Koniec karnawału w Brazylii odroczony do meczu z Kolumbią?

James Rodriguez To był niesamowity dzień na mundialu. Widzieliśmy dwa jakże odmienne triumfy i dwie odmienne klęski. Łzy radości Brazylii i łzy smutku Chile. Kolumbijczycy oczywiście byli zachwyceni awansem do ćwierćfinału, ale nie było żadnych łez, raczej „piątki” po dobrej robocie i okrzyki, że „to kolejny krok do wielkości, teraz trzeba wykonać następny”. I oczywiście oklaski na cześć Jamesa Rodrigueza, pierwszego piłkarza od 2002 roku, który strzelił gole w każdym z pierwszych czterech meczów mundialu, czym wyrównał osiągnięcie Ronaldo i Rivaldo z turnieju w Japonii i Korei w 2002.
Urugwajscy piłkarze nie rozpaczali po odpadnięciu, a przynajmniej nie tak rozpaczliwie jak Chilijczycy. Po ostatnim gwizdku widziałem zapłakanych kibiców „Celeste”, np. kobietę ciągnącą za rękę może 10-letniego synka, chlipiącego na potęgę, których serdecznie pocieszali kibice Kolumbii. Ale sami zawodnicy Oscara Tabareza byli raczej źli niż smutni, na siebie, FIFA, międzynarodowe media za „spisek”, którego efektem było wyrzucenie Luisa Suareza. Jakby jeszcze przed meczem wiedzieli, że wszystko ma się skończyć ich odpadnięciem z turnieju.

col5

Niezwykle znamienne były łzy szczęścia Brazylijczyków po ostatnim karnym Gonzalo Jary, który trafił w słupek. Canarinhos i ich fani na stadionie Belo Horizonte cieszyli się jakby Brazylia właśnie wygrała finał. Łzy Neymara czy Julio Cesara były łzami wielkiej ulgi. A przecież zabrakło centymetra, dwóch, żeby ich nerwówka trwała nadal i Bóg wie czym skończyła się. Zaglądając w oczy zawodników Luisa Felipe Scolariego, gdy szykowali się do serii jedenastek, miałem wrażenie, że widzę ogromny strach. Rozmodlony kapitan Thiago Silva, ściskający Julio Cesara jakby ten właśnie miał ruszyć przed pluton egzekucyjny. Twarz samego Cesara, wchodzącego do bramki, jakby za chwilę miał przed nim stanąć chilijski żołnierz z odbezpieczonym Mauserem, a nie piłkarz…

Oglądaliśmy to spotkanie w jednej z tysięcy knajpek Rio de Janeiro, obleganych przez kibiców w żółtych koszulkach. Kibicowali ze wszystkich sił, aż ich nosiło. Co chwila ktoś przebiegał przez środek z trąbiąc na caxiroli, lokalnym odpowiedniku wuwuzeli. Co chwila za naszymi plecami grzmiały petardy, a niebo przesłaniały fajerwerki. Wszystko na próbę, w oczekiwaniu na właściwy moment. Niby nadszedł, gdy gola na 1:0 na spółkę z Jarą strzelił David Luiz. Ale Chile po chwili wyrównało i patrząc na grę swych Canarinhos, zwłaszcza bezradnego Neymara, pudła Freda i jeszcze gorsze Jo, który go zastąpił, nieefektywnego Dani Alvesa, Fernandinho, który miał nie wiele więcej kontaktów z piłką od Cesara, co raz częściej klaskali ze zniecierpliwienia w ręce, pokrzykiwali do monitora. Od „chilijskiego pajaca” dostało się kelnerowi, traf chciał, że akurat Chilijczykowi, który aż łapał się za usta, żeby uśmiechem nie irytować stałych bywalców. Co raz więcej znaków zwiastowało katastrofę, której tak bardzo obawiają się wszyscy w Brazylii. A raczej obawiają się porażki w finale, tu zaś w powietrzu wisiała „horizontaza”, „mineiraza”, „chileaza” i cały inny zastęp przeklętych mutacji „maracanazy” od finałowej porażki z Urugwajem w 1950. – Żeby Belo Horizonte nie trzeba było zmienić na Feio Horizonte (ładny na brzydki) – rzucił któryś z gości.

Ulga BrazyliiBrazylia grała tylko zrywami. Ani przez chwilę nie zdominowała rywala. Gola strzeliła po stałym fragmencie, rzadko jednak wykorzystywała przewagę nad Chile w powietrzu, której nie będzie miała w konfrontacji z Kolumbią. Podobnie jak lepszego przygotowania fizycznego. Chilijczycy zwłaszcza po zejściu Arturo Vidala stracili siłę i rozpęd. Kolumbii zdominować fizycznie raczej im się nie uda, tym bardziej, że z powodu żółtych kartek nie będzie mógł zagrać Luiz Gustavo.

To czego byliśmy świadkami dwie godziny później na Maracanie, było prawdziwym pokazem siły reprezentacji Kolumbii. Kto wie czy gdyby zamiast mrowia urugwajskich kibiców w maskach z twarzą Luisa Suareza, na boisku objawił się on sam, wiele by to zmieniło? Grająca w ustawieniu 4-2-2-2 drużyna Jose Pekermana, Argentyńczyka, który na mundialu nigdy nie przegrał meczu (nie licząc porażki w karnych z Niemcami w ćwierćfinale MS w 2006 roku) narzuciła rywalom swój ofensywny, piękny styl. I przede wszystkim miała swojego bohatera – 22-letniego „Hamesa” Rodrigueza, który strzelił dwa gole, w tym pierwszego – pewnego kandydata do bramki turnieju. Brazylijczycy marzyli, żeby w Chile w takiej roli właśnie wystąpił Neymar. Ale zawodnik Barcelony błysnął tylko raz, gdy pewnie wykorzystał karnego, o co – jak ujawnił po meczu – gorąco się modlił do Boga, prosząc o siłę i wsparcie, w trakcie marszu na jedenasty metr.

Col4

Dzięki wygranej, która dla Kolumbii jest historycznym sukcesem, ale także przekonywującemu i atrakcyjnemu stylowi gry, drużyna Pekermana jest na fali. Wie, że z Brazylią może tylko wygrać. Że nie jest zakładniczką nieobecnego gwiazdora, Radamela Falcao, że potrafiła wykreować na mundialu nową gwiazdę (a może gwiazdy, obok Jamesa Rodrigueza nie wiele mniej błyszczał Juan Cuardado, który ma już na koncie cztery asysty). Że zmazała traumę z 1994 roku, kiedy na mundial w USA również jechała w roli „czarnego konia”, ale nie zdołała wyjść z grupy, co życiem przypłacił Andres Escobar, zastrzelony w barze autor samobója w meczu z gospodarzami turnieju.

Brazylia, która nie ma wartościowych zmienników (dramatycznie pokazały to zmiany Scolariergo, a zwłaszcza Freda na Jo), która z Chile ledwo wyniosła głowę spod topora ma się czego bać przed meczem w Fortelazie. Na dziś wygląda na to, że koniec karnawału w Rio i całej Brazylii został odroczony do meczu z Kolumbią…

Col3

10 Komentarze

  1. Strach się bać co będzie za 8 lat w Katarze – tam nie tak łatwo będzie FIFA wypchnąć gospodarzy z grupy. Chociaż patrząc na obecny skład Kataru, już widać symptomy rozdawania paszportów (Senegalczyk, Urugwajczyk, Brazylijczyk, Kuwejtczycy etc.).

    Rozstawienie zespołów przed losowaniem w nowy sposób, wg celowo wybranego (data) rankingu FIFA było szwindlem.

    Mam nadzieję, że pseudo reformatorzy Blatter i Platini zostaną odsunięci. Coraz więcej rozgrywek rozbudowanych do granic możliwości.

    Mistrzostwa Europy 24 zespołowe? Przy 54 członkach UEFA, łącznie z marnymi państwami-miastami, to żart. Po co grać eliminacje?
    Teraz Blatter przebąkuje coś o rozszerzeniu MŚ i odebraniu miejsc Europie na korzyść Afryki i Azji. Widać jak słabe są zespoły z tamtych federacji…
    No cóż, ale w Azji jest kasa i trzeba ją kosić :/

  2. Kolumbia musi wyrzucić Brazylię z Mundialu bo obecnie gra lepszą piłkę niż Canarinhos, Kolumbia zagrała wczoraj świetny mecz i musi to powtórzyć w Piątek. Brazylia z taką grą niech zapomni o tytule.

  3. @Normals
    Jestem przekonany, że mundial 2022 nie odbędzie się w Katarze. latem się nie da – bo piekło na ziemi, a żeby rozegrać zimą musieliby postawić na głowie wszystkie rozgrywki, jak FIFA spróbuje zepsuć Ligę Mistrzów to UEFA gotowa zrobić secesję o czym już przebąkiwano na kongresie w Sao Paulo.
    Jak nie Katar to może Anglia, której pewnie potrzeba miesiąc, że zorganizować każdy turniej, albo idąc twoim tropem gdzieś w Azji (Chiny? Japonia?) może Australii?

  4. Na swoim blogu jeszcze przed mistrzostwami świata pisałem, że to Kolumbia będzie „czarnym koniem” rozgrywek nie Belgia. Teraz drużyna Pekermana ma szansę wyeliminować Brazylię z ich MISTRZOSTW! Moim zdaniem nie ważne czy we wczorajszym meczu Suarez mogł grać, czy nie mógł. Uważam, że jego obecność nie wiele by dała czwartej drużynie świata. To jest turniej Kolumbii. Mam nadzieję, że wyeliminują Brazylię (chociaż nie chcę się zastanawiać co wtedy zrobi społeczność tego kraju na ulicach) i będą walczyć o finał (z Niemcami?). Jesteśmy świadkami nieprawdopodobnej historii.

    • Stal hartuje się w ogniu.
      Ja bym Brazylii nie przekreślał tak szybko, chociaż Kolumbia zagrała czwarty z rzędu fantastyczny mecz i jest zdecydowanym faworytem turnieju.
      Cztery lata temu Hiszpania przeciskała się do półfinału w bólach, a Niemcy demolowali Argentynę czy Anglię czterema golami i wydawali się murowanym faworytem, ale jak przeszyło co do czego to wytracili impet. Włosi osiem lat temu też bardzo fartownie przeszli Australię w 1/8, a Francja w 1998 to już w ogóle szła jak po grudzie. Karne, dogrywki i, z tego co wiem(bo nie oglądałem, dzieciak byłem) niezbyt wysoki poziom. Liczy się przechodzenie kolejnych przeszkód jak najmniejszym nakładem sił. Belgia w ten sposób gra i jeśli przejdzie USA to z chaotyczną, uzależnioną od Messiego Argentyną nie będzie bez szans. Co do Niemców to znów są faworytami. Widzę ich w finale ale czeka ich pewnie mecz z nieobliczalną Francją.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.