Znaczy kapitan, czyli wojenka w szatni PSG

Neymar i CavaniTe dwie boiskowe scenki narobiły w minionym tygodniu więcej szumu w mediach tradycyjnych i społecznościowych niż jakikolwiek gol, 6:1 Barcelony z Eibarem czy sensacyjna porażka Realu Madryt u siebie z Betisem. Oto w meczu PSG z Olympique Lyon gospodarze dostają rzut wolny przed polem karnym. Chce go wykonać Urugwajczyk Edinson Cavani, ale Brazylijczyk Dani Alves niczym sprawny rugbista wyłuskuje mu piłkę z rąk i sprytnym podaniem przekazuje Neymarowi, przyjacielowi z kadry i poprzedniego klubu. Ten strzela, ale bramkarz broni.

22 minuty później PSG dostaje karnego. Piłkę na wapnie ustawia Cavani. Neymar stoi obok i wyraźnie przekonuje, żeby dał mu strzelać, ale ten okazuje się asertywny. Alves tym razem nie przybiega na pomoc. I znów tam gdzie dwóch się bije, wygrywa bramkarz Lyonu, który broni strzał Urugwajczyka.

Trzeciej scenki kamery nie pokazały, a szkoda. Ale z dziennika „L’Equipe”, który na wtorkowej okładce umieścił obu gwiazdorów pod dużym tytułem: „Le Clash” (starcie), wiemy, że w szatni doszło między nimi do przepychanki. Grubszej rozróbie zapobiegli Thiago Silva i Marquinhos, którzy rozdzielili krewkich Latynosów. Ale to nie koniec eskalacji konfliktu: to Neymar przestaje obserwować Cavaniego na Instagramie! Brakuje tylko deklaracji, że „udawał wszystkie lajki…

***

Błacha sprawa? Rozbuchane ego ambitnych piłkarzy to nic nowego? Szatnia PSG nie jest pierwszą i ostatnią, w której dochodzi do walki o przywództwo? To prawda, ale nie sposób nie pochylić się nad, bo raz że dotyczy najdroższego piłkarza świata, za którego klub wywalił 222 mln euro. A dwa, że o szatnię, która ma odnieść spektakularny sukces w Europie – wygrać Ligę Mistrzów.

Na marginesie, nie lekceważyłbym znaczenia jaką jest dla współczesnego piłkarza gest w mediach społecznościowych. To dla nich najważniejsze z narzędzi komunikacji z fanami, mediami, sponsorami. Miejsce lansu, prezentacji nowych fryzur, stroje, samochody i generalnie gwiazdorskiego dolce vita.

Fakt, że jakiś zawodnik polubił na Facebooku czy Twitterze profil jakiegoś klubu – zwłaszcza w momencie przesilenia czy negocjacji kontraktowych, jak Leo Messi w 2015 roku profil Chelsea na Instagramie – może doprowadzić do medialnego trzęsienia ziemi. W okresie otwartego okna transferowego dziennikarze tabloidów śledzą media społecznościowe nie tylko zawodników ale i ich żon, dziewczyn i kochanego, żeby z ich zakupów i podróży wywróżyć nadciągającą zmianę.

***

Zatem fakt, że dwóch partnerów z jednej formacji przestało się obserwować w social mediach to dla władz PSG równie niepokojący sygnał jak to, że przestali do siebie podawać (Neymar do Cavaniego tylko dwa razy w całym meczu z Lyonem, Cavani do Neymara ani razu).

Trudno się dziwić temu ostatniemu. Przez kilka lat przebywał w Paryżu w głębokim cieniu Zlatana Ibrahimovića. Mimo, że został sprowadzony z Napoli za 64 mln euro, co było wówczas szóstym najdroższym transfer w historii futbolu, został „zdegradowany” do roli skrzydłowego, bo w ataku miał błyszczeć Szwed. Pogodził się z nią dla dobra drużyny i nie robił fochów.

Kiedy Zlatan – z którym zresztą wzajemnie bardzo się szanowali – odszedł do Manchesteru United, wyzwolony Cavani rozegrał najlepszy sezon w PSG. Zdobył we wszystkich rozgrywkach aż 49 goli i dorobił się zasłużonego statusu głównego egzekutora stałych fragmentów. Nie widzi powodów, żeby z niego teraz zrezygnować, tym bardziej, że wg „L’Equipe” ma w kontrakcie zapisaną premię w wysokości miliona euro za tytuł „króla strzelców” Ligue 1.

Dla Neymara to grosze. On w pięć lat zarobi w PSG 150 mln euro, nie licząc drugiego tyle prowizji dla ojca-agenta. Ale Brazylijczyk przyszedł tam tylko po to, żeby zarabiać. Jego misją nie jest też przecież zdobycie mistrzostwa Francji. Liczy się tylko „Złota Piłka”, na którą w Barcelonie miał średnie szanse grając u boku Messiego.

Żeby przełamać dominację Argentyńczyka i Cristiano Ronaldo będzie potrzebował wygranej w Lidze Mistrzów, z sobą w roli głównej. Będzie potrzebował dużo goli w sezonie. Wolne, karne to doskonałe okazje. Ronaldo mogą sobie nazywać „Penaldo”, ale rekordowe statystyki idą w świat, co na pewno nie zostaje bez wpływu na głosowanie.

***

Kiedy Neymar przechodził do Barcelony w 2013, wielki Johan Cruyff na podstawie doniesień na temat zachowania Brazylijczyka w Santosie przestrzegał przed tym transferem, mówiąc że: „wysyła się jachtu z portu z dwoma kapitanami na pokładzie”.

Okazało się, że nie miał racji. Neymar już w pierwszym wywiadzie po debiucie – którego nota bene miałem przyjemność być autorem wraz z Basią Bardadyn, w Gdańsku po SuperMeczu z Lechią – zadeklarował, że Leo Messi jest jego wielkim idolem. Nigdy nie wyrażał chęci „detronizacji” Argentyńczyka, wiele razy podkreślał, że ani on ani żaden inny piłkarz nie może się równać z Messim. Przez cztery lata godził się na rolę Robina przy Batmanie – superbohatera, ale tego nr 2.

Niestety dla przyszłości Cavaniego w PSG, Neymar nie widzi go w roli „drugiego kapitana”.

Trener na razie Unai Emery umywa ręce, przekonując, że w drużynie nie ma hierarchii i niech zawodnicy sami ustalą… Ale prezes Nasser Al Khelaifi jak przypuszczam, nie ma wątpliwości który zawodnik jest nr 1 i powinien czuć się bardziej szczęśliwy. Nie mają też rodacy Neymara, którzy jak pokazali chętnie wcielą się w rolę ochroniarzy „księcia Paryża”. Toteż na miejscu agentów Cavaniego, już rozglądałbym się dla niego za nowym klubem. Ze znalezieniem nie powinno być problemu.

Neyemar Mbappe Cavani

Hakerzy czekają na mundial w Rosji

Hakerzy i mundial w RosjiEksperci od ochrony komputerów, specjaliści od bezpieczeństwa w sieci oraz doświadczeni hakerzy zostaną włączeni do ekipy reprezentacji Anglii podczas przyszłorocznych mistrzostw świata w Rosji. Ich zadaniem będzie chronić piłkarzy Albionu oraz sztab trenera Garetha Southgate’a przed cyfrowymi szpiegami.

Jak pisze „The Times”, Angielska Federacja Piłkarska (FA) została ostrzeżona przez brytyjskie MSZ, że podczas mundialu w Rosji ekipa będzie narażona na infiltrację hakerów, starających się wykraść m.in. tajne dane medyczne dotyczące zawodników, założenia taktyczne z komputerów kadry szkoleniowej czy prywatną korespondencję piłkarzy z bliskimi, przyjaciółmi oraz zdjęcia z ich smartfonów i laptopów. Każdy sprzęt elektroniczny jakim będą dysponowali kadrowicze będzie zagrożony shakowaniem. Rosyjscy hakerzy uważani są za najzdolniejszych na świecie. Wspierani przez Kreml, dysponują ponoć najlepszym sprzętem i kanałami udostępnianymi przez służby specjalne. Dali temu dowód nie tylko podczas wyborów prezydenckich w USA, doprowadzając do wycieku mejli sztabu kontrkandydatki Donalda TrumpaHillary Clinton czy podczas wyborów prezydenckich we Francji. Już w 2011 FBI informowało, że Rosjanie wykradli całą korespondencję angielskiego komitetu walczącego z Rosją o organizację MŚ w 2018.

Rosyjska (jak się przypuszcza) grupa hakerska Fancy Bears regularnie hakuje FIFA. Ostatnio ujawniła korespondencję na temat dopingu wśród piłkarzy, w tym listę zawodników, którzy podczas mundialu w RPA w 2010 korzystali z zakazanych środków w celach leczniczych. Wcześniej zaś wykradła WADA informacje na temat leków przyjmowanych przez siostry Williams, brytyjskiego kolarza Bradleya Wigginsa czy mistrza olimpijskiego na 5000 i 10000 metrów Mo Faraha. Niektórzy twierdzą, że Fancy Bears robi to na zlecenie Kremla, który po wybuchu afery dopingowej w Rosji i zawieszeniu rosyjskich lekkoatletów, chce udowodnić, że doping biorą wszyscy sportowcy na świecie.

Oprócz zatrudnienia specjalistów, mających czuwać nad reprezentacją Anglii, FA planuje zabronić zawodnikom korzystania z publicznych sieci wi-fi na lotniskach czy w hotelu. W bazie zainstalowane zostanie stałe łącze internetowe, zabezpieczone najsilniejszymi firewallami i zaszyfrowanymi hasłami. Piłkarze już zostali poproszeni o wzmocnienie haseł do swoich kont w social mediach. Okazało się, że kilku z nich nadal używało jako hasło ciągu cyfr: 1,2,3,4,5,6,7…

Hakerzy i mundial w Rosji 

Ile wody jest w basenie Legii?

Jacek Magiera

Niesławny huragan Irma skręcił znad Florydy i przez chwilę przeleciał nad Warszawą, wymiatając z klubu trenera Jacka Magierę, członków jego sztabu, dyrektora sportowego Michała Żewłakowa. W ich miejsce zainstalował ekipę komandosów z Chorwacji. Już nie pamiętam, żeby jakieś wydarzenie wywołało taką burzę w internecie, nie licząc oczywiście meczów reprezentacji Polski na Euro 2016.

Sami komentowaliśmy to na potęgę w serwisach i mediach społecznościowych Przeglądu. Aż cześć czytelników pytała złośliwie, czy będziemy tak reagować na zwolnienie każdego trenera klubu Ekstraklasy. Odpowiadam: po pierwsze mistrz Polski, kto by nim nie był, zawsze zasługuje na szczególne traktowanie. Zwłaszcza drużyna, która dopiero co z powodzeniem grała w Lidze Mistrzów, a dziś zaś nie załapała się nawet do pucharu pocieszenie, czyli Ligi Europy, odpadając z kazachską Astaną i mołdawskim Sheriffem Tiraspol.

Jestem pewien, że gdyby na przykład w listopadzie 2011 całe nasze piłkarskie środowisko było już na Twitterze (ja akurat miałem tam konto od trzech lat), po zwolnieniu Roberta Maaskanta i Stana Valckxa z Wisły Kraków zapanowałaby tam taka sama egzaltacja i lawina komentarzy jak dziś.

Największe emocje wzbudziło zwolnienie Jacka Magiery, który wg deklaracji miał być dla Legii trenerem na lata, a tymczasem klub rozstał się z nim po niespełna 12 miesiącach. Sama decyzja nie jest dla mnie kontrowersyjna, jeśli już to moment jej podjęcia i osoba następcy, o czym za chwilę.

Oczywiście Magierze należy się szacunek za to co zrobił na Łazienkowskiej przez ostatni rok, ale też nie mam wrażenia, żeby ktokolwiek go z tego szacunku odzierał. Wręcz przeciwnie. Brawa za ułożenie szatni, rozbitej przez Besnika Hasiego. Za remis z Realem, zwycięstwo ze Sportingiem i awans z grupy do Ligi Europy. Za mistrzostwo Polski też. Co prawda wywalczone w wątpliwych okolicznościach, w stresie oczekiwania co zdarzy się w Białymstoku, jeden gol Jagielloni i skończyłoby się największa kompromitacją w XXI wieku… Ale sztuka jest sztuka, mistrzostwo zdobyte, należą się gratulacje.

Nie było jednak jeszcze trenera, który trwałby w klubie za zasługi, gdy jego drużyna gra fatalnie, przegrywa i słabo rokuje. Spójrzcie co w ubiegłym sezonie spotkało Claudio Ranieriego, który odniósł historyczny, niewyobrażalny sukces z Leicester City. Wydawało się, że za zdobyte przy takiej konkurencji mistrzostwo Anglii, będzie prowadził „Lisy” do końca swych dni i bez względu na wyniki. A jednak władze klubu uznały, że niekoniecznie chcą grać z uwielbianym trenerem w Championship. Wiele serc zostało wówczas złamanych, wiele złudzeń co do współczesnego futbolu straconych, ale w efekcie klub utrzymał się w Premier League.

Rozstanie z lubianym trenerem nigdy nie jest łatwe. Ale czasem lepszy radykalny ruch, niż bierność. Przekonujemy się o tym po wielokroć co sezon. Dariuszowi Mioduskiemu wypominano wsparcie, jakiego udzielił Magierze zaledwie 32 dni, kiedy to zapowiadał, że wierzy w trenera, ufa mu i zaraz przedłuży z nim kontrakt. Moim zdaniem prezes powiedział wtedy to, co trener, szatnia i media powinny były usłyszeć po niepowodzeniu z Astaną, a przed meczami z Sheriffem. Jak setki prezesów przed nim, którzy – gdy jednak drużyna nie odbiła się od dna, gra wyraźnie nie poprawiła, a sukcesy nie zaczęły przychodzić – po paru dniach, tygodniach, miesiącu ostatecznie zwalniali trenera.

Pamiętacie jaki los spotkał Jose Mourinho podczas drugiej przygody w Chelsea, do której wracał by „pracować do emerytury”? Po zdobyciu pierwszego od pięciu lat mistrzostwa Anglii w następnym sezonie rozstał się za porozumieniem stron z powodu słabych wyników. Bodaj tydzień przed zwolnieniem miał jeszcze pełne wsparcie zarządu. Te deklaracje miały wzmocnić zespół i samego trenera. Tym razem nie odniosły skutku.

Być może Mioduski powinien był pozwolić Magierze dłużej zarządzać kryzysem, skoro udało mi się zażegnać ten wzniecony przez Hasiego. Najwyraźniej jednak nie przekonały go proponowane przez trenera rozwiązania i – mówiąc językiem korporacyjnym – uznał, że czas na „call to action”.

Jak wielu mam jedynie wątpliwości co do wyboru momentu dymisji Magiery. Czy nie bardziej logicznie byłoby zrobić to przed przerwą na reprezentację, by następca miał choć minimum czasu na poznanie drużyny i ewentualne zmiany? Z drugiej strony rozumiem, że to właśnie brak jakiekolwiek zmiany na lepsze po reprezentacyjnej przerwie pchnęła właściciela klubu do ostatecznego kroku.

Wybór Romeo Jozaka na następcę Magiery jawi się jak skok do basenu bez sprawdzenia, czy nalano do niego wodę. Chorwat jest uznanym na całym świecie odkrywcą talentów i szkoleniowcem młodzieży. Wychował m.in. gwiazdy Realu Madryt Lukę Modrića czy Mateo Kovacića, stoi za sukcesem finansowym Dinama Zagrzeb. Gdyby przychodził w roli dyrektora sportowego, pewnie wszyscy klaskalibyśmy na stojąco. Jednak nigdy nie był trenerem.

Nie przesądzałbym jednak, że poniesie klęskę. Świat futbolu zna np. portugalskiego tłumacza, który po wielokroć przerósł trenera, któremu tłumaczył. A 29-letni trener drużyn młodzieżowych, Julian Nagelsmann po objęciu Hoffenheim, bez wielkich pieniędzy, zajął z „Wieśniakami” w ubiegłym sezonie do 4. miejsce w Bundeslidze. Wkrótce się przekonamy czy i jak głęboka jest woda w basenie Legii.

Romeo Jozak

Liga Mistrzów w czasach zarazy

Liga Mistrzów Czy Real wywalczy trzeci triumf z rzędu czy wygra PSG, udowadniając, że sukces w futbolu można sobie kupić? A może z kolan powstaną kluby angielskie? Rusza najciekawszy sezon Liga Mistrzów od lat!

Bardzo możliwe, że 27 września przejdzie do historii jako ten, w którym najwięcej ludzi na świecie będzie trzymało kciuki za Bayern Monachium. Mistrzowie Niemiec zmierzą się tego dnia w grupowym meczu z PSG. Francuzi, a właściwie stojący za właścicielami klubu rząd Kataru, zmasakrowali latem rynek transferowy. Wykupili Neymara z Barcelony za 222 mln euro, wbrew woli bezradnych Katalończyków, zmuszonych do upokarzających negocjacji w celu znalezienia następców i przepłacenia 148 mln za Ousmane Dembele.

Do tego PSG sprytnie omijając obostrzenia Finansowego Fair Play, sprowadziło największe odkrycie ubiegłego sezonu w Europie – 18-letniego Kyliana Mbappe za 180 mln (technicznie tylko go wypożyczając). W konsekwencji – jak podsumował trener Manchesteru United, Jose Mourinho – „będziemy teraz mieli wysyp graczy za 100 mln, jeszcze więcej graczy za 80 mln i jeszcze więcej graczy za 60 mln”.

Cel jest jeden. – Teraz mamy wszystko, żeby wygrać Ligę Mistrzów – mówi prezes klubu, Nasser Al-Khelaifi. O odzyskaniu mistrzostwa Francji nie musi nawet wspominać. PSG zachowuje się w lidze niczym Mike Tyson w niższej kategorii wagowej – demoluje rywala za rywalem.

Nie tylko dla Al-Khelaifiego także dla Neymara każde inne rozstrzygnięcie niż wygranie Champions League będzie porażką. Brazylijczyk wyszedł ze strefy komfortu w Barcelonie nie po to, żeby zdobyć najważniejsze trofeum w klubowej piłce. Zapewnił je już sobie w 2015 roku w Berlinie po finałowej wygranej z Juventusem. Chce poprowadzić drużynę do zwycięstwa w roli lidera i katalizatora sukcesu.

Neymar i Verratti PSGKordon wokół Paryża

Bogaty gość, który wkroczył do salonu i szastając pieniędzmi rozstawia stałych bywalców po kątach, bo wydaje mu się, że jak ma forsę to wszystko mu wolno, nie wzbudza sympatii. Toteż wielkie kluby zawierają koalicję antyPSG (wg „L’Équipe” z inicjatywy Barcy przystąpiły do niej ponoć Juventus, Real, Bayern, Roma, Lyon i kluby angielskie) i umawiają się, żeby nie sprzedawać Francuzom piłkarzy. A kibice marzą, że ktoś przytarł im nosa.

Pierwszym kandydatem będzie Bayern, klub od lat zarządzany najzdrowiej, wg skrajnie odmiennej filozofii. Odmawiający uczestnictwa w transferowym szaleństwie i przepłacania sprowadzonych gwiazd pensjami w okolicach 25 mln euro (z tego powodu ostatecznie nie trafił do Monachium Alexis Sanchez).

To zdrowe podejście ma jednak swoje konsekwencje, które wytknął władzom klubu Robert Lewandowski w słynnym wywiadzie dla „Der Spiegel”. Bawarczycy wygrali Ligę Mistrzów w 2013 roku i od tego czasu dwa razy grali w półfinale. Nie są jednak w stanie przełamać dominacji hiszpańskich drużyn. W ostatniej edycji odpadli z Realem już w ćwierćfinale, gdy Lewandowski leczył kontuzję barku. W klubie nie ma jednak zastępców ani dla niego, ani dla starzejących się Francka Ribery’ego czy Arjena Robbena, ani dla Thomasa Muellera, gdy ten jest akurat bez formy. Nie wygląda więc by ta edycja miała należeć akurat to Bawarczyków.

Hat-trick Realu?

Superpuchar Hiszpański, w którym Real tak bardzo zdominował Barcelonę i Superpuchar Europy, w którym pokazał miejsce w szeregu Manchesterowi United udowodnił, że w Champions League „Królewscy” będą celować w trzecie trofeum z rzędu. Najbardziej utytułowany klub w historii europejskich pucharów nie tylko odmówił udziału w szaleństwie ostatniego okna transferowego, ale wręcz więcej zarobił w niż wydał. Zamiast licytować się z PSG o Mbappe wolał promować znakomitych Hiszpanów, Isco i Marco Asensio.

Strata punktów na początku sezonu La Liga z Valencią i Levante pokazały jednak, że pozwolenie na odejście Alvaro Moraty i Jamesa Rodrigueza, przy kontuzji Karima Benzemy i zawieszeniu Cristiano Ronaldo może odbić się czkawką. Real nadal ma jednak najsilniejsza kadrę w Europie, sprawdzonego trenera i być wystarczy napomnienie Zinedine Zidane’a, by piłkarze porzucili zbytnią pewność siebie, żeby klub wrócił na właściwe tory.

Z kolei Barcelona zważywszy na okoliczności zaczęła sezon nad podziw dobrze, wypracowując 4 pkt przewagi nad Realem. Z jednej strony to zasługa sportowej złości po upokorzeniu z obrabowaniem Neymara, ale raczej bardziej zmiany taktyki przez trenera Ernesto Valverde.

Powstań, Albionie!

Angielskie kluby, które wydały latem na transfery ponad miliard euro, mają w Lidze Mistrzów mają aż pięciu reprezentantów, a każdy z nich apetyt na znacznie więcej niż wyjście z grupy. Najwięcej szans, by zajść najdalej ma Manchester City. Pep Guardiola, który po raz pierwszy w karierze nie zdobył żadnego trofeum, wydał latem na wzmocnienia nawet kilkanaście milionów więcej niż PSG (bez Mbappe). Kupił sobie całkiem nową defensywę i znacznie poszerzył kadrę.

Piekielnie możny będzie też Manchester United, zwłaszcza że do wzmocnionej Romelu Lukaku i Nemanją Maticem kadry, dołączy wiosną Zlatan Ibrahimovic. Anglikom będzie jednak ciężko z tych samych powodów co zawsze: niesamowitej intensywności Premier League, gdzie o tytuł walczy już nie czwórka, ale siódemka drużyn i braku przerwy zimowej.

Liga Mistrzów 2017/18

 

To wciąż nie ta drużyna Nawałki, w której się zakochaliśmy

Reprezentacja PolskiWymęczona wygrana z Kazachami, trzy punkty i utrzymana trzypunktowa przewaga w tabeli cieszą, ale jest to jedyny powód do satysfakcji po poniedziałkowym mecz na Stadionie Narodowym. Pokazał on, że niestety klęska z Danią nie była „wypadkiem przy pracy” czy kumulacją błędów, które zdarzyły się jednym spotkaniu, wyczerpując limit pecha na całe eliminacje.

Zaczęło się obiecująco, szybko zdobytym golem Arka Milika (świetny powrót po ponad rocznej przerwie, acz znów ta nieskuteczność) po akcji Macieja Rybusa i asyście Macieja Makuszewskiego. Czyli akurat tych trzech zawodników, których Adam Nawałka wprowadził do pierwszej jedenastki po Danii. Brawo za trafne zmiany.

Potem jednak „biało-czerwoni” skazali nas na festiwal nieporadności, błędów i nieporozumień „zarówno w obronie jak i w ataku”. Zbyt łatwo pozwalali Kazachom na stwarzanie zagrożenia pod własną bramką, co skończyło się kilka razy groźnie, a raz golem, przy na szczęście dla nas arbiter dopatrzył się tam spalonego, bo byłoby 1:1.

Znów wiele do życzenia pozostawała postawa naszego lidera środka pola, Piotra Zielińskiego, który zagrał niewiele lepiej niż w Kopenhadze. Kamil Grosicki także nie „wrzucił turbo”, to był co najwyżej trzeci bieg. Niepewnie grali środkowi obrońcy z tym, że tym razem Kamil Glik zamienił się z Michałem Pazdanem w roli popełniającego więcej błędów. Na szczęście zrehabilitował się w golem w drugiej połowie.

Czy ta nerwowa, szarpana gra wynikała ze strachu przed świadomością braku formy i konsekwencji jakie przyniosłaby strata punktów z Kazachstanem? Czy nie udało się oczyścić do końca głów – o czym mówił przed meczem Grosicki?

Zrobiliśmy ważny krok do awansu do mundialu, wtłoczyć gola, wyszarpać zwycięstwo gdy nie jest się w optymalnej formie to też cenna umiejętność, której niektórym dawnym kadrom brakowało. Ale bardzo dobrze, że mundial w Rosji dopiero w przyszłym roku. Z Kazachstanem wciąż nie oglądaliśmy tej drużyny Nawałki, w której zakochali się kibice w poprzednich eliminacjach i na Euro 2016, skoncentrowana, zdeterminowana, agresywna, bezbłędna w defensywie z „profesorem” Glikiem i „stoperanem” Pazdanem. Gdyby w poniedziałek biało-czerwoni mierzyli się z odrobinę silniejszym rywalem, passa zwycięstw na Stadionie Narodowym mogłaby się skończyć. Niech plusy tego 3:0 nie przesłonią nam minusów. To był tylko Kazachstan, któremu pozwoliliśmy na zbyt wiele.

Reprezentacja Polska

Dania – Polska 4:0. Spokojnie, to tylko awaria!

Dania - Polska 4:0

Źle się działo w państwie duńskim! Katastrofalnie wręcz. Takiego lania reprezentacja Polski za kadencji Adama Nawałki jeszcze nie zaznała! 0:4 i to w pełni zasłużone. Była to porażka w zdecydowanie najgorszym stylu ze wszystkich jakie w meczach o punkty poniósł obecny selekcjoner. Bo przecież nawet po tej we Frankfurcie z Niemcami nasi mieli prawo czuć się dumni z postawy.

W Kopenhadze Polacy zagrali bez determinacji, bez agresji i bez tego animuszu, które był dla nich charakterystyczne w eliminacjach Euro 2016, podczas samego turnieju i w pięciu ostatnich wygranych meczach. Niestety także bez pomysłu na rozegranie gdy okazało się, że Duńczycy odrobili lekcję z porażki w Warszawie i rozpracowali nas, odcinając kompletnie Roberta Lewandowskiego od podań. Piotr Zieliński i Karol Linetty nie byli w stanie w żaden sposób pomóc w ataku napastnikowi Bayernu.

Zawiedli wszyscy. Grosik nie był Turbo ani przez chwilę, Kuba Błaszczykowski dawnym Kubą jakiego kochamy, Michał Pazdan „profesorem” i „Stoperanem”, Zieliński liderem środka pola i gwiazdą Napoli itd. Przed spotkaniem mieliśmy nadzieję, że będący zdecydowanie bez formy Legioniści – Pazdan, Artur Jędrzejczyk i Krzysztof Mączyński w kadrze za magicznym dotknięciem Nawałki – bo tak było dotąd zawsze – wespną się na „international level”. Niestety okazało się, że to reszta kadry dostosowała się poziomem do Legii z pucharowych meczów z Astaną i Sheriffem Tiraspol.

Rywale byli lepiej przygotowani fizycznie i bardziej zmotywowani mentalnie. Jakby naszych uśpiła sześciopunktowa przewaga w tabeli i 5. miejsce w rankingu FIFA. Choć przecież nasz kapitan ostrzegał na konferencji, że to gospodarze są faworytami i w kilku aspektach jak np. atak pozycyjny czy gra ze skrzydeł, górują nad nami. Niestety wykrakał.

Stało się – przegraliśmy po najgorszym meczu od dawna. Ale za wcześnie chyba jednak żeby bić w dzwony na alarm i wciskać guzik z napisem „panika”. Szczęśliwie ta porażka nie wiele zmniejsza nasze szans na awans do mundialu w Rosji. Nadal jesteśmy liderem tabeli, mamy nad Czarnogórą trzy punkty i mecz z nią w Warszawie. Oby ta porażka pozostała bez wpływu na awans jak ta z Niemcami we Frankfurcie w poprzednich eliminacjach.

Mam nadzieję, że i sztab trenerski i sami kadrowicza potraktują to niepowodzenie jak bardzo bardzo zimny prysznic. Zaczynało być za dobrze, za komfortowo. W razie wygranej z Danią i Kazachstanem Polska wspięłaby się na 3. miejsce w rankingu FIFA. Czas na wyszarpanie wygranej z Kazachstanem, reset, powrót do formy i dawnego stylu. Niech nikt nie waży się skreślać tej drużyny! Wszystko w naszych rękach, a te ręce już pokazały, że znają swój fach.

Dania - Polska 4:0

Krychowiak zasługuje na szacunek nie szyderę

Krychowiak w WBADawno nie widziałem, żeby niepowodzenia i życiowe zakręty polskiego sportowca przyjmowano u nas z taką satysfakcją jak w przypadku Grzegorza Krychowiaka. Mam wrażenie, że nie ważne jaką decyzję w sprawie swojej kariery by podjął, część kibiców najbardziej ucieszyłaby się gdyby skończył karierę, zbankrutował, rozstał się z żoną, miał stłuczkę na parkingu albo przynajmniej zatrzasnął się w windzie lub zgubił iPhona.

Przez cały czas kiedy nie mógł wywalczyć miejsca w składzie PSG trwała szydera, festiwal schadenfreude i tekstów w rodzaju „a nie mówiłem, że się nie przebije”, „trzeba było nie wychylać nosa z Sewilli” etc. Wypominano mu, że odszedł do Paryża wyłącznie dla kasy, choć przecież sprowadzał go tam zaprzyjaźniony dyrektor sportowy, a na miejscu czekał trener, z którym odnosił sukcesy w Sevilli.

Nie jestem pewien czy rodaków bardziej irytował wysoki kontrakt Grześka (na pewno poruszył szatnię PSG, gdy zarobki zawodników ujawnił dziennik „L’Equipe”), czy zamiłowanie do mody, czy atrakcyjna partnerka, lubiąca pozować. Czy to, że oboje lubili cieszyć się życiem? Czy gdyby nie fotki na Instagramie miałby więcej spokoju i zrozumienia?

Przy czym oddzielam tu żarty z jego futer czy marynarskich płaszczy, na widok których trudno było się nie uśmiechnąć. Podszczypywał Krychowiaka nawet prezes PZPN, Zbigniew Boniek, powstawały zabawne memy. Mówię o hejcie i radości, że mu nie idzie.

A przecież nie wywalczyć miejsca w składzie – to normalny los piłkarza, zwłaszcza piłkarza polskiego. Nie pamiętam takiego poziomu jadu gdy Arek Milik nie mógł odnaleźć się w Bayerze Leverkusen, a potem Augsburgu, albo Kuba Błaszczykowski gdy stracił miejsce w Borussii Dortmund, nie mógł przebić się w Fiorentinie, a teraz Wolfsburgu.

Dopiero co w trakcie obecnego okna transferowego wielu wypominało Krychowiakowi, że zamiast przenieść się do innego klubu i – wprawdzie za mniejsze pieniądze – grać regularnie, on woli swój wysoki kontrakt, petrodolary i trybuny w Paryżu. Najgłośniej ci, którzy pewnie nieprędko staną przed dylematem o rezygnacji z kilku milionów euro, ale wiadomo, że najłatwiej rozporządza się nie swoją kasą. Zarzucano mu brak ambicji, chciwość, spoczęcie na laurach itp.

Krychowiak na trybunach PSGGdy wreszcie dowiódł, że jednak nie kasa, ale piłka jest dla niego najważniejsza, gdy postanowił robić spooory krok wstecz i przejść do przeciętniaka Premier League, zamiast z szacunkiem nadal spotyka się z hejtem.

Dobrze, finansowo raczej na tym nie straci, bo odchodzi na roczne wypożyczenie, ale decyzja o zamianie Paryża na prowincjonalne, 100-tysięczne miasto musiała być bardzo trudna. Zwłaszcza dla triumfatora Ligi Europy, który poznał smak Ligi Mistrzów. Podobnie jak zamienić szatnię dzieloną z Neymarem, Cavanim, di Marią, Verattim na – z całym szacunkiem – Halem Robsonem-Kanu, Callumem McManamanem czy Chrisem Bruntem, których musi teraz dobrze wyguglować.

Zamiast uznania, że bynajmniej nie interesują go wyłącznie butiki i może grać wszędzie, spotyka się z satysfakcją tych, którzy wiedzieli, że „marny z niego grajek” i „nadaje się wyłącznie do takich przeciętnych klubów”. Śmieją, że zainteresowanie Valencii, Olympique Lyon, Interu Mediolan to ściema, że wreszcie trafił swój na swego.

Nie rozumiem dlaczego piłkarz, który decyduje się zrobić krok wstecz dla ratowania kariery nie wzbudza powszechnej sympatii? Dlaczego nie kibicuje się mu, żeby robiąc krok wstecz nabrał rozpędu, który pozwoli mu oddać dwa skoki do przodu? Przecież to najbardziej jaskrawy dowód jego ambicji. W dodatku historia futbolu pełna jest takich scenariuszy. Nie daleko szukając, Renato Sanches, inna gwiazda Euro 2016 właśnie przeszedł z Bayernu Monachium do Swansea.

Weźmy Edwina van der Sara. Świat był w szoku gdy on, triumfator Ligi Mistrzów z Ajaksem po dwóch latach gry w Juventusie Turyn zdecydował się odejść do Fulham, klubu co prawda z Londynu, ale beniaminka Premier League. Odszedł, bo wiedział, że nie wygra rywalizacji z młodym Gianuigi Buffonem, kupionym właśnie za rekordowe 33 mln euro. Chciał grać, żeby zachować miejsce w bramce Holandii i to grać przeciwko najlepszym.

Przez cztery sezony rozegrał w Fulham 127 mecze, bez focha na świat, że z salonów przeniósł się na prowincję. Skończyło się tym, że Sir Alex Ferguson sprowadził 35-letniego Holendra do Manchesteru United. Tam okazał się najlepszym bramkarzem w historii „Czerwonych diabłów” obok Petera Schmeichela, wygrał cztery mistrzostwa Anglii, po raz kolejny Ligę Mistrzów i zyskał status legendy.

Życzę Krychowiakowi podobnego zwrotu w karierze. To, że z WBA pasują do siebie wcale nie jest dla niego obelgą. Tak jak w Paryżu jego najlepsze cechy okazały się zbędne i niewystarczające, tak tu znów mogą uczynić z niego jednego z najlepszych piłkarzy w Europie na swojej pozycji. Jak wówczas gdy wybrano go do Jedenastki Sezonu La Liga czy Jedenastki Turnieju Euro 2016.

Po pierwsze trafił do ligi, do której jak się wydaje jest stworzony. Najbardziej wymagającej i intensywnej ligi świata, a przecież wiadomo, że Krychowiak tym jest lepszy im więcej gra. Trener WBA, Tony Pulis jest w nim zakochany od dawna, już dwa lata temu starał się go sprowadzić. „The Baggies” pod jego wodzą to synonim destrukcji i twardej gry obronnej. Prostej ale skutecznej. Nie ma tam czarodziejów jak w Sevilli czy PSG. Obsesją Pulisa jest nie posiadanie piłki, ale jak najszybszy jej odbiór.

Może się więc okazać, że Krychowiak i WBA pasują do siebie – jak mawia Juergen Klopp – „jak dupa do wiadra”. Szydzącym z niego polecam wątek na oficjalnym koncie WBA na Twitterze. Kibice „The Baggies” traktują tam transfer Krychę jak najważniejszy w historii klubu.

West Bromwich Albion signing Grzegorz Kwychowiak

Respect, mr Rooney

Wayne Rooney back in EvertonWayne Rooney skończył reprezentacyjną karierę. Na 119 meczach i zdobyciu 53 goli, choć za siedem meczów pobiłby rekord Anglii wszech czasów Petera Shiltona. Wielu wielkich piłkarzy kończy ostatnio przygodę z piłką, człowiek nie jest w stanie każdego przegnać, ale jego akurat chcę, ponieważ śledziłem jego karierę z bardzo bliska.

Odchodzi sam, nie dlatego, że ktoś z niego rezygnuje. Odrzucił powołanie trenera Garetha Southgate’a, który ostatnio go pomijał, ale znów chciał go w kadrze na mecze eliminacji MŚ. Trudno się dziwić selekcjonerowi. W ubiegłym sezonie Rooney przeżywał zjazd formy, stracił miejsce w Manchesterze United i rozegrał najmniej minut w karierze. Gdyby wówczas ogłosił koniec przygody z reprezentacją,

Anglicy pewnie przyjęliby to z ulgą albo wzruszeniem ramionami.

Ale właśnie po 13 latach z wielkim impetem wrócił do Evertonu, którego jest wychowankiem. Widać, że wyraźnie odżył. Dwa gole w pierwszych dwóch meczach, w tym gol nr 200. w Premier League, dzięki któremu „The Toffies” wyszarpali punkt na wyjeździe z faworyzowanym Manchesterem City. Znów gra jako napastnik, a nie pomocnik jak ostatnio u Jose Mourinho i widać, że futbol znów daje mu radość.

Już sama decyzja o powrocie do dawnego klubu budzi szacunek. W dzisiejszych komercyjnych czasach, mógł przecież wybrać łatwe pieniądze za śmieszną grę w Chinach, jak choćby jego kolega z MU, Carlos Tevez. Oferowano mu tam kosmiczne pieniądze – 50 mln funtów za dwa sezony gry. A jednak wolał podjąć wyzwanie. Wybrał klub, w którym raczej nie powalczy o tytuł ani europejskie trofea, ale za to bliski sercu i z kibicami, którym złamał serce odchodząc do rywala. Wielu z ich odzyskał wywiadem, w którym wyznał, że przez te wszystkie lata sypiał… w piżamie Evertonu, resztę postawą na boisku. Zamiast odcinania kuponów od sławy, wybrał ciężką harówkę w Premier Leage, zaprzeczając wielu nieprzyjaznym głosom, jest już skończony. Ma co udowadniać, ma motywację.

Jest coś romantycznego w tej historii powrotu Rooney’a do klubu, w którym się wychował jakby na przekór panującej obecnie w futboli logice. Niczym LeBron James, który w swoim czasie opuścił Cleveland Cavaliers i rodzinne Ohio, po to żeby w w gwiazdorskim składem Miami Heat zdobyć wreszcie mistrzostwo i wielką sławę. Ale gdy już się nasycił tytułami i rekordami, wrócił do dawnej drużyny, niczym zagubione dziecko, które znalazło drogę do domu, ale po drodze wiele się nauczyło. I poprowadził o historycznego pierwszego mistrzostwa NBA.

Rooney’owi ciężko będzie aż tak mocnymi zgłoskami zapisać się w historii Evertonu, który raz, że ma już na koncie dziewięć tytułów mistrza Anglii, a dwa że żaden piłkarz nie odmieni tak bardzo całej drużyny jak jeden koszykarz.

Toteż nikt nie ma do niego pretensji, że rezygnuje z reprezentacji, by skupić się na grze w Evertonie. Decyzję wsparli kibice i byłe gwiazdy jak Gary Lineker, Rio Ferdinand, Michael Owen, a nawet… oficjalne konto Manchesteru United.

Rooney odchodzi jako najlepszy strzelec w historii reprezentacji Anglii i najmłodszy zdobywca gola, ale też jak większość jego rodaków, niespełniony w narodowych barwach. Na każdy turniej jechał jako jego potencjalnie największa gwiazda i na każdym zawodził, jak reszta drużyny.

Ja zapamiętam go jednak z niesamowitego wejścia w świat dorosłego futbolu na Euro 2004 w Portugalii. Wjechał na boisku niczym 16-kołowiec na autostradę – bez respektu na nikogo, nawet dla ikon jak Zinedine Zidane, niczym taran, wszędzie tam gdzie akcja. Zaborczy, zagarniający piłkę kolegom, żeby wykonać rzut wolny.

Zdobył tam cztery gole, na chwilę stał się najmłodszym strzelcem w historii mistrzostw Europy, płakał jak bóbr po odpadnięciu po pechowej serii karnych z gospodarzami i rozczarowania nie osłodził mu nawet wybór do najlepszej jedenastki turnieju. Ani słowa trenera Svena Gorana-Erikssona, że ostatnio równie wspaniały debiut na wielkiej imprezie miał nastoletni Pelego na mundialu w Szwecji w 1958 roku.

Na mundialu w 2006 też miał być jedną z największych gwiazd. Sześć tygodni przed rozpoczęciem turnieju w Niemczech poleciałem na Old Trafford na wywiad z nim z okazji prezentacji nowych butów. Miałem tę przewagę nad kolegami pytającymi „co sądzi o chińskim, czeskim i węgierskim futbolu itd” że dwa razy zagrał przeciwko Polsce w eliminacjach i coś tam pamiętał. W dodatku – jak to sobie ustaliliśmy – jeśli Polska wyjdzie z grupy na drugim miejscu za Niemcami, a Anglia na pierwszym to znów na siebie trafimy.

Następnego dnia po wywiadzie, grając przeciwko Chelsea w nowiutkich, jak pamiętam, niebieskich butach złamał kość śródstopia. Cała Anglia zamarła, każdy serwis informacyjny zaczynał się od feralnej stopy i szans na to, żeby pojechał na turniej. Rozpoczął się wyścig z czasem przy wsparciu nowoczesnej medycyny, a ja zostałem z nieopublikowanym wywiadem jaki dziennikarzowi z Polski nie zdarza się często, ponieważ wszystko o czym mówił stało się nagle nieważne. Pamiętam, że tytuł brzmiał: „Anglię stać na zdobycie mistrzostwa świata!”

Przeżyłem zawód nie mniejszy niż sam Rooney później na mundialu. Ostatecznie pojechał do Niemiec, zagrał w dwóch grupowych meczach, ale nie dość, że gola nie zdobył, to jeszcze wyleciał z boiska w przegranym ćwierćfinale z Portugalią, wykartkowany przez Cristiano Ronaldo. Zaczęła się kolejna medialna saga: czy mogą nadal grać razem w jednej drużynie…

Wayne Rooney

 

Efekt Neymara, czyli kiedy zastrajkuje Rymaniak

DembeleWidmo krąży po Europie. Widmo strajków piłkarzy. Próbujących wymóc na klubach zgodę na transfer tam, gdzie lepiej zarobią, albo – o ile im wierzyć – spełnią sportowe marzenia. Strajkuje 20-letnia nadzieja futbolu, Ousmane Dembele, bo chce, żeby Borussia Dortmund puściła go do Barcelony. Z twego samego powodu pogotowie strajkowe ogłosił Brazylijczyk Philippe Coutinho z Liverpoolu. Strajkuje Geoffrey Kondogbia, który chce wymusić zgodę Interu Mediolan na transfer do Valencii. W gotowości są Virgil van Dijk, Ross Barkley i Danny Drinkwater. Diego Costa nie chce wrócić z Brazylii do rezerw Chelsea, czeka na zgodę na odejście do Atletico Madryt.

Przewiduję, że to nie ostatnie takie konfrontacje na linii zawodnik – obecny klub w tym sezonie. Wszystkiemu winien efekt motyla, który wywołał transfer Neymara do PSG. Wg popkulturowej interpretacji teorii chaosu deterministycznego Edwarda Lorenza trzepot skrzydeł motyla na Filipinach może po paru dniach doprowadzić do huraganu na Florydzie. Transfer Neymara za 222 mln euro był trzepotem motyla wielkości przeciwników Godzilli i może doprowadzić do tego, że… za jakiś czas zastrajkuje Bartosz Rymaniak, bo Korona Kielce nie będzie chciała dać mu odejść z Ekstraklasy (panie Bartku, gratulacje za postawę w tym sezonie!). Zaraz wyjaśnię dlaczego.

Trudno mieć pretensje do Barcelony, że chce ściągnąć do siebie Dembele i Coutinho, nie za darmo przecież, ale też stara się żeby sumy nie były przesadnie absurdalne. Siłą – reaktywując klauzulę – odebrano jej gwiazdora, więc stara się go godnie zastąpić. Kluby z kolei wiedzą, że Barca jest na musiku i to wykorzystują. Wiedzą jak dużo kosztował PSG Neymar więc same windują cenę pod niebiosa. Choć Barca oferuje po 100 mln, chcą jeszcze sporego ogonka. Najlepiej między 20 a 30 mln.

I do nich trudno mieć o to pretensje. Zwłaszcza, że wszystko dzieje się w ostatniej chwili, gdy sezon już się zaczął (Liverpool) lub właśnie zaczyna (Borussia). Koncepcje na ustawienie, taktykę, rotację trenerzy Peter Bosz i Juergen Klopp muszą wyrzucić do kosza i na gwałt szukać następców dla kluczowych piłkarzy. Nie będzie to łatwe bez względu na ostateczną wysokość odstępnego jaką wycisną z Barcelony.

Raz że ciężko w trakcie sezonu bezkolizyjnie wpasować do drużyny nową, kluczową postać. Poza tym nawet jeśli obaj szkoleniowcy mają już w notesach te wymarzone nazwiska, trudno je będzie wyciągnąć z obecnych klubów. Dokładnie z tych samych powodów, dla których Barcy jest trudno wyciągnąć Dembele i Coutinho. Bo sezon już trwa, bo wiedzą jak wielką kasę zgarnęły oba kluby, bo same będą miały problem ze znalezieniem następców…

Niewykluczone więc, że do strajków będą się uciekać kolejni zawodnicy, marzący o grze w Borussii lub Liverpoolu. Ten ostatni już od dłuższego czasu ma analogiczny problem ze sprowadzeniem van Dijka. I tak dalej, i tak dalej, niczym w efekcie domina, aż… dojdziemy do Rymaniaka. Korona też nie będzie się palić żeby go oddać… (panie Bartku, gratulacje raz jeszcze i kolejnych „jedenastek kolejki”!).

Efekt Neymara” może doprowadzić także do skrócenia okna transferowego w europejskich ligach. Już głośno mówią o tym kluby Premier League, rozsierdzone że ich kadry przechodzą rewolucje już po rozpoczęciu sezonu. Dziś jak wiadomo okno zatrzaskuje się o północy z 31 sierpnia na 1 września. Kluby wolą, żeby transfery zamierały w dniu rozpoczęcia rozgrywek.

Zamknięcie okna przed startem sezonu to banalna decyzja, która sprzyja każdemu. Nie byłoby nonsensu z deadline-day, nie byłoby zmartwień o przyszłość piłkarzy, nieustannego przesiadywania na telefonie, strachu, że coś się nagle rozleci, albo że trzeba będzie kupować w panice” – argumentuje na łamach „The Telegraph” Jason Burt.

Problem polega na tym, że o ile angielskie kluby mogą umówić się na zaniechanie transakcji po tej dacie, to ich zawodników nadal będą mogły przecież kupować te drużyny z Europy, gdzie okno będzie trwało na dotychczasowych zasadach. Np nie powstrzymałoby to Barcelony przed wydarciem z Liverpoolu Coutinho. Ciężko zaś byłoby tak się dostroić, żeby cały Kontynent zaczynał sezon w tym samym terminie.

Ciekaw jestem czy znajdzie się pierwszy klub, który nie ulegnie szantażowi gwiazdy i kosztem osłabienia kadry, ześle ją do rezerw, na długie tygodnie lub miesiące? Dotąd kluby raczej pozwalały piłkarzowi postawić na swoim, w myśl zasady że „z niewolnika nie ma pracownika”.

Borussia wygląda na mocno zdeterminowaną. Na razie zawiesiła odmawiającego treningów Dembele na czas nieograniczony. Jeśli zarząd Barcelony nie ulegnie i nie zaproponuje za Francuza tyle, ile chce BVB, jak długo ta ostatnia będzie w stanie trzymać piłkarza w zawieszeniu? Zwłaszcza, że im gorzej zacznie sezon (a ma sporo kontuzjowanych, w tym kluczowych graczy jak Marco Reus czy Andre Schurrle) tym presja będzie większa.

Ale – jak słusznie zauważył w dyskusji na Twitterze Tomasz Urban, jeśli BVB ulegnie i dla świętego spokoju sprzeda Dembele na warunkach Barcy, to czy za chwilę Aubameyangowi przyjdzie do głowy, że strajk to słuszna droga?

 

Dlaczego Katar potrzebuje Neymara

Neymar w PSGW najsłynniejszym transferze świata, jak już chyba możemy nazywać „wrogie przejęcie” Neymara przez PSG, najciekawsze są odpowiedzi na dwa pytania: dlaczego Brazylijczyk odchodzi z takiego klubu jak Barcelona do takiego jak wicemistrz Francji? Oraz dlaczego katarski właściciel francuskiego klubu, Nasser Al-Khelaifi wykłada tę bajońską kwotę.

Oczywiście ciekawych pytań jest więcej. Np. dlaczego zarząd Barcelony przedłużając rok temu kontrakt z jedną z największych gwiazd futbolu naszych czasów ustalił klauzulę wykupu w wysokości 222 mln euro, a nie równie absurdalnej ale o wiele bardziej odstraszającej 555 mln?

Być może żadna kwota nie odstraszyłaby Katarczyków, którym Neymar jest potrzebny przede wszystkim z powodów politycznych, o czym za chwilę. Ale pół miliarda byłoby zdecydowanie bardziej spektakularne. Obecna kwota szokuje tylko do momentu, gdy przypomnimy ile za o wiele mniejsze gwiazdy płacą kluby Premier League, choćby MU za Romelu Lukaku, a Real Madryt oferuje za Kyliana Mbappe.

Oczywiście Neymar nie przenosi się do PSG z powodów sportowych. Gdyby kierował się chęcią zdobywania najważniejszych trofeów, drużynowych czy indywidualnych, zostałby mu oprócz Barcy praktycznie tylko jeden klub na świecie – największego rywala.

Krąży hipoteza, że motywuje go chęć wyjścia z cienia Leo Messiego i zostania niekwestionowanym liderem drużyny. Naprawdę wierzycie, że dała mu do myślenia słynna sentencja Juliusza Cezara, który wg Plutarcha przechodząc przez jakąś wioskę w Alpach drodze do Galii, miał stwierdzić, że „wolałby być pierwszym człowiekiem tutaj niż drugim w Rzymie”?

Ktoś na Twitterze napisał, że ten transfer to jakby odejść z Beatelsów do The Monkees. Z tym, że ktoś taki na pewno nie zacząłby zarabiać w nowy zespole tyle co Lennon i McCartney. A Neymarowi, co roku wymienianemu jako kandydat do Złotej Piłki obok Messiego i Cristiano Ronaldo, transfer do PSG pozwoli wreszcie zrównać się z nie tylko sławą ale i zarobkami (30 mln euro za sezon, przez pięć lat, na rękę, podatkiem zajmie się klub).

Tak naprawdę Brazylijczyk podjął więc identyczną decyzję jak ci piłkarze, którzy przenoszą się do ligi chińskiej. I trudno mieć do niego pretensje, że chce przyjąć fortunę, którą mu wciskają szejkowie. I jeszcze dorzucą 100 mln dla taty. Chciwość, pazerność? Już w Barcelonie zarabiał porządne pieniądze (a jego ojciec właśnie czeka na 36 mln z tytułu… przedłużenia ubiegłorocznego kontraktu)?

Rozśmieszył mnie argument usłyszany w telewizyjnej dyskusji we Francji gdzie akurat jestem, że kariera piłkarza trwa do 35. roku życia, Neymar musi więc zabezpieczyć się na czas kiedy już nie będzie zarabiać. Faktycznie dzięki tym dodatkowym 200 milionom być może nie będzie musiał dorabiać na emeryturze…

Równie ciekawa jest odpowiedź na pytanie dlaczego Nasser Al-Khelaifi, właściciel PSG i Qatar Sports Investments bije transferowy rekord, narażając się na śledztwo UEFA ws Finansowego Fair Play, inwektywy prezesa LA Liga i ostracyzm? Przecież nie wyłącznie po to, by „sprowadzić na Parc des Princes trofeum Ligi Mistrzów”. Zwłaszcza że transfer nawet Neymara nie daje żadnych gwarancji.

O wiele ważniejsze są kwestie wizerunkowe. Katar jest w tej chwili w stanie zimnej wojny ze swoimi sąsiadami. Na początku czerwca Arabia Saudyjska, Bahrajn, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Egipt zerwały z nim stosunki dyplomatyczne i zablokowały połączenia lotnicze, morskie oraz lądowe. Oskarżają Katar o wspieranie islamskiego terroryzmu, a zwłaszcza jego stację telewizyjną, Al-Jaazira i domagają się jej zamknięcia. Żądają też m.in. zerwania stosunków z Iranem, współpracy wojskowej z Turcją.

Rząd Kataru uznaje te oskarżenia za bezpodstawne, a żądania za niemożliwe do zaakceptowania, bo naruszające jego suwerenność. Odpowiedział postulatami umiędzynarodowienia świętych meczetów w Mekce i Medynie, co w Arabii Saudyjskiej przyjęto jako deklaracja wojny przeciwko królestwu. Konflikt zbrojny wisi w powietrzu.

Z czasem do bojkotu dołączyły Jemen, Libia i Malediwy. W jego efekcie import Kataru spadł aż o 40 procent, a w kraju zabrakło żywności. Trafia tam wyłącznie z Turcji i Iranu przez co stała się bardzo droga. Samoloty linii Qatar Airways muszą zaś latać do Europy naokoło przez Iran i Turcję. Kiedy więc pojawiły się informacje, że Neymar leci z Dubaju do Dauchy na testy medyczne, znający temat wiedzieli, że to tzw fakenews, bo ruch lotniczy z Dubaju do stolicy Kataru obecnie nie istnieje.

Kryzys w KatarzeWrogowie Kataru wiedzą, że najbardziej zaboli, jeśli uderzą w mundialowe aspiracje emiratu. Na razie blokada spowolniła budowę stadionów, ale gorsze są straty wizerunkowe.

Transfer Neymara – najsilniejszego marketingowo sportowca poniżej 30. roku życia – i uczynienie z niego ambasadora mistrzostw świata w 2022 pozwolą przerwać ten impas (a przy okazji pozwoli PSG obejść Finansowe Fair Play UEFA). Katar wydał jak dotąd na zdobycie mundialu i przygotowania 17 miliardów euro, czymże jest wydatek 222 mln na promocję dla jednego z trójki najlepszych piłkarzy świata?

Jego zadaniem będzie ocieplenie wizerunku gospodarza turnieju nie tylko w kontekście obecnego kryzysu w Zatoce Perskiej. Ale także oskarżeń o nieludzkie traktowanie robotników pracujących przy stadionach, o korupcję w walce o organizację turnieju i wszystkie brudy jakie przyniósł 430-stronicowy raport prokuratora Michaela Garcii dla FIFA. Stąd niektórzy otwarcie nazywają transfer Neymara „najbardziej politycznym w historii futbolu”.

Neymar Junior i Neymar Senior