenia Aarona Lennona, 21-krotnego reprezentanta Anglii.

„Zarabiający 55-tysięcy tygodniowo zawodnik leczony z powodu stresu!” wybił w tytule jeden z brukowców, jakby fakt zarabiania sporych pieniędzy automatycznie zapewniał dożywotnią nirwanę. Niestety, jak przekonujemy się już po raz kolejny, gra w piłkę nożną, a zwłaszcza ciężar związanych z tym oczekiwań potrafią doprowadzić do załamania nerwowego.

Lennon został zatrzymany w niedzielne popołudnie na przedmieściach Manchesteru. Policję wezwał ktoś, czyj niepokój wzbudził „mężczyzna w klubowym dresie, przechadzający się w niepewny sposób wzdłuż ruchliwej autostrady M602”. Policjanci, którzy przyjechali na miejsce, po krótkiej rozmowie z piłkarzem uznali, że skrzydłowy Evertonu mógł próbować popełnić samobójstwo i odwieźli go do szpitala w Salford.

Klub wydał lakoniczne oświadczenie: „Aaron Lennon znajduje się obecnie pod opieką lekarzy. Przechodzi leczenie ze względu na chorobę związaną ze stresem. Wspieramy go i prosimy wraz z rodziną o uszanowanie prywatności”.

W mediach społecznościowych pojawiło się mnóstwo słów wsparcia, życzenia powrotu do zdrowia i modlitwy ze strony obecnych i byłych kolegów z drużyny jak Stan Collymore, który publicznie opowiadał o swojej walce z depresją. Były napastnik reprezentacji Anglii, Andy Johnson zorganizował akcję charytatywną – za każde podanie dalej jego tweeta przeznaczył 10 pensów na fundację zdrowia psychicznego „Mind”. A były klub, Tottenham wezwał kibiców by podczas najbliższego meczu z West Ham Utd wsparły Lennona owacją w 7. minucie (grał z tym numerem na koszulce).

Piękne gesty, jak dobrze, że napływają po szczęśliwie niedoszłej tragedii. Pytanie czy środowisko zrobiło wystarczająco dużo, żeby do niej nie doszło? Czy Lennon nie powinien dostać wsparcia wcześniej?

Stowarzyszenie Zawodowych Piłkarzy (PFA) ujawniło przy tej okazji, że co rok rośnie liczba zawodników korzystających z pomocy psychologicznej zapewnianej przez organizację od 2012. W ubiegłym roku skorzystało z niej 62 piłkarzy (i 98 byłych piłkarzy). Jej szef Michael Bennett zastrzegł jednak, że depresja nie jest problemem piłkarskim, ale społecznym. „Skoro dotyka w coraz większym stopniu społeczeństwa, to również i futbolu. Bo piłkarze to po prostu ludzie”.

Na razie nie wiadomo czy korzystał z niej i Lennon. Jak poczytać angielską prasę, powinien. Z ciężarem oczekiwań zmagał się bowiem od 12 roku życia. To wówczas młodego juniora Leeds okrzyknięto „nadzieją angielskiego futbolu”, a prezesi i trenerzy podkreślali, że „nie mogą doczekać się kiedy będzie mógł grać w pierwszym składzie”. Musieli zaczekać do 2003 aż skończył 16 lat i 129 dni. Trzy lata później już jako zawodnik Tottenhamu przegrał walkę o tytuł Najlepszego Młodego Piłkarza Premier League z Wayne Rooney’em.

Choć w barwach reprezentacji Anglii zagrał na dwóch mundialach (w 2006 i 2010) trudno nazwać jego karierę spełnioną. Jego wyjątkowa szybkość zamiast przynieść mu splendor, stawała się powodem do żartów w mediach społecznościowych, zwłaszcza że nie szła za nią skuteczność.

W Tottenhamie nie widział dla niego miejsca Mauricio Pochettino, a w Evertonie z czasem – Ronald Koeman. W tym sezonie Premier League wystąpił w 11 meczach, ale od 2 stycznia spędził na boisku zaledwie 17 minut. Koeman tłumaczył niedawno jego nieobecność w składzie tym, że zawodnik nie jest w odpowiedniej formie fizycznej. Czy nie zdawał sobie sprawy z pogarszającego się stanu psychicznego swego zawodnika?

Niestety sytuacja przypomina okoliczności tragicznej śmierci niemieckiego bramkarza Roberta Enke, który w 2009 roku rzucił się pod pociąg osierocając córeczkę. Podobnie jak Lennonowi, od dziecka wróżono wielką karierę i widziano w nim przyszłą ostoję reprezentacji Niemiec. Przekleństwem okazało się dla niego spełnienie marzeń czyli transfer do Barcelony w wieku 25 lat, gdzie musiał zmierzyć się gigantyczną presją i krytyką za puszczane gole, także ze strony kolegów. Wypożyczony do Fenerbahce, nie został zaakceptowany przez kibiców, tęskniących za oddanym do Barcy ulubieńcem Recberem Rustu. Obrażany, obrzucany butelkami, monetami i zapalniczkami przez własnych fanów po przegranym meczu, nigdy nie zagrał już Turcji.

Wrócił do Bundesligi, gdzie wydawało się, że odżył w Hannoverze. Ale odrzucenia i przegrania rywalizacji o bramkę reprezentacji bał się tak bardzo, że popadł w depresję. Potęgowaną przez strach, że w razie jej ujawnienia straci i pracę i adoptowaną córeczkę. O tym co naprawdę przeżywał ten, z którym spędzili tyle wspólnych treningów, koledzy z klubu dowiedzieli się dopiero z pożegnalnego listu.

W przypadku Lennona koledzy z drużyny również mówią o szoku. Nikt się tego nie spodziewał, nikt się nie zorientował co w nim się gotuje, Aaron nie wysyłał żadnych sygnałów, że może być tak źle…

Dobrze, że udało się powstrzymać przed wysłaniem najbardziej desperackiego sygnału z możliwych… Aaron Lennon

Ekstraklasa. Za co powinniśmy podziękować Arce

Arka Gdynia. Puchar Polski. Okładka Przeglądu Sportowego

Chwała Arce nie tylko za dopisanie kolejnego rozdziału do Księgi Futbolowych Bajek z 1001 Meczów, w których słabszy i biedniejszy pokonuje wbrew logice silniejszego (wszak Lech to statystycznie najlepsza drużyna w 2017 roku, a Arka… najgorsza). Ale i za to, że dzięki niespodziewanemu triumfowi piłkarzy trenera Ojrzyńskiego (i Nicińskiego) i tak ciekawa końcówka ekstraklasy zrobi się jeszcze ciekawsza. Oto bowiem przestała istnieć „wielka czwórka”, czyli grupa drużyn, które bez względu na to jakie ostatecznie zajmą miejsca w tabeli i tak zagrają w europejskich pucharach. Koniec komfortu! Czwarte miejsce stało się paląco bezwartościowe. Klub, który jej zajmie, śmiało będzie mógł podsumować sezon jako katastrofalny. Jagiellonia, bo skończyła rundę zasadniczą jako lider. Legia, bo raz że dla mistrza Polski byłby to wstyd, a jeszcze budżetu nie zasiliły pieniądze nawet Ligi Europy. Lech, bo przecież miał „podwójną koronę” na wyciągnięcie ręki. Wreszcie Lechia, w której aspiracje nie dość że były o niebo wyższe, to jeszcze poczucie klęski zwiekszyłaby świadomość, że pośrednio zadał ją rywal zza między. W którymś z klubów na koniec sezonu rozlegnie się więc zgrzytanie zębów i walenie pięścią w stół. Stąd ich determinacja w sześciu ostatnich meczach powinna być jeszcze większa, a bezpośrednie mecze jeszcze bardziej zacięte. Dla kibiców to znakomita wiadomość. Dzięki, Arko!

Liga Mistrzów. Taki Real z takim Ronaldo może obronić trofeum!

Cristiano Ronaldo po hat-tricku vs Atletico MadrytCzwarty raz z rzędu jesteśmy świadkami derbów Madrytu w Lidze Mistrzów i po pierwszej odsłonie wygląda na to, że zostanie podtrzymany trend z poprzednich. Czyli znów górą będzie Real. Czy o sukcesie decyduje jeden mecz, jak w finałach w 2014 i 2016 roku, czy dwumecz jak w ćwierćfinale w 2015, czy trenerem jest Carlo Ancelotti czy Zinedine Zidane, „Królewscy” za każdym razem potrafią przechytrzyć lokalnego rywala.

Nigdy jednak tak nie zdominowali Atletico jak we wtorkowym spotkaniu. Praktycznie poza jednym, góra dwoma groźnymi strzałami na bramkę Keylora Navasa nie pozwolili rywalom na nic. Inny wynik niż wygrana gospodarzy ani przez chwilę nie wisiał w powietrzu, kwestią były tylko jej rozmiary. Real jak zwykle groźny w ofensywie tym razem dołożył to, za co przez lata chwaliliśmy kolejne drużyny Diego Simeone – wybijanie rywalom futbolu z głowy, niwelowanie wszystkich ich atutów, skazywanie na bezradne walenie głową w mur. „Królewscy” od początku kontrolowali mecz i spokojnie czekali na okazję do zadania najpierw pierwszego, a później kolejnego, wreszcie decydującego ciosu.

Wszystkie zadał niesamowity Cristiano Ronaldo. Gdzie te czasy, kiedy wypominano mu, że nie błyszczy w decydujących meczach? Po pięciu golach wbitych w dwumeczu Bayernowi Monachium, ma na koncie kolejne trzy. I kolejnego hat-tricka w kolejnym meczu, czego nie dokonał nikt wcześniej. A w całej Lidze Mistrzów już 104 bramek. Jako pierwszy zdobył też 50 goli w rundzie pucharowej Champions League.

Wielkie brawa za ten mecz także dla Zidane’a. Choć jego Real w każdym z ośmiu ostatnich meczów tracił gola, zdołał zachować czyste konto i tylko jakaś niewyobrażalna katastrofa w rewanżu mogłaby pozbawić go gry w drugim finale Ligi Mistrzów z rzędu. A tam w takiej formie jak we wtorkowy wieczór i z Cristiano Ronaldo w takiej formie strzeleckiej będzie miał wielkie szanse, żeby dokonać tego, czego jeszcze nie dokonał nikt w historii Champions League – obrony trofeum! I to bez względu na to, czy za rywala będzie miał Juventus Turyn czy AS Monaco.

Zinedine Zidane

Znów kompromitacja sędziego. VAR natychmiast!

"Faul" VidalaWielka szkoda, że węgierski arbiter Victor Kasai zepsuł ten fanatyczny ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Jego kluczowe błędy – niesłuszna druga żółta kartka dla Arturo Vidala, która doprowadziła do wyrzucenia pomocnika Bayernu z boiska, jednoczesna zbytnia pobłażliwości dla Casemiro, wreszcie uznanie drugiego gola Cristiano Ronaldo, który był na metrowym spalonym – przyćmiły epicki pojedynek Realu z Bayernem. Goście maja prawo być wściekli i czuć się skrzywdzeni, a gospodarzom odebrano część zasłużonej satysfakcji z awansu do półfinału. Portugalczykowi, który ustrzelił hat-tricka, zdobywając przy tym historycznego 100. gola w Lidze Mistrzów, też pewnie będzie się wypominać, że jeden (a może nawet dwa) z nich padły ze spalonego.

Wydawało się, że w tej edycji Champions League nic nie przebije błędów arbitra na korzyść Barcelony w rewanżu z PSG na Camp Nou. A jednak Kassaiemu udało się skompromitować jeszcze bardziej. Jeśli na świecie istniał jeszcze choć jeden przeciwnik wprowadzenia do futbolu powtórek wideo, odpadły mu ostatnie argumenty. Tylko naiwniak może dziś marudzić, że „powtórki zabiją romantycznego ducha futbolu, a błędy to integralna część gry”. Nie, dziś przy obecnej technologii, błędy natychmiast wyłapywane przez każdego kibica przed telewizorem, to tylko i wyłącznie kompromitacja…

Lewy cudu nie dokonał

Nie był to wielki mecz w wykonaniu Roberta Lewandowskiego. Po kapitanie reprezentacji Polski widać było, że prawa ręka nadal mu doskwiera. Nie dochodził do czystych okazji, nie stwarzał zagrożenia, uważnie pilnował go Sergio Ramos. Ale perfekcyjne wykorzystał rzut karny, sprawiając, że kibice Bayernu raz jeszcze załkali nad nieobecnością Polaka w pierwszym spotkaniu, kiedy jedenastkę zmarnował Vidal. Miał też swój udział w zamieszaniu, po którym Ramos wbił piłkę do własnej siatki. Może mieć tylko małą satysfakcję, że kiedy schodził z boiska, Bayern prowadził (jak zauważył ktoś na Twitterze: Bayern – Real z Lewandowskim 2:1, Bayern – Real bez Lewandowskiego 0:5). I że w historii Champions League nikt nie strzelił Realowi więcej goli od niego – 6.

Choć zejście Roberta wzbudziło zdziwienie i kontrowersję, jestem przekonany, że nie była to fanaberia Carlo Ancelottiego. Stary trenerski lis gdyby tylko mógł, trzymałby swego napastnika choćby i do karnych. Widocznie Polak z powodu kontuzji nie był w stanie kontynuować spotkania. Tym większa szkoda, że niesamowita skuteczność (47 goli w 46 meczach sezonu) stawiała go wśród mocnych kandydatów w plebiscycie „Złotej Piłki”. Cristiano Ronaldo na spalonym

Rozkaz: grać! czyli fałszywy powrót do normalności

Borussia DortmundCiężko w pierwszym odruchu nie stanąć po stronie piłkarzy Borussii Dortmund, wyrażających żal że UEFA kazała im rozegrać ćwierćfinał Ligi Mistrzów z AS Monaco już następnego dnia po zamachu na ich autokar. Zwłaszcza mnie, który byłem na Signal Iduna Park i na własne oczy widziałem jak bardzo roztrzęsieni atakiem i rozgoryczeni postawą federacji byli po meczu zawodnicy gospodarzy.

W momencie gdy w strefie mieszanej z Tomkiem Włodarczykiem skończyliśmy rozmawiać z Kamilem Glikiem, spostrzegliśmy, że stojący obok niego, równie postawny Sokratis Papastathopoulos ma łzy w oczach. Właśnie wypowiedział słowa, które obiegły media, że rozkazem gry, bez pytania zawodników o zdanie i ich kondycję psychiczną, poczuł się potraktowany jak zwierzę, a nie osoba („like an animal, not a person”).

Chwilę później podczas konferencji prasowej trener Borussii, Thomas Tuchel stwierdził, że drużyna poczuła się potraktowana przez UEFA „jakby ktoś rzucił w autokar puszką piwa”. Tłumaczył, że piłkarze potrzebowali więcej czasu, żeby dojść do siebie. Poczuli się bezsilni, kiedy przyszła decyzja z Nyonu – w dodatku wysłana sms – że grają za 24 godziny.

Tuchel dał zresztą zawodnikom prawo wyboru: kto nie czuł się na siłach wystąpić w środę, mógł odmówić bez konsekwencji. Ale żaden z nich nie chciał zostawić kolegów w takiej sytuacji. Jak wyznał w emocjonalnym wywiadzie Nuri Sahin, dopiero gdy po zamachu wrócił do domu, do żony i syna, dotarło do niego, co się stało i jak wielkim jest szczęściarzem. Następnego dnia aż do momentu wejścia na boisko kompletnie nie myślał o meczu. „Wiem, że futbol jest ważny, kochamy go, dzięki niemu zarabiamy ogromne pieniądze i prowadzimy uprzywilejowane życie. Ale przede wszystkim jesteśmy ludźmi” stwierdził.

Borussia Dortmund. Marc Bartra tributeNie zgadzam się z niedowiarkami, że piłkarze Borussii być może użyliby innych słów, gdyby wygrali spotkanie. Oni naprawdę przeżyli wielką traumę. Nie wolno kwestionować ich uczyć. A wręcz trudno nie czuć empatii, zwłaszcza jak słyszy się Sahina, opowiadającego, że nigdy nie zapomni scen z autokaru. Twarzy i reakcji swoich kolegów, a zwłaszcza spojrzenia Marcela Schmelzera, obok którego siedział.

Utkwiły mi też w pamięci słowa Romana Burki, szwajcarskiego bramkarza, który siedział obok jedynego ranionego w zamachu Marca Bartry. Opowiadał, że najbardziej paniczne były chwile tuż po wybuchu, kiedy wszyscy padli na podłogę autokaru w oczekiwaniu co dalej, czy to już koniec…

Borussia DortmundUważam jednak, że ataki wymierzone w UEFA, zarzucające organizacji bezduszność i kierowanie się wyłącznie pazernością są mocno niesprawiedliwe. Nie wierzę, że zmusiła obie drużyny do rozegrania meczu 24 godziny po incydencie wyłącznie z chęci zysku. To było zarządzanie kryzysowe. Nie istnieją póki co procedury – choć obawiam się, że niestety szybko będą musiały powstać – co robić w podobnych sytuacjach. Zwłaszcza przy tak napiętym kalendarzu rozgrywek, gdy oba zespoły walczą na trzech frontach, a sezon zaraz się kończy. Jak nam tłumaczył Kamil Glik, po prostu nie było na kiedy przenieść spotkania, Bo zaraz rewanż w Champions League, a jeszcze Puchar Francji, zaległe mecze w ligach…

Pojawiła się np. propozycja żeby odczekać z meczem do terminu rewanżu i rozegrać wówczas jedno spotkanie, na neutralnym stadionie. Abstrahując czy to na pewno dobry pomysł, a nie dodatkowa kara dla obu drużyn i ich kibiców, przecież na to potrzebne są procedury. Zmienianie reguł w trakcie rozgrywek może sprawić, że wzrośnie rzesza pokrzywdzonych. Jedyna procedura jaka zadziałała to „mecz się nie odbył, trzeba go rozegrać w najbliższym możliwym terminie”.

Myślę też, że podejmującymi decyzję kierowała też zwykła w takich przepadkach chęć „nie dania satysfakcji zamachowcom”, niezgoda na to żeby „zatriumfował terroryzm”. Zabrzmiało to w wypowiedzi szefa Borussii, Hansa-Joerga Watzke, który stwierdził, że jego piłkarze zagrają po to, by wysłać przesłanie do całej społeczności. I pokazać wartości klubu, którymi są siła, jedność i nieustraszenie.

Oczywiście to nie piłkarze powinni prowadzić „wojnę z terroryzmem”. Jednak ich rola daleko wykracza poza piłkę. Są idolami, wzorami dla wielu. Ich status społeczny jest wyjątkowy, wyjątkowe są więc też wymagania jakie stawia im społeczeństwo. Właśnie z powodu swego statusu stali się celem zamachu. I pewnie dlatego ich reakcja po ataku, czyli jak najszybsze doprowadzenie do meczu było przez wielu – także decydentów – postrzegane jako „powrót do normalności”. Rozumiem to podejście, choć jest ono fałszywe. Bo życzeniowe. Niestety świat, w którym żyjemy staje się coraz mniej normalny. Musimy zacząć się odnajdywać w nim na nowo. Piłkarze, kibice, media i UEFA też.

Komu bije cykl

Ranking FIFA - Polska na 12 miejscuNigdy jeszcze sprawdzanie miejsca piłkarskiej reprezentacji Polski w rankingu FIFA nie było tak ekscytujące jak obecnie. Nigdy też od naszego ruchu w górę o parę pozycji tak wiele nie zależało. Kibice oczywiście odnotowywali, że np. w 2013 roku kadra spadła na historyczne dno, a potem mozolnie pięła się w górę. Ale media robiły to raczej z „kronikarskiego obowiązku”, wymieniając egzotyczne kraje, które nas wyprzedziły. Czołówek wiadomości z tego nie było, bo w końcu co za różnica, czy zajmowaliśmy 62. miejsce jak na koniec 2010 roku czy 63. jak cztery lata później? „Rankingi nie grają, decyduje boisko” – pocieszaliśmy się kolejnymi doniesieniami.

Teraz możemy się szczycić, że ranking dobitnie odzwierciedla postawę piłkarze Adama Nawałki na boisku. Z 20 ostatnich meczów o punkty przegrali zaledwie dwa (tylko jeden w normalnym czasie gry) – i to z aktualnym mistrzem świata oraz przyszłym mistrzem Europy. Toteż teraz gdy śrubujemy rekordy, ranking FIFA stał się ulubionym tematem rozmów. Dopiero co staruszek taksówkarz wiozący mnie na lotnisko, zachwycał się, że wyprzedziliśmy takie piłkarskie nacje jak Chorwacja, Anglia czy Włosi. I dopytywał kto tam następny do łyknięcia. „Szwajcaria? No panieeeee…”

Jeśli kadrowicze nie zdejmą nogi z gazu w eliminacjach do mundialu w Rosji, pod koniec roku możemy wejść do czołowej dziesiątki! To zaś z kolei może sprawić, że 1 grudnia na Kremlu reprezentacja Polski będzie losowana z pierwszego koszyka (wiem, że dopiero półmetek eliminacji, że matematyka itd, ale po prostu nie jestem w stanie wyobrazić sobie braku Polaków na MŚ).

Pierwszy koszyk to tyleż wielki prestiż co ułatwienie, bo pozwoli uniknąć w grupie największych jak Brazylia, Niemcy, Hiszpania lub Portugalia. Choć z drugiej strony przecież wspomniani Niemcy czy Portugalczycy zupełnie nam nie straszni. Nawet lepiej, byłby wielkie mecze, okazje do rewanżu, starcia Lewego z Cristiano Ronaldo, Manuelem Neuerem, Neymarem… Po to właśnie wymyślono mundial!

Jak to w futbolu, tam gdzie jedni kibice mają wreszcie powody do dumy, inni w desperacji drą szaty i szarpią włosy na głowie, przecierając oczy w zdumieniu, co stało się z ich drużynami. Żeby nasz sen o pierwszym koszyku się spełnił (FIFA prawdopodobnie rozstawi siedem najwyżej notowanych reprezentacji świata oraz gospodarzy) na turniej do Rosji musiałaby nie pojechać Argentyna. Mundial bez wicemistrzów świata, którzy występują na nim nieprzerwanie od 1970 roku i bez Leo Messiego, jednej z największych piłkarskich gwiazd wszech czasów? Byłaby to ogromna sensacja i strata dla widowiska, ale świat przeżył mundial w 2014 bez Lewandowskiego, to przeżyje i bez gwiazdora Barcelony.

Minimalne szanse na awans ma Holandia, której zabrakło już na Euro 2016. Właśnie skompromitowała się przegrywając z Bułgarią i zajmuje czwarte miejsce w grupie. Gdyby w Rosji zabrakło i Oranjes i Albicelestes, nie obejrzelibyśmy drugiej i trzeciej najlepszej drużyny poprzedniego mundialu.

Byliśmy świadkami sporych przetasowań na szczycie reprezentacyjnego futbolu już podczas Euro 2016. Zamiast tradycyjnych nacji sukcesy odnosiła Islandia, Walia, Polska, a ten największy Portugalia. Patrząc na to przypominają się słowa Jose Maria Bakero, który wiosną 2010 wieszczył mi koniec fenomenalnej passy FC Barcelona. Drużyna Pepa Guardioli zdobyła sezon wcześniej wszystkie trofea jakie były do zdobycia i wydawało się, że w kolejnym jako pierwsza obroni zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Za chwilę w finale mundialu w RPA miało zagrać aż siedmiu wychowanków jej akademii, La Masia

Ale Bakero machał ręką i jak mantra powtarzał słowo: „ciclo, ciclo, ciclo”. Wg niego i ta dominacja kiedyś się skończy, bo wszystko jest kwestia cyklu. Trafiła się generacja świetnych piłkarzy, ale kiedy zacznął kończyć kariery, długo przyjdzie poczekać na następców. Oczywiście szkolenie jest bardzo ważne, mówił, La Masia uczy systemu i dodatkowo wpaja istotne wartości. Daje przewagę nad klubami, które nie mają tak rozwiniętych akademii. Pozwoli wyłuskać największe talenty, ale one muszą się trafić. Ale nie łudźmy się, że po Xavim, Inieście czy Puyolu od razu przyjdą godni następcy. Tak samo było z „Dream Teamem” Johana Cruyffa, którego byłem częścią. Barcelona musiała czekać kilkanaście lat, aż przyjdzie kolejny cykl.

Tak jak nasz polski sukces trudno przypisać fenomenalnemu systemowi szkolenia, tak trudno zarzucić Holendrom, że nagle przestali umieć uczyć gry w piłkę. Po prostu trenerzy dostali gorszy materiał. My mieliśmy szczęście, że Nawałka miał kogo skrzyknąć i komu rozdzielić role. Zwolniony właśnie Danny Blind, którego drużyna z ośmiu ostatnich meczów wygrała tylko te z Luksemburgiem i Białorusią, zamiast Sneijdera, van Persiego, van der Vaarta i van der Sara musiał wystawiać Depay, van Ginkela, Jansena, a ostatnim pod swoją wodzą meczu z Bułgarią 17-letniego Matthijsa De Ligta.

Argentyńczycy przypadek warty osobnego felietonu. Zajmują dopiero piąte miejsce w tabeli i o ile je utrzymają – a właśnie na cztery mecze stracili Messiego, zdyskwalifikowanego za zwyzywanie sędziego – zagrają o mundial w barażach. Ich kryzys to nie wina końca cyklu – na świecie nadal gra mnóstwo zdolnych piłkarzy, których symbolem jest Paulo Dybala – tylko chwilowo nie w reprezentacji Edgardo Bauzy. Argentyńska federacja pogrążyła się w totalnym chaosie po śmierci wieloletniego szefa, Julio Grondony, niczym bliskowschodnie państwa po obaleniu dyktatorów – póki byli szerzyła się korupcja i bezprawie, ale przynajmniej panował porządek. Teraz trwa bezwzględna walka o władzę.

Leo Messi