#ParaAthletics. Srebro Fiodorow, czyli Alicja w krainie czarów

Alicja FiodorowAlicja Fiodorow zdobyła srebrny medal w biegu na 100 m rozgrywanych w Londynie MŚ osób niepełnosprawnych. Osiągnęła najlepszy wynik w sezonie (12.61), wyprzedzając na mecie Chinkę Lu Li zaledwie o 0.01 sekundy! Po zejściu z bieżni szalała ze szczęście i zamiast jak po czwartym miejscu na 200 m mówić o końcu kariery, wybiegała myślami do igrzysk w Tokio

- Podeszłam do tego biegu na pełnym luzie. Wykasowałam niepowodzenie na 200 m, zapomniałam o łzach, liczyło się tylko tu i teraz. Nie chciałam sama siebie postawić pod presją, że mogę wrócić z mistrzostw świata bez medalu, że to będzie katastrofa i pora kończyć karierę – mówiła.

Pomogło jej, że biegła dziewiątym torem, nie widząc najgroźniejszych rywalek, nie stresowała się więc ich występem, tylko ruszyła ile sił w nogach. Są zawodniczki, które jak Barbara Niewiedział, zdobywczyni złota na 1500 m i srebra we wtorek na 400 m, lubią ruszać zza pleców rywalek, żeby je kontrolować. Ala woli nie widzieć.

- Po niepowodzeniu na 200 m targały mną emocje, bo nie jestem przyzwyczajona do przegrywania. Od 2004 roku nie ma imprezy, z której wróciłabym bez medalu. Brązy na igrzyskach paraolimpijskich w Atenach, Pekinie, Londynie, srebra w Pekinie, Londynie, Rio, złoto mistrzostw świata w Assen, medale w Christchurch, Lyonie, Doha… – wymienia. – Z pierwszych mistrzostwa świata, w Birmingham wróciłam dopiero piata, ale pojechałam tam jako 13 letnia dziewczynka, po zaledwie dwóch miesiącach treningów…

- Urodziłam się bez lewego przedramienia. Ale nigdy nie czułam się z tego powodu gorsza. Nigdy nie musiałam sobie przez to czegoś odmawiać. Na podwórku uczestniczyłam we wszystkich dziecięcych zabawach i wygłupach. Czasem spotykałam się z dogryzaniem czy wyszydzaniem, nazywaniem „jednorękim bandytą”, wiadomo, że dzieciaki bywają okrutne. Ale nic sobie z tego nie robiłam, spływało jak po kaczce. Wielka w tym zasługa rodziców. Zawsze mi powtarzali: „a niech się śmieją, może osiągniesz w życiu więcej od nich” – opowiada Alicja.

Rodzicom zawdzięczam pełną niezależność. Od małej dziewczynki nie traktowali jej jak niepełnosprawną, nie trzymali pod kloszem, wszystko musiała robić sama.

- Pamiętam jak mając czterolatka męczyłam się z wiązaniem butów, aż doszłam do perfekcji i w końcu robiłam to szybciej niż rówieśnicy. Są rodzice, którzy wstydzą się niepełnosprawnego dziecka, albo za bardzo na nie chuchają, że takie biedne. I trzymają w domu, boją się wypuścić na świat. U mnie było przeciwne podejście: „chcesz iść na trzepak, to idź. Spadniesz, trudno, ale sama się podnieś”. Czułam ich wsparcie i czuję je do dziś, ale nigdy mnie nie wyręczali, za co jestem im niezwykle wdzięczna – mówi.

I opowiada, że nigdy nie nalegali na córkę, żeby nosiła protezę, skoro ta jej nie pasowała. – Od maleńkości miałam taką gotową ale jakoś jej nie zaakceptowałam. Skoro tak, to nie kazali mi jej nosić. Nie wstydzili się córki bez rączki jak to czasem na wsiach bywa, gdzie niepełnosprawność to coś gorszego. Najważniejszy był mój komfort i moje dobre samopoczucie. „Nie chcesz, to nie noś, ale radź sobie sama”.

I radziłam. Do tego stopnia, że na studiach na AWF potrafiłam zrobić wymyk i odmyk na drążkach lepiej niż koleżanki z obiema zdrowymi rękami które musiały zaliczać w drugim terminie. Wydaje mi się, że jak na niepełnosprawną jestem całkiem sprawna i niejedna zdrowa dziewczyna mogłaby mi pozazdrościć.

Najgorsze co może spotkać niepełnosprawne dziecko to zamknąć je w domu i użalać się nad nim. Trzeba pozwolić mu się rozwijać, wychodzić do ludzi. Nie wolno odcinać go od świata. Bo rodzice, którzy się takim dzieckiem opiekują, wieczni nie będą i co wtedy? – przekonuje.

- Naprzeciwko naszego domu stoi szkoła, więc praktycznie całe dzieciństwo spędziłam na szkolnym boisku i w budynku. Odbywały się tam treningi tenisa stołowego Broni Radom. Przychodziłam, patrzyłam z pożądaniem przez szybkę, aż w końcu trener zaprosił mnie na trening. Miałam dryg do sportu, pewnie po mamie, która biegała sprinty. Nieźle mi szło, jeździłam na zawody, wygrywałam. Zdarzało mi się nawet grać w debla z Natalią Partyką, czterokrotną mistrzynią paraolimpijską. Ale drugą Natalką nie zostałam, ponieważ okazał się, że jestem też dobra w lekkiej atletyce. Przez jakiś czas startowałam w kadrze Polski obu dyscyplin. Ale w końcu terminy występów zaczęły nakładać się na siebie i musiałam dokonać wyboru – wspomina.

Pomógł w tym trener Jacek Szczygieł, który w 2002 roku trafił do Startu Radom i… odmówił współpracy z Alicją. – Nie podobało mi się, że wykorzystywano ją w każdej dyscyplinie, gdzie był potrzebny medal. Tu takie zawody, tu takie. Nie chciałem się zgodzić na łączenie. Powiedziałem: „albo odłożysz rakietkę na bok i skupić się w całości na lekkiej atletyce i wtedy trenujemy na pełnych obrotach, albo szukaj sobie innego trenera. Ja nie będę prowadził zawodnika na pół gwizdka”. No i przed igrzyskami w Atenach w 2004 Ala wybrała bieżnię – wspomina Szczygieł.

Alicja Fiodorow- Uznałam, że lekka jest mi bliższa sercu. I nigdy nie żałowałam wyboru. Ani współpracy z trenerem Szczygłem. On jest twórcą wszystkich moich sukcesów – podkreśla Fiodorow.

- Nie jestem fachowcem od tenisa stołowego, ale uważam, że Ala nie zrobiłaby takiej kariery jak Natalia, bo warunki jakie tamta ma w Gdańsku, a jakie były w Radomiu to dwa światy – mówi Szczygieł.

Dodaje, że Ala jest obdarzona takim talentem ruchowym, iż odnosiłaby sukcesy w każdym sporcie za jaki by się wzięła. Łatwo jej przychodzi nauka, szybko wszystko sobie przyswaja. Bez połowy ręki kapitalnie gra w koszykówkę czy siatkówkę o piłce nożnej nie mówię. Świetnie pływa, skacze…

- Czego się nie dotknie w tym jest dobra. Pod tym względem jest fenomenem. Taka się urodziła, ale też sporo w tym zasługi rodziców. Nie ma w sobie żadnych barier. I jest bardzo ambitna. Wyznacza sobie cele i dąży do nich z rzadko spotykaną konsekwencją – mówi Szczygieł.

Po udanych MŚ teraz celem są igrzyska paraolimpijskie w Tokio. Ale obawiam się, że na 200 m trzeba będzie pobiec 25 sekund na medal, a to oznacza mnóstwo ciężkiej pracy i wyrzeczeń. Siądziemy z trenerem i zastanowimy się, czy nie postawić tylko na setkę – mówi Fiodorow.

Nakładka na rękę Alicji Fiodorow, pomaga jej wystartować z bloków i stabilizuje bieg (cena 12 000 zł o.o). W tle Marcel Jarosławski z Polskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych „Start”

#ParaAthletics. Bracia z opaską, czyli krwawe ślady na bieżni

Sylwester Lepiarz i Aleksander KossakowskiNiewidomy Aleksander Kossakowski (na zdjęciu z prawej)  z przewodnikiem Sylwestrem Lepiarzem wygrali półfinał biegu na 1500 m podczas lekkoatletycznych mistrzostw świata w Londynie. Ustanowili życiówkę (4:14.07) i pokonali w bezpośrednim pojedynku rekordzistę świata, Kenijczyka Samwela Mushai Kimani. O medal powalczą w piątek

W kadrze polskich lekkoatletów na MŚ w Londynie mówią, że ciężko o większego pechowca niż Olek. Co ważny bieg, to rywal ściąga buta ze stopy. Z pięć razy tak już miał ostatnio. A już do legendy przeszedł jego start na mistrzostwach Europy w Grosseto.

120 metrów po starcie rywal z Portugalii niechcący nadepnął mu na piętę i ściągnął buta. Już po pierwszym okrążeniu po rozgrzanym tartanie pod skarpetą na podeszwie stopy zrobił mu się pęcherz. Po drugim pękł, skóra zeszła, a podeszwa zmieniła się w krwawą ranę. – Z początku działała adrenalina, ale jak około 600 m zeszła, ból zrobił się jak cholera. Mówię do Sylwka, że chyba zejdę. Ale on, żebym się nie wygłupiał, bo to mistrzostwa Europy – wspomina Kossakowski.

- Nie wiedziałem co się dzieje. Dopiero jak zobaczyłem krwawe ślady na tartanie, myślę, kurde, co to jest? Po chwili skojarzyłem, że to Olek. Spojrzałem w dół, nie ma buta, zamiast tego czerwona, porwana skarpeta. No, ale już był prawie finisz. Dobiegliśmy. I zdobyliśmy brąz! – mówi Lepiarz.

- Ja na szczęście tych krwawych śladów nie widziałem, bo kto wie jakby to na mnie podziałało. Nie wiem jak dobiegłem, chyba tylko siłą charakteru. Ci, którzy zobaczyli ranę, trenera, kolegów z kadry, złapały mdłości. Jedna wielka rana, do tego czarna z brudu. Lekarze złapali się za głowy, natychmiast do szpitala, kuracja antybiotykowa i opatrunek.

- Oj już nie wyolbrzymiaj, przebiegłeś na bosaka raptem 1350 metrów – śmieje się Sylwek.

Łączy burzliwa historia. Panowie rozstali się po igrzyskach w Rio, gdzie nie udało im się wejść do finału. Sylwek, oszołomiony atmosferą na Stadionie Olimpijskim mocno przeszarżował, poprowadził bieg w tempie jak na podwójny rekord świata. W efekcie Olek na 400 m przed metą nie był w stanie biec i niemal domaszerował do końca. Ale i tak dałoby to im ósme miejsce i prawo startu w finale, gdyby nie to, że zagotowany Sylwek pierwszy przekroczył metę. A przepisy mówią, że zawsze musi to zrobić zawodnik. Zostali zdyskwalifikowani.

- Emocje, presja, niesamowita publika na stadionie. Czułem się jak w statku kosmicznym. Oszołomiło mnie. Musiałem wykrzykiwać komendy, żeby Olek mnie słyszał. Też byłem wkurzony, bo tyle przygotowań i startów na nic – tłumaczy Sylwek. – Dziś już nie ma tematu. Tzn jest tylko jako nauczka dla nas. Ale już nie mamy do siebie pretensji – precyzuje Olek.

Kossakowski zaczął szukać nowego przewodnika, ale próby kończyły się marnie. – Przewodnik dla niewidomego lekkoatlety to w Polsce prawdziwy dramat. Nie każdy ma tyle szczęście co świeżo koronowana mistrzyni świata z Londynu, Joanna Mazur, która idealnie dobrała się z Michałem Stawskim. A i ona długo szukała. Ale dziewczynie łatwiej znaleźć faceta, który biega lepiej od niej. Olek odrzucił kilku zawodników, którzy nie wytrzymywali jego tempa i odpadali już po pierwszym okrążeniu – tłumaczy ich trener ze Startu Radom, Jacek Szczygieł.

Z braku kandydatów na przewodnika zwrócił się o pomoc co lekkoatletów pełnosprawnych. Ale nikt nie chciał. Przewodnik musi w całości poświęcić się niewidomemu, zgrać z nim w jeden organizm. Pełnosprawni lekkoatleci mieli swoje starty, swoje zgrupowania i cele. Mogli pomóc na jedne zawody, ale ciężko im było zgrywać terminy.

- Z kolei ci, którzy już skończyli kariery, bawią się w biegi uliczne, starają jakoś zarabiać pieniądze i też nie interesuje ich rola przewodnika. Bo z bycia przewodnikiem żadnych kokosów nie ma. Wielu robi to za „dziękuję”. Dobrze jak dostanie stypendium. Ale w przypadku Kossakowskiego i Lepiarza będzie ciężko, bo w ich konkurencji nie zebrało się na MŚ 12 rywali – tłumaczy Szczygieł.

Poszukiwania nowego przewodnika szły jak po grudzie. Tymi, których sprawdził, Olek był zawiedziony. Narzekał, że to trucht, a nie prawdziwe bieganie. Wreszcie obaj panowie postawili na reset, podali sobie ręce i postanowili zacząć współpracę od nowa.

Tu w Londynie Sylwek pokazał, że Rio to był po prostu eksces. Obaj jesteśmy mądrzy po szkodzie i doświadczeni. Nigdy już nie popełnimy takiego błędu. Dziś jestem w stu procentach z naszej współpracy – mówi Kossakowski.

- Wyglądamy na bieżni jak bracia, niektórzy nawet nas za nich biorą. Mamy podobną technikę biegu, jesteśmy równi wzrostem i wiekiem. Jeśli będą nas omijały kontuzje, będziemy co raz bardziej się zgrywać i biegać długie lata. Poza bieżnią różnimy się tylko upodobaniami muzycznymi. Olek słucha heavy-metalu, a ja bardziej rozrywkowej, ale nie mamy spinek z tego powodu – mówi Sylwek.

Prawdziwy brat Olka ma tę samą chorobę oczu – zwyrodnienie barwnikowe siatkówki – i też nie widzi. Nie jest zawodnikiem, został masażystą. – Zachorował w wieku 13 lat, ja miałem sześć. Do tego czasu widziałem normalnie. Potem systematycznie traciłem widzenie barw, widzenie w nocy, ograniczało mi się pole widzenia, najpierw do lunetowego, aż do zupełnej ślepoty. Póki co medycyna nie wymyśliła na nią lekarstwa. Już się nią nie przejmuję, mam ją gdzieś. Mam mocno wyrobiony węch i słuch. Jestem w stanie wszystko sobie wyobrazić – mówi Olek.

Jako gimnazjalista zbuntował się przeciwko losowi. Uciekał z domu na parę dni, opuszczał w lekcjach, odmawiał pomocy w domu. Ojciec postanowił przywrócić go do pionu.

- Tata też uprawia sport, jest karateką, ma 3 dan w karate kyokushin. W ramach resocjalizacji wysłał mnie na obóz lekkoatletyczny z trenerem Krzysztofem Jóźwikiem do Spały. Tam tak dostałem w kość, że nauczyłem się pokory. Ale przy okazji trener Krzysiek zaszczepił we mnie ducha rywalizacji. Spodobało mi się. A później na jakichś zawodach juniorów wypatrzył mnie trener Jacek Szczygieł i wziął pod swoje skrzydła. I poznał z Sylwkiem.

- Biegamy z Olkiem od 2013 roku. Poznaliśmy się kiedy jeszcze trochę widział i startował w wyższej kategorii. Biegaliśmy wówczas jeszcze nie połączeni opaską jak teraz ale obok siebie. Trenowałem wcześniej siedem lat lekkoatletykę, ale chciałem spróbować czegoś nowego. Nie jestem przewodnikiem dla kasy. Chciałem się po prostu… poczuć kimś ważniejszym. I czuję. Jeździmy po świecie, startujemy na igrzyskach, mistrzostwach świata. Jest pięknie – opowiada Sylwek. Sylwester Lepiarz, Aleksander Kossakowski i trener Jacek Szczygieł

#ParaAthletics. Jak bieganie pozwoliło Jagodzie zaakceptować niepełnosprawność i polubić siebie


Jagoda Kibil i trener Jacek Szczygieł Piąte miejsce w biegu na 200 m kobiet po porażeniu mózgowym czterokończynowym zajęła na MŚ w lekkiej atletyce w Londynie 17-letnia Jagoda Kibil. Opowiada jak bieganie pozwoliło jej zaakceptować niepełnosprawność i polubić siebie

Zawodniczka trenera Jacka Szczygła, czasem 32,89 sek pobiła życiówkę. – Od dawna starałam się przełamać 33 sekundy i marzenie wreszcie się spełniło. I to właśnie na mistrzostwach świata! Nie mogłam sobie wybrać lepszego czasu i miejsca. Jestem w siódmym niebie. To zasługa trenera Jacka Szczygła, bo włożył w to prawdopodobnie więcej pracy ode mnie. Ja mam trudny charakterek, trzeba nade mną nieźle popracować. To jego zasługa, że w ogóle tu jestem. Że w ogóle biegam – przyznała szczerze za metą.

- Moja niepełnosprawność to dziecięce porażenie czterokończynowe. Niestety lekarze popełnili błąd przy porodzie i nastąpiło niedotlenienie mózgu. Dotknęło to zresztą również mojego brata bliźniaka. Lekarze nie dawali nam szans, że kiedykolwiek staniemy na nogi. Ale nasza mamusia jest strasznie uparta. Zawzięła się i tak nas sama rehabilitowała, że w wieku dwóch lat byliśmy w stanie stać. Przy drabince, koślawo, z powyginanymi kończynami, ale staliśmy. Lekarka kiedy to zobaczyła aż wybiegła z gabinetu w szoku po koleżanki, bo nie mogła uwierzyć. A po roku byliśmy już w stanie oboje chodzić – opowiada Jagoda.

Trener Szczygieł wypatrzył ją przypadkiem gdy przechodziła obok boiska lekkoatletycznego w Kozienicach, z których pochodzi. Zwróciła jego uwagę nierównym chodem, a przy tym jeszcze podbiegła. Dojrzał spory potencjał. – Widać było, że ma naturalny tzw ciąg do przodu – wspomina. Jagoda była wówczas w drugiej klasie gimnazjum. Niemal rok musiał namawiać ją na podejście treningów. Mama Jagody miała wątpliwości czy córka zdoła pogodzić naukę w szkole, rehabilitację i treningi. Ale to właśnie treningi okazały się najlepszą rehabilitacją.

- Jestem bardzo wdzięczna mamie za to, że się wtedy zgodziła, bo sport odmienił moje życie. Mam cel, poprawiam się z roku na rok, dostaję stypendium, które bardzo nam się przydaje, jeżdżę po świecie. Ci, którym kiedyś zdarzało się dokuczać mi z powodu mojego chodu, mojej choroby teraz mi zazdroszczą. W ogóle ludzie są dla mnie teraz bardziej sympatyczni. A nawet jak jeszcze czasem usłyszę jakiś hejt czy zaczepkę, to tylko się z tego śmieję: „a myśl se człowieku co chcesz” i idę dalej.

Bieganie zmieniło moje podejście do niepełnosprawności i do siebie samej. Kiedyś, pamiętam, byłam przekonana, że tacy ludzie jak ja nie osiągną nic. Płakałam leżąc w łóżku, że nic dobrego mnie w życiu nie czeka. Dziś lubię siebie i to co robię. Nie czuję się w niczym gorsza od pełnosprawnych, żadnemu z nich niczego nie zazdroszczę – mówi Jagoda.

Wspomina, że na pierwszym treningu przyglądała się treningom Szczygła z Aleksandrem Kossakowskim, mistrzem Europy na 1500 m. – Pytam trenera zdziwiona, że przecież mieli tu ćwiczyć niepełnosprawni, a on na to, że przecież Olek jest niewidomy. Co? W życiu bym się nie domyśliła. Skoro on tak świetnie sobie radzi w sporcie, to znaczy że i dla mnie jest szansa – pomyślałam.

Jagoda to podwójna mistrzyni świata juniorów. Teraz jej celem jest jak najlepszy występ na igrzyskach paraolimpijskich w Tokio. – Nie mówię, że medal, bo będzie trudno. Wiadomo, że to marzenie, ale konkurencja na moim dystansie jest bardzo duża, Australijka, Brytyjka, Chinka. Mam wrażenie, że ich niepełnosprawność jest nieco mniejsza od mojej – mówi.

Problemem jest lewa noga, którą Jagoda musiała poddać planowej operacji i z powodu komplikacji jeszcze nie wróciła do dawnej sprawności. – Gdy była dzieckiem, żeby ja spionizować skrócono jej ścięgno Achillesa. Kiedy już złapała wzrost dla odmiany musiano jej tego samego Achillesa wydłużyć, żeby mogła normalnie funkcjonować. Niestety po pierwsze została zarażona w szpitalu gronkowcem. Jest jest też duży zrost na bliźnie, która jest pogrubiona. Nie wiadomo czy nie będzie konieczna kolejna operacja – mówi trener Szczygieł.

- Mimo to Jagoda była w stanie bić na kolejnych zawodach życiówki. Do tego tu w Londynie pokonała jedną z doświadczonych Australijek. Ten wynik cztery lata temu na igrzyskach paraolimpijskich na tym samym stadionie dałby jej medal! To szalenie ambitna dziewczyna. Życie tak ostro dało jej w tyłek, że już jako nastolatka stała się lepszym fajterem niż wielu dorosłych. Jej losy nadają się na scenariusz filmowy, jeśli kiedyś będzie chciała szczerze o nich opowiedzieć – dodaje Szczygieł.

Jagoda Kibil

Mączyński w Legii, czyli piłkarzu, uważaj co deklarujesz!

Krzysztof Mączyński w barwach LegiiKrzysztof Mączyński to nie pierwszy piłkarz, który złamał serca kibicom odchodząc do klubu rywala, wywołując z kolei ich przejście od miłości do nienawiści. Historia futbolu zna takich przypadków mnóstwo i jeszcze nie jeden klub podkupi rywalom piłkarza. Normalna sprawa, że ambitny zawodnik chce zrobić krok do przodu. Tu w dodatku reprezentant Polski, który ma już 30 lat i chce po raz pierwszy w karierze powalczyć o europejskie puchary (a nuż się uda przeżyć niesamowitą przygodę w Lidze Mistrzów). Normalna sprawa, że chce zarobić znacznie więcej niż mógłby tu gdzie jest. Kto z nas wstanie i powie, że wybierając pracodawcę nie kieruje się finansami? Zwłaszcza że Mączyńskiemu bliżej do „emerytury” niż dalej.

To także zupełnie normalna sprawa, że kibicom jego dotychczasowego klubu się to nie podoba. Dopiero co wieszali plakaty z jego podobizną, ściągali tapetę na smartfona czy pulpit, nagle zobaczą go we wrogiej koszulce. Więc normalna sprawa, że nie szczędzą mu żalu, obelg, wulgaryzmów na klubowych forach i w mediach społecznościowych. Że będą gwizdać i obrażać go, kiedy przyjedzie z nową drużyną na stary stadion. Takie ich kibicowskie prawo i nic w tym nowego. Tak było, jest i będzie.

W „zdrajców” leciał już trybun łeb świni, zapalniczki, monety czy fałszywe dolary jak ostatnio w Gianluigiego Donnarummę. Transparenty z napisem „Judasz” widziałem już wymierzone w Andy Moellera gdy przeszedł z Borussii Dortmund do Schalke 04 i w Manuela Neuera, gdy z tej ostatniej przeniósł się do Bayernu Monachium. Kibice Arsenalu w ostatnich latach wyzywali od „Judaszów” Robina van Persie, Cesca Fabregasa, Samira Nasriergo czy Ca$hley’a Cole’a. A kibice Tottenhamu Sola Campbella, gdy ten ważył się stać „Kanonierem”.

DollarummaNie dziwi mnie więc specjalnie, że kibice Wisły zmienili Mączyńskiemu opis na Wikipedii, wklejając tam słowo „Judasz”. Ot, znak nowych czasów. Kiedyś fani mogli co najwyżej nawrzucać piłkarzowi jak do nich przyjechał z nową drużyną. Jeśli coś w przypadku byłego Wiślaka, a nowego Legionisty zaskakuje to rozmiar hejtu jaki go spotkał.

Nieporównywalny z tym jaki wylał się ostatnio np. na Bartosza Bereszyńskiego czy Kaspera Hamalainen, którzy dopuścili się przecież zbrodni szczególnie wyrafinowanej, porzucając Lecha na rzecz Legii. Może dlatego, że pierwszy był zaledwie dobrze zapowiadającym się zawodnikiem, jeszcze nie gwiazdą. Drugi zaś owszem, kluczową postacią w wywalczeniu mistrzostwa, ale jednak najemnik. Kibice „Kolejorza” wyrażali więc pogardę dla najemnika, który po trzech latach w klubie najpierw kręcił przy przedłużeniu umowy, aż okazało się że podpisał ją z rywalem, ale nic więcej.

Jak pisał Krzysztof Stanowski w ostatnim felietonie w „Przeglądzie”, nie ma co oczekiwać, że piłkarze zakocha się w klubie piłkarskim. Zwłaszcza zagraniczny, zwłaszcza w Polskim. Chyba, że chodzi o zawodnika z tego samego miasta co klub, „chłopaka z sąsiedztwa, zasypiającego z koszulką pod poduszką i wieszający plakaty na ścianach”. Takiego, który zakocha się w klubie z wzajemnością, tzn kibice w nim. Wydaje mi się, że taka miłość istniała właśnie między Mączyńskim, a kibicami Wisły, stąd tak bolesne i pełne złych emocji rozstanie.

A tu jeszcze akt rozstania toczy się na oczach gawiedzi, czyli w mediach społecznościowych. Ich specyfika polega na tym, że dziś każdy kibic ma sportowca na wyciągnięcie ręki. Kiedyś mógł co najwyżej w telewizji usłyszeć co ma do powiedzenia lub przeczytać wywiad w gazecie, dziś może się z nim kontaktować bezpośrednio. Zwłaszcza z takim jak Mączyński, który chętnie w ten kontakt wchodził i odpowiadał na mniej lub bardziej ostre zaczepki.

Zwykle chwalę sportowców, którzy sami prowadzą swoje konta i piszą, nawet jeśli nieporadnie, to od siebie. Lepsze to niż zlecanie komunikacji wyspecjalizowanym agencjom. W tym przypadku jednak szkoda, że profesjonalista nie czuwał nad emocjonalną narracją piłkarza. Z czego on sam zdał sobie najlepiej sprawę, kasując wszystkie wątki na Twitterze. Dziś można tam znaleźć wyłącznie link do wywiadu z legia.com pod znamiennym tytułem „Czasem warto się ugryźć w język”. „Może mój przykład pokaże młodym chłopakom, że czasami warto nie składać żadnych deklaracji, bo życie jest brutalne” – mówi w nim, co prawda podtrzymując jednocześnie deklarację, że nigdy nie zagra w Cracovii.

I to jest kluczem do rozumienia rozmiarów hejtu jaki go spotkał. Kibice poczuli się oszukani zdradą deklaracji. Tej z wywiadu w C+, że nigdy nie przejdzie do Legii. Tymi, że czuje się wiślakiem od urodzenia, co wyraża to nawet jego twitterowy nick: @makatsw.

Tak samo na „Dollarummę” spadł deszcz fałszywych dolarów na stadionie Cracovii, nie tylko dlatego że Milan miałby stracić niesamowity talent, który sobie wychował. Ale dlatego, że piłkarz wcześniej całował po dobrych występach herb na koszulce i deklarował, że jego wielkim marzeniem jest zostać kiedyś kapitanem „rossonerich”.

Gdyby nie słowa, że kibicował Milanowi od dziecka (zadebiutował zresztą w Serie A jako 16-latek) i że chce zostać takim symbolem jak Gianluigi Buffon Juventusu, nie byłoby zarzutów o chciwość, przekleństw, grożenia śmiercią (przynajmniej wg agenta Mino Raioli) i szantażu, że „jeśli nie przedłużysz kontraktu, to spędzisz rok na trybunach”.

Pod tym względem wzorem odejścia z klasą z klubu, a jeszcze do drużyny arcy-rywala zawsze będzie dla mnie przejście Roberta Lewandowskiego do Bayernu Monachium, wciąż szanowanego i oklaskiwanego w Dortmundzie.

Robert Lewandowski w Dortmundzie

Dlaczego Messi z Ronaldo kiwają fiskusa?

Leo Messi i Cristiano RonaldoCiekaw jestem czy po świecie rozniesie się o inicjatywie kibiców Górnika Zabrze, którzy przebadali wykrywaczem kłamstw Adama Dancha, by zweryfikować plotki, że obstawiał u bukmacherów porażki własnej drużyny. Zawodnik skwapliwie zgodził się na badanie (ciekawe jakie byłyby konsekwencje odmowy?), wariograf wykazał czystość jego intencji, słowem atmosfera została oczyszczona. Może i pozostał lekki niesmak, ale nie uważają tak kibice Górnika, którzy w oświadczeniu podziękowali Danchowi za grę w barwach klubu.

Wariograf mógłby zakończyć wiele wątpliwości w świecie futbolu. Np. badaniu na okoliczność niezapłaconych podatków mogliby się poddać Cristiano Ronaldo czy w swoim czasie Leo Messi. Poprzestają na zapewnieniach o niewinności, ale na wszelki wypadek spłacają fiskusowi zaległe kwoty z odsetkami, żeby oddalić widmo więzienia.

W przypadku Argentyńczyka poskutkowało to tym, że hiszpański sąd skazując go na 21 miesięcy więzienia za ukrycie 4,16 mln euro z tytułu praw do wizerunku, zawiesił wykonanie kary. Jak skończy się sprawa Ronaldo, który zdaniem prokuratury ukrył 14,7 mln euro, przekazując prawa do wizerunku firmie z Wysp Dziewiczych, czyli najlepszego raju podatkowego na świecie, dopiero się dowiemy. Nie nastawiałbym się jednak, że zobaczymy Portugalczyka za kratami.

Dlaczego dwaj najlepiej zarabiający piłkarze świata (obaj z pierwszej piątki najlepiej zarabiających sportowców świata wg miesięcznika „Forbes”), słynący z akcji charytatywnych, zachachmęcili parę marnych (jeśli spojrzeć na ich zarobki) milionów? Po co ryzykowali nadszarpując swój tak cenny przecież wizerunek? Mało im? Przecież ciężko o większego krezusa niż piłkarz?

Nie tylko oni zresztą. Skazani za podobne oszustwa skarbowe wobec hiszpańskiego fiskusa zostali m.in. Javier Mascherano, Alexis Sanchez, Xabi Alonso, Angel di Maria czy Radamel Falcao. Pod lupą prokuratury właśnie znalazł się Jose Mourinho, który w okresie gdy trenował Real Madryt miał nie zgłosić 3,3 mln euro. Następni w kolejce czekają jego byli piłkarze Pepe i Fábio Coentrao. Dlaczego podobne skandale nie są udziałem gwiazd futbolu z Premier League czy Serie A, ale właśnie z La Liga?

Zwróciłem się z prośbą o konsultacje do profesora Roberta Gwiazdowskiego, eksperta w dziedzinie podatków w Centrum im. Adama Smitha, którego ekonomiczne opinie bardzo sobie cenię. A przy okazji wielkiego kibica futbolu. Żartem odparł, że na miejscu Messiego i Ronaldo zacząłby od zwolnienia doradców podatkowych, ponieważ wybrali bardzo toporne metody. Istnieją dużo bardziej subtelne i skuteczne, z których korzysta finansowa elita świata.

„Dlaczego Hiszpania? Po pierwsze tamtejsze organy ścigania znane są z gry pod publiczkę i ścigania ludzi ze świecznika, jak żadne inne na świecie. Są arbitrzy piłkarscy, którzy stawiają sobie za cel ukaranie kartką wielkiej gwiazdę, sędziowie w Hiszpanii chcą zniszczyć Messiego czy Ronaldo jak zabójca Jessie Jamesa, który strzelił mu w plecy żeby przejść do historii” – mówi.

Finansowe tricki do jakich uciekają się gwiazdy La Liga wynikają zdaniem Gwiazdowskiego z tego, że owszem, zarabiają oni najwięcej, ale też najwięcej muszą oddać fiskusowi, co u każdego rodzi niechęć.

„Różne podatki mają różne konsekwencje” mówi. „Zły podatek od nieruchomości był przyczyną secesji Niderlandów od Hiszpanii w XVI wieku, obecnie zaś jest przyczyną upadku centrów wielu miast w USA. Złe podatki były też przyczyną „tej osobliwej łatwości, z jaką mahometanie dokonali swoich zdobyczy” – jak pisał Monteskiusz. „W miejsce nieustannych udręczeń, jakie wymyśliła chciwość cesarzy, ludy spotykały się z daniną prostą, łatwą do płacenia i do ściągania: wolej im było podlegać barbarzyńcom, niż skażonemu rządowi.”

Futbol też coś o tym wie. „W swoim czasie przecież to nie ilość dni słonecznych w roku tylko reforma podatków dla najbogatszych premiera Gordona Browna spowodowały, że Ronaldo przeniósł się z Manchesteru do Madrytu, gdzie obowiązywało tzw. „prawo Beckhama”, czyli linowy podatek dochodowy od nie-rezydentów w wysokości 24%”.

I przypomina zdarzenie z naszego podwórka, gdy okazało się że dwaj piłkarze wspomnianego Górnika, Robert Jeż i Michal Gasparik to… cypryjscy biznesmeni. Na Słowacji obowiązywał podatek liniowy, u nas progresywny, do tego jeszcze składki na ZUS i OFE, tylko dołożyliby do interesu. Płacili więc podatki na Cyprze. Gdzie zresztą rezydentami podatkowymi było kilku biznesmenów z listy najbogatszych Polaków „Wprost” i „Forbesa.

Zdaniem profesora Gwiazdowskiego samo tworzenie w rajach podatkowych tzw. trustów, czyli formy powierniczego zarządzania majątkiem przez ojców Messiego i innych piłkarzy nie jest niczym złym. „Skoro w Panamie czy Brytyjskich Wyspach Dziewiczych mogą to robić największe firmy świata jak Apple to czemu nie Ronaldo? Poza tym trust pomagający w ochranie majątku, planowaniu podatków i ewentualnej sukcesji majątkowej to instytucja o ponad 800-letniej tradycji. Zaczęło się od rycerzy udających się na wyprawy krzyżowe, którzy musieli jakoś zabezpieczyć finansowo rodzinę i siebie samych, nie wiedzieli bowiem czy wrócą, a jeśli tak, to kto będzie wówczas królem i jakie będzie miał wobec nich zamiary. Messi i spółka dziś grają, ale jutro przestaną. Chcą po prostu zabezpieczyć byt rodzinie na długie pokolenia” – mówi.

To więc nie przypadek, że po ujawnieniu kłopotów Messiego i Ronaldo kibice wcale się od nich nie odwrócili, ani nie wygwizdywali z trybun z tego powodu. Mało tego, skazaniu Argentyńczyka towarzyszyła wielka kampania w mediach społecznościowych #WeAreAllLeoMessi. „Wsparcia udzielali mu nawet fani wywodzący się z biedoty, dowodząc słuszności badań psychologicznych, że ludzie wcale nie są zwolennikami równego dzielenia dóbr. Uważają, że ci którzy mają większy udział w sukcesie, powinni dostawać więcej” – mówi prof. Gwiazdowski.

Cristiano Ronaldo i Leo Messi

 

 

Nasi na Euro U21: Serducho to nie wszystko

Jak przed nastaniem Adama Nawałki w kadrze seniorskiej, młodzieżówce brakuje jakości, a dwoma kluczowymi słowami definiującymi jej grę znów są „charakter i wiara”. To za małoReprezentacja Polski U21Oglądając występy reprezentacji Polski na ME U21 ciężko oprzeć się uczuciu deja vu z Euro 2012 i generalnie z ery przednawałkowej. Jak podczas turnieju przed pięcioma laty na naszych stadionach znów najlepsza jest polska publiczność. Atmosfera w Lublinie na obu spotkaniach była fantastyczna. W poniedziałek kibice obu drużyn najpierw przyjaźnie zalali centrum miasta, potem w trakcie meczu wsparcie dla „Biało-czerwonych” nie milkło ani na chwilę. Gromkie „dziękujemy, dziękujemy!” po ostatnim gwizdku właściwe powinni byli wykrzyczeć piłkarze Marcina Dorny w kierunku trybun niż na odwrót.

Chaos

Niestety reprezentacja gospodarzy, choć wciąż ma szanse na awans z grupy jak zespół Franciszka Smudy przed ostatnim meczem z Czechami, rozczarowuje w podobnym stopniu. Jej grze towarzyszy to samo wrażenie niewykorzystania w pełni potencjału piłkarzy, o których wiemy, że umieją grać. Po dwóch latach wspólnych przygotowań oczekiwaliśmy lepszego zgrania, wypracowanych schematów, powtarzalności. Jakiegoś pomysłu na grę środkiem pola, które kompletnie oddajemy rywalom. I sił na 90 minut, a nie tylko pojedyncze – choć czasem efektowne – szarże i zrywy. Tymczasem „zarówno w ofensywie jak i defensywie” dominuje chaos. Brakuje tylko strategii „wszystkie piłki do Lewandowskiego, niech on coś zrobi”, ale wyłącznie dlatego, że w kadrze Dorny nie ma kogoś takiego jak Lewy.

Bardzo możliwe, że rozpieszczeni pasmem sukcesów seniorskiej reprezentacji Polski i jej przekonujących zwycięstw, na wyrost oczekiwaliśmy od młodzieżowców lepszych umiejętności i jakości gry. Jednak chciałoby się oglądać więcej celnych podań, udanych odbiorów, wygranych pojedynków i lepszą organizację gry, zwłaszcza na tle rywali. Tymczasem jak w czasach przed nastaniem Nawałki w kadrze seniorskiej, dwoma kluczowymi słowami definiującymi grę młodzieżówki stały się „charakter i wiara”, co podkreślił z dumą trener Dorna na konferencji po remisie ze Szwecją.

200%

Oczywiście chwała zawodnikom za pasję, agresję i zaangażowanie jakie wykazali w pierwszych 20 minutach obu meczów, co pozwoliło im wyjść na prowadzenie. Chwała za wiarę, determinację i grę do końca, które pozwoliły im wyszarpać upragniony remis ze Szwedami i uniknąć klątwy turniejowych meczów Polaków „o zwycięstwo, o wszystko i już tylko o honor”. Bez znaczenia czy ta „ostra jazda” wynikała z motywacji Dorny, czy wkurzenia słowami Krystiana Bielika pod adresem trenera i kolegów porażce ze Słowacją i aferę jaką rozpętały.

Mam jednak wrażenie, że wróciliśmy do czasów, gdy o triumfie lub porażce naszej kadry decydowało tzw. „serducho” czy jak to ujmował Smuda „jazda na tyłkach”. Świetnie, że jest, bo to niezwykle ważny element składowy sukcesu. Ale niech nie będzie elementem jedynym!

Wystarczy jednak wsłuchać się w słowa zawodników, by stwierdzić, że odwołują głównie do cech wolicjonalnych. „Będziemy się czołgać schodząc z boiska, ale damy z siebie wszystko! Nie mogę zagwarantować dobrego wyniku, ale walkę tak” – zadeklarował obrońca Jan Bednarek, dodając, że meczu ze Szwedami „przegrywaliśmy, mogliśmy się załamać, złożyć broń, ale walczyliśmy do ostatniej kropli krwi”. „Wyszliśmy na boisko z dobrym nastawieniem, z dużą agresją i dzięki temu udało się nam ugrać punkt” – stwierdził najlepszy na boisku Dawid Kownacki. „Zagramy z Anglią na 200%!” – deklaruje kolejny pozytywny bohater remisu ze Szwecją, zdobywca pierwszej bramki, Łukasz Moneta. Wreszcie znamienny cytat z trenera Dorny: „uważam, że wyszarpaliśmy remis dwoma słowami, które najczęściej padały na odprawie, czyli „charakter” i „wiara”.

Skojarzeń z „minioną epoką” jest więcej. O ile Nawałka sadzając na ławce z Rumunią Grzegorza Krychowiaka i Arkadiusza Milika udowodnił, że kieruje się wyłącznie aktualną formą zawodników, a nie ich zasługami, o tyle Dorna jak wielu poprzednich selekcjonerów na turniejach (od Engela przez Janasa po Beenhakkera) postawił na nazwiska. Stąd występy zawodników, którzy w końcówce sezonu grali mało albo wcale jak Paweł Dawidowicz, Patryk Lipski, Mariusz Stępiński czy Bartosz Kapustka. Ciężko chwalić trenera za zmiany w składzie w meczu ze Szwecją, skoro Kownacki po prostu wrócił do drużyny po zawieszeniu za kartki, a Moneta zagrał w miejsce kontuzjowanego zawodnika Leicester. Znów bezbarwny mecz zaliczył Stępiński, o zdjęcie Dawidowskiego już w przerwie błagali selekcjonera kibice na trybunach, Twitterze i przed telewizorami. Nie chcę robić z defensywnego pomocnika (czy naprawdę wiedział na jakiej gra pozycji) kozła ofiarnego, ale zdecydowanie był najsłabszy na boisku, a jego gra zostanie zapamiętana głównie z ironicznego filmiku krążącego po mediach społecznościowych, na którym zderza się z kolegą z kadry. Ciężko zrozumieć dlaczego dotrwał aż do 87. minuty.

Krytykując młodzieżówkę pamiętajmy, że jej wynik na Euro U21 nie jest aż tak istotny, jak seniorów na mundialu w Rosji. Turniej to przegląd przyszłych kadr, następców Lewego, Glika, Błaszczykowskiego i spółki. Niestety poza Kownackim i Karolem Linettym, który zresztą już jest integralną częścią kadry Nawałki, ciężko zachwycać się kimkolwiek innym. I nie zmieni tego ewentualny (oby!) awans do półfinału.

Reprezentacja Polski U21

Cibicki, „farbowany lis” w szwedzkiej kadrze

Paweł CibickiNiech mi wybaczą najbardziej wnikliwi czytelnicy „Przeglądu”, bo pisaliśmy Pawle Cibickim od dawna, ale wydaje mi się, że większość polskich kibiców pierwszy raz usłyszała, że istnieje taki piłkarz dopiero przy okazji Euro U21. Za sprawą rozterek jakie przeżywa. Przyjechał na turniej z reprezentacją Szwecji, kraju w którym się urodził i wychował. Czeka go mecz przeciwko „ojczyźnie rodziców”, dla której mógł grać i grał – w reprezentacji Polski U-19 i U-20 – aż w sierpniu ubiegłego roku wybrał jednak drużynę „Trzech koron”.

Wyboru dokonał przy tym w mało elegancki sposób: trener naszej młodzieżówki, Marcin Dorna czekał na Cibickiego na zgrupowaniu w Arłamowie przed meczem z Węgrami. Tymczasem zawodnik odnalazł się na zgrupowaniu młodzieżówki… szwedzkiej, nie informując o tym polskiego sztabu, bez słowa wyjaśnień.

Dziś trochę żałuje. Deklaruje, że zawsze czuł się Polakiem, rozmawia w domu po polsku. Wie też, że podczas meczu w Lublinie jego ojciec na trybunach w biało-czerwonych barwach będzie trzymał kciuki… za porażkę syna. I zastanawia się jak przyjmą go polscy kibice, czy będą gwizdać. Deklaruje, że w razie zdobycia gola nie będzie się cieszył jak Lukas Podolski po bramkach strzelonych Polakom na Euro 2008.

Ponieważ właśnie odpaliliśmy ze Szlachetną Paczką akcję „Lubię Ludzi”, której celem jest zmniejszenie ilości hejtu w naszym podzielonym do bólu w każdej sprawie społeczeństwie, bardzo chciałbym zgodnie z manifestem spojrzeć na dylematy Pawła z życzliwością i zrozumieniem. Niestety ciężko współczuć akurat temu „rozdartemu sercu”.

Owszem, takie wybory zawsze są trudne. Pozornie wydaje się to proste: „jeśli czujesz się Polakiem, to grasz dla Polski”. Młody chłopak poddawany jest na miejscu presji rodziny, przyjaciół, kolegów z którymi się wychował, zawodników z klubu, w którym gra. Federacje widząc zainteresowanie rywala, często oferują chłopakowi złote góry. Albo straszą problemami w klubach. Te z kolei nie puszczają swoich zawodników na zgrupowania w terminach nie „fifowskich”. Zdarza się, że do walki o zawodnika przyłączają się szkoły, blokując wyjazdy, zwłaszcza w przypadku słabych uczniów.

Bywa, że zawodnik wybiera po prostu tę reprezentacją, w której go chcą. Gdy rozbłysł talent 18-letniego Łukasza Podolskiego, jeszcze przed podpisaniem pierwszego kontraktu w Bundeslidze deklarował wraz z ojcem na łamach polskiej prasy, że chciałby grać dla Polski i doprasza się powołania. Rozmawiał z trenerem Edwardem Klejndinstem, asystentem selekcjonera Pawła Janasa, ale nie dostał odpowiedzi. Kiedy Rudi Völler zaproponował mu miejsce w kadrze na Euro 2004, nie odmówił.

Matka nastoletniego Piotra Trochowskiego pisała do PZPN niemal błagalne listy, by ktoś w Polsce zainteresował się urodzonym w Tczewie utalentowanym synem, zwłaszcza że za chwilę dostanie powoływanie od Niemców. I tu nikt nie pofatygował się z odpowiedzią.

Uczciwie postawił sprawę Mirosław Klose, jeden z najbardziej utytułowanych piłkarzy urodzonych w Polsce, którzy wybrali grę dla nowej ojczyzny. Tłumaczył mi kiedyś w wywiadzie, że zrobił to, bo po prostu piłkarsko czuł się Niemcem. Uznał, że inny wybór byłoby nie fair po tym wszystkim, co dostał od Niemiec.

Emigracja była dla 8-letniego bajtla koszmarem. Nauka języka szła mu tak opornie, że został cofnięty o dwie klasy. Pewnie stałby się pośmiewiskiem, zakałą, nielubianym Auslanderem. Gdyby nie dryg do piłki. Dzięki niej zawierał przyjaźnie, rosła jego pozycja. Do tego FC Kaiserslautern zaopiekował się nim i stał mentorem Fritz Walter, mistrz świata z 1954 roku.

Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że Cibicki traktuje reprezentację jak klub. Po kilku występach w biało-czerwonych barwach, jak sam przyznaje, dokładnie rozważył co jest dla niego najlepsze i uznał, że „w tamtym momencie najlepiej było dla mnie grać dla Szwecji i dlatego to ją wybrałem”. Czyli drużynę, w której łatwiej będzie mu się przebić do pierwszego składu. Zapewne także w perspektywie reprezentacji seniorskiej, skoro u nas w ataku grają Lewandowski, Milik, Teodorczyk i Wilczek, a aspirują zawodnicy młodzieżówki.

To poniekąd budujące, że zawodnicy boją się wybrać reprezentację Polski w strachu przed konkurencją. To postawa Eugena Polanskiego à rebours. Urodzony w Sosnowcu zawodnik juniorskich reprezentacji Niemiec wszystkich kategorii wiekowych, kapitan tamtejszej U-21, długo nie wyobrażał sobie gry dla Polski. Aż zrozumiał, że nie przebije się do kadry Joachima Loewa. Dopiero wtedy powiedział „tak” Franciszkowi Smudzie, stając się „farbowanym lisem”.

Definiuję przez to określenie piłkarza, który gra w jakiejś kadrze ze względów koniunkturalnych: bo jest zbyt słaby, by grać dla prawdziwej ojczyzny. Albo gra dla nowej gwarantuje mu wyjazd na turniej, a w efekcie lepsze kontrakty. Ktoś kto nie robi tego z serca, ale „bo to będzie dla mnie najlepsze”. Kogo z nową ojczyzną albo i łączy nic, (np. wyłącznie gra w lidze – przypadek Rogera), bądź dalekie korzenie, ale już nie kultura czy język (Ludovic Obraniak, Damien Perquis).

Jeśli więc Cybicki prawdziwie deklaruje: „zawsze byłem Polakiem i zawsze będę Polakiem. To się nigdy nie zmieni” można gratulować Szwedom „farbowanego lisa” w drużynie.

Paweł Cibicki

Dlaczego dla mnie to Probierz jest Trenerem Sezonu Ekstraklasy

Probierz, Magiera, BartoszekW czwartek gościliśmy w redakcji byłe wielkie gwiazdy hiszpańskiego futbolu, Fernando Morientesa i Gazikę Mendietę. Gdy opowiedzieliśmy im jak ciekawą końcówkę sezonu Ekstraklasy właśnie przeżyliśmy, ci aż otworzyli oczy. – Ile drużyn walczyło o tytuł w ostatniej kolejce? – Aż cztery? – I to bezpośrednich meczach? – Ile przyszły mistrz Polski czekał na wynik drugiego meczu, , zagryzając zęby? Siedem?! – dopytywali. Z tego wszystkiego rozłożyli „Przegląd Sportowy” i zaczęli analizować tabelę. – Takie małe różnice, nigdy nie widziałem czegoś podobnego! Ja-gie-lonia Bia-ły-stok, Le-chia – wymawiali z trudem nowe nazwy. Oczy jeszcze szerzej otworzyły im się na wieść o zasadach ESA37 i podziale punktów…

Szok w pełni zrozumiały, bo faktem jednak jest, że dawno nigdzie sezon nie skończył się z większym przytupem. Jedna akcja, jeden gol mógł przesądzić o mistrzostwie i o tym kto zagra w pucharach! Przy okazji dzięki tej dramatycznej końcówce staliśmy się naocznymi świadkami wielkiego triumfu smartfonów nad tzw. desktopami (czyli urządzeń mobilnych nad komputerami – to ostatnio bardzo modny temat wszelkich technologicznych konferencji, w których uczestniczę). A nawet nad telewizją.

Patrząc na całe sektory kibiców Legii, śledzących na telefonach rozwój wydarzeń w Białymstoku dzięki portalowym relacjom live, na tzw. livescorach, czyli aplikacjach wyspecjalizowanych w podawaniu wyników na bieżąco, na Twitterze, wreszcie w aplikacji NC+ Go (jak ja, dzięki uprzejmości internauty, który podrzucił mi kod – jeszcze raz dziękuję) zobaczyliśmy do jakiego urządzenia należy przyszłość.

Jakby tego mało, przytup spotęgowała jeszcze wojna domowa w Lechu, której odsłonę między trenerem Bjelica, a królem strzelców i najlepszym napastnikiem ekstraklasy Marcinem Robakiem obejrzeliśmy na żywo. Oraz kontrowersyjny wybór Trenera Sezonu podczas poniedziałkowej Gali Ekstraklasy.

Ja z całego serca serdecznie gratuluję Maciejowi Bartoszkowi. Cieszę się, że los wynagrodził mu tym tytułem wszystkie upokorzenia jakie przeszedł w karierze. I te świeże i te stare. Patrząc na jego krętą trenerską karierę, która na chwilę zaprowadziła go symbolicznie na wysypisko śmieci, na wszystkie kłody jakie życie rzuciło mu pod nogi za sprawą właścicieli, prezesów i dyrektorów sportowych, trudno mu nie przyklasnąć.

Toteż klaskałem na Gali, gdy wychodził odebrać statuetkę. Zwłaszcza, że szedł na scenę jako trener bezrobotny. Oby nagroda pomogła mu jak najszybciej znaleźć nowy klub. Widać było jednak, że sam jest wyraźnie speszony i zaskoczony werdyktem piłkarzy Ekstraklasy. Czy ich sympatię zjednało mu zwolnienie jeszcze przed zakończeniem sezonu przez nowych właścicieli Korony, a zwłaszcza absurdalna argumentacja tej decyzji? Czy to, że jest dobrym człowiekiem, zdolnym motywatorem, a w jego zespołach zawsze panuje świetna atmosfera?

Oczywiście, że wykonał w Koronie kawał świetnej roboty. Obejmował drużynę rozbitą, na równi pochyłej do spadku. A zostawił na 5. miejscu w tabeli i do tego zdecydowanie najlepszą w rundzie mistrzowskiej z drużyn nie walczących o tytuł. Jednak już sama nominacja Bartoszka do finałowej trójki wywołała zdziwienie. Dlaczego on a nie trener Bjelica, który podniósł z kolan Lecha, a choć przegrał najważniejszy mecz w sezonie w finale Pucharu Polski, to wszak jego zespół do końca walczył o tytuł. A Bartoszek z Koroną mimo „dobrego wrażenia artystycznego” na koniec sezonu zanotował więcej porażek (10) niż zwycięstw (9).

Sam szukając Trenera Sezonu wybierałbym między Jackiem Magierą a Michałem Probierzem. I choć długo byłem zdania, że powinni byli wygrać ex equo, ostatecznie wyróżniłbym jednak trenera Jagielloni. Po pierwsze dlatego, że nagradzamy za ekstraklasę, więc choć doceniam remis z Realem Madryt, wygrana ze Sportingiem Lizbona, trzecie miejsce w grupie Ligi Mistrzów i awans do Ligi Europy, to tu nie mają znaczenia. Magiera i tak zgarnął najważniejsze trofeum czyli mistrzostwo Polski. Niech zgarnie i tytuł Trenera Roku.

Za Ekstraklasę Probierz zasłużył sobie nie tylko historycznie wysokim miejscem Jagielloni. Ale także właśnie okolicznościami w jakich został wyłoniony mistrz Polski. Za te siedem minut udręki jakie zgotował Legii, która mimo wszystkich dotychczasowych zwycięstw i imponująco skutecznej pogoni w tabeli, na siedem minut stała się bezradna, zależna od tego czy Jadze się uda czy nie uda…

A także za wyciśnięcie najwięcej z najsłabszej kadrowo drużyny finałowej czwórki. To jest znak prawdziwej roboty trenera. Owszem, chwała Magierze za sklejenie drużyny znajdującą się w fazie rozpadu w broniącego tytułu mistrza. Za przywrócenie piłkarzom radości gry i wykorzystanie ich potencjału, czego nie umiał Besnik Hasi.

Probierz wycisnął ze swoich 120 procent. I niech nam tego nie przesłoni jego momentami irytujący styl bycia, szukanie wymówek czy tricki jak… serpentyny. To także jedyny trener Ekstraklasy, który znalazł sposób na powstrzymanie Piłkarza Sezonu, Vadisa Odidję Ofoe. Sposób, który wielu zniesmaczył, ale jedyny skuteczny. Dzięki któremu Jagiellonia walczyła o tytuł do ostatniej minuty sezonu. I siedem minut dłużej.

Feta Jagielloni Białystok po wicemistrzostwie

Nie widać kresu hegemonii Realu

Zinedine Zidane w CardiffZidane – genialny piłkarz, geniuszem trenerskim. Jego Real za rok będzie faworytem do obrony tytułu

Niesamowity był widok z jakim spokojem Zinedine Zidane przygląda się fecie swoich piłkarzy wygranej z Juventusem. Nie żeby się dystansował jak Jose Mourinho podczas dekoracji FC Porto w 2004. Uśmiech nie znikał z jego twarzy, ale wyglądał jakby właśnie wyszedł z rodziną z kościoła ze ślubu córki przyjaciół. Żadnego szaleństwa w stylu Antonio Conte czy Juergena Kloppa. Żadnego biegania wzdłuż linii, orania kolanami murawy.

A przecież dokonał czegoś niewyobrażalnego we współczesnym futbolu o tak wyrównanym poziomie! Obronił z Realem trofeum jako pierwsza drużyna w historii Ligi Mistrzów! I pierwsza od czasów legendarnego Milanu Arrigo Sacchiego. Dołączył tym samym w trenerskim Panteonie do słynnego Włocha, Boba Paisley’a czy Briana Clougha. On, szkoleniowiec-żółtodziób z zaledwie 18-miesięcznym stażem na ławce i zaledwie 20. meczami w Lidze Mistrzów na koncie, zrobił to czego nie były w stanie uważane za najlepsze drużyny w dziejach jak Milan Fabio Capello i Carlo Ancelottiego, Manchester United Aleksa Fergusona czy Barcelona Pepa Guardioli.

Bo zapewne ten triumf nie byłby możliwy z kimś innym! Genialny piłkarz okazał się równie genialnym szkoleniowcem. Holender Clarence Seedorf, zwycięzca Champions League z trzema różnymi klubami, powiedział mi w piątek w Cardiff, by nie traktować Zidane’a jak trenera bez doświadczenia. Bo Francuz jest sumą współpracy z wszystkimi fantastycznymi szkoleniowcami, jakich spotkał na swojej drodze, a pracował z najlepszymi. Wysłuchał setek odpraw, odbył setki treningów, a poza tym umie postawić się w położeniu każdego nawet największego zawodnika i wyciągać wnioski.

Gitary w pokrowcach

Doskonale wiedział wykorzystać swój wielki autorytet, co wcale nie jest automatyczne dane każdej byłej gwieździe. Były selekcjoner Francji, Raymond Domenech opowiadał kiedyś z zazdrością o metodzie Lauranta Blanca na zdobycie szatni, który miał na wejściu przypominać zawodnikom, że jest mistrzem świata. Zidane nie musiał się nawet przedstawiać. Kto inny byłby w stanie namówić Cristiano Ronaldo, żeby się oszczędzał, odpoczął w aż 14. meczach w sezonie, co pozwoliło mu wreszcie zachować siły na końcówkę? Portugalczyk, który nie błyszczał w obu poprzednich zwycięskich finałach Ligi Mistrzów (dopiero w karnych), w Cardiff okazał się kluczowy, a jego oba gole przesądzające. Przeszedł do historii jako pierwszy zdobywca goli w trzech różnych finałach Champions League i zasłużenie został wybrany Zawodnikiem Meczu. To był zdecydowanie jego sezon. Zamknął usta krytykom, którzy obrażali go tezą, że znika w meczach z silnymi rywalami. Tylko w ćwierćfinale z Bayernem Monachium zdobył pięć bramek. W półfinale z Atletico Madryt popisał się hat-trickiem w drugim meczu z rzędu. Po dwóch golach w Cardiff rzucił krytykom, że mogą „schować gitary do pokrowców”. Ale odbierającą kolejną Złotą Piłkę podczas styczniowej gali powinien poświęcić kilka ciepłych słów trenerowi, bo to forma to w dużej mierze zasługa Francuza.

ZInedine Zidane w CardiffKto powstrzyma ten Real?

Zidane wstępuje na Panteon jako trener, który w 18-miesięcy wygrywa nie tylko dwukrotnie z rzędu Ligę Mistrzów, ale również odzyskuje pierwsze mistrzostwo Hiszpanii od 2012 roku, nie licząc drobiazgu jak Klubowe Mistrzostwo Świata. Patrząc na jego styl pracy ciężko nie dostrzec podobieństw do jego byłego trenera w galaktycznych czasach Realu, Vicente del Bosque. Tamten także objął klub będąc jego byłym piłkarzem i doskonale poruszając się w jego skomplikowanych układach. Raczej dopieszczał, motywował pozytywnie, rozwiązywał problemy piłkarzy i przede wszystkim nie przeszkadzał swoim „galaktycznym” zawodnikom. Nie mieszał taktycznie, nie stawiał wszystkiego na głowie, byle tylko odcisnąć na zespole własne piętno. Ufał tak jak ufa swoim piłkarzom Zidane. I jak Francuz sprawiał, że wszyscy czuli się szczęśliwi.

Oczywiście Francuzowi pomogła także najdłuższa i najbardziej wyrównana ławka rezerwowych w Europie (w jakim klubie wśród zmienników w finale znaleźliby się tacy gracze jak Gareth Bale czy Alvaro Morata!). Dzięki której mógł rotować, pozwalając wypoczywać najlepszym i wprowadzając do drużyny młode gwiazdy jak Isco, Asensjo czy Lucas.

W finale w Cardiff Real bezwzględnie rozprawił się z niepokonanym tej edycji Ligi Mistrzów Juventusem. Strzelił „Starej Damie” więcej goli niż ta straciła dotąd w całych rozgrywkach. Jest dziś drużyną kompletną, a przecież najprawdopodobniej jeszcze się wzmocni np. w bramce, choć Keylorowi Navasowi można było w finale zarzucić co najwyżej brak kilku centymetrów. Patrząc na tę dominację, trzeba przyznać, że i za rok będzie faworytem do obrony trofeum.

Tworzenie historii to dla „królewskich” codzienność. Kto im rzuci wyzwanie? Barcelona z nowym trenerem, która musi dokonać rewolucji w składzie? Bayern, który też czeka kadrowa rewolucja? Atletico, które w pucharach nie umie wymyślić na real patentu? Któraś z drużyn angielskich, które z trudem przebijają się do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, bo Premier League wypruwa z nich wszelkie siły? Ciężko dziś dojrzeć kres hegemonii Realu Madryt.

Real Madryt znów wygrał finał Champions League

Real obroni trofeum w LM? A dlaczego nie Barcelona?

Zidane i Buffon

Tak czy siak w sobotę w Cardiff dojdzie do zdarzeń historycznych. Jeśli w finale Ligi Mistrzów wygra Juventus Turyn, spełni się jedna z najpiękniejszych karier w futbolu: 39-letni Gianluigi Buffon skompletuje ostatnie brakujące trofeum. Oprócz radość kibiców na całym świecie – ciężko Włocha nie lubić i nie szanować za jego postawę i pasję mimo upływających lat – już chyba bez wahania będziemy mogli nazywać go najlepszym bramkarzem w historii piłki nożnej. Moim zdaniem i dziś może o to miano rywalizować tylko z Ikerem Casillasem (szkoda, że nie znów bezpośredniej rywalizacji na boisku). „Starość” Hiszpana wygląda mizerniej – z klubu, którego był ikoną został wygnany na piłkarską prowincję. Dzięki Buffonowi Juventus znów jest w finale Ligi Mistrzów, stracił w całej edycji tylko trzy gole, Gigi był też kluczowy w zdobyciu wszystkich ostatnich sześciu mistrzów Italii z rzędu.

Wyobrażam sobie, że tylko kibice Realu Madryt mogą nie trzymać za niego kciuków w sobotę. Nawet sam Casillas zaplątał się w deklaracjach, mówiąc że oczywiście będzie trzymał w finale kciuki za „mój Real”, ale serce podpowiada mu, że Buffon zasłużył sobie na triumf w Lidze Mistrzów postawą przez całą karierę. Zwłaszcza, że jako bramkarz, mimo tak wybitnego roku nie ma żadnych szans na Złotą Piłkę.

Jeśli Juventus wygra w Cardiff, Buffon w wieku 39 lat i 126 dni stanie się najstarszym zwycięzcą Champions League w historii. Póki co rekord należy do jego rodaka, Paolo Maldiniego – 38 lat i 331 dni.

Jeśli wygra Real, będzie to wydarzenie prawdziwie historyczne, wspominane przez lata i na wieki wpisane do wszystkich annałów. Stanie się bowiem pierwszym obrońcą trofeum w Lidze Mistrzów. Od stworzenia rozgrywek w 1992 roku nie udało się to nikomu. Jako ostatni obronił Puchar Europy w 1990 legendarny AC Milan z Rijkaardem, Gullitem i van Bastenem. Realowi też kiedyś udała się ta sztuka, ale hen w 1958.

Ostatnim zespołem, który stanął przed szansą obrony trofeum był w 2009 roku Manchester United, rozwalcowany w finale w Rzymie przez Barcelonę. I jeśli przez te 25 lat Champions League była drużyna, w której przed sezonem widziałem zdecydowanego faworyta do przełamania tabu i dokonania „niedokonywalnego” to właśnie tamtą Barcę Pepa Guardioli, Messiego, Xaviegom, Iniesty, tiki-taki i wychowanków La Masii. Wydawało się, że drużyna zdobywająca w tamtym roku wszystko co w futbolu było do zdobycia, osiągnęła poziom kosmiczny, z którego nieprędko da się ściągnąć na ziemię. A jednak już w kolejnym sezonie musiała uznać wyższość taktyki, sprytu i talentów motywacyjnych Jose Mourinho. Gdyby nie półfinałowa porażka z Interem Mediolan być może Barca miałaby w gablocie trzy puchary Ligi Mistrzów z rzędu, bo jak pamiętamy w 2011 znów pokonała w finale MU.

Tamten okres to zdecydowanie była jej era i jej hegemonia w europejskim futbolu, a jednak nie zdołała tego przypieczętować ostatecznym triumfem.

Teraz przed szansą staje Real Madryt, mimo iż wcale nie zdominował gry w takim stopniu jak Barca. A mimo to może nie tylko przejść do historii, ale zdominować zarówno krajowe jak i międzynarodowe rozgrywki na lata.

Fascynujące jak bardzo zmieniły się oba zespoły od tamtego czasu, jak wiele błędów popełniono w Barcelonie, jak bardzo nauczył się wyciągać wnioski z własnych błędów Real, co właśnie skończyło się porażką Katalończyków w walce o mistrzostwo Hiszpanii.

W Barcy, trawionej konfliktem o przywództwo i rozliczeniami z poprzednim kierownictwem nie znaleziono godnych partnerów dla Messiego, następców Xaviego, Puyola czy Iniesty. Wychowankowie okazywali się zbyt słabi, a transfery niewystarczająco jakościowe. A przynajmniej nie tak bardzo, jak kolejni partnerzy Cristiano Ronaldo w Realu.

Symbolami transferowymi „Królewskich” z ostatnich lat będzie dla mnie Gareth Bale, Isco czy Marco Asensio, Barcy – Andre Gomez, Denis Suarez czy nawet Ivan Rakitić, z którymi Barca z galaktycznej stała się po prostu silną drużyną, która może coś wygrać, ale nie musi.

Fascynujące i to, że do historycznego sukcesu może powieść Real trener, może nie żółtodziób, ale będący zdecydowanie na początku kariery. Odpowiednik wczesnego Guardioli, nie tylko świetnie znający klub, ale posiadający ten sam autorytet wśród największych gwiazd futbolu, jaki Pep miał u wychowanków La Masii. Pozwalający mu np. namówić Ronaldo na odpoczynek, co okazało się kluczowe dla świetnej formy Portugalczyka w końcówce sezonu. I rotujący składem dzięki ławce pełnej wartościowych następców, gdzie w Barcy ciężko wskazać choć jedno takie nazwisko.

Zaprezentowany właśnie przez Barcę nowy trener Ernesto Valverde jest dziś w sytuacji kolejnych trenerów Realu w czasach dominacji Blaugrany. Przed nim gigantyczne zadanie przebudowania i wzmocnienia drużyny. Oczywiście Barca może stać się mocniejsza. Ale patrząc na plany transferowe Realu, przed Katalończykami raczej pogoń niż ucieczka. Momentum kiedy odjeżdżała arcyrywalowi i reszcie Europy zostało zaprzepaszczone.

 Finał Ligi Mistrzów w Cardiff