Hejt czyli skąd taka radość z porażki Jędrzejczyk?

Joanna Jędrzejczyk vs Rose NamajunasDawno nie widziałem – o ile w ogóle kiedykolwiek – takiej radości i takiej satysfakcji z porażki polskiego sportowca jak po nieudanej obronie pasa mistrzyni UFC przez Joannę Jędrzejczyk. Jakby nagle w wielu ludziach puściły jakieś hamulce.

„Pięknie, stało się tak jak chciałem by tą cwaniarę pyskatą w końcu ktoś zatrzymał, nigdy jej nie lubiałem pomimo że to Polka za jej cwaniakowanie te jej raczki zawsze latające w kierunku drugiej osoby, zero szacunku”, „w końcu ktoś jej zamknął tą niewyparzoną gębę”, „więcej reklam pseudogwiazdeczko”, „ha ha ha”, „próbowała robić z siebie showmana na wzór McGregora (promocja, marketing itd. Wpi€rnicz jak najbardziej zasłużony”, „skończyło się cwaniakowanie i bardzo dobrze:)”, „w końcu odklepała ta pyskata zadufana paniusia która pozjadała wszystkie rozumy… ani to mądre ani piękne… jako kobieta twarz konia a piersi trzeba lupą szukać” „Jestem Polakiem a cieszę się że przegrała”,

„Brawo, brawo, brawo… Tak to jest gdy, podobnie jak u Szpilki, Janowicza, itp. zabraknie odrobiny pokory, skromności i “pompuje się ten balon” bez umiaru!!” „Myślała, że Pana Boga za nogi chwyciła, a tu masz, brutalnie sprowadzona na ziemię!” „I ta flaga I ten różaniec z krzyżem na nadgarstku nie pomogły jej. I zasmakowała zdrowe baty”…

I tak dalej, w komentarzach praktycznie na każdym portalu i w każdym serwisie.

***

Wybiegłem pamięcią wstecz do minionych polskich przegranych, z czasów kiedy nie było jeszcze internetu i możliwości anonimowego wygarnięcia nielubianemu zawodnikowi, rechotu z jego niepowodzenia, swojskiego „no i dobrze mu tak, ma za swoje”.

Może podobny hejt spadłby na Andrzeja Gołotę po 95-sekundowej porażce z Lennoxem Lewisem w pierwszej w historii walki Polaka o tytuł zawodowego mistrza świata wagi ciężkiej? A może dopiero po jego ucieczce z ringu z Mike Tysonem? Prawie na pewno na piłkarzy reprezentacji Polski po porażce z Ekwadorem na rozpoczęcie mundialu w Niemczech w 2006. „Fakt” dał wtedy pamiętną okładkę „Wstyd. Żenada. Hańba. Frajerstwo. Nie wracajcie do domu!”. Wyobraźmy sobie co by się działo w mediach społecznościowych gdyby już wówczas istniały!

Byłem przy setkach porażek Polaków. Nota bene żadna tak mną nie wstrząsnęła jak porażka Pawła Nastuli już w pierwszej walce na igrzyskach w Sydney i łzy niepokonanego od poprzednich igrzysk w Atlancie judoki. Z medialnego punktu widzenia upadek mistrza jest równie atrakcyjny jak jego sukces, a rozmowa z nim często ciekawsza niż ze zwycięzcą. Ale cieszenie się z porażki reprezentanta Polski to dla mnie coś niepojętego. Nawet jeśli nastąpiła w kompromitujących dla przegranego okolicznościach. Żal, wstyd, zawód – owszem. Ale myśl „dobrze tak, frajerowi” jakoś nigdy mi nie przyszła do głowy.

***

Tym bardziej nie rozumiem tak wielkiego hejtu jaki spadł po porażce akurat na Jędrzejczyk. Przegrała, bo kiedyś musiała, miała gorszy dzień, rywalka lepszy. Zwykła rzecz w sporcie walki. Przegrywali najwięksi. W dodatku przecież wcześniejszymi walka dowiodła, że była prawdziwą fajterką, mistrzynią i – jak mi się wydawało – bohaterem wyłącznie pozytywnym. Ucieleśnieniem tego jak daleko można zajść wiarą w marzenie i ciężką pracą. Prawdziwą inspiracją dla tych setek dziewczyn z małym miast i miasteczek, pragnących wyrwać się w wielki świat, które widziałem na spotkaniach w Empiku, podczas wieczorów autorskich Asi.

Sportowcem pamietającym skąd się wywodzi i pragnącym dzielić się swoim sukcesem. Choćby jako ambasador „Szlachetnej Paczki”. Pamiętam jak prowadziłem spotkanie z wolontariuszami „Paczki” dla których to była prawdziwa nagroda za poświęcenie. Przyjechała potwornie zmęczona po treningu, widziałem w jej oczach tylko marzenie, żeby jak najszybciej paść na łóżko. Ale została z nami godzinę, inspirowała, opowiadała m.in. jak podnieść się po upadku. Na ile zdążyłem ją poznać, zrobi to i teraz. I – które to stwierdzenie z niezrozumiałych względów tak niektórych irytuje w ustach sportowca – wróci silniejsza.

***

Z komentarzy rodaków zadowolonych z jej porażki wynika, że najbardziej irytowała prowokacyjną postawą wobec rywali przed walkami i tym, że śmiała swój sportowy sukces i status wykorzystywać w reklamach i promocji siebie oraz swej w końcu nie aż tak popularnej w Polsce dyscypliny.

Jeśli chodzi o pierwszy z zarzutów, to przecież agresja podczas ważenia i stawania twarzą w twarz, owa „buta, pycha i brak szacunku dla rywalki” to element cyrku, pozy, sposób naładowania się przed walką. Każdą walką, co dotąd nikomu nie przeszkadzało kiedy Joaśka wygrywała. To co przed chwilą wszyscy wychwalali nazywając „pewnością siebie”, nagle stało się „brakiem pokory”. Nie zachwycam się tymi rytuałami, to nie moja poetyka, ale takie już jest to macho’istowskie MMA. Komu nie pasuje niech się przerzuci na szlachetny tenis.

Zarzuty o udział w reklamach, lans i „panoszenie się w mediach” są po prostu absurdalne. Niektórzy chcieliby chyba, żeby zawodnik wychodził na start z klasztornej celi i natychmiast chował się w niej po walce. Jest czas grania w reklamówkach, bo czemu nie, i czas katorżniczego treningu. Przecież Joaśka nie wbiegła na ring prosto z planu reklamówki Play’a, którą tak jej wypomniano w licznych wpisach!

Irytacja sukcesem finansowym sportowca to temat na cały felieton. Dostaje się tym, którzy zarabiają w trakcie kariery i tym, którzy po jej zakończeniu wciąż są wiarygodni i pożądani przez sponsorów. Dostaje im tym, którzy nic nie odłożyli, źle zainwestowali, albo przegrali w kasynach karierę i życie, że nieudacznicy, że nie umieli o siebie zadbać, że trzeba było… Naprawdę sportowiec w Polsce ma ciężko żeby dogodzić anonimowemu kibicowi na forum.

MMA: UFC 205-Jedrzejczyk vs Kowalkiewicz

Sebastian i jego 390-konny wózek inwalidzki

Sebastian Luty Avalon Extreme- Po wypadku osiągnąłem więcej niż przed – mówi Sebastian Luty, sparaliżowany w 95 proc. kierowca rajdowy. Może i nie jest w stanie unieść szklanki z wodą, ale na torze wymiata aż miło! 

Biało-zielony, rajdowy Mitsubishi Lancer Evo X z napisem „Avalon Extreme” na bokach zgrabnie wychodzi z poślizgu na mokrym Torze Łódź i hamuje obok mnie. – Zapraszam do mojego wózka inwalidzkiego o mocy 390 koni – brodata twarz Sebastian Lutego uśmiecha się spod kasku. Pakuję się do ciasnego wnętrza, przypominającego raczej kokpit awionetki.

Zapinam skomplikowany system pasów i rrruszamy. Pęd wgniata mnie w fotel. Dojazd do zakrętu, gwałtowne hamowanie, gaz do dechy na maksymalnych obrotach. Wszystko dzieje się tak szybko, że dopiero po chwili uświadamiam sobie, iż za kierownicą siedzi człowiek niesprawny w 95 procentach. Z potężnym paraliżem czterokończynowym, który sam przed chwilą rzucił ze śmiechem, że nie jest w stanie podnieść szklanki z wodą.

Patrzę na kierownicę, która… obraca się sama. Ręce Sebastiana spoczywają na specjalnych joystikach. To potęguje wrażenie, że trafiłem do wnętrza komputerowej gry. Nierealne!

Jedyna taka bestia

- Popatrz, przyciągam prawy joystick – dodaję gazu, odpycham – hamuję. Lewy to mini steering wheel, taka mała, ułożona poziomo elektryczna kierowniczka, którą steruję. Nie jestem w stanie zacisnąć dłoni na joyach, więc ręce mam zapięte gumową taśmą. Joysticki generują sygnał do trzech komputerów, które są na pokładzie – demonstruje Luty.

Mówi, że mógłby wyrzucić kierownicę. Ma sparaliżowany tułów, nogi i bardzo mocno ręce – palce, nadgarstki, barki. Nie jest w stanie sam się ubrać czy zjeść. – Patrząc na kierownicę, widzę, jak ułożone są koła. Nie czuję opon, więc tak łatwiej mi się odnaleźć np. na śliskim torze. A po drugie jeśli odłączę system, wóz staje się zwykłym autem i wtedy może go prowadzić ktoś, kto nie ma opanowanych dżojstików. Choćby ty – mówi.

Od standardowej rajdówki „Bestię” – jak pieszczotliwie nazywa swoje mitsubishi – różni jeszcze specjalny fotel, podobny do tego jakiego używają kierowcy 24-godzinnych wyścigów. Z pianką odlewaną do kształtu ciała kierowcy, co pozwala Sebastianowi unikać przechylania się na boki na zakrętach. Trzeba było też przebudować klatkę, żeby łatwiej było go włożyć do środka. Muszą w tym pomagać dwie osoby. A także zamontować podwójny system gaśniczy, bo w razie – odpukać – wypadku, Luty nie jest w stanie sam opuścić wnętrza wozu.

- Jest to jedyny tak przystosowany samochód rajdowy na świecie. Istnieją tylko dwie firmy, które montują joysticki pozwalające prowadzić auta osobom tak mocno sparaliżowanym. Ale tylko w autach cywilnych! Najpierw uderzyłem do tej z USA. Tam złapali się za głowę, gdy usłyszeli, że chodzi o rajdówkę. Uznali, że jestem wariatem i nie przyłożą do tego ręki, bo to zbyt niebezpieczne. Co innego jazda 50 km/h po mieście, a co innego ponad 200 km/h na torze – opowiada Sebastian.

Zrozumienie znalazł w firmie w Niemczech, która podjęła się wyzwania. – Usiedliśmy z inżynierami i zaczęliśmy kombinować. Podczas prób przekazywałem kolejne uwagi, a oni wprowadzali usprawnienia.

To była nauka jazdy na nowo i okazała się cholernie trudna. Najtrudniej było przeprogramować mózg z kierownicy i pedałów na joysticki. – Dopiero gdzieś po dwóch miesiącach nabrałem wrażenia, że to ja kontroluję auto, a nie na odwrót. A na tor wyjechałem dopiero po roku. Strasznie mnie frustrowało, że robię tak wolne postępy. Byłem napalony i chciałem mieć wszystko na wczoraj. Jak przed wypadkiem.

 

Raj utracony

Przed wypadkiem 13 lat temu – jak mówi – był klasycznym yuppie. Jeszcze jako student na drugim roku Wyższej Szkoły Ubezpieczeń i Bankowości w Warszawie założył z kolegami spółkę Avalon: usługi finansowe, ubezpieczenia, kredyty. Wymyślili kilka świetnych ubezpieczeniowych patentów. W szczytowym okresie rozwoju zatrudniali 40 osób. Zarabiali coraz większe pieniądze.

Czerpał z życia pełnymi garściami. Jeździł po całym świecie, Turcja, Jordania, Peru, Boliwia. Wyprowadził się na dłużej z Polski i wraz z kolegami zamieszkał na Hawajach, gdzie panuje wieczne lato i wieczna radość. W Honolulu wynajmowali mieszkanie w wieżowcu na 28. piętrze. – Miałem poczucie, że mam świat u swoich stóp – mówi. Sprzedał 25 proc. udziałów w swojej spółce. Planował, aby w niedalekiej przyszłości otworzyć sklep ze sprzętem sportowym, szkołę surfingu lub  mały bar przy plaży? Od świtu do zmierzchu surfował lub byczył się na plaży. Gnał za adrenaliną uprawiając sporty ekstremalne: wspinaczka skałkowa, kolarstwo górskie, speleologia, kitesurfing, nurkowanie.

- Niestety wypadek był banalny. Żartuję, że gdyby mnie spotkał podczas sportów ekstremalnych, skoku z klifu czy wspinaczki, to miałbym czym się chwalić. A było tak, że wbiegając do oceanu, żeby się zanurzyć, zaryłem głową w dno. Nagle stwierdziłem, że nie mogę się ruszać. Unosiłem się na wodzie, bezwładny jak manekin – opowiada.

Cud, że go odratowano. Długo nikt z brzegu nie dostrzegł, że tonie. Fala wyrzuciła go na brzeg, kolejna zabrała na powrót. W końcu ktoś go wyciągnął, zrobił sztuczne oddychanie, karetka, szpital. Przez dwa tygodnie leżał nieprzytomny, podłączony do respiratora. – Rodzinie powiedziano, że z tego nie wyjdę. A jeśli nawet jakimś cudem, to nie będę samodzielnie oddychać. Na szczęście się to nie sprawdziło. Przeszedłem dwie operacje, odzyskałem przytomność, a płuca wznowiły działalność.

Za cztery miesiące leczenia szpital wystawił rachunek na… pół miliona dolarów! Część pokryła polisa PZU, pomógł też stan Hawaje ale postanowił wracać do Polski. Trafił do Konstancina, gdzie w słynnym Stołecznym Centrum Rehabilitacji przeszedł  intensywną rehabilitację. Po  pięciu miesiącach zaczął powoli  poruszać się na wózku ze wspomaganiem elektrycznym.

 

Aktywni dzięki sobie

- Zawsze byłem zadaniowcem, zacząłem więc stawiać sobie cele. Pierwszym było znów zacząć chodzić. Szybko się okazało, że to niemożliwe. Ale to mnie nie załamało. Po prostu zmniejszyłem cele. Odzyskać sprawność tak dalece jak się da – mówi Sebastian. – Tak bardzo się nakręciłem na rehabilitację, że nie miałem czasu się załamać. Chciałem sobie udowodnić, że życie na wózku nie jest niczym strasznym, że nadal może być fajne. Że nie powstrzyma mnie przed robieniem fajnych rzeczy.

Palił się do rehabilitacji, ale tu nastąpiło zderzenie z polską służbą zdrowia. On chciał ćwiczyć przez kilka godzin dziennie, NFZ refundował tylko pół godziny na… tydzień. Tymczasem wiedział, że bez zatrudnienia rehabilitanta na pełen etat szybkich postępów nie zrobi.

W 2006 roku stworzył fundację, która zaczęła zbierać fundusze. Na początku nazywała się Przyjaciele Sebastianowi, by po dwóch latach zmienić się w Fundację Avalon. Przechodząc własną gehennę, zrozumiał jak wielu niepełnosprawnych w Polsce, bez podobnego wsparcia, jest skazanych na dożywotnią wegetację. Żałosna renta nie starcza na leki, środki higieny, porządną rehabilitację.

Toteż od 2009 celem Fundacji Avalon stała się „pomoc osobom niepełnosprawnym i przewlekle chorym, w szczególności: spełnianie marzeń, poprawa jakości życia oraz zwiększanie samodzielności życiowej podopiecznych, likwidacja barier społecznych” czytamy na jej stronie internetowej. Już od samego początku skupiała się na pomocy w gromadzeniu środków finansowych dla osób, które tego potrzebują. Z tego wyłonił się pierwszy projekt, czyli  system Subkont. Ideą organizacji było i jest, aby ludzie brali sprawy we własne ręce. Stąd też fundacja pomaga, uczy, wspiera i daje narzędzia, ale nie robi czegoś za swoich beneficjentów. Z tego też podejścia zrodził się drugi projekt „Aktywni dzięki sobie”. Podkreśla on potrzebę pracy, walki o swoje zdrowie, a jednocześnie kształtuje i uczy postawy odpowiedzialności oraz motywuje, często w trudnych, bolesnych i mozolnych ćwiczeniach rehabilitacyjnych. Z roku na rok Avalon zaczął otaczać opieką coraz większą liczbę niepełnosprawnych z całej Polski. Do dziś pomogła aż 7000 osobom. Jest pod tym względem trzecią największą organizacją pozarządową w Polsce.

 

Benzyna we krwi

Kolejnym celem Sebastiana był powrót do uprawiania sportu. Wiedział jednak, że z takim rodzajem paraliżu ma bardzo ograniczony wybór dyscypliny. Chętnie wziąłby się za jeżdżenie na handbike’u, ale ma na to zbyt słabe ręce. – W grę wchodziło np. rugby na wózkach, ale jestem indywidualistą. Motosportem interesowałem się jeszcze przed wypadkiem. Zawsze miałem benzynę we krwi. Za młodu nigdy nie zrealizowałem tej pasji na tyle, żeby się ścigać. Najpierw nie miałem funduszy, potem czasu.

Teraz postanowił w końcu zrealizować swoje marzenia. Dwa lata temu naszło go, żeby zbudować rajdówkę i zacząć się ścigać. – Bałem się, że będę czerwoną latarnią, wlókł się za całą stawką, a tu nic z tych rzeczy. Okazało się, że wcale aż tak mocno nie ustępuję sprawnym kierowcom. Już w pierwszym starcie rok temu zająłem 28. miejsce na 35. załóg, wyprzedzając auta z mojej klasy! To był wielki kop: wow! Czyli mogę rywalizować z pełnosprawnymi. Teraz moim celem jest najwyższe podium – mówi ze śmiechem.

Przekonuje, że już mógłby być szybszy, ale jeździ na 90 procent możliwości. – Nie jestem wariatem, nie jadę na pałę, staram się wszystko robić rozsądnie. Tak mi doradził Krzysztof Hołowczyc. Przekonywał mnie tu na Torze Łódź, że nie warto jeździć na 120 procent, po bandzie. Lepiej wszystko wcześniej zaplanować i trzymać się strategii. W moim przypadku ryzyko nie jest wskazane. Dochodzi kwestia bezpieczeństwa, ponieważ w razie wypadku nie opuszczę sam samochodu. Toteż zawsze uprzedzam organizatorów zawodów i służby medyczne, że startuje niepełnosprawny – mówi Sebastian.

 

Ekstremalni celebryci

Od listopada 2015 Fundacja Avalon prowadzi projekt Avalon Extreme, do którego Luty dołączył jako ambasador. – Ideą jest rywalizacja sportowców niepełnosprawnych ze sprawnymi na tych samych zasadach. Nie chcemy robić drugiej paraolimpiady. Sport jest jeden, w naszym przypadku ekstremalny. Chcemy pokazać czym może być niepełnosprawność jeśli tylko człowiek zechce i przestanie się użalać nad sobą. Chciałbym żeby mocno inspirował do zabrania się za siebie – mówi.

Do ambasadorów należą również Bartosz Ostałowski mistrz driftingu, który po amputacji rąk kieruje autem stopami. Igor Sikorski specjalizuje się w wakeboardingu, sporcie wodnym polegający na płynięciu po wodzie na desce, trzymając się liny ciągnionej przez łódź. To również świetny narciarz alpejski, który będzie reprezentował Polskę na igrzyskach paraolimpijskich w Pyongchang. Tomasz Biduś to rugbista na wózkach, a Adam Czeladzki mimo niepełnosprawności doskonale lata szybowcem.

Stali się niepełnosprawnymi celebrytami, ale w dobrym znaczeniu. Nie są znani z tego, że są znani, ale ponieważ mimo niepełnosprawności dokonują rzeczy niesamowitych. – Pomysł wziął się stad, że na początku z Fundacją Avalon jeździliśmy po szpitalach, znajdowaliśmy osoby ze świeżą niepełnosprawności i przekonywaliśmy: nie załamuj się, popatrz na nas, można zupełnie normalnie żyć i się realizować. Ale to była robota nie do przerobienia w skali Polski – tłumaczy Luty.

- Wymyśliliśmy więc, że zbierając spektakularne przypadki i promując je w mediach, dotrzemy do większej liczby osób. Niech niepełnosprawny zobaczy nas w gazecie, telewizji czy internecie i powie sobie: ja też tak chcę!  Sebastian Luty Avalon Extreme

 

Co najbardziej trapi współczesnego piłkarza

Michy Batshuayi FIFA 18Najsłynniejsza piłkarska gra komputerowa FIFA18 zbiera zewsząd pochwały za posunięty do granic realizm i perfekcyjne oddanie nie tylko wyglądu wszystkich zawodników, ale także ich stylu gry, sposobu poruszania się, tricków, a nawet cieszynek. Wiadomo jednak, że jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził więc znaleźli się jednak malkontenci. Są wśród nich sami zawodnicy, którzy nie kryją zawodu oceną ich parametrów piłkarskich. Np gwiazda Tottenhamu, Dele Alli oświadczył, że nie będzie w grze grał sobą samym, ponieważ twórcy gry z EA Sports przyznali mu haniebnie niski rating – 84. Nigeryjczyk z Arsenalu, Alex Iwobi obruszył się, że jego rating – 74 – nie drgnął od poprzedniej edycji gry, a przecież on sam poczynił wyraźne postępy. Obrońca Chelsea, David Luiz ubolewa, że jego zdolności strzeleckie zostały ocenione niżej niż klubowego kolegi, N’Golo Kante, choć przecież to Brazylijczyk zdobywa więcej goli. A znany z muskulatury Adebayo Akinfenwa chciałby mieć siłę na maksymalnym poziomie 100 pkt, tymczasem przyznano mu rozczarowujące 99.

Napastnik Chelsea, Michy Batshuayi był tak nieszczęśliwy ogólnym ratingiem 80, że oburzony poprosił w tweecie twórców gry o, pisząc: „PLEASE EXPLAIN” (a wiadomo, że pisanie wersalikami w mediach społecznościowych oznacza maksymalne wkurzenie). Za to pomocnika Juventusu Turyn, Samiego Khedirę sfrustrowała fryzura, w jakiej każą mu występować w FIFA18. Ma pretensje, że z długimi włosami i opaską grał w czasach Realu Madryt, ale od dwóch lat nosi krótkie włosy. Jak twórcy gry mogli tego nie odnotować??

„Hej EA Sports, świetnie że lubicie moje długie włosy… ale już od prawie 2 lat mam krótkie – napisał na Twitterze. „Wpadkę” natychmiast odnotowała konkurencja, czyli producenci gry Pro Evolution Soccer, chwaląc się, że u nich zawodnik ma aktualny wygląd i radząc mu, by zmienił grę. Niemniej nowe, wymyślne cieszynki i coraz bardziej oryginalne fryzury to prawdziwa zmora dla producentów gier. Szczególnie ciężko im nadążyć za Paulem Pogbą, który najczęściej zmienia kolor włosów oraz wycięte na głowie figury. Być może wyjściem są kontrakty zapewniające, że piłkarz nie zmieni wizerunku do końca sezonu. Kto będzie chciał grać Pogbą z brodą lub włosami przefarbowanymi na blond, gdy ten od czterech kolejek wygląda już zupełnie inaczej?

Sami Khedira i FIFA 18

Trenerzy kontra smartfony

uPOLowane„My way or highway” – pomysł mój, albo… żaden – jak przetłumaczono w jeden ze stacji telewizyjnych słowa Joe Cabota, organizatora skoku we „Wściekłych Psach”. Tę dewizę wyznają trenerzy czołowych klubów piłkarskich. Media w minionym tygodniu ujawniły jakie nowe surowe zasady wprowadzili w swoich zespołach Jupp Heynckes, który przejął Bayern Monachium z rąk Carlo Ancelottiego oraz Pep Guardiola w Manchesterze City.

I tak Katalończyk zarządził np, że wszystkie odprawy będą przeprowadzane po angielsku. W pierwszym zespole City grają reprezentanci aż 11 państw, niektórzy z nich ledwo znają język Szekspira. No to do nauki! Jak zdradził argentyński obrońca Nicolas Otamendi, Guardiola nie tylko zorganizował mu intensywny kurs języka, ale ale do tego w grudniu czeka go… egzamin. Jak nie zaliczy, to usiądzie na ławce.
Od nowego sezonu piłkarze City zawsze jedzą wspólnie po meczach. Koniec z wypadami z rodziną czy przyjaciółmi na kolacje Bóg wie gdzie. Z jednej strony sprzyja to integracji, z drugiej Guardiola ma pod kontrolą dietę zawodników. Jego zdaniem wiele kontuzji brało się ze złego odżywania, a zwłaszcza obżarstwa po wysiłku meczowym.

72-letni Heynckes również postanowił ingerować w dietę zawodników Bayernu. I zakazał np. spożywania zdrowych batoników energetycznych, rekomendowanych przez asystenta Ancelottiego, a prywatnie jego szwagra, Mino Fulco. I na nowo zezwolił im na konsumpcję makaronów i pizzy, uznając, że należy im się więcej węglowodanów po wysiłku fizycznym.

Zawodnicy mistrza Niemiec będą więc smaczniej jeść, ale za to podczas posiłków nie wolno im będzie korzystać ze smartfonów, robić fotek jedzenia na Instagram, przeglądać tweetów czy wpisów na Facebooku. Zabronił brania komórki do ręki nawet podczas masaży. Urządzenia musi zostać wyłączone natychmiast po wejściu do szatni inaczej delikwenta czeka wysoka grzywna.

Brutalna ingerencja trenera w przyzwyczajenia zawodników to nie nowość. Guardiola już w ubiegłym roku nakazał wyłączyć Wi-Fi w szatni i stołówce (zasięgu 3G tam nie ma). Wszystko po to, żeby zmusić zawodników, żeby więcej z sobą gadali. Ale już szczególnie bezwzględny okazał się Jose Mourinho, który zakazał piłkarzom MU gry w Pokemon Go! Uznał, że robiąca furorę na całym świecie aplikacja, polegająca na „chwytaniu” za pomocą smartfona kolorowych pokemonów jak Pikachu czy Bulbasaur w prawdziwych lokacjach, zbytnio rozprasza jego piłkarzy. I zakazał zabawy w ciągu 48 godzin poprzedzających każde spotkanie…

FIFA The Best. Dlaczego nie głosowałem na Lewego i Messiego

Cristiano Ronaldo. FIFA The BestOd ogłoszenia wyników gali FIFA The Best na Najlepszego Piłkarza Roku cały czas spływają do mnie mejle, tweety i wiadomości na messangerze z pretensjami, uwagami i żądaniem wyjaśnień na temat mojego wyboru. Przypomnę, że głosując jako jedyny dziennikarz z Polski na pierwszym miejscu umieściłem Cristiano Ronaldo, na drugim Gianluigiego Buffona, a na trzecim Sergio Ramosa. Trzy stacje telewizyjne odpytały mnie na to konto, a na jednym z zaprzyjaźnionych portali powstał nawet tekst. Główny zarzut: jak mogłem nie umieścić na pudle Leo Messiego? Kolejny: dlaczego nie zagłosowałem na Roberta Lewandowskiego? Wreszcie najbardziej absurdalny: dlaczego Cristiano Ronaldo na pierwszym miejscu? Już odpowiadam.

Otóż w przeciwieństwie do wielu pozostałych uczestników tej zabawy, trenerów reprezentacji i samych piłkarzy, których głosy opublikowała FIFA, postanowiłem podejść do sprawy poważnie i rzetelnie ocenić kto na co zasłużył w futbolu od sierpnia 2016 do sierpnia 2016. Może to błąd, ale w moich kryteriach nie znalazły się ani patriotyzm, ani osobista sympatia. W przeciwnym razie na pewno na pierwszym miejscu dałbym Lewego, którego nie sposób nie lubić i nie podziwiać. Ale przecież nie chodzi o to, żeby rodak zawsze głosował na rodaka, w przeciwnym razie nigdy nie dałoby się wybrać laureata podobnych plebiscytów.

Piłkarsko w minionym okresie Robert po prostu nie zasłużył sobie na pierwszą trójkę i już. Byli lepsi, którzy osiągnęli w sezonie więcej i błyszczeli jaśniej. Co nie odbiera Lewemu pozycji najlepszej „9” świata. Myślę, że on sam zdawał sobie z tego sprawę, wszak tym razem nie skomentował werdyktu „le Cabaret” jak ostatniej edycji Złotej Piłki. Zawodnik na jego poziomie nie potrzebuje kadzenia

Życzę jemu i sobie z całego serca, żeby był faworytem w przyszłorocznym plebiscycie. Jest na najlepszej drodze – wkrótce przekroczy barierę 50. goli we wszystkich rozgrywkach dla klubu i reprezentacji, został królem strzelców eliminacji MŚ przed nim występ na turnieju w Rosji, na którym oby okazał się u szczytu kariery.

Lewandowskiego na pierwszym miejscu jako jeden z nielicznych trenerów umieścił Adam Nawałka i właściwie trudno mieć do niego pretensje. Nie widzę w tym chęci przypodobania się swemu kapitanowi. Nawałka sam najlepiej wie jak dużo mu zawdzięcza. Jego lojalność wobec swych „żołnierzy” doskonale znamy, a tu postanowił ją okazać swemu generałowi. Jeśli patrzeć na osiągnięcia piłkarza we wspomnianym okresie tylko w reprezentacji, trudno o lepszego, więc da się ten wybór jakoś usprawiedliwić.

Jednak ja nie zawahałem się nawet na sekundę, żeby maksymalną ilość punktów oddać Cristiano Ronaldo. Nie ma mniejszych wątpliwości, że Portugalczyk był w minionym sezonie najlepszy. Najskuteczniejszy i najbardziej kluczowy w sukcesach jakie osiągnęła jego drużyna. Kluczowy w odzyskaniu dla Realu Madryt mistrzostwa Hiszpanii i w obronie trofeum w Lidze Mistrzów. W tej ostatniej strzelił pięć goli w dwumeczu przeciwko drużynie Lewego. Hat-tricka w półfinale z Atletico Madryt i dwie bramki w finale w Cardiff, gdzie wybrano go Zawodnikiem Meczu. Zaprzeczając w minionym sezonie najdobitniej złośliwemu stwierdzeniu, że „strzela tylko słabym”.

Nie traktuję bowiem wyborów Piłkarza Roku jak konkursu piękności, wskazując tego, kto mi się najbardziej podoba. Moje kryteria obejmują trofea, które zawodnik zapewnia drużynie swoimi golami, asystami, interwencjami czy też paradami. Nawet jeśli plebiscyty to nagroda indywidualna a nie drużynowa. Bo co po tych wszystkich bramkach, jeśli drużyna nic z tego nie ma?

Cristiano Ronaldo i Leo MessiOczywiście Messi pozostaje geniuszem futbolu, najlepszym piłkarzem naszych czasów. Ale jeśli przyjmiemy wrażenie artystyczne za kryterium, wtedy w ogóle nie róbmy żądnych plebiscytów, tylko wszystkie nagrody dajmy Argentyńczykowi. Dopóki gra, lepszego od niego nie będzie.

Ale właśnie do „kosmity z innej planety” i „piłkarza z PlayStation” wymagamy kosmicznej formy i ciągnięcia drużyny za uszy w kluczowych momentach i wyciągania z najgorszych tarapatów. Tak właśnie gra Messi tej jesieni, zarówno w Barcelonie pozbawionej Neymara i Dembele jak i w reprezentacji pozbawionej… koncepcji.

Co z tego, że w minionym sezonie wykręcił fantastyczny wynik, zdobywając 54 gole w 52 meczach i dorzucając 19 asyst, skoro na koniec Barcelona została z niczym? Bycie Messim, jak szlachectwo, zobowiązuje. Więc jego brak w finałowej trójce to pewien symbol. Wątpię zresztą żeby zależało mu szczególnie na drugim czy trzecim miejscu.

Drugie miejsce dla Buffona było trochę za całokształt kariery, bo może już nie być okazji, żeby go uhonorować, ale postawą w sezonie też przecież sobie na to zasłużył. Mistrzostwo Italii z Juventusem, w Lidze Mistrzów puścił do finału tylko cztery gole, zachowując czyste konto w dwumeczu z Barceloną, czyli wówczas gdy bramki Messiego były najbardziej potrzebne. Włoch był prawdziwym liderem drużyny. Podobnie jak Ramos, skuteczny „zarówno w defensywie jak i ofensywie” jakby to ujął nasz selekcjoner. Myślę, że w sezonie, w którym Real jako pierwszy zespół w historii obronił trofeum w Champions League nie ma nic niestosownego, że w trójce znalazło się dwóch jego piłkarzy. Choć miałem ciężki dylemat czy nie wstawić Marcelo albo Luki Modrića. Podobnie jak nikt nie miał wątpliwości, że trzech zawodników Barcy powinno się znaleźć na podium w roku, w którym zdobyła wszystkie trofea jakie były do zdobycia.

Na ostatnie, najczęściej stawiane mi pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć: co w „Jedenastce Sezonu” robił Andreas Iniesta. Niewykluczone, że to jakiś błąd informatyczny i nazwisko Hiszpana po prostu co roku wybija w systemie, nikt nie wie jak to naprawić, więc FIFA dała spokój. Inaczej nie umiem tego wytłumaczyć. Pytajcie byłych piłkarzy z FIFPro, to oni decydowali.

11 Roku

Misja Pepa, czyli nie róbmy polityki na stadionach

Guardiola- Dedykuję tę wygraną aresztowanym liderom walczącym o niepodległość Katalonii. Omnium i ANC (Catalan National Assembly – red.) zawsze wyrażały nasze zdanie. Pokazaliśmy, że dla Katalończyków obywatelstwo jest czymś więcej niż jakiekolwiek idee. Mamy nadzieję, że wkrótce zostaną zwolnieni, bo na razie czujemy się jakbyśmy wszyscy trafili do wiezienia – powiedział Pepa Guardiola na konferencji prasowej po wygranym 2:1 meczu Ligi Mistrzów z Napoli.

Miał na myśli Jordiego Cuixarta i Jordiego Sancheza, którzy na początku tygodnia decyzją Sądu Najwyższego w Madrycie zostali tymczasowo aresztowani za doprowadzenie do referendum niepodległościowego. Hiszpański rząd uznał je za nielegalne i robił co mógł, żeby do niego nie dopuścić. Funkcjonariusze policji wkraczali do lokali wyborczych, wynosili urny i karty do głosowania. Brutalnie pobito też kilkadziesiąt osób. W dniu meczu Sąd Najwyższy podtrzymał decyzję o zatrzymaniu liderów, co wywołało kolejne protesty w Barcelonie.

Guardiola na konferencji komplementował też Napoli. Stwierdzając m.in. że było to jedno ze zwycięstw, z których jest najbardziej dumny w karierze. Ale choć to niezwykle ciekawe, zważywszy na to z jakimi drużynami mierzył się w przeszłości, media skupiły się głównie na wątku niepodległościowym.

Mam jednak spore wątpliwości czy stadion Etihad po meczu Ligi Mistrzów, w którym nawet nie wystąpiła Barcelona, to właściwe miejsce na tego typu deklaracje. Wdaliśmy się o to na Twitterze w mały spór. Wielu internautów uważało, że polityka jest wszechobecna, „nie można udawać, że żyje się w próżni”. Że „nie ma sensu udawanie, że piłka nożna jest jakąś enklawą, której nie dotyczą międzynarodowe procesy i wydarzenia”. Że „Pep jest Katalończykiem i ma prawo wyrażać to co czuje”, a odwiecznego konfliktu na linii Katalonia – Kastylia, czyli Barcelona i Madryt nie da się porównać z jakąkolwiek sprawą w Polsce.

Nie odmawiam Guardioli prawa do opinii na tematy polityczne. Oczywiście, że jak każdy obywatel ma prawo mieć swoje zdanie i je artykułować. I z niego korzysta. Nie tylko wziął udział w referendum, ale wcześniej agitował za nim w Barcelonie, odczytując w języku katalońskim, hiszpańskim i angielskim niezwykle wyrazisty manifest.

Będziemy głosować mimo zakazów Hiszpanii. 18 razy chcieliśmy głosować i zostaliśmy zlekceważeni. Nie mamy innego wyboru. Jesteśmy ofiarami państwa, które rozpoczęło prześladowanie niezgodne z zasadami obowiązującymi w demokracji. Kraju, w którym minister spraw wewnętrznych konspiruje przeciwko zdrowiu Katalonii. Kraju, w którym policja dostarcza fałszywych dowodów przeciwko naszym władcom. Kraju, w którym uniemożliwia się funkcjonowanie prezydentowi naszego rządu za przygotowywanie kart do głosowania. Chcą nam odebrać demokrację”.

Jako jeden z najbardziej znanych i szanowanych Katalończyków ma prawo i obowiązek wypowiadać się w najważniejszych kwestiach dotyczących swojej ojczyzny. Mój sprzeciw budzi tylko to, że wprowadza politykę na stadiony piłkarskie i konferencje poświęcone meczom. Nie ten moment, nie to miejsce!

I nie ważne czy Guardiola upomina się w sprawie słusznej czy nie. Kto zresztą jest to w stanie ocenić i stwierdzić czy Katalończykom będzie lepiej w Hiszpanii czy poza nią? Na pewno nie ja.

My w Polsce podświadomie sprzyjamy ciemiężonemu przez lata narodowi, który chce się wybić na niepodległość. Informacja, że rząd aresztuje działaczy wolnościowych – i do tego umieszcza w więzieniu w Madrycie, 600 km od bliskich – musi budzić niepokój.

Ale też widziałem, że w Barcelonie odbyła się milionowa demonstracja Katalończyków pragnących pozostać w Hiszpanii, sprawa nie jest więc jednoznaczna. A katalońska wyraźnie społeczność podzielona.

Ciekaw jestem czy właściciele Manchesteru City byli zadowoleni, że ich klub został wplątany w kwestię niepodległości Katalonii? Zwłaszcza Szejk Mansour, który na co dzień pełni funkcję wicepremiera Zjednoczonych Emiratów Arabskich i prędzej jest w stanie postawić się na miejscu premiera Hiszpanii, Mariano Rajoy’a niż burzącego zastany porządek buntownika.

Poruszanie kwestii politycznych przez trenerów na pomeczowych konferencjach, to w Anglii nowa jakość. Nawet tak istotna kwestia jak referendum ws wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej nie skłoniła trenerów Premier League do publicznych deklaracji. Z szacunku dla klubu i kibiców.

Zresztą nie tylko w Anglii. Z jakichś powodów trener Szachtara Donieck nie zabiera głosu na konferencjach prasowych na temat wojny w Donbasie, trenerzy rosyjskich klubów na szczęście milczeli na temat „odzyskania” Krymu.

Krzysiek Stanowski napisał w naszej twitterowej dyskusji, że „jeśli Polska będzie miała topowego w skali świata trenera to liczę, że zabierze głos na temat Polski gdy uzna to za ważne”. Nie mam nic przeciwko. Ale nie chciałbym, żeby miało to miejsce na konferencjach np. reprezentacji Polski. Wyobrażacie sobie Adama Nawałkę wypowiadającego się przy okazji eliminacyjnych spotkań w kluczowych kwestiach dla Polaków – w ostatnich miesiącach np. na temat Trybunału Konstytucyjnego czy reformy sądów? Dla kadry byłaby to katastrofa. Pół Polski – tej, która nie zgadzałaby się z opinią selekcjonera – natychmiast zaczęłaby kibicować przeciwko reprezentacji. By wraz z jej porażkami odszedł i znienawidzony selekcjoner.

Jeszcze mniej prawdopodobne, by po świetnym – oby! – mundialu, obejmując pracę, w którymś z klubów Serie A w ukochanej Italii, miał zajmować stanowisko w polskich sprawach na tamtejszych pomeczowych konferencjach czy w Lidze Mistrzów.

Polityczne manifestacje na trybunach skończyły się ostatnio tym, że Barcelona musiała ostatnio zagrać ligowy mecz bez kibiców, na kompletnie pustym Camp Nou. Robienie polityki na stadionach nigdy nie kończy się dobrze. Dla futbolu. Camp Nou: Barca - Las Palmas przy pustych trynunach

Z liścia, czyli wszyscy jesteśmy zdradzeni

Legia pobita w Poznaniu i na parkingu na ŁazienkowskiejAwans reprezentacji na mundial w Rosji, gwarancja losowania z pierwszego koszyka, rekord strzelecki Roberta Lewandowskiego, który wyprzedził Włodzimierza Lubańskiego – wszystko to na chwilę przykryło skandaliczne wydarzenia na parkingu Legii po powrocie piłkarzy z przegranego meczu w Poznaniu. Mam nadzieję, że sprawa została zamieciona pod dywan tylko na chwilę z powodu ogólnego zachłysnięcia się narodowym sukcesem. „8-minutowa ostra wymiana zdań i szarpanina” – jak to misternie ujęto w oświadczeniu klubu – tak dalece przekracza wszelkie granice, że konsekwencje przez lata będzie ponosiła nie tylko Legia ale cały polski futbol klubowy.

Sprawę rozmyła też reakcja policji, która po analizie monitoringu wykluczyła pobicie, stwierdzając, że doszło co najwyżej do „czynów związanych z naruszeniem nietykalności osobistej”. I w związku odmówiła ścigania sprawców z urzędu, oczekując na „inicjatywę ze strony osób, które poczuły się pokrzywdzone”. Że nic takiego nie nastąpi pokazała już sprawa z pobiciem Kuby Rzeźniczaka, której deja vu właśnie przeżywamy tylko w większej skali.

Od początku było wiadomo, że nie chodzi o pobicie, ale kilka „plaskaczy i karychów” rozdanych celem zdyscyplinowania zawodników. Co z tego, że nie były bolesne i nie zostały widocznych ślady. Ważne, że zostawiły mocny ślad w psychice piłkarzy.

Większego upokorzenia w karierze nie przejdą. Jak podsumował Maciej Szczęsny, na miejscu pobitych nie chciałby już grać w Legii. Kontrakty i strach skazują ich pozostanie, ale tej psychicznej kuli u nogi nie pozbędą się już do końca.

Ciekawe w głowach ilu z nich w trakcie niedzielnego meczu z Lechią będzie brzmiało pytanie, czy w razie porażki znów czeka ich ścieżka zdrowia?

Ma rację Krzysztof Stanowski, pisząc na Weszlo.com, że piłkarze zostali zdradzeni. Przez klub, trenera, kibiców. To prawda, grali fatalnie, każdy co do jednego ze trzy razy gorzej niż w poprzednim sezonie. Ale przecież nie dlatego, że tak się umówili: dobra gramy piach, chrzanić powołania do kadry czy transfer do lepszego klubu. Niestety nikt im nie pomaga wyjść z tego kryzysu.

Właściciel zwolnił trenera, który przestał mieć pomysł na zespół, ale w zamian zatrudnił człowieka obecnego w futbolu od lat, ale nie na ławce trenerskiej. Być może ten eksperyment wypaliłby w czasach spokojnych. Tymczasem Romeo Jozak jest jak świetny ortopeda, któremu kazano przeprowadzić operację na otwartym sercu.

Trener zdradził szatnię zanim autokar zajechał na klubowy parking, gdy po porażce zdystansował się od drużyny i skompromitował ich tekstem o panienkach. W myśl zasady: „wygrywamy my, przegrywacie wy”.

Ale akurat o bierność podczas dyscyplinowania piłkarzy nie mam do niego pretensji. Sytuacja była ekstremalna. Nie jest opiekunem drużyny trampkarzy, czy miał zasłaniać dorosłych facetów własną piersią? Być może mógł zostać bohaterem, rzucając się sam przeciwko pięćdziesięciu chłopa, ale nie można mu czynić zarzutów, że nie zechciał.

Gorycz poczucia zdrady przez kibiców najlepiej wyraził na łamach legia.net asystent Jozaka, Aleksandar Vuković. Od lat związany z Legią, nie da się powiedzieć, że nie ma jej w sercu. Dwa mocne cytaty: „(…) Jako kibic wychowany na innych ideałach pytam się, co się stało z obowiązującym kiedyś na stadionach hasłem „Na dobre i na złe”? Drużyna Legii ma teraz kłopoty, nie da się zaprzeczyć. Gra słabo, z różnych powodów. Kiedy jest więc to złe? Właśnie teraz, ci ludzie potrzebują wsparcia. Przecież wszystkich porażek w tym sezonie w pucharach i w lidze nie można podczepić pod brak zaangażowania czy chęci”.

Chciałbym, aby kibice podeszli do sprawy w ten sposób: – Panowie jest źle, widzimy to, ale jesteśmy z wami”. Czy jest szansa na takie podejście, czy to już się nie wydarzy, a ja po prostu żyję ideałami z poprzedniej epoki? Jeśli to już nie jest możliwe, to bardzo źle się dzieje. Moim zdaniem hasło „na dobre i na złe” jest esencją kibicowania i podejścia do swojego klubu”.

Piłkarze mają też prawo czuć się zdradzeni przez klub. Nie tylko dlatego, że incydent miał miejsce na jego terenie, tam gdzie mieli prawo czuć się jak w domu. Długo czekali na stanowisko klubu, ale okazało się ono nadzwyczaj miałkie. Brak w nim stanowczego wzięcia w obronę upokorzonych, jest za to dzielenie włosa na czworo że „klub ma świadomość silnych emocji związanych z niepowodzeniem sportowym…”

Naprawił to nieco właściciel, ale na jego głos usłyszeliśmy dopiero trzy dni po incydencie. Rozumiem niechęć eskalowania konfliktu i uniknięcia ewentualnego bojkotu trybun, to byłaby już ostateczna katastrofa. Słowem, znów zgniły kompromis jak przy sprawie Rzeźniczaka.

Tylko, że klub także ma prawo czuć się zdradzony. Przez wszystkie instytucje państwowe i piłkarskie. Jak zwykle w takich wypadach jest zostawiony sam sobie z problemem chuliganów. Wszyscy inni umywają ręce. Ta rzecz jest niezmienna od lat. Co z tego, że mamy najpiękniejsze i najbardziej funkcjonalne stadiony w Europie, gwiazdy światowego formatu w reprezentacji, wyjazd na kolejny turniej skoro chuligani jak terroryzowali kluby tak terroryzują nadal?

Od lat nie ma woli rozwiązania problemu stadionowego chuligaństwa. I wspólnego frontu państwa, polityków, policji, prokuratury, instytucji piłkarskich jak PZPN czy Ekstraklasa.

Dlatego kolejny podobny incydent jest kwestią czasu. Może już po Lechii w razie złego wyniku? Nie dziwmy się więc, jak ostatnio na Forum Ekonomicznym w Krynicy, że czołowe instytucje finansowe, banki, firmy ubezpieczeniowe itp. stronią od polskiej piłki klubowej. Ta zaś ulega w Europie coraz większej marginalizacji. Aż stanie się skansenem, z którego w świat idą tylko przekazy o fajnych oprawach i niefajnych pobiciach. Ale nigdy o sporcie. Tak naprawdę zdradzeni mają prawo się czuć wszyscy prawdziwy kibice futbolu.

Legia

Misja: Rosja! Czyli jak Lewy przekłuł balonik

Robert LewandowskiNie mogę przestać zachwycać się Robertem Lewandowskim. Nie chodzi tylko o postawę na boisku i rekordowe w historii eliminacji mistrzostw Europy 16 goli. Te przesądzających o zwycięstwie jak z Danią, pozwalające uniknąć kompromitacji jak ten w doliczonym czasie z Armenią na Narodowym czy odwracające losy spotkania jak ten ostatni z Czarnogórą. O nich napisano już wszystko.

Nie chodzi też o postawę poza boiskiem – szczęśliwe małżeństwo, styl życia pozwalający tak długo unikać kontuzji na niespotykaną skalę, mądre inwestowanie zasłużonej fortuny, unikanie skandali i rajów podatkowych jak w przypadku równie wielkich kolegów, zaangażowanie w akcje charytatywne, wreszcie pozostawanie normalnym kolesiem na ile tylko pozwala tylko status rozpoznawalnego wszędzie na świecie gwiazdora.

Znów zaimponował mi czymś nowym! Postawą po ostatni gwizdku sędziego w meczu z Czarnogórą. Gdy cały stadion – koledzy, sztab szkoleniowy, kibice i oczywiście my, dziennikarze – rzuciliśmy się wszyscy świętować pierwszy od 12 lat awans na mundial, on zasłaniając dłonią usta dłonią, już tam na murawie recenzował Adami Nawałce zakończone właśnie spotkanie. I po kręceniu głową i minie selekcjonera można było poznać, że nie była to recenzja pochwalna.

Gdy przez media społecznościowe przelewała się już euforia z zapewnienia pierwszego koszyka i pierwsze spekulacje co jesteśmy w stanie osiągnąć w Rosji, a kilku jego kolegom zdarzyło się zdradzić, że ich marzeniem jest medal, Lewy przebił balonik zanim ktokolwiek zdążył go napompować. W pierwszym wywiadzie zastrzegł, że „nie wolno oszukiwać rzeczywistości”, bo „szczerze mówiąc mecz z Czarnogóra nie był w naszym wykonaniu nawet dobry”. Że „jest wiele rzeczy do poprawy, nie tylko pod względem piłkarskim ale i mentalnym”. Że „czasami wyłączamy się i myślimy jakby już było po meczu”, a „ławka rezerwowych pozostawia wiele do życzenia”. I wyliczył kwestie do poprawy: ustawianie się i ruch bez piłki, atakowanie rywala, zbyt częsta gra do tyłu, zbyt mało piłek do napastników…

To były słowa prawdziwego, odpowiedzialnego lidera, który właśnie zaczął misję: Rosja. Którego nie usatysfakcjonuje sam udział w mundialu. Świadomego, że właśnie na tym turnieju będzie w apogeum kariery i pragnie wykorzystać to najlepiej jak będzie w stanie, marginalizując możliwość błędu do minimum.

Nie jest kimś, komu wynik przesłoni braki, na które wielu z nas macha ręką, bo skoro jest awans to po co drążyć temat. Lewandowski woli drążyć teraz, niż w lipcu po ewentualnym niepowodzeniu. A że braki widzi, najdobitniej świadczą pełne nadziei słowa, że „do lata znajdzie się kilka perełek, kilku nowych zawodników się pokaże” (swoją drogą nie licząc Arkadiusza Milika, niestety nie widać ich na horyzoncie, może poza Dawidem Kownackim…).

To wypowiedź z tego samego gatunku, co krytyka władz Bayernu za nie sprowadzenie odpowiednio wielkich gwiazd. Kilku kolegów w szatni Monachium miało prawo poczuć się niekomfortowo, tak jak i teraz w szatni Narodowego. W przypadku kadry odczytuję ją jako apel do kolegów o pracę nad sobą. Nie pozwalający im zachłysnąć się samym awansem i zapomnieć jak wyglądał mecz w Kazachstanie, jak z Armenią na Narodowym, jak z Danią. O błędach, które w Erywaniu pozwoliły zdobyć gola tak słabym gospodarzom, a Czarnogórcom doprowadzić w niedzielę do remisu 2:2.

To słowa ambitnego, pragnącego sukcesów sportowca, który mówi jak jest, nie lukruje, nie ściemnia w imię poprawności. To zupełnie nowa twarz Lewandowskiego. Ale podoba mi się.

Ma szczęście Nawałki, że doczekał się takiego lidera. Arcyskutecznego na boisku i biorącego odpowiedzialność poza nim. To nagroda za decyzje selekcjonera, który sporo zaryzykował i nie bacząc na wzbudzone kontrowersje, przekazał Lewemu opaskę kapitana. I za znalezienie pomysłu na napastnika, wygwizdywanego u poprzednika za to, że nie jest tak skuteczny w reprezentacji jak w klubie. U Nawałki Lewandowski zdobył 33 gole w 33 meczach. I rozpoczął już drugą 50.

Ma i Lewy szczęście do selekcjonera. Nawałka nie spoczął na laurach po udanym Euro 2016. Nie jest przypadkiem, że jako pierwszy trener w historii naszego futbolu awansował na drugi turniej z rzędu. Uniknął błędów poprzedników jak Leo Beenhakker, Paweł Janas czy Jerzy Engel.

W udowodnił nam i zawodnikom, że potrafi zarządzić kryzysem. Najpierw przywracając drużynę do pionu, gdy w pierwszych meczach po turnieju we Francji kilku piłkarzy „zostało w hali odlotów”. Męska rozmowa i ultimatum zaowocowały świetnym występem Rumunią, jednym z najlepszych pod jego wodzą. Pomógł też zespołowi wrócić na właściwe tory po laniu w Kopenhadze, choć taka klęska mogła wykoleić nasze mundialowe aspiracje.

Układ” między takim trenerem i takim liderem pozwalają z optymizmem myśleć o misji: Rosja. Czyli o wyjściu z grupy, jaka ona nie będzie. Wybiegać dalej nie warto.

Adam Nawałka

Czy wirtualni piłkarze wygryzą prawdziwych?

Alex HunterJesteśmy przyzwyczajeni, że piłkarze podpisują w dzisiejszych czasach bajońskie kontrakty reklamowe. Jak wiadomo najwięcej na reklamie – bo ponad 100 mln euro rocznie – zarabia Cristiano Ronaldo. Marketingowymi maszynkami do zarabiania pieniędzy są też Neymar czy Leo Messi. Jednak wraz z wydaniem nowej edycji gry FIFA 18 nastąpił absolutny przełom. Po raz pierwszy w historii kontrakt reklamowy podpisał zawodnik… wirtualny! Niejaki Alex Hunter reklamuje w FIFA 18 Coca-Colę Zero, której marki został ambasadorem.

Jak pisze serwis wirtualnemedia.pl, Hunter – bohater trybu fabularnego w FIFA – zadebiutował w grze w ubiegłym sezonie. Okazał się takim talentem, że biły się o niego czołowe kluby angielskiej Premier League. Ostatecznie wylądował w Manchesterze United. W najnowszej edycji ma zostać kolegą Neymara w PSG, a z czasem wyjechać do MLS by grać w LA Galaxy. Oczywiste jest, że gwiazda takiego formatu podpisuje kontrakty reklamowe. Coca Cola stworzyła spot, w którym widzimy chłopca, nieśmiało podającego swojemu idolowi puszkę, zachęcając go tym samym do wspólnego zdjęcia. Spot można oglądać w grze ale także i w prawdziwym życiu – na YouTubie. Fikcyjny piłkarz ma też pojawiać się na prawdziwych puszkach i butelkach. To pierwszy raz w historii, kiedy bohater gry komputerowej zostaje zaangażowany w promocję prawdziwego produktu.

Czy doczekamy się czasów, że firmy będą więcej płacić wirtualnym zawodnikom z gry niż prawdziwym? Może ktoś zamiast przepłacać Messiego czy Ronaldo, będzie wolał wykreować nowego idola? Zagrożenie dla żywych zawodników jest realne. Każda edycja gry FIFA jest niezwykle popularna i zazwyczaj bije rekordy sprzedażowe. Gdy na rynek weszła FIFA 17 tylko w pierwszym tygodniu kupiło ją 21 milionów osób, z czego 12 milionów zaangażowało się w tryb fabularny, którym występuje Alex Hunter. I ma on tę przewagę nad prawdziwymi graczami, że może dowolnie zmieniać kluby w grze, nie oglądając się na widzimisię i strategię władz klubów. Prawdziwe kluby już chwalą się zresztą pozyskaniem go w swoich kanałach na YT czy Facebooku. Tylko czekać, aż ktoś wypuści koszulki z jego nazwiskiem, a te zaczną przebijać ilością sprzedaży Neymara, Messiego czy Roberta Lewandowskiego. Nazwiecie to szaleństwem? Czy w czasach, w których coraz bardziej na znaczeniu zyskuje e-sport, a dzieciaki wolą oglądać transmisje meczów w FIFA na wirtualnym Parc des Princes czy Camp Nou zamiast na prawdziwych stadionach, aż tak bardzo nas to zdziwi? Alex Hunter, Neymar, Dani AlvesOd lewej: Alex Hunter, Neymar, Dani Alves :)

Kto się upomni o współczesnych niewolników

Demonstracja przeciwko złemu traktowaniu robotników w KatarzeWładający futbolem szejkowie z Kataru zapewne życzyliby sobie, żeby świat koncentrował się na sukcesach należącego dni nich PSG w Lidze Mistrzów. Drużyna zdała właśnie pierwszy wielki test, upokarzając na Parc des Princes Bayern Monachium. Albo już – pal diabli – na konflikcie w paryskiej szatni, gdzie nie wszyscy kochają Neymara i akceptują jego arcygwiazdorski status, zresztą – jak było widać w środowy wieczór – konflikt nie przeniósł się na boisko.

Niestety także w środę pozarządowa organizacja zajmująca się ochroną praw człowieka, Human Rights Watch ogłosiła kolejny raport na temat nieludzkich warunków, w jakich pracują w Katarze zagraniczni robotnicy, budujący infrastrukturę na mundial w 2022 roku.

Wg Human Rights Watch ponad 800 tys. robotników wznoszących obiekty na mistrzostwa świata pracuje w warunkach stanowiących zagrożenie nie tylko zdrowia ale i życia. Rocznie giną setki z nich. Niestety władze Kataru odmawiają szczegółowych informacji, sporadycznie przeprowadzają śledztwa w celu wyjaśnienia przyczyny zgonów, nie mówiąc o wypłacie odszkodowania rodzinom w Bangladeszu, Pakistanie, na Filipinach czy biednych krajach Afryki skąd Katarczycy importują tanią siłę roboczą.

Jak pisze „Guardian”, ostatnie ujawnione liczby pochodzą z 2012 roku. Katarczycy przyznali wówczas, że śmierć poniosło 520 pracowników, jednak aż w 385 przypadków nie zbadano okoliczności zgonów.

Organizacje praw człowieka już wcześniej alarmowały, że cudzoziemscy robotnicy giną, pracując na wysokościach bez stosownych zabezpieczeń (w ubiegłym roku miało z tego powodu zginąć 35 z pracowników), często po kilkanaście godzin dziennie. Ponadto pracodawcy traktują robotników jak niewolników, uzależniając wypłaty od własnego widzimisię. Często ich biją, głodzą, zdesperowani przyjezdni nie mają się nawet komu poskarżyć.

Robotnicy w KatarzeŻycie „współczesnych niewolników” pracujących w Katarze dobitnie pokazuje film dokumentalny Adama Sobela „Workers Cup”, zaprezentowany w styczniu na festiwalu w Sundance, który lada moment trafi do kin na całym świecie. Opowiada on o zawodnikach biorących udział w turnieju zorganizowanym dla pracowników firm budowlanych w Katarze, jednocześnie śledząc ich losy codzienne.

Poznajemy 21-letniego Kennetha z Ghany, który marzył o zostaniu piłkarzem i w tym celu przybył do Kataru, ale oszukano go. Choć zapłacił agentowi 1500 dolarów, okazało się, że będzie tu budował stadiony zamiast na nich grać. Umesha z Indii, który przez osiem lat nie zobaczy swojej rodziny, w tym synów, którym nadał imiona na cześć gwiazd Manchesteru United. Kenijczyka Paula, który odcięty od rodziny walczy z samotnością szukając miłości na Facebooku. Padama z Nepalu, którego związek z żoną rozpada się z powodu oddalenia.

Mieszkają w kontenerach na przedmieściach, by nie razić widokiem możnych obywateli Dauchy. Nie wolno im się poruszać po mieście ani w ogóle państwie samodzielnie. Nie mogą odejść z firmy, znaleźć sobie lepiej płatnej pracy czy w lepszych warunkach. O ich losach decyduje pracodawca. On tez decyduje kiedy wrócą do domu, ponieważ ich paszporty są konfiskowane natychmiast po przyjeździe. Zwykle bez względu na to, co dzieje się z ich rodzinami w ojczyźnie, muszą do końca wypełnić kontrakt.



W najnowszym raporcie Human Rights Watch skupiła się na zgonach z powodu pracy w nieludzkim upale. Wg Katarczyków wielu robotników umiera w trakcie pracy „z powodów naturalnych”, dlatego nie badają okoliczności śmierci. A jeśli nawet badają, to jak w przypadku 48-letniego Jaleshwara Prasada, ogłaszają, że „śmierć nie miała nic wspólnego z warunkami pracy”.

Jednak zdaniem autora raportu HRW, Nicholasa McGeehana, przyczyną często są udary mózgu, zawały serca czy niewydolność oddechowa, wywołane pracą w ciągu dnia w temperaturze sięgającej latem nawet 50 stopni Celsjusza. W przypadku zmarłego w kwietniu Prasada, temperatura sięgała w ciągu dnia do 39 stopni.

W Katarze obowiązuje narzucona przez rząd przerwa w pracy na budowach w godzinach największego upału, czyli od 11.30 do 15.00, ale tylko od 15 czerwca do 31 sierpnia. Eksperci HRW uważają, że to nie wystarcza. Godziny pracy powinny być dostosowane do bezpiecznych temperatur, a nie godzin czy kalendarza. Analizy meteorologiczne na podstawie systemu Humidex, mierzącego poziom gorąca i wilgotności, w ubiegłym roku w Dausze wszelka praca poza klimatyzowanymi pomieszczeniami groziła udarem przez 1176 godzin, także w nocy. Tymczasem rządowa przerwa objęła tylko 273 godziny.

We wnioskach do swojego raportu McGeehan wzywa rząd Kataru do wnikliwej analizy zgonu każdego robotnika i wprowadzenia nowych przepisów chroniących pracujących na otwartej przestrzeni. W przeciwnym razie będzie dochodzić do co raz większej liczby wypadków w miarę jak finiszować będą prace nad mundialową infrastrukturą. Dziś przy budowie samych stadionów pracuje 12 tys. robotników, wkrótce ich liczba ma się potroić do 35 tys.

FIFA, narodowe federacje piłkarskie oraz sponsorzy mistrzostw świata zamiast stać z boku i umywać ręce, powinny wywierać presję na władze Kataru, by lepiej chroniły robotników przed upałem i wilgotnością. – Powinny zażądać też odpowiedzi na dwa proste pytania: ile osób zginęło przy pracy na budowach od 2012 roku i w jakich okolicznościach – mówi McGeehan. Robotnicy w Katarze