Jedna kara dla dopingowicza zamiast szycia na miarę!

Ależ wstrząsnęła nami w tym tygodniu seria niefortunnych dopingowych zdarzeń! Niestety także i z udziałem Polaków. Oto w organizmie boksera Andrzeja Wawrzyka, szykującego się do walki o mistrzostwo świata wagi ciężkiej wykryto stanozolol, archaiczny steryd pozwalający zwiększyć masę mięśniową. Ten sam, który był przyczyną dyskwalifikacji najsłynniejszego dopingowicza w historii sportu – kanadyjskiego sprintera Bena Johnsona, tuż po pobiciu rekordu świata w biegu na 100 podczas igrzysk w Seulu w 1988.

Prestiżowy pojedynek Wawrzyka z Deontayem Wilderem w Alabamie odwołany, Polakowi grozi długa dyskwalifikacja, wstyd na całe środowisko. To zresztą trzeci przypadek dopingu w polskim boksie w ostatnim czasie. Dopiero co na stosowaniu zabronionych środków przyłapano Michała Cieślaka i Nikodema Jeżewskiego.

Nie wiadomo czy nie będzie musiał chyłkiem uciekać z ojczyzny Jamajczyk Nesta Carter. To przez niego legendarny Usain Bolt stracił właśnie dziewiąty złoty medal olimpijski i możliwość szczycenia się tzw triple-triple, czyli zdobytymi trzema złotymi medalami na trzech kolejnych igrzyskach. Obaj wywalczyli złoto w sztafecie na 100 metrów na igrzyskach w Pekinie (jeszcze z Asafą Powellem i Michaelem Fraterem), bijąc przy tym rekord świata. W środę MKOl zakończył oficjalnie śledztwo, dowodząc że Carter stosował w 2008 roku metyloheksanaminę i zdyskwalifikował całą ekipę. Tu już wstyd poszedł na cały świat.

Nie wiadomo czym skończą się oskarżenia legendy siatkówki, byłego kapitana reprezentacji Brazylii, Giby jakoby aż siedmiu reprezentantów Rosji miało być na dopingu w pamiętnym finale olimpijskim w Londynie w 2012 roku (Sborna pokonała wówczas Canarinhos 3:2). Giba, który jest obecnie szefem komisji zawodniczej w FIBV, zamierzał w czwartek szukać dowodów w siedzibie federacji w Lozannie i jeśli wszystko się potwierdzi, chce doprowadzić do przyznania złota Brazylii. Dziś wycofuje się z zarzutów, zobaczymy czym skończy się sprawa…

Therese JohaugA w środę w Oslo rozpoczął się głośny proces Therese Johaug, oskarżonej o przyjmowanie sterydów anabolicznych. U słynnej norweskiej biegaczki wykryto clostebol. Sąd musi rozstrzygnąć czy rzeczywiście wzięła zakazany środek nieświadomie, ale też trudno znaleźć sportowca, który w podobnym przypadku mówiłby coś innego. Adwokat Johaug przekonuje, że wykryty w jej organizmie steryd pochodził z maści Trofodermin, który stosowała na poparzone słońcem wargi. Co prawda na opakowaniu było informacja, że zawiera niedozwolony środek (już sama nazwa „bol” sugeruje anabolik), ale biegaczka w pełni ufała lekarzowi kadry z 30-letnim stażem, który kupił lek.

Co innego tu niepokoi. Nawet zakładając, że Johaug wprowadziła clostebolu do organizmu zupełnie nieświadomie, jego stężenie – jak ujawniła komisja antydopingowa – wynosiło 13 nanogramów na mililitr. Kolarz Stefano Agostini, u którego wykryto cztery lata temu zaledwie 7 nanogramów clostebolu na mililitr, został zawieszony na 15 miesięcy. Tymczasem komisja antydopingowa domaga się dyskwalifikacji na… 14 miesięcy.

Dlaczego tyle? Ano dlatego, że taki wyrok pozwoli Johaug wystąpić na igrzyskach olimpijskich w Pjongczang. Będzie miała równo miesiąc na wywalczenie kwalifikacji.

Takie szycie ewentualnej kary na miarę planów startowych przyłapanego sportowca wydaje mi się wielce nieuczciwe. Jeśli zawodnik jest niewinny i udowodni, że użył zakazanego środka nieświadomie albo w wyniku cudzego niedbalstwa, to w ogóle go nie karajmy. Jeśli próbował oszukać, stosował tzw twardy doping albo nawet wykazał się niedbalstwem – niech spotka go kara, ale taka sama dla wszystkich. Dwa lata dyskwalifikacji, bez kierowania się tym czy weźmie udział w jakiejś ważnej imprezie czy nie, co na to sponsorzy etc.

W walce z dopingową zarazą poszedłbym jeszcze dalej. Uważam, że kto raz został przyłapany na tym najbardziej haniebnym występku w sporcie, podważającym zaufanie kibiców do dyscypliny, powinien automatycznie stracić prawo do występu na igrzyskach w przyszłości. Rozumiem, że każdy zasługuje na drugą szansę, nie żądam więc dyskwalifikacji dożywotniej za pierwszą wpadkę. Ale kto raz zbrukał się twardym dopingiem, nie powinien być godzien naszych emocji na tej najważniejszej sportowej imprezie!

Wyobraźmy sobie, że Adrian Zieliński wygrywa batalię (którą prowadzi) o skrócenie czteroletniego zawieszenia, na tyle by móc wystąpić na igrzyskach w Tokio 2020 roku. Czy jesteśmy w stanie zapomnieć co wydarzyło się w Rio, kibicować mu z czystym sercem i cieszyć się z ewentualnego sukcesu? A potem fetować po przyjeździe i nagradzać głosem np. w plebiscycie Przeglądu Sportowego? Ja bym nie umiał.

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.