Rio 2016. Zwierzenia attache prasowego

Michał Pol - Attache PrasowyCeremonia Zamknięcia Rio 2016Selfie podczas Ceremonii Zamknięcia Rio 2016 na Maracanie. Fot. Samsung Gear 360 

Przez cały wrzesień miałem przywilej być attache prasowym polskiej reprezentacji paraolimpijskiej na igrzyskach w Rio de Janeiro. Piszę – przywilej – ponieważ ta funkcja pozwoliła mi na wyjątkowe, bezpośrednie obcowanie z wielkimi sportowcami, czego nie przeżyłem nigdy wcześniej. Mieszkałem wraz z nimi w wiosce olimpijskiej, jedliśmy w tej samej stołówce, razem jechaliśmy na zawody. Często byłem pierwszą osobą, z którą dzielili się emocjami po występie, udanym lub nie. Dane mi było słuchać intymnych zwierzeń podczas kontroli dopingowej czy w oczekiwaniu na dekorację medalową. No i oczywiście maszerować z polską ekipą po najsłynniejszym stadionie świata – Maracanie podczas Ceremonii Otwarcia oraz Zamknięcia igrzysk.


Nagrane Samsung Galaxy S7 (więcej o Galaxy)

Ceremonia Zamknięcia Rio 2016Dla dziennikarza to sytuacja niespotykana i spełnienie marzeń. Na pięciu igrzyskach olimpijskich mój kontakt ze sportowcami ograniczał się do spotkań w tzw. strefie mieszanej lub przed wioską olimpijską, gdzie wystawaliśmy godzinami, licząc że ktoś się napatoczy. Bywało, że ktoś odmówił rozmowy, rozczarowany słabszym występem.

Ceremonia Zamknięcia Rio 2016

Ceremonia Zamknięcia Rio 2016W Rio to ja doprowadzałem sportowców do dziennikarzy, zresztą nie zdarzyło się, żeby którykolwiek odmówił rozmowy. Na akredytacji miałem magiczny znaczek „All” uprawniający mnie do wejście… wszędzie. Nawet na „Field of play”, czyli miejsce zawodów – lekkoatletyczną bieżnię, podest szermierczy czy boks tenisa stołowego.


Nagrane Samsung Galaxy S7 (więcej o Galaxy)

Oczywiście nie korzystałem z tego, żeby obecnością nie zdekoncentrować zawodników i sztabu trenerskiego. Przyjemnie było za to znaleźć się za kulisami bezpośrednio po zawodach. Na treningowym basenie pływaków czy salce ciężarowców. Obejrzeć z bliska łzy wzruszenia, wysłuchać wrzasków triumfu, a czasem słów gorzkich jak Grzegorza Pluty, złotego medalisty z Londynu w szabli, skrzywdzonego przez sędzinę w półfinale w Rio. Zostały między nami. W świat poszły gratulacje dla lepszego rywala i wzięcie porażki na klatę jak gdyby nigdy nic, wypowiedziane chwilę później w strefie mieszanej.


Koncert dla paraolimpijczyków 360o Nagrane Samsung Gear 360

Nagrane Samsung Galaxy S7 (więcej o Galaxy)

Funkcja attache sprawiła, że nie zawsze mogłem, niczym rasowy dziennikarz rzucić się na newsa i podać go dalej. Będąc członkiem ekipy musiałem brać pod uwagę przede wszystkim dobro zawodnika. Tak było m.in. w przypadku Krzysztofa Żyłki, tenisisty stołowego na wózku, który… drugiego dnia po przylocie do Rio spadł z wózka w wiosce olimpijskiej i złamał nogę. Zwlekaliśmy z oficjalną informacją, ponieważ mimo wszystko zamierzał wystąpić. Jego niesamowitą historię opisałem tutaj.

Justyna KozdrykWojciech MakowskiTo tylko jedna z nieopowiedzianych historii. Najcenniejsze w roli attache był nieograniczony dostęp do zawodników, praktycznie o każdej porze. Możliwość dodania drobnego wsparcia zawodniczce przerażonej startem, która następnego zdobyła srebrny medal. Czy wyciągnięcie na zwierzenia sąsiadki z pokoju naprzeciwko prosto z imprezy, na której wraz z przyjaciółmi z kadry opijała złoty medal. I usłyszeć z pewnością więcej, niż podczas przelotnej rozmowy w strefie mieszanej…



Nagrane Samsung Galaxy S7 (więcej o Galaxy)

Tuż przed odlotem natknęliśmy się na lotnisku w Rio na miły gest. Tablicę, na której pasażerowie mogli przylepiać podziękowania lub słowa otuchy dla paraolimpijczyków, a ci ostatni je przeczytać…

Rio 2016Rio 2016Rio 2016

 

A teraz… Tokio 2020! Będzie kosmicznie, sądząc po prezentacji gospodarzy…

Nagrane Samsung Galaxy S7 (więcej o Galaxy)

Jak Krzysiek wystartował ze złamaną nogą i zakrzepicą

Krzysztof ŻyłkaNiesamowitą historię opowiedział mi przed chwila na lotnisku w Rio Krzysztof Żyłka, tenisista stołowy na wózku, kiedyśmy czekali na odlot samolotu do Polski!

Drugiego dnia w Rio spadł z wózka w wiosce olimpijskiej i… złamał nogę. Na jakieś nierówności, których pełno. Poleciał dwa metry. Ekipa tenisistów żartowała, że w takiej formie powinien wystartować w skoku w dal. Nie wiedział, że noga jest złamana. Nie czuje nóg od wypadku samochodowego w 1992 roku. Pojechał więc normalnie na trening. Tam się zresztą widzieliśmy. Zrobiłem mu wówczas zdjęcie (poniżej) z partnerem z debla, Rafałem Lisem i Maciejem Nalepką.

Pojechał też na Ceremonię Otwarcia igrzysk. Ale czuł, że coś jest nie tak. Miał mdłości duszności. Lekarz prześwietlił nogę, okazało się, że złamany jest piszczel. Włożyli nogę w ortezę i dali zielone światło na występ.

Szczęśliwym trafem lekarz kadry paraolimpijskiej, Andrzej Folga jest też kardiologiem. Zaniepokoiły go te duszności, to że Krzysztof nie mógł złapać tchu po wysiłku. Zabrał go do Hospital Vitoria w Rio na badanie tomografem komputerowym z kontrastem płuc. Okazało się, że Krzysztof ma zator! Wdała się zakrzepica tłuszczowa, ta sama na którą zmarła Kamila Skolimowska. Przez pięć dni lekarze walczyli o jego życie.

- Byłem załamany. To moje pierwsze igrzyska. Cztery lata przygotowań na marne? A czułem się mocny. Przed igrzyskami wygrywałem z zawodnikami z czołówki. Z Rafałem Lisem mieliśmy spore szanse na medal w deblu. Za wszelką cenę chciałem wystartować. Miałem myśli, że jak się nie uda, skończę z tenisem – opowiada.

Lekarze zlikwidowali zator. Przetrzymali Krzysztofa jeszcze jeden dzień. Pani trener kadry Elżbieta Madejska i dr. Folga dali zielone światło na występ. Opuścił szpital o 12.00 w południe, a o 16.00… zagrał w turnieju singlowym ze Słowakiem Petrem Michalikiem. Przegrywał już w setach 0:2, ale doprowadził do remisu. Mecz przerwano na osiem minut, żeby podać mu tlen. W piątym secie przegrał 11:8. – Strasznie żałuję tej porażki. Gdybym wygrał, zostałbym bohaterem… – wzdycha.

Krzysztof Żyłka, Rafał Lis, Maciej NalepkaOd prawej Krzysztof Żyłka, Rafał Lis, Maciej Nalepka

- To było szaleństwo – mówi Rafał Lis. – Obojętnie na kogo Krzysiek by trafił, to by przegrał. W deblu przegraliśmy z Nigerią, którą normalnie byśmy spokojnie ograli. Ale nie był w formie ani fizycznej ani psychicznej. Przez sześć dni nie trzymał w ręku rakietki. A do tego głowa pełna wątpliwości: „czy dam radę?” Najważniejsze, że wyszedł z tego cały i zdrowy, bo mogło się skończyć dużo gorzej.

- Wystąpiłem w Rio, nie uważam przyjazdu za kompletnie stracony. Nie rzucam tenisa i za cztery lata spróbuję to sobie odbić na igrzyskach w Tokio. Cieszę się, że żyję, że już normalnie oddycham. Trzy miesiące temu się ożeniłem. Mam dla kogo żyć – kończy.

Krzysztof Zyłka i Rafał LisKrzysztof Żyłka trenuje w parze z Rafałem Lisem. Nie wiedział jeszcze wtedy, że ma złamaną nogę

 

Biegnę w ciemności, Michał to moje oczy

Joanna Mazur i Michał StawickiFot. Bartłomiej Tott

Nazywam się Asia. Joanna Mazur. Jestem sportowcem. Startuję na 200 i 400 m. Nie widzę. Biegam z opaską na oczach. W zupełnej ciemności. Startuję z przewodnikiem, Michałem Stawickim. Biegniemy obok siebie, połączeni opaską. Jeden koniec mam owinięty wokół nadgarstka, drugi trzyma w dłoni Michał. On jest moimi oczami, ponieważ nie widzę toru, rywalek, mety…

Podczas biegu mamy do dyspozycji dwa tory, ale jeśli chcemy możemy biec po jednym, albo przebiec z jednego na drugi. Nie wolno nam tylko ich przekroczyć. Przewodnik nie sprawi, że pobiegnę szybciej. Biegnie obok. Towarzyszy. Musi wczuć się w mój rytm. Nie wolno mu mnie wyprzedzić, ani pociągnąć za sobą lub popchnąć na finiszu, choć czasem aż korci. Ale jeśli wbiegnie na metę pierwszy – dyskwalifikacja. Może puścić opaskę, ale dopiero 10 metrów przed metą.

Musimy być zgrani podczas startu, bo oboje ruszamy z bloków. Podczas biegu Michał mnie informuje: „wyjście z wirażu”, „prosta”, „wejście”, „wyjście”, „prosta”. W Rio musiał krzyczeć bardzo głośno, bo biegła z nami Brazylijka i publiczność gospodarzy szalała na stadionie. Ale ja Michała zawszę słyszę. Uspokoił mnie, bo po wejściu na bieżnię dostałam ataku paniki. Przez akustykę. Zmysł słuchu mam tak wyostrzony, że rejestruję dźwięki, które wam przechodzą koło ucha. Wejście na tak ogromny stadion sparaliżował mnie.

Joanna Mazur i Michał Stawicki

Fot. Bartłomiej Tott

Wzrok zaczęłam tracić w wieku siedmiu lat. Mieszkamy w Szczucinie, mam trzech starszych braci, którzy widzą świetnie. A ja najpierw zaczęłam widzieć jednym okiem ciemniej, a drugim jaśniej. Rodzice zabrał mnie do okulisty, stwierdził, że mam rzadką wadę wzroku, która nie ma nawet nazwy. Cierpi na nią parę osób na świecie i nie ma na nią lekarstwa. Postawiłam sobie na półce figurkę miśka i z dnia na dzień przestawałam go widzieć…

W wieku 12-13 lat przestałam sobie dawać radę w szkole. Nie było przystosowanych książek, a wstydziłam się korzystać z lupy. Wiadomo, dzieci potrafią być okrutne. W moim przypadku były okrutne za bardzo. Dogryzano mi, dokuczano, podstawiano nogi, szydzono. Nie umiałam się odnaleźć w sytuacji utraty wzroku, a tu jeszcze zamiast wsparcia – codzienny koszmar, mimo że klasa była integracyjna.

Pewnego dnia gdy spłakana wróciłam ze szkoły postanowiłam, że więcej do niej nie pójdę. Podjęłam decyzję z dnia na dzień – ja, 13-letni dzieciak w 2. klasie gimnazjum. Opowiedziałam mamie, a wieczorem przypadkiem w telewizji w wiadomościach nadano reportaż o szkole dla niedowidzących i niewidomych w Krakowie. To aż 150 km od nas, ale powiedziałam: „mamo, to jedyne rozwiązanie”. Po paru dniach pojechaliśmy tam i z miejsca mnie przyjęli. Zamieszkałam w internacie, mimo że byłam bardzo zżyta z rodzicami i rodzeństwem.

Tam poznałam mnóstwo niewidomych, którzy fantastycznie sobie radzili. Wszędzie wychodzili, żyli zupełnie normalnie. Byli dla mnie wielką motywacją. Na początku byłam wystraszona całą sytuacją, bo coraz bardziej traciłam wzrok. Ale pomyślałam, że wstyd siedzieć w czterech ścianach, skoro tu wszyscy tacy aktywni. Każdy coś trenował. Ja też kochałam sport, ale jak go uprawiać skoro przestałam widzieć piłkę, czy deskę z której powinnam się odbić przy soku w dal? Usłyszałam, że niewidomi świetnie biegają i pływają, postanowiłam spróbować.

Zaczęłam od spacerów, nauki orientacji, tego żeby więcej słyszeć, skoro nie nie mogę widzieć. Potem delikatnych truchtów. Łapałam mnóstwo otarć, obić, siniaków, bo nie widziałam barierek, stopni. Upadałam, ale za każdym razem zaciskałam zęby i podnosiłam się. Nauczyciel WF dostrzegł moją determinację, zaczął zabierać mnie na spartakiady, żebym oswajała się z zawodami, stadionami. Pojawiły się małe sukcesy, co mnie bardzo nakręcało.

Skończyłam technikum, potem studia – pedagogikę terapeutyczną z rehabilitacją ruchową oraz szkołę masażu. Robiła to, co lubię. Pracowałam w zawodzie i starałam łączyć to z treningami. Aż kolega ze Startu Tarnów, Michał Derus, który w Rio zdobył srebro w biegu na 100 m, powiedział mi: „albo na poważnie, albo wcale”.

Próbowałam nawiązać współpracę z trenerami biegania pełnosprawnych. Bez skutku, przez rok nikt mi nawet nie odpisał. Za milionowym podejściem dodzwoniłam się do Lecha Salamonowicza, byłego trenera kadry. To człowiek o wielkim doświadczeniu i wielkim sercu. Zobaczył mi powiedział: „spróbujmy”. Tu na igrzyskach w Rio niemal za każdym startem, każdą historią jest jakiś trener, który powiedział „spróbujmy”. Przez rok trenowaliśmy razem, ja jeszcze bez przewodnika. Więc często zmieniałam tory, wpadałam na kogoś. To był ten moment, w którym zrozumiałam, że trzeba pogodzić się z wadą wzroku i wziąć do ręki białą laskę. Zaakceptować sytuację i radzić sobie w życiu. Wcześniej broniłam się przed przyjęciem klasyfikacji 11 – niewidomi z przewodnikiem. Nie, nie, nie, jaki przewodnik, przecież ja widzę. Ale na kolejnych zawodach znów katastrofa, nie trafiłam w wiraż. Na kolejnej komisji odpuściłam i zaczęłam szukać przewodnika.

Z tym był wielki problem. Bo od przewodnika wymagane jest wielkie poświęcenie. To musi być ktoś, kto na co dzień realizuje ze mną wszystkie treningi. A mam ich dwa, trzy dziennie w kluczowych dniach przed startem. Jeden kolega Krakowa, drugi. Niestety nie podołali treningów. Męczyli się. Przewodnik musi być silniejszy ode mnie, nie odwrotnie. To musi być były sportowiec… nie… to musi być po prostu Michał Stawicki. Były lekkoatleta i triatlonista.

Joanna Mazur i Michał StawickiZaczęliśmy współpracować w listopadzie, w grudniu tego roku mieliśmy pierwsze zgrupowanie. Wciąż się siebie uczymy, swoich zachowań. Wciąż się docieramy na bieżni. Tu w Rio zaliczyliśmy dopiero czwarty wspólny start w zawodach na 400 m. Moje rywalki znają swoich przewodników od lat. Na tak niewielki staż nieźle sobie poradziliśmy.

Mam do Michała stuprocentowe zaufanie. Daje mi ogromne poczucie bezpieczeństwa. Na początku jeszcze dobrze nie znałam jego głosu. Pamiętam na pierwszym obozie na hali, Michał stał z boku. Miał powiedzieć „hop!” ja na to ruszyć do biegu i na jego „luz!” stanąć. Ktoś krzyknął z boku zdaję się „możesz!”, myślałam, że to Michał i pobiegłam najszybciej jak umiałam. Zawadziłam o niego barkiem, przekoziołkowałam niebezpiecznie i wywaliłam na bieżnię. Dziś jak Michał krzyknie „stop!”, natychmiast wrastam w ziemię. Nie ważne jak szybko biegła i co mi się wydaje. Dziś po prostu on jest moimi oczami. Ufacie się swoim oczom, prawda? No poza wyjątkami, kiedy mnie podpuszcza. Np kiedy na schodach robię przez niego dodatkowy, niepotrzebny krok na nieistniejący stopień. Albo jak wchodzę do pokoju i nie wiem, czy ktoś w nim jest czy nie ma, dopóki nie dotknę, albo nie usłyszę parsknięcia ze śmiechu. Ale to jest bardzo przyjemne.

Niestety obje musieliśmy zrezygnować z pracy. Z Michałem nie przedłużono umowy w szkole gdzie uczył WF. Ja pracowałam w przychodni jako masażystka, ale 18 osób dziennie i do tego trening wytrzymałościowy, trzy godzinna siłownia było ponad moje siły. Wykańczałam się. Postawiliśmy wszystko, żeby pojechać do Rio. To było zarówno moje marzenie jak i Michała. Teraz czeka nas ciężkie zderzenie z rzeczywistością, ale uważamy że było warto.

Najważniejsze w tym wszystkim, że akceptuję siebie, idę do przodu i spełniam marzenia. Każdy powinien. Niepełnosprawność nie może wykluczać z walki o marzenia. Wymaga to ciężkiej, żmudnej pracy, ale jaka satysfakcja na końcu!

Michał

Jestem byłym lekkoatletą. Ściganie się to mój żywioł. Człowiek ma zakodowane, żeby być najlepszym za wszelką cenę. Szarpnąć na finiszu, rzucić na mecie. Ale tu są inne cele. Z Asią muszę się hamować. Dbać tylko o nią, towarzyszyć jej w biegu. Choćbym chciał przyśpieszyć, nie wolno mi, bo grozi dyskwalifikacja.

Często widzę brak zgrania między zawodnikiem, a przewodnikiem. Nas spotkało to tylko raz, na mistrzostwach Europy w Grosetto. Ania puściła uchwyt, ja nie zdążyłem złapać, zbiegła na tor obok i dyskwalifikacja. Ale uczymy się na błędach, wyciągamy wnioski, zgrywamy coraz bardziej.

Porównuję bieg z przewodnikiem do jazdy figurowej na lodzie w parach. One też muszą być maksymalnie zgrane, doskonale zsynchronizowane, muszą rozumieć każdy swój ruch. Wynikiem końcowym za pracę jest punktacja sędziów, u nas wynik. Im lepsza technika wspólnych ruchów im lepsza koordynacja, synchronizacja i jak najmniejszy wydatek energetyczny tym lepszy wynik. Dlatego po sukcesie przewodnik dostaje medal tak samo jak zawodnik.

Joanna Mazur i Michał StawickiAsia i Michał przed Ceremonią Zamknięcia Igrzysk Paraolimpijskich na Maracanie

„Jedna jest mózgiem, druga silnikiem”. Złoty polski tandem, czyli Iwona i Ola

Iwona Podkościelna i Aleksandra Tecław Iwona z lewej, Ola z prawej

Niedowidząca Iwona Podkościelna wraz z pilotką Aleksandrą Tecław wygrały wyścig kolarski ze startu wspólnego tandemów. To dziewiąte polskie złoto w Rio de Janeiro. – Na tandemie tworzymy jeden organizm. Jedna jest mózgiem, druga silnikiem mówią dziewczyny.

Dzień na trasie kolarskiej rozpoczął się tragicznie. Podczas rywalizacji mężczyzn Irańczyk Bahman Golbarnezhad doznał ataku serca podczas jazdy, upadł i jeszcze uderzył głową o asfalt. . 48-letni kolarz zmarł w karetce do szpitala. – Oczywiście nam na starcie nikt niczego nie powiedział. Usłyszałyśmy tylko, że nastąpiła neutralizacja wyścigu i nasz opóźni się o ponad godzinę. Oraz zostanie zmniejszony o jedną rundę, co było dla nas gorsze, by dla nas im dłużej i ciężej, tym lepiej. Ruszyłyśmy więc zdeprymowane całą sytuacją – opowiada Ola.

- Z taktyką pomógł nam nasz arcymistrz, Rafał Wilk (dwukrotny złoty medalista z Londynu w kolarstwie ręcznym, w Rio zdobył złoto i srebro – red) i dodatkowo nas zmotywował. Najpierw ochrzanił, a potem podbudował pod samo niebo. Skoro zostało tylko 15 km, to ustaliłyśmy, że na płaskim jedziemy asekuracyjnie, a pod górkę pełen ogień. Kto wytrzyma, jedzie z nami. Na szczęście nikt nie wytrzymał – śmieje się Iwona.

Nikt nie wytrzymał, ponieważ dziewczyny są najmniejsze w stawce. Pod górę nikt nie ma z nimi szans. Polki najlepiej na świecie jeżdżą technicznie. Podczas zjazdu z góry ich tandem prawie nie hamuje, ale płynnie wchodzi w zakręty. – Poza tym jesteśmy bardzo zgrane. Iwona ufa mi totalnie i w pełni podaje mojej woli. Przerzucam ją z prawej na lewą jak zakupy. Wołam tylko: „luźne ręce!”, „w prawo!” i gładko wchodziłyśmy w zakręt. Tandemy rozwijają bardzo dużą szybkość. Na zjeździe ok 90 km/h. Duzi i ciężcy muszą hamować i przegrzewają im się koła – wyjaśnia Ola. A Iwona dodaje, że ostatnie 10 km jechały ze średnią prędkością 50-60 km/h. Same w to nie wierzyły.

- Odliczałam Iwonie każdy kilometr. Jeszcze pięć, cztery, dwa, jeden. Ostatnie dwieście metrów! Mamy złoto, ręce do góry! A ona: „nieee, bo spadnę!” – śmieje się Ola.

Na tandemie tworzymy jedność. Jesteśmy idealnie zsynchronizowane. W życiu też. Od maja nawet mieszkamy razem. Trenujemy razem od 6 lat, przejechałyśmy wspólnie miliony godzin i – jak to my mówimy – „wjeździłyśmy się w siebie” – mówią.

Trzeba mieć farta, żeby się dobrze dobrać w tandemie. Ale wcale nie potrzebna jest zgodność charakterów. Złote medalistki są swoim skrajnym przeciwieństwem. Olę roznosi energia. Jest duszą towarzystwa, każdego zagada. W pokoju dziewczyn na 17. pietrze w wiosce paraolimpijskiej zorganizowała imprezę dla uczczenia złotego medalu. Nie może wysiedzieć spokojnie. Opowiada, gestykuluje. Iwona jest cicha jak myszka. Siedzi spokojnie z boku, wszystkiemu przygląda się z łagodnym uśmiechem. Ola musi ją namawiać, żeby opowiedziała jakąś historię, skomentowała wyścig, odpowiedziała na pytanie.

- Jesteśmy przeciwieństwami. Często nie możemy ze sobą wytrzymać i jedna chce drugą zabić, częściej ja Iwonę niż ona mnie. Z racji, że ja trenowałam kolarstwo wiele lat, Iwonka w sporcie jest krótko i czasem nie rozumie, że trzeba się poświęcić w stu procentach. Mnie jak zaczyna boleć, to wiem, że to dobrze, że są efekty. Iwonka wręcz przeciwnie, wycofuje się. Więc czasem nasze plany treningowe biorą w łeb. Na szczęście podczas jazdy tworzymy jedność – mówi Ola.

Dodaje, że przewodnik w tandemie musi być doświadczonym kolarzem, bo druga osoba zawierza mu całe swoje bezpieczeństwo. Przewodnik nieobyty w peletonie może doprowadzić do katastrofy. Ostatnio jeden niedoświadczony przewodnik połamał się, bo na zjeździe zbyt szybko wprowadził tandem w zakręt. – My w całej karierze leżałyśmy tylko raz. Na torze. Ale tylko dlatego, że nam zgasło światło podczas jazdy. Wywaliło korki w całym mieście i zaliczyłyśmy glebę – mówi Iwona.

Ola po zakończeniu zawodowej kariery skończyła architekturę krajobrazu i otworzyła firmę. Projektowała ogrody. – Ale umówiłyśmy się z Iwonką, że jeśli zdobędziemy mistrzostwo świata to zamykam firmę i w stu procentach poświęcam się tandemom i przygotowujemy do igrzysk w Rio. I wygrałyśmy. Nie wiem, może teraz otworzę firmę na nowo i nazwę jakoś „Golden Olympic Garden” – śmieje się Ola.

Iwona skończyła pedagogikę specjalną. Ma bardzo słaby wzrok. Ma zaćmę wrodzoną i usunięte soczewki w obu oczach. Nie byłaby w stanie sama jeździć na rowerze. – Na tandemy wkręcił mnie mój narzeczony. Na początku to były wjazdy turystyczne. Okazało się, że mam tyle sił, że mogłabym to robić wyczynowo. Musiałam tylko znaleźć właściwą partnerkę. Taką której mogłabym zaufać w stu procentach – mówi.

I dziewczyny sobie ufają. – Tandemy osiągają wysokie prędkości. Potrzebne jest więc zgranie. Jak na zakręcie pilot składa się w prawo, a zawodnik przestraszy się, że jest za płasko i odbije w przeciwną stronę, rower wpada w takie wibracje, że nie ma szans na uniknięcie kraksy – mówi Ola. – Nie było tak, że pierwszy raz wsiadłyśmy na rower i to zaufanie było. Przychodziło latami. Uczymy się siebie cały czas, zachowań. Jest co raz lepiej – mówi Iwona. – Ja jestem mózgiem, a ona silnikiem – dodaje Ola. – Tandem to lata ciężkiej harówy, potu i łez. Czasem się kochamy, czasem nienawidzimy. Nie da się tego uniknąć jeśli spędza się ze sobą 360 dni w roku.

Dziewczyny mówią, że po złotym medalu zrobią sobie wreszcie długie wakacje. Muszą odpocząć… – Od siebie! – krzyczą zgodnie z uśmiechem. – Żadnych wspólnych wyjazdów! Musimy nabrać dystansu, świeżości i ochoty na rower. Za wszelką cenę chcemy uniknąć poczucia wypalenia. I zatęsknić za sobą. Wiemy, że jedna bez drugiej nie ma racji bytu, a sukces to efekt wspólnej pracy. Tandem to styl życia – mówi Ola.

Ola Tecław i Iwona Podkościelna

Janusz Rokicki: srebrny medal w potwornych bólach i magiczna czekolada

Janusz RokickiKulomiot Janusz Rokicki zdobył srebro w potwornych bólach po wypadku w Rio. Przed laty stracił nogi gdy bandyci porzucili go pobitego na torach. Dziś walczy, żeby niepełnosprawni wychodzili z domów,,,

Rokicki zdobył w sobotę w Rio trzeci srebrny medal w pchnięciu kulą w historii swoich startów na igrzyskach paraolimpijskich po Atenach i Londynie. Po konkursie przyznał, że musiał pokonać nie tylko rywali, ale i potworny ból. Zwichnął bark po upadku w łazience w wiosce olimpijskiej i ledwo wystartował…

Dziesięć dni przed startem przewrócił się na mokrej podłodze w łazience podczas przesiadania się. Naderwał mięsień nadgrzebieniowy, zerwał podłopatkowy. – Po rezonansie byłem załamany. Igrzyska, a tu co, nie wystartuję, będę na wycieczce? Byłem w stanie odbyć tylko jeden trening. Nasi rehabilitanci dokonali cudu stawiając mnie na nogi. Nie wypadało ich zawieść i nie zdobyć medalu – mówił.

- Przed wylotem do igrzysk mierzyłem w złoto. Ale po wypadku modliłem się, żebym w ogóle mógł wystąpić. Zagryzłem zęby, ale najgorszemu wrogowi nie życzę takie bólu podczas startu – mówił.

Dodał, że nie chciał zawieść rodziny, która mu kibicuje, a zwłaszcza trzech synów, Bartka, Michała i Kuby. – Bólu przy pchaniu nie dało się zagłuszyć, ale rozmowa z synami na Facebooku mnie zmobilizowała. A jeszcze grzebiąc w torbie znalazłem czekoladę, którą wetknął mi cichcem jeden z nich. Z napisem: „Wierzę, że dasz radę”. Mała rzecz, ale dodała mi kopa. No i dałem radę! – cieszył się Rokicki.

Trzykrotny srebrny medalista chciałby być pozytywnym przykładem dla ludzi, których los skazał na wózek inwalidzki. On sam jest zmuszony poruszać się na nim od 1992 roku. Urodził się w Wiśle. Od małego ciągnęło go do sportu. Grał w piłkę nożną, dwa lata trenował biegi narciarskie. Miał talent, upór i samozaparcie. Wygrywał z zawodnikami o dwa lata starszymi od siebie.

Całe lato tamtego roku przepracował na budowie jako pomocnik murarza. Często ponad 12 godzin w 40 stopniowym upale, ale za niezłą kasę, która bardzo przydałaby się 18-latkowi. Po otrzymaniu wypłaty wstąpił do baru na piwo. – Do dziś tego żałuję… może moje życie byłoby inne gdybym szedł prosto do domu. Teraz wiem, że musiano mnie obserwować. Ktoś zauważył, że mam dużą sumę pieniędzy przy sobie. Wracałem torami. Nagle z tyłu otrzymałem potężne uderzenie w tył głowy, po którym straciłem przytomność. Zabrali mi portfel z dokumentami wraz z ciężko zarobioną wypłatą i zostawili na torach na pewną śmierć! Jadący pociąg o 4. rano zmienił całe moje życie. Maszynista zobaczył mnie leżącego między szynami, ale było już za późno… trzy wagony przejechały mnie obcinając obie nogi – opisuje na swojej stronie internetowej.

Spędził cztery miesiące w szpitalu w Cieszynie, trzykrotnie przeszedł reamputację prawej nogi. Ból czasami bywał nie do zniesienia. – Ale wsparcie rodziny, modlitwy rodziców pomogły przetrwać te ciężkie chwile. Gdy wyszedłem ze szpitala wywieziono mnie w góry, gdzie mieszkałem i zostałem tam więźniem we własnym domu. Metrowe zaspy uniemożliwiały mi poruszanie się, chociaż byłem już zaprotezowany. Janusz RokickiPrzez pierwszych osiem lat nie uprawiałem sportu, bo nie wiedziałem, że istnieje taka możliwość dla niepełnosprawnych. Gdybym wiedział, nie zmarnowałbym tylu lat! Nie trafiłem na żadną informację w gazetach czy telewizji. Widziałem w Bielsku Białej innych niepełnosprawnych, ale do głowy mi nie przyszło, że ktoś coś trenuje.

Dziś jak spotkam w moim Cieszynie na ulicy niepełnosprawnego to nie puszczę! Zagaduję, agituję, namawiam na trening. Tłumaczę, że szkoda życia marnować w domu. Sport do pewnego poziomu rehabilituje, ale kiedy zaczyna się wyczyn, zaczyna się prawdziwa przygoda. Oni może nawet słyszeli o sportach paraolimpijskich, ale jak zobaczą taki żywy przykład, to od razu łatwiej ich namówić. To dla mnie największa satysfakcja zobaczyć, że taka namówiona osoba później wygrywa. Jak Katarzyna Słoma czy Gabrysia Patoła zdobywały nawet medale mistrzostw świata juniorów.

Jego samego namówił na sport trener Czesław Banot. Najpierw na pływanie, potem podnoszenie ciężarów. Ale najlepiej odnalazł się w kuli. Po półrocznym treningu Rokicki został wicemistrzem Polski. Zakwalifikował się na igrzyska paraolimpijskie w Atenach. Był faworytem, ale w ostatniej chwili przeniesiono go grupy lżej niepełnosprawnych, gdzie musiał rywalizować z zawodnikami z jedną nogę zdrową, na której mogło się oprzeć i odbić. Mimo to udało mu się wywalczyć srebro. Rok później wygrał mistrzostwa Europy, bijąc rekord Starego Kontynentu i po raz pierwszy zagrano mu Mazurka Dąbrowskiego. – Poczułem, że dla takich chwil warto żyć! – mówi.

Sukcesy sportowe nie przełożyły się na finansowe. Rokicki klepał biedę. Nie przysługiwało mu ministerialne stypendium, bo w jego konkurencji wystartowało mniej niż 12 zawodników. Nagrodę przyznano za to jego trenerowi klubowemu, Zbigniewowi Gryżboniowi. – A on… podzielił się ze mną nagrodą, żebym miał jakąś gotówkę na święta. To był dla mnie bardzo ciężki okres. Żeby zarobić na utrzymanie rodziny zaczął… zbierać złom! Jeździłem starym samochodem, który ledwo trzymał się kupy, od warsztatu do warsztatu samochodowego i sprzedawałem – wspomina. – Praca była bardzo ciężka. Osobie o dwóch protezach jest bardzo trudno wkładać wszystkie ciężkie elementy metalowe do samochodu, ale cieszyłem się że mam co sprzedawać. Sprawę podjęły lokalne media i telewizja. W efekcie udało się znaleźć sponsora.

Co dalej? Czy Rokicki powalczy o upragniony złoty medal igrzysk paraolimpijskich w Tokio za cztery lata? – Nie wiem. Lekarze mówią, że oba barki do generalnego remontu, jeden na pewno czeka operacja. Ale jak Bóg da zdrowie, to pewnie że chciałbym pojechać. Czwarty byłem w Pekinie, brakuje mi jeszcze brązu i złota w kolekcji. Chciałbym wreszcie zdobyć ten najcenniejszy krążek – stwierdził Rokicki.

Janusz Rokicki

 

Trzech Muszkieterów: srebrny medal florecistów!

Jacek Gaworski, Michał Nalewajek i Dariusz Pender Polscy floreciści (od lewej) Jacek Gaworski, Michał Nalewajek i Dariusz Pender zdobyli srebrny medal w turnieju drużynowym na igrzyskach paraolimpijskich w Rio.

Jacek

49-letni Jacek Gaworski przeszedł najwięcej, żeby w ogóle przyjechać do Rio na swoje pierwsze igrzyska paraolimpijskie. Był szermierzem pełnosprawnym, mistrzem Polski gdy zdiagnozowano u niego stwardnienie rozsiane. Rzucił sport, sprzęt rozdał młodzieży i wraz z żoną podjął walkę o życie. Ponieważ NFZ odmówił finansowania leczenia, uznając, że pacjent jest za stary, a jest agresywna, Gaworscy sprzedali wszystko co mieli na operacje i drogą terapię. Nawet ślubne obrączki.

W 2011 były trener namówił go na szermierkę na wózkach. Floret znów stał się jego pasją i sensem życia, a celem – medal paraolimpijski. Ale pół roku po wznowieniu kariery wykryto u niego raka kręgosłupa. Operacja zlikwidowała guz, ale zostawiła nowotwór w rdzeniu. Gaworscy zebrali fundusze na terapię w publicznej zbiórce. Jacek postanowił nie rezygnować z marzenia i za własne pieniądze jeździł po turniejach w Europie żeby nazbierać punkty w rankingu, często kosztem leczenia.

- Drugi raz, np. w walce o wyjazd na igrzyska do Tokio już bym tak nie zrobił, to jednak była szalona determinacja – mówi. – Ten medal to spełnienie marzeń, acz apetyt rośnie w miarę jedzenia. Medale mogły być dwa. Ogromu tej radości, zastrzyku euforii po wygranym półfinale z Francuzami nie zapomnę do końca życia. Teraz mam zamiar poświęcić się bardziej fundacji, którą prowadzimy z żoną. To duże wyzwanie, żeby pomagać innym. Liczę, że medal paraolimpijski trochę pomoże.

Gaworski mimo ogromu własnych kłopotów założył Fundację Pomóż Walczyć o Życie za co w 2015 został uznany przez Newsweeka „Społecznikiem Roku”. – Początkowo miała pomagać chorym na stwardnienie, ale potrzebujących było tylu, że pomagamy wszystkim. Ale nie chciałbym jeszcze rezygnować z szermierki, bo jest ona dla mnie sensem życia i jego radością, ucieczką w chwilach zwątpienia. Może jeśli nie będę dostawał za bardzo w tyłek od młodszych zawodników, powalczę o igrzyska w Tokio – mówił.

Jacek Gaworski, Michał Nalewajek i Dariusz Pender Michał

Michał Nalewajek jest po dziecięcym porażeniu mózgowym. Półtora roku temu miał przeszczep nerki, którą oddała mu mama. To było w marcu. Ale jest tak ambitny i zdeterminowany, że już w maju wystąpił w Pucharze Świata we Włoszech. – Z dziurą w brzuchu! Jeszcze się z niego sączyło do specjalnej torebeczki. Trener Zbigniew Rybak powiedział, że go dopuści do startu jak pokaże zaświadczenie lekarza, że nic mu nie grozi. Nie mam pojęcia jak namówił lekarza, żeby mu takie wykombinował – opowiada trener Sebastian Koziejowski.

- Najlepiej dla niego byłoby żeby został w domu ale determinacja go roznosiła. Walczył o wyjazd do Rio i punkty w rankingu, w którym by spadł. Nie chciał odpuścić – dodaje trener Marek Gniewskowski. – Finał z Rosjaninem Szaburowem ciągnął się w nieskończoność, bo obaj walczyli na śmierć i życie, do wykończenia. Szarpali się, uciekali na koło. Zbyszek chciał już rzucać biały ręcznik…

Michał musi przyjmować do końca życia leki ratujące życie. Ktoś nie dopilnował, żeby je zgłosić i kiedy wygrał mistrzostwa świata do lat 23 we florecie w Katarze, wykryto w jego organizmie niedozwoloną substancję. Groziła mu dyskwalifikacja, a było to tuż przed mistrzostwami Europy. Michał poleciał na nie w trakcie procesu, w nerwach czy będzie mógł wystartować. Związek wynajął prawnika, który wszystko wyjaśnił i Michał zdobył dwa medale, w szpadzie i florecie.

Trenerzy opowiadają, że Michał może być dużo lepszy. Zrobił największy postęp z całej ekipy, zbiera doświadczenie, które w szermierce jest niezwykle ważne. – Co raz lepiej radzi sobie z emocjami, agresją. Jest osobą niezwykle wrażliwą. Choroba sprawia, że ciężko reaguje na stres i krytykę. Ale pracuje nad sobą z psychologami. Jak nie idzie nie ciska już maską i bronią o ziemię. Tu w Rio zrobił maksa. Nie dało się więcej – mówi Koziejowski. Srebrni floreciści

Darek

Nalewajek wraz z Dariuszem Penderem zdobyli poprzedniego dnia brąz w szpadzie. Ten ostatni walczył przez cztery dni z rzędu, jak żaden szermierz w Rio. Fizjoterapeuci cudem doprowadzili go do używalności na ostatni dzień startu. – Liczyliśmy na medale w drużynie. Świetnie że są. Mogło być złoto, ale Chińczycy byli za mocni. Oni mają tysiące zawodników, z których mogą wybierać. Niesamowicie silną rywalizację w kraju. My mamy kogo mamy, czyli nas – mówił Pender. Dodał, że Polaków wykończył półfinał z faworyzowanymi Francuzami. – Z nimi zawsze dużo się dzieje. Każdy punkt musieliśmy wyszarpać. Ja wracam do Polski spełniony.

41-letni Pender to kapitan drużyny i najbardziej doświadczony paraolimpijczyk w całej polskiej ekipie. Zdobył właśnie dziewiąty medal paraolimpijski: z Sydney i Londynie zdobywał złoto w szpadzie, w Atenach, Sydney i Rio – srebro we florecie, w Pekinie i Rio drużynowo brąz we florecie. – Ale emocje na igrzyskach wciąż są te same, co na pierwszych. I satysfakcja z ciężko wykonanej roboty też ta sama. Mam rodzię, na co dzień pracuję w PKO BP jako administrator produktu, na treningi mogę sobie pozwolić po 19. Trzy miesiące przed ważnymi zawodami trenuję zwykle 6-7 razy w tygodniu.

Jako trzyletnie dziecko stracił nogę, kosiarka obcięła mu prawą stopę. Szermierkę uprawia od 1996 roku. Od 1997 z trenerem Markiem Gniewkowskim. Zaczynał od koszykówki na wózkach, trenował też tenis ziemny.

- Szósta paraolimpiada w Tokio? Zobaczymy czy zdrowie pozwoli. Wciąż się w to bawię, bo bardzo to lubię. Szermierka daje mi radość. Wciąż jestem w stanie nawiązać rywalizację z młodymi jak Michał. Na ostatnich mistrzostwach Europy zdobyłem trzy medale, w Rio dwa, więc chyba jeszcze nie pora kończyć – mówi Pender.

Srebrny medal florecistów w RioPolska ekipa srebrnych medalistów. Selfie robi trener Sebastian Koziejowski.

Basia Niewiedział: jak córeczki pomogły mamie podnieść się po upadku

Barbara Niewiedział

Barbara Niewiedział w kapitalnym stylu obroniła złoty medal z Londynu w biegu na 1500 m kategorii niepełnosprawnych intelektualnie. 35-letnia Polka świetnym finiszem wyprzedziła drugą na mecie Węgierkę Ilonę Biacsi (jedną z sióstr bliźniaczek) o blisko 3,5 sek! Czwarta była inna Polka, Arleta Meloch. To drugi medal Niewiedział na igrzyskach w Rio de Janeiro, wcześniej zdobyła brąz w biegu na 400 m, okupiony upadkiem i licznymi starciami skóry…

- Spełniłam to, co wszystkim obiecałam. Mówiłam, że podniosę się po upadku, bo taka jestem też w życiu, zawzięta i uparta. Zawsze dążę do celu za wszelką cenę i nigdy się nie poddaję. Po tej wywrotce na 400 m jestem obolała, piecze mnie starty bark, ramiona, łokcie, kolano, bolą żebra. Ale okiełznałam strach – mówiła po dekoracji.

Opowiadała, że wywalczyła ten medal dla córeczek, które bardzo ją wspierały. Złoto zadedykowała 8-letniej Martynce, bo 13-letniej Wiktorii zdążyła już zadedykować brąz. – Dziękuję wam, kochane córeczki, że dodałyście mi otuchy i sił na ten bieg. Po naszej nocnej rozmowie nabrałam odwagi i siły, żeby walczyć dla was, właśnie dla was. Niestety Wikusiu, dla ciebie jest ten brązowy, ale wiedz, że mama bardzo się dla niego poświęciła. Za cztery lata w Tokio będzie złoto i dla ciebie – mówiła ze łzami w oczach.

Opowiadała, że pod jej nieobecność córkami zajmuje się jej mama i siostra. Transmisję z biegu na 400 m oglądały w internecie. Niestety sieć padła akurat w momencie kiedy mama na finiszu doznała groźnego upadku. Relację przerwano i córki poszły spać zapłakane, nie wiedząc co z mamusią. Ta zaczekała aż w Polsce będzie 7. rano (o 2. w Rio), by powiedzieć, że jest cała i ma brązowy medal. – I znów płakałyśmy, tylko tym razem były to łzy radości. Pokazałam medal i maskotkę dla Wikusi. Obiecałam, że dla Martynki zdobędę medal za dwa dni. Musiałam dotrzymać słowa – mówiła.

Barbara Niewiedział i Alicja FiodorowZłota medalistka Basia Niewiedział (z lewej) w ramionach srebrne – Ali Fiodorow. Obie wywalczyły w Rio dwa medale

O samym wyścigu Niewiedział powiedziała, że od początku do końca kontrolowałam go taktycznie. Nie obwiała się Japonki, która tak pognała do przodu, ani dwóch węgierskich sióstr bliźniaczek, swoich przyjaciółek z którymi spędza wakacje. Ani Ukrainki, która przybiegła na trzecim miejscu. Znała ja ze wspólnych treningów w Szklarskiej Porębie. – Wiedziałam, że będzie mocna. Ale niestety ja jestem najmocniejsza. Nie dałam się pokonać w Londynie, w Rio i nie dam w Tokio. Ten dystans należy do mnie! Nawet kiedy biegnę obita. Po prostu jak człowiek upadł, trzeba szybko się podnieść i nie dalej dążyć do celu. Co tam drobne przeciwności – podkreśliła.

Niewiedział dodała gorzko, że nie ma złudzeń, że to kolejne paraolimpijskie złoto zmieni diametralnie jej życie. – Będzie tak samo jak po złocie w Londynie. Tak jakby ktoś na chwilę uchylił mi drzwi i zaraz zamknął, na cztery lata. Teraz będzie tak samo. Też przez chwilę są otwarte, ale zaraz wróci ciężka szara codzienność, godzenie treningów i wychowywanie dzieci. Będę musiała ułożyć sobie wszystko na nowo. Ale zamierzam przygotować się do Tokio, bo jak mówiłam, jestem uparta i nigdy nie odpuszczam.

Arleta MelochArleta Meloch zapłakana najgorszym dla sportowca 4. miejscem. „To był mój najlepszy bieg w tym sezonie, ale nie starczyło na medal. Liczyłam po cichu chociaż na brąz, ale wrócę do Polski z niczym. Zabrakło mi dobrego finiszu, ja jestem wytrzymałościowcem, preferuję maratony. Wiem, że to tylko sport, ale żal gardło ściska…”

Jakub Tokarz: wojownik judo, który wybrał katorgę

Jakub TokarzDobrze zapowiadającą się karierę judoki przerwał mu bandyta wbijając nóż w plecy. Po latach Jakub Tokarz zaczął nową – w kajakach, którą właśnie ukoronował złotym medalem paraolimpijskim

2004 rok. 22-letni Kuba to wschodząca gwiazda judo. Mistrz Polski juniorów w kategorii 81 kg, piąty na mistrzostwach Europy. W nocy z 3 na 4 lipca bawi się z przyjaciółmi we wrocławskiej dyskotece Vulevu przy ul. Świdnickiej. O 3. nad ranem ktoś wywołał bójkę. Kilku agresywnych osiłków zaczyna brutalnie bić jednego z przyjaciół Kuby. Ten rzuca się na pomoc koledze. Chwilę później leży w kałuży krwi. Ktoś pchnął go nożem. W szpitalu ratują mu życie. Ale werdykt lekarzy brzmi: będzie jeździł na wózku inwalidzkim do końca życia.

Dziś tuż po zdobyciu złotego medalu w kajakach Kuba nie chce wracać do tamtych zdarzeń. – Rafał Wilk, złoty medalista w kolarstwie ręcznym z Londynu i tu w Rio, zanim trafił na wózek też był wyczynowym sportowcem. Mawia, że nie traktuje wypadku jako kary, ale raczej dar od Boga. Zamknięcie jednego etapu w życiu i rozpoczęcie nowego. To głęboko filozoficzne podejście. Ja stawiam sprawę prościej. Nie lubię wyolbrzymiać tego co robię. Ja tylko pływam kajakiem. Skoro przestałem móc być judoką, a byłem już uzależniony od uprawiania sportu, znalazłem sobie nowy – mówi Kuba.

Zajęło mu to aż siedem lat. Pierwsze cztery trwała rehabilitacja. Potem nie mógł wytrzymać w czterech ścianach. Czuł, że głupieje. Ciągnęło go do ludzi, do życia. Któregoś razu zadzwonił do mnie stary znajomy, trener kadry paraolimpijskiej sztangistów, Mariusz Oliwa i zaprosił na siłownię. – Akurat wrócili z igrzysk w Pekinie i pokazał mi występy swoich zawodników. Patrzę ile dźwigają ludzie bez nóg, porażeni, dziewczyny z niedowzrostem. Aż mi się zrobiło głupio, że się tak ze sobą pieszczę. Przyłączyłem się, zacząłem startować. Zdobyłem brąz, srebro i złoto mistrzostw Polski. Ale na karierę międzynarodową nie miałem predyspozycji i naturalnej siły. W 2011 usłyszałem o kajakarstwie i tak się zaczęło.

Początki były piekielnie trudne. Kuba zaczynał od zera, długo uczył się łapać równowagę, wysoki uraz rdzenia sprawiał że nie kiepsko pracowały mięśnie brzucha. W Woli pod Żninem zaczynał od przepływania kilku metrów. Co rusz wywalał się do wody. Ale miał niewyczerpane pokłady samozaparacia. Po dwóch tygodniach pływał swobodnie. Po niecałym roku zdobył srebrny i brązowy medal MŚ w Poznaniu, imprezy tak udanej, że przesądziła o włączeniu kajaków do programu igrzysk paraolimpijskich.

Jakub TokarzGratulacje od trenerki i partnerki, Renaty Klekotko. „Krzyknęła mi przed startem: masz być jak byk! Masz ich wszystkich wziąć na rogi! Wziąłem do serca. Podziałało! Oddaję jej ten medal, bo jest niemal w całości jej zasługą. Efekt jej pomysłów, planów, działania, wsparcia”

I tak Kubie – judoka, stał się Kubą – kajakarzem. Czy zostało w nim coś z judoki? – Charakter wojownika. Ale tak naprawdę musi go mieć każdy, kto staje na starcie. Może jeszcze została mi po judo dynamika i szybkość? – mówi. I przedstawia teorię porównującą obie dyscypliny: judo jest trudniejsze, ale kajaki znacznie cięższe.

- Pod względem treningowym kajaki to najcięższa katorga. Może jeszcze tylko biegi narciarskie są równie ciężkie, o ile ktoś haruje jak Justyna Kowalczyk. I wioślarstwo. Wolne w kajakarstwie ma się tylko przez jeden miesiąc w roku. Jeśli od listopada do marca nie będziesz morderczo harować na treningach, to nic nie zdobędziesz w lipcu i sierpniu kiedy zazwyczaj są mistrzostwa świata.

Kuba opowiada, że kajaki są ciężkie zwłaszcza w polskich warunkach. Przez większą część roku pogoda daje w kość. Zimą czasem człowiek musi najpierw przekopywać się przez zaspy śniegu, żeby dojść do kanału Żerańskiego. A potem wyrąbywać sobie w lodzie przerębel. Na Spójni oczywiście nie ma specjalnego podejścia dla kajakarza na wózku. Kupiłem line okrętową i na niej spuszczam się na wodę do kajaka. Nie narzekam, bo mnie to hartuje. Ale podejrzewam, że ileś osób mogłoby zniechęcić do dyscypliny.

Przed igrzyskami w Rio po raz pierwszy w życiu dzięki programowi Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego „Olimpijczyk” dostaliśmy dotację na zagraniczne zgrupowanie. Pełnosprawni, wiadomo, tabunami jeżdżą do Hiszpanii, Włoch, Portugalii. Dla nas pieniędzy nigdy nie było. Ale wreszcie pojechaliśmy i my. W lutym i marcu zrobiliśmy we Włoszech ze 400 km na wodzie plus siłownia. Te medale w Rio to w dużej mierze zasługa wylanego potu i przepalanych mięśni tam w Sabaudii.

akub Tokarz i Kamila KubasKamila Kubas wywalczyła brąz kilka minut przed startem Kuby

Pełnosprawni kajakarze przede wszystkim biegają, co dzień z 10 km, zimą na nartach biegowych nawet 60 m, dużo basenu, na siłowni przerzucanie ton jak kulturyści i na finał wiosłowanie na wodzie, do której w końcu nabiera się wstrętu. Pływanie z interwałami. Obciążoną łódką – 10 kilowym talerzem i piłkami tenisowymi, które się ciągną za kajakiem. Stawiają taki opór jakby ktoś się chwycił kajaka, a ja bym go ciągnął.

Natomiast w judo jak odpuścisz jakiś trening, raz czy drugi coś olejesz, to i tak masz szansę wygrać. Sprytem, doświadczeniem, kondycją. Walczysz z przeciwnikiem, więc możesz walkę rozegrać taktycznie, sprowokować go do błędu. W kajakach sprawa jest prostsza. Sam jesteś dla siebie przeciwnikiem. Stajesz na starcie i dajesz ognia, ile fabryka dała do mety. Słowem w kajakach obciążenia są cięższe, start prosty. W judo obciążenia lżejsze, ale walka skomplikowana. Musisz mieć oczy dookoła głowy: Przód – tył, lewa – prawa, góra – dół. Zimną krew, spryt i kilka wariantów taktycznych.

Czy stojąc na najwyższym podium, słuchając Mazurka Dąbrowskiego Kuba pomyślał, że gdyby nie wypadek, mógłby osiągnąć podobny sukces w judo jako olimpijczyk. – Nie wiem czy miałbym szanse na podobną karierę. W mojej kategorii wagowej był świetny zawodnik – Robert Krawczyk. Trochę pechowy, bo miał przypieczętować karierę złotem w Atenach w 2004, ale zajął piąte miejsce. Trenowałem, coś zdobywałem, czasem przegrywałem. Nie chcę gdybać co by było. To stare dzieje, nie chcę do nich wracać. Zacisnąłem zęby i poszedłem dalej. Cieszę się, że zaszedłem tu gdzie jestem – mówił.

Jakub Tokarz

 

Karolina Kucharczyk: roześmiana łobuziara liczy na Rawicz

Karolina Kucharczyk

Karolina Kucharczyk wywalczyła srebrny medal w skoku w dal na igrzyskach paraolimpijskich w Rio w kategorii niepełnosprawnych intelektualnie. – Jestem szczęśliwa, bo choć w Londynie zdobyłam złoty medal, to ten srebrny też jest piękny. Przynajmniej nie wrócę do Polski z niczym, a tego się bałam. No i mam już plan na przyszłość: wrócić, wyjść za mąż, urodzić dziecko i za cztery lata w Tokio odzyskać złoto! – mówiła po dekoracji.

Atrakcyjna, roześmiana blondynka rozjaśniła sobą całą mix zonę, kiedy tylko uradowana wpadła do niej po dekoracji wywijając brązowym medalem i rozterkotała się jak z karabinu maszynowego. – No mógł być złoty, trochę szkoda. Ale raz, że nie pasował mi rozbieg, bez przerwy odbijałam się przed deską i musiałam ratować się w powietrzu. A dwa, że mój start wypadł aż 15 dni po przylocie. Siedziałam w pokoju w wiosce, patrzyłam jak inni wracają z medalami i spalałam się w stresie. Za długo to trwało, wolałabym wystartować od razu. Przez ten stres ani nie poszłam na ceremonię otwarcia igrzysk, ani choćby raz nie przyjechałam na stadion olimpijski. Ostatniej nocy w ogóle nie przespałam. Tak się denerwowałam, że nie zdobędę żadnego medalu – mówiła Karolina, choć przecież jest i złota medalistką z Londynu, mistrzynią Europy i czterokrotną złotą medalistką mistrzostw świata.

- Medal chcę zadedykować zmarłej w zeszłym roku babci. Na mistrzostwach świata w Katarze zdobyłam złoty medal, powiesiłam babci na szyi kiedy była na intensywnej terapii. Powiedziałam jej, że ze wszystkich sił powalczę dla niej o złoto w Rio, a ona powiedziała, że każdy kolor ją zadowoli. I niestety trzy dni później zmarła. Chyba jak patrzy gdzieś z góry to jest dumna nawet z tego srebra – mówiła Karolina.

Przyznała, że po złocie zdobytym na igrzyskach paraolimpijskich w Londynie nie czuła się doceniona. Ale ponieważ klimat wokół osób niepełnosprawnych zmienił się na lepsze, liczy że po Rio na lepsze zmieni się i u niej. – Ludzie inaczej na nas patrzą, widzą że sport w naszym przypadku to nie żadna zabawa czy rehabilitacja, ale prawdziwy wyczyn. Może komuś mignę, ktoś mnie zapamięta i znajdzie się jakiś sponsor? Dobrze by było, bo wiadomo, że u nas nie ma takich pieniędzy co w sporcie pełnosprawnych. Chciałoby się mieć stypendium jak pełnosprawni, tylko że z tym bieda – martwiła się Karolina.

Opowiadała, że pochodzi z Rawicza podobnie jak Anita Włodarczyk, mistrzyni i rekordzistka świata w rzucie młotem z igrzysk w Rio de Janiero. – Nawet chodziłyśmy do tej samej szkoły i zaczynałyśmy w tym samym klubie. Tylko Anita nie była taką łobuziarą jak ja. To przez bójki z chłopakami wysłano mnie w końcu na treningi lekkoatletyczne, żebym tam straciła wszystkie siły. W Londynie Anita zdobyła srebro, a ja złoto. Teraz odwrotnie. Mam nadzieję, że Rawicz o mnie nie zapomni, choć oczywiście nawet nie marzę, że uhonoruje mnie tak jak Anitę. Serdecznie jej gratuluję rekordów – mówiła Karolina.

Zapowiedziała, że na igrzyskach w Tokio postara się odzyskać utracone na rzecz srebra złoto. Tylko najpierw po powrocie do Polski chciałabym rodzinę założyć. Mam już 25 lat, 13 lat zawodowo uprawiam sport. Najlepszy czas, żeby usiąść na tyłku, urodzić dziecko i wrócić. Moje koleżanki sportsmenki maja już po dziecku i wracają do sportu. Nie chcę być w życiu sama. Kandydata już mam! – śmiała się.

I poprosiła, żeby pozdrowić narzeczonego Pawła z Rawicza. – Kochanie, ten medal jest też dla ciebie, bo tak mocno mnie wspierałeś! I pozdrawiam całą rodzinkę, bo zawsze od nich mam wsparcie. Tata z tego co wiem nawet jakąś bibkę urządza w Dąbrówce z okazji tego srebra. Pozdrawiam was i całuski! Ech, świetnie będzie ich już za chwilę zobaczyć!

K2

Marzena Zięba: dziewczyna, której medal przyśnił się kilka razy

Marzena ZiębaMarzena Zięba wywalczyła srebro w wyciskaniu ciężarów w kat. plus 86 kg. To pierwszy polski medal w ciężarach na igrzyskach paraolimpijskich w Rio po trzech 4. miejscach. – Ten konkurs już kilka razy mi się przyśnił. Ostatnio dzisiaj w nocy. Tylko za każdym razem zdobywałam brąz, a na jawie jest srebro! Nie mogę w to uwierzyć – mówiła zawodniczka Startu Tarnów.

Polka wraz z trenerem Mariuszem Oliwą świetnie rozegrali konkurs taktycznie, celując w brązowy medal i szachując Holenderkę Melaicę Tuinfort. Wydawało się, że Nigeryjka Josephine Orji i Egipcjanka Nadia Ali są poza zasięgiem. Pierwsza rzeczywiście dwukrotnie pobiła podczas konkursu rekord świata, najpierw wyciskając 154 kg, a potem przy szalejącej publiczności Riocentro – 160 kg! Ale Egipcjanka, która zaczynała 15 kg więcej niż Marzena, spaliła wszystkie trzy próby na 145 kg.

- Jestem bardzo, bardzo zaskoczona srebrem. Marzyłam o brązie. Tak bardzo, że ten konkurs i ten medal kilkakrotnie mi się przyśnił. Jeszcze w Polsce, przed wylotem w Warszawie i już tu w Rio. Ostatni raz w nocy przed konkursem. Myślę, że to był efekt bardzo pozytywnego myślenia, które sobie narzuciłam. Ale za każdym razem w śnie stawałam na najniższym podium. Aż tak pozytywnie, żeby myśleć o czymś więcej się nie nakręciłam – mówiła Zięba po dekoracji.

Marzena ZiębaDodała, że do końca nie wierzył, że Egipcjanka spali wszystkie podejścia. – Doświadczenie mi mówiło, że nie ma się co podpalać, bo wyciśnie te 145 kg w ostatniej próbie.

- Nie jest łatwo rozegrać konkurs dobrze taktycznie. Trzeba się mocno koncentrować, bo każde złe podejście może przynieść niepowodzenie. Na szczęście dla nas dziś to Egipcjanka gorzej rozegrała konkurs. Poza tym do zawodów nie przystąpiła silna Chinka i możemy się tylko domyślać powodów, czy to była kontrola dopingowa czy coś innego – mówił trener Oliwa. – Mieliśmy kilka scenariuszy, łącznie z planem B, gdyby Marzenka spaliła którąś próbę i trzeba ją było zmotywować. Na szczęście była fantastycznie przygotowana i szła jak burza. Wynikiem 134 kg pobiła rekord Europy i własną życiówkę.

Marzena przyznała, że srebro to dla niej więcej niż spełnienie marzeń. Medal igrzysk paraolimpijskich to ukoronowanie 11 lat treningów. – Jestem chora na artrogrypozę, czyli sztywne stawy. Zaczęłam jako 15-latka i nawet do głowy mi wtedy nie przyszło że skończę na podium paraolimpijskim. Zaczynałam od lekkoatletyki, ale ani kula, ani dysk, ani oszczep mnie nie pociągały. Wolałam wyciskać ciężary.

Na szczęście dostrzegł to mój klubowy trener ze Startu, Bogusław Szczepański stwierdził że skoro całe życie chodzę „na rekach”, czyli o kulach, to już lepiej, żebym zabrała się za ciężary. Na pierwszym treningu wycisnęłam 40 kg, a po trzech miesiącach 60 kg. Zakochałam się w tym sporcie, a on wiele mnie nauczył, pomógł w życiu codziennym. Lepiej mi się funkcjonuje, sport sprawił, że jestem bardziej zaradna. Ale i nauczyłam się stawiać sobie cele i z determinacją dążyć do nich – opowiadała.

Przyznała, że sporo pomógł jej psycholog, z którym zaczęła współpracować po nieudanych igrzyskach w Pekinie i Londynie. – Nauczył mnie wydobywać pozytywną energię. Wcześniej miałam czarne myśli, uważałam, że jak coś może się nie udać, to się nie uda. A dziś potrafię wizualizować sobie przebieg konkursu. I od przyjazdu do Rio byłem pewna, że to będzie mój dzień!

- Ten medal był bardzo potrzebny polskim ciężarom. Wypadliśmy dużo lepiej niż na igrzyskach w Londynie. Szkoda tylko aż trzech czwartych miejsc, bo i tam było blisko medalu. Ale Europejczykom coraz trudniej odnieść sukces w ciężarach, jak widać dominuje Afryka i Azja. Więc medal Marzenki nadaje nam pędu do rozwijania dyscypliny w Polsce. Jestem pewien, że pojawi się więcej chętnych, z których da się później wybrać zawodników – mówił trener Oliwa.

Marzena Zięba