W fawelach Rio: „Nikt was tu nie okradnie, bo mu odrąbią rękę”

Fawela PalmeirasTyle podczas mundialu mówi się o brazylijskich fawelach, siedlisku biedy i przestępczości, brutalnie spacyfikowanych przed turniejem, żeby nie stanowiły problemu. Postanowiliśmy zobaczyć jedną z bliska. Pojechaliśmy w składzie: Basia Bardadyn, Bartek Buk, Tomek Ćwiąkała i Przemek Langier. Wybraliśmy Complexo do Alemão, jedną z największych faweli Rio de Janeiro. Okrytą złą sławą, gdzie ludzie z południa Rio nigdy się nie zapuszczają, a podczas mundialu kilka razy dochodziło tam do strzelaniny. Jedziemy bez strachu, mamy dobrego przewodnika…

Bandzior pilnuje porządku
Ledwo wjeżdżamy w rozłożoną na wzgórzu fawelę, gdy nagle rozlega się huk. Nie zdążyliśmy się na dobre przestraszyć, bo niebo od razu zakryły fajerwerki. Nie na naszą to cześć, ale Kolumbii, która właśnie strzela kolejne gole Japonii. Kolumbia ma w fawelach wielu fanów, nie tylko wśród dilerów i handlarzy narkotyków, których stragany z kokainą stoją otwarcie obok tych z warzywami i owocami nawet podczas mundialu.
- Kiedyś fajerwerki to był sygnał dla całej faweli, że policja wjeżdża na akcję. Czujki dyżurowały cały czas i ostrzegały w porę tych, którzy potrzebowali ostrzeżenia. Dziś ten zwyczaj zanikł, bo po pacyfikacji faweli przed mundialem policja i wojsko po prostu w nich zostały – wyjaśnia nasz przewodnik, Marek Polak, który od roku mieszka w Rio de Janeiro i pisze doktorat o fawelach na miejscowym Uniwersytecie Stanowym.
I wydaje polecenie, żebyśmy zgasili w samochodzie światła. Bo na światłach wjeżdża tylko policja, więc to źle się miejscowym kojarzy. Podobnie jak okulary przeciwsłoneczne. Lepiej nie budzić podejrzenia, że jesteśmy tajniakami. I tak będziemy bacznie obserwowani. Ale bać się nie mamy czego, mimo że wchodzimy z kamerą wartą kilkadziesiąt tysięcy złotych.
- Po pierwsze cały ten strach przed fawelami i ich przestępczością, nakręcany przez światowe media to wielki mit. W Alemao mieszka prawie sto tysięcy ludzi, ale bandytów jest może ze 400 . Cała reszta to zupełnie normalni ludzie, zajęci swoimi sprawami – opowiada Marek.
Każda fawela ma swoich władców, którzy bardzo rygorystycznie dbają o przestrzeganie oddolnego prawa. Najważniejsza zasada zabrania kraść w faweli. Każdemu kto coś ukradnie lub okradnie tych, którzy tu wjadą jak my, zostanie odrąbana ręka. Sprawca szybko zostanie ustalony, tu wszyscy wiedzą wszystko. Tu nie czyni się drugiemu tego, co drugiemu niemiłe. Społeczność jest bardziej zwarta, wszyscy się znają, więc nikt nikomu krzywdy nie robi. Dlatego w fawelach nikt tu nie zamyka domu na zamek, choć w większości na ścianach wiszą plazmy z nielegalną kablówką.
- Fawela ma gospodarza. Na zewnątrz są politycy. Tutaj jest bandzior, szef gangu o całego wzgórza. To on dba o porządek w swoim gospodarstwie. Sprawuje efektywną władzę, ma swoje terytorium, ma swoją ludność. Prawo w faweli przestrzegane jest bardzo skutecznie, ponieważ jest to prawo oddolne, nie jest narzucane – mówi Polak.

Widok z kolejki linowej na fawelę Morro AdeosIdź z Bogiem na wzgórze Niemca
Wisimy nad sięgającym po horyzont morzem jednoizbowych domków z pustymi oczodołami okien i dachami, krytymi falistą blachą. Siedzimy w kolejce linowej, oddanej do użytku w 2011 roku, łączącej pięć wzgórz faweli Alemao – Bonsucesso (Udanego sukcesu), Morro do Adeos (Wzgórze „idź z Bogiem”), Morro da Baiana (Wzgórze Baiany), Morro do Alemão (Wzgórze Niemca – tak naprawdę Polaka, należało bowiem w XIX wieku do Leona Kaczmarkiewicza, ale lokalesi nie byli w stanie wymówić nazwiska i przechrzcili na Niemca, jak w Brazylii nazywa się obcych), Itararé i Palmeiras. To niezwykłe ułatwienie dla mieszkańców. Wcześniej z miejsca na można było dojść tylko plątaniną labiryntu korytarzy i schodów.
Marek wskazuje nam z góry długą ulicę, wyraźnie dzielącą na połowę dwie części faweli. – Najgorsze co może być dla faweli to obecność w niej dwóch z trzech gangów, Amigos dos Amigos, Comando Vermelho lub Terceiro Comando, bo wtedy dochodzi do wojny domowej, w której często padają niewinne ofiary. Opowiadano mi, że między tą ulicą latały kule jak w Sarajewie. Ludzie w okolicy musieli czołgać się na brzuchu – opowiada.
Pacyfikacja Complexo do Alemão odbyła się w 2010 roku. Policja i wojsko wprowadziło tu do walki 21 tysięcy żołnierzy, w tym elitarną jednostkę BOPE, komandosów marines. Wsparcia udzieliło 800 spadochroniarzy, wozy opancerzone i śmigłowce, z których strzelali snajperzy. Walkę podjęło około 600 uzbrojonych po zęby i doskonale znających zawiłą mapę wzgórz bandytów. Bitwa trwała tydzień. Wg oficjalnych danych, w które nie bardzo można wierzyć, zginęło 39 bandytów i trzech policjantów.

Po pacyfikacji w faweli nastała cywilizacja. Powstały sklepiki, stragany, budki z napojami, uliczne bary. Władze miasta zaczęły wywozić śmieci, dzięki czemu z ulic zniknął smród nie do wytrzymania. Podciągnięto prąd, dzięki czemu w domach zagościły telewizory i klimatyzatory. Na dachach zawisły anteny satelitarne. Zaczął działać wewnętrzny transport przy pomocy wysłużonych „ogórków” Volkswagena.
- Gdybyśmy poszli do faweli w strefie południowej, Rosinhii czy Vidigal to zobaczylibyśmy samochód małolitrażowy na ulicy. W ciągu ostatnich lat wykształciło się coś, co nazywam klasą średnią niższą. Ci ludzie pracują w mieście i posyłają dzieci do szkoły, żeby dać im szansę. Wciąż jednak niestety cieszą się bardzo złą opinią przez ten niewielki procent bandytów, znany w Rio z przemocy. Przez nich wszyscy mieszkańcy faweli niosą ten stygmat, stereotyp i niestety są wykluczeni z przestrzeni miejskiej – opowiada Polak.
Pozostał problem handlu narkotykami. Podczas naszej wędrówki dostaliśmy propozycję od młodzieńców puszczających latawce (ulubiona zabawa, nad fawelą wisi ich mnóstwo) kupna kokainy o wiele taniej „niż na mieście”.
- Tam, gdzie jest popyt, tam jest też podaż. Narkotyki trafiają do Rio z Kolumbii, przez granicę boliwijską. To nie jest tranzyt, one są przeznaczone na rynek wewnętrzny, dla konsumpcji miejscowej. Podstawowym narkotykiem jest kokaina, sprzedaje się też dużo marihuany, natomiast narkotykiem biedoty jest crack, czyli pochodna kokainy. To jest gigantyczny problem społeczny, ale nie jest to problem faweli. Błędne jest kojarzenie narkomanii z fawelą, to nie ma ze sobą nic wspólnego – przekonuje Marek.

Prezent od FaboliPrzestępca albo piłkarz
Wysiadamy na ostatniej stacji Palmeiras i zapuszczamy się w dół. Zasada faweli jest taka, że im wyżej tym biedniej. Najlepiej mają ci, którzy mieszkają na płaskim. Otaczają nas bosonogie dzieci, które dotąd bawiły się zjeżdżając na zgniecionych butelkach po trawie ze stromej górki. Każde chwyta kogoś za rękę i nie odstępuje na krok. Płacz, bo ręce mamy tylko po dwie, a kandydatów znacznie więcej.
Marek przestrzega, żeby dzieciakom nie rozdawać pieniędzy, jeśli będą prosić, ale one wcale nie naciskają. To my dostajemy w prezencie świerszcza. Przyprowadzają zwierzaki, małe pieski i zaspane kotki, żeby się nimi pochwalić. Wypytują skąd jesteśmy. Nazwa „Polonia” nic im nie mówi. Colombia? Pytają ile godzin lecieliśmy do nich samolotem. – 15?! – łapią się za głowę. Jakie to uczucie lecieć samolotem? Chwytają nasz notes, żeby w nim coś dla nas narysować i wpisać swoje imiona, żebyśmy nie zapomnieli.
Umieją pisać, wszystkie chodzą do szkoły. Za każde dziecko, które podjęło edukację państwo płaci matkom (właśnie matkom, nie ojcom, którzy mogą przepić lub „pójść w długą”) po 300 reali (około 400 zł). – Jednak na studia najłatwiej pójść po szkole prywatnej, a na taką stać tylko bogatych rodziców. Dlatego z faweli mało kto dostaje się na studia – mówi Marek.
Na szczycie wzgórza gdzie w miarę płasko na otoczonym siatką piaszczystym boisku chłopaki grają w piłkę. Na bosaka. Ożywiają się na nasz widok, ten który przejmie piłkę, zanim odda popisuje się żonglerką, drylingiem. Przyglądający się grze pytają nas o najlepszego piłkarza świata wszech czasów. – No, Pele i Maradona – odpowiadamy ostrożnie. – Błąd! Tylko Ronaldinho Gaucho! – wykrzykuje jeden z nich. A z obecnie grających, Messi czy Cristiano Ronaldo? Zastanawiamy się, czy na wszelki wypadek nie powiedzieć, że Neymar, ale chłopaki są kompletnie nie agresywne, raczej zaciekawieni opinią obcych o mundialu i czy Brazylia daje radę.
Czy dzieciom z faweli łatwo jest przebić się do któregoś z wielkich brazylijskich klubów?
- Jeśli okażą talent to tak. Dla wielu z nich to jedyna szansa na wyjście z faweli. Wiedzą o tym doskonale. W fawelach w całej Brazylii skauci uważnie obserwują chłopców na placach czy boiskach. Najlepszy przykład takiego wypatrzonego to Ronan, który właśnie trafił do Legii. Był w małym klubiku Espirito Santo, tam zauważył go skaut i w wieku 10 lat zabrał go do szkółki Fluminense – opowiada Marek.
Gdy ktoś z faweli zostaje piłkarzem, od razu zostaje wywyższony przez swoich. Bardzo często utrzymuje później cały klan, bo fawele żyją klanowo. Patrząc na składy drużyn nie tylko tych największych klubów od razu po imieniu widać kto jest z faweli. Jeśli tylko zamiast nazwiska jest charakterystyczna ksywa albo jakieś dziwne imię jak Julcimar, to wiadomo, że dzieciak jest stąd.
Przed pacyfikacją w fawelach nie było żadnych klubów. Teraz to się zmienia. Powstają boiska na wzór polskich „Orlików”. Szkolenie zaczyna się już w wieku 4-5 lat; ta kategoria nazywa się Dragonzinhos, czyli Smoczki. Bierze się całe masy dzieciaków, ocenia się ich pod względem motorycznym, szybkościowym itd.
- W faweli dzieciaki wiedzą, że mają dwie opcje: zostać przestępcą i mieć na wszystko pieniądze oraz najlepsze dziewczyny, albo zostać piłkarzem i mieć to wszystko legalnie. To są dwie drogi, którymi najbardziej chcą iść – mówi Polak.

W faweli PalmeirasMundial nie da im nic
Zachodzi słońce i w ciągu pięciu minut zapada mrok. Wycofujemy się, bo po zmroku fawela rządzi się innymi prawami i lepiej nie kusić losu. Na dolnej stacji kolejki mijamy setki podążających do domu spracowanych osób. Fawele po okresie gigantycznego bezrobocia i upadku przemysłu w Rio, nowe pokolenie weszło do sfery usług. Fawela zaczęła konsumować, jej mieszkańcy zaczynają chodzić do centrów handlowych.
- Problem tkwi w tym, że kiedy taki człowiek wychodzi z faweli, staje się ciałem obcym w społeczeństwie białym. Jest wykluczony, od razu obdarzony stygmatem. Nie dostanie normalnej pracy, nawet jeśli posiada kwalifikacje i jest skazany na niższe zarobki. Ale jest pracowity. Znam tutaj ludzi, którzy pracują po 15 godzin dziennie i mówią o tym z uśmiechem – mówi Polak.
Jego zdaniem mieszkańcy faweli nie zyskają na mundialu absolutnie nic. Turniej odbywa się niby tuż obok, ale jednak bardzo daleko. Mogą go sobie obejrzeć w telewizji. Zaś pacyfikacja i cywilizowanie faweli są robione nie dla nich, ale dla zysków politycznych i ekonomicznych. Po pacyfikacji faweli kilometr dalej rosną ceny gruntów, na czym znakomicie zarabiają deweloperzy.
- Pytanie brzmi, co się stanie po igrzyskach olimpijskich w Rio? Jeśli po obu wielkich imprezach policja wyjdzie z faweli nastąpi efekt jojo. Wszystkie problemy wrócą ze zdwojoną siłą i miasto pogrąży się w chaosie – kończy.
Z głośników na dolnej stacji kolejki ryczą „Cztery Pory Roku” Antonio Vivaldiego. Słuchając klasycznej muzyki do snu na kartonach i gazetach układają się wzdłuż ulicy ci, których w faweli nie stać nawet na kilka metrów klepiska pod dachem…

Futebol w faweliVictoria

6 Komentarze

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.