„Będziemy waszą stolicą!” czyli triumf PSG

Paris Saint Germain - Barcelona

Podobnie jak wielu kibiców wciąż jestem w szoku po deklasacji Barcelony przez PSG, której byłem świadkiem na Parc des Princes. W szoku tym większym, że zaledwie dwa lata wcześniej w tym samym miejscu oglądałem tę samą konfrontację. Wówczas tercet Messi-Neymar-Suarez udzielił Paryżanom surowej lekcji futbolu, dominując totalnie, wygrywając 3:1 i upokarzając rywali (Luis Suarez zdobył dwa gole za każdym razem zakładając „siatkę” Davidowi Luizowi).

To, że PSG w tak krótkim czasie w tak imponującym stylu potrafiło „wstać z kolan” to kolejny dowód na to jak genialną jest książka Simona Kupera i Stefana Szymańskiego „Futbonomia”, która po latach właśnie trafiła na polski rynek. Obaj panowie (dziennikarz sportowy i ekonomista sportu) przewidzieli taki scenariusz już w 2010 roku!

Tzn oczywiście nie porażkę Barcy 0:4, ale fakt że sukcesy w futbolu zaczną odnosić kluby z największych europejskich stolic jak Paryż czy Londyn kosztem drużyn z miast średniej wielkości czy z miast dużych ale nie stołecznych. Śmiała teza w 2010 roku gdy Ligę Mistrzów wygrywał Inter z niestołecznego Mediolanu, pokonując w finale Bayern z niestołecznego Monachium.

Futbonomia„Futbonomia” to lektura obowiązkowa dla każdego kto chce zrozumieć procesy i zjawiska zachodzące w piłce nożnej, nie wierzący w stereotypy i tłumaczenia, że „coś trzeba robić tak, bo zawsze tak się robiło”. Jej autorzy sięgają do statystyki, ekonomii, socjologii, analizują zjawiska społeczne. Dowodzą, że w futbolu wiele da się wyjaśnić, zaplanować, a nawet przewidzieć dzięki analizie danych, także poza futbolowych.

W rozdziale „Podmiejski kiosk, czyli wielkość miast i piłkarskie trofea” analizują wpływ miasta, z którego pochodzi zespół na jego sukcesy. Przypominają, że przez 42 lata istnienia Pucharu Europy nigdy nie wygrała go drużyna z największych europejskich metropolii – Paryża, Moskwy, Berlina, Londynu, Rzymu czy Stambułu. W pierwszych dekadach dominowały stolice krajów faszystowskich – w pierwszych 11 turniejach aż osiem razy wygrywał Real Madryt (ulubiony klub generała Franco) albo Benfica Lizbona (dyktatora Salazara).

Potem nastał czas drużyn z mniej lub bardziej prowincjonalnych miast jak Nottingham, Dortmund, Glasgow, Rotterdam czy Birmingham. A Anglii Puchar Europy zdobyło aż pięć prowincjonalnych miast zanim w 2012 udało się stołecznej Chelsea. Mediolan i Turyn zgarnęły łącznie 12 trofeów, Rzym ani jednego. Olympique Marsylia triumfował w 1993, PSG jeszcze nigdy. W Niemczech Bayern i HSV, ale nigdy Berlin, nie wspominając o Bonn.

Dlaczego skoro przecież w stolicach koncentrują się zasoby całego kraju? Wg autorów z powodów psychologicznych – najkrócej mówiąc, stolice nie muszą udowadniać tyle co mniejsze miasta. Co innego miasta np. przemysłowe – w Anglii Manchester czy Liverpool, a wcześniej Leeds. Analiza wzlotu i przyczyn upadku średnich miast z powodu „przesunięcia autostrady” jest arcyciekawa!

Autorzy „Futbonomii” wieszczą, że teraz do głosu dojdą wreszcie stolice: Londyn, Moskwa i Paryż. „Moskwie może się to udać, ponieważ jest największą europejską stolicą niedemokratycznego kraju. Zasoby Rosji skupiane są w jej centrum, a pod ziemią znajdują się duże zapasy ropy i gazu. Paryż może zacząć wygrywać, ponieważ ma blisko 12 milionów mieszkańców, wielu potencjalnych sponsorów i tylko jeden klub piłkarski grający w pierwszej lidze – PSG, przez lata prowadzony w koszmarny sposób i przejęty niedawno przez Katarczyków, którzy zamienili ropę naftową na piłkarzy” – piszą. Firma doradcza Deloitte już w sezonie 2012/13 umieściła PSG wśród ośmiu europejskich klubów o najwyższych przychodach.

Za sprawą Chelsea Londyn już raz wbił się na szczyt. (Autorzy w wydaniu z 2010 pisali, że „być może już wkrótce Arsenal albo Chelsea zostanie pierwszą londyńską drużyną z Pucharem Europy” – akurat wzmianka o Arsenalu po środowym laniu w Monachium brzmi jak ponury żart). „Nie jest zaskoczeniem, że Londyn w końcu wysunął się na czoło rankingu miast piłkarskich. Nawet po kryzysie brytyjskich banków posiada on najbardziej prężną lokalną gospodarkę w Europie”. W mieście działają dwa spośród największych europejskich klubów piłkarskich i prawdopodobnie mogłoby działać jeszcze więcej. Pokazuje to skalę zmian” – dodają.

I dalej: „Kiedy Roman Abramowicz postanowił kupić klub piłkarski, było bardziej prawdopodobne, że zdecyduje się na Chelsea z miasta, w którym osiadł, niż na przykład na Bolton. Kiedy amerykański milioner Shahid Khan kupił Fulham w 2013 roku, liczyło się dla niego to, że był to klub z Londynu. Nawet Queens Park Rangers należy do Malezyjczyka Tony’ego Fernandesa i Hindusa Lakshmiego Mittala, zajmującego 44. miejsce na liście najbogatszych osób świata magazynu „Forbes” i mieszkającego oczywiście niedaleko siedziby klubu w Kensington. To prawda, że inni bogaci obcokrajowcy kupili również Liverpool, Manchester City, Blackburn i Aston Villę, ale Londyn wciąż jest dla miliarderów trochę bardziej pociągający”.

Autorzy „Futbonomii” uspokajają największe pozastołeczne kluby jak MU, Bayern czy Barcelona, które wypracowały na tyle silne marki, że powinny utrzymać się na szczycie europejskiego futbolu. Ale ich największymi rywalami wkrótce nie będą już inne pozastołeczne kluby, ale drużyny ze stolic – Londynu i Paryża. Słyszałem jak po środowym laniu kibice PSG wznosili wulgarne okrzyki w kierunku autobusu z piłkarzami Barcy. A mogli im wykrzyczeć: „Będziemy wkrótce waszą stolicą!” Futbolu…

PSG - Barcelona

Historia pewnej piłki (w kosmosie)

Być może umknęła Państwu ta wiadomość w nawale newsów transferowych, o debiutach Polaków w angielskich klubach, historycznie rekordowym miejscu reprezentacji Polski w rankingu FIFA czy powrocie Ekstraklasy, ale nasz Świat już oficjalnie kręci się wokół piłki futbolowej. A piłka futbolowa oficjalnie krąży po orbicie Ziemi. Piłka szczególna.

Parę dni temu amerykański astronauta, Shane Kimbrough wniósł na pokład Międzynarodowej Stacji Kosmicznej czaro-białą, pościeraną „biedronkę”. Piłkę, która miała trafić na orbitę 31 lat temu. 28 stycznia 1986 roku inny kosmonauta NASA, Ellison Onizuka zabrał na pokład promu Challenger piłkę swojej córki Janelle wraz z podpisami jej koleżanek z drużyny Clear Lake High School w Houston w Teksasie.

Niestety w 73 sekundzie po starcie z Cape Canaveral doszło do pamiętnej katastrofy. W wyniku serii zaniedbań, braku odpowiedniej kontroli oraz wyjątkowo niesprzyjających warunków atmosferycznych na wysokości 14 kilometrów nastąpiło rozerwanie zbiornika paliwa wahadłowca. Co prawda kabina załogi przetrwała – badanie osobistych zasobników powietrza trójki astronautów, w tym Onizuki, wykazały zużycie powietrza przez 2 minuty 45 sekund lotu, ale zderzenia z oceanem nie przeżył już nikt – kabina uderzyła w ocean z przyśpieszeniem równym 200G.

Katastrofa ChallengeraTragedię śledziło na żywo 85 proc. Amerykanów w tym całe szkoły z powodu obecności na pokładzie Christy McAuliffe, biorącej udział w misji w ramach programu „Nauczyciel w Kosmosie”. Szok Amerykanów, uważających się za „zdobywców kosmosu” był wielki i rósł wraz z odkrywaniem niekompetencji i błędów, które doprowadziły do katastrofy. Na 32 miesiące przerwano wówczas program lotów wahadłowców.

Sam do dziś mam obraz ognistego pióropusza i pokręcony ślad dymu jaki zostawił po sobie na błękitnym niebie. W latach 80. nie oglądało się tyle telewizji co dziś, a internet jeszcze nie istniał, takie obrazy robiły więc znacznie większe wrażenie i znacznie bardziej działały na świadomość.

Na pewno jednak przeżywaliśmy w Polsce katastrofy Challengera tak intensywnie jak Amerykanie. Zwłaszcza, że kilka miesięcy później mieliśmy własną – wybuch w elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Z niej do dziś został mi w ustach ohydny smak płynu Lugola, który rozlewano nam w szkole z wiadra (ale tylko tym, co nie skończyli 17-roku życia, zanosiliśmy więc kubki starszym, pominiętym kolegom).

Co prawda o promieniowaniu dowiedzieliśmy się z kumplami jeszcze przed opublikowaniem oficjalnych komunikatów, ponieważ kolega z klasy, mających wysoko postawionych rodziców zaalarmował nas, że siedzi zamknięty w domu z oknami pozasłanianymi kocami ponieważ „jest jakieś skażenie”. Ale specjalnie się nie przejęliśmy – był maj, mecze w Turnieju Dzikich Drużyn do rozegrania, Wyścig Pokoju na ulicach Warszawy do obejrzenia…

Pamiętam za to licytację z Amerykanami podczas letniego kursu niemieckiego pod Monachium, czyja tragedia większa, czyja straszniejsza, czyja bardziej dotkliwa w skutkach.

Ellison OnizukaWracając do piłki Onizuki, mimo że szczątki promu spadły do Oceanu Atlantyckiego na obszarze 1600 km², część fragmentów zaległa na sporej głębokości, a część fale wyrzucały na plaże Florydy nawet kilkanaście lat po katastrofie, jakimś cudem odnaleziono ją od razu pierwszego dnia, jak unosiła się na wodzie. Wraz z flagą amerykańską zamkniętą w specjalnym pojemniku. Do tego ocalała z tragedii zupełnie nienaruszona.

Janelle miała wówczas 16 lat i kochała grać w piłkę. To był czas kiedy „soccer” uznawany był jeszcze w USA za dyscyplinę dla dziewczyn. Ojciec wspierał pasję córki i z dumą przedstawiał się jako „Falcon Dad” (falcon – sokół to przydomek drużyny). Piłka po katastrofie została zwrócona rodzinie, która przekazała ją z powrotem do Clear Lake High School. Tam przez trzy dekady stała za szkłem jako honorowa pamiątka, aż kolejnym „Falcon Dad” został kolejny astronauta, Shane Kimbrough, którego syn gra w jednej z drużyn „Sokołów”, a w drugiej córki-bliźniaczki.

Z kolei Janelle same jest dziś „Falcon mom”. I nie kryje wzruszenia, że „piłka na swój sposób kontynuuje misję rozpoczętą przez mojego ojca przed wieloma laty, eksplorując kosmos i inspirując wiele osób”.

W ten sposób po wielu memach, filmikach i żartach z piłkami, które kopnięciu nieszczęsnych strzelców z karnego jak Sergio Ramos w półfinale Ligi Mistrzów z Bayernem Monachium, wylądowały w stratosferze, wreszcie trafiła tam prawdziwa futbolówka. I to z taka wspaniałą historią.

Shane Kimbrough

Zawodniku, z daleka od polityki!

Zozulia

Czy sportowiec powinien manifestować swoje poglądy polityczne i promować je, wykorzystując do tego swą popularność? Z jednej strony, dlaczego nie? Sportowiec też człowiek, dlaczego odbierać mu prawa do posiadania przekonań? Zwłaszcza jak jeszcze walczy w słusznej sprawie. Czy ktoś dziś krytykuje np. Muhammad Ali za jego walkę o prawa czarnych, przejście na islam i przystąpienie do organizacji Czarnych Muzułmanów? Za odmowę odbycia służby wojskowej i wyjazdu na wojnę w Wietnamie odebrano mu paszport i na trzy lata pozbawiono możliwości uprawiania boksu, ale po latach doceniony, zasypano zaszczytami, np. ONZ zdążyła odznaczyć go przed śmiercią prestiżowym Medalem Wolności.

Jednak w ostatnich burzliwych czasach wyraziste deklaracje, nie mówiąc o jawnym wsparciu konkretnego polityka lub partii nie jest mile widziane. Federacje sportowe i pracodawcy zawodników, czyli np. kluby piłkarskie robią wszystko, żeby utrzymać sportowców z dala od polityki i deklarowania politycznych sympatii. Zwłaszcza podczas meczów.

FIFA i UEFA są przeczulone na punkcie polityki, piętnują wszelkie transparenty polityczne na trybunach (o czym nie raz przekonali się bardziej lub mniej zasłużenie polscy kibice). Zakaz zdejmowania koszulek po golu wprowadzono nie tylko po to, by uniemożliwić piłkarzowi „nielegalne” zareklamowanie sponsora, ale i politycznych deklaracji (prawo zmieniono gdy Predrag Mijatović i Dragan Stojkovic odsłaniali koszulki z napisem „NATO stop bombing” w trakcie interwencji paktu w Serbii).

Pod lupą brane są nawet gesty. Władze Premier League długo prowadziły śledztwo wyjaśniające czy Nicholas Anelka, wówczas zawodnik WBA, łapiąc się po golu lewą ręką za prawe ramię odtworzył gest o nazwie „quenelle”, powszechnie uważany we Francji za antysemicki czy akurat zabolało go ramię. Ostatecznie zawodnik został ukarany grzywną 80 tys. funtów.

Aenis Ben-Hatira

Ledwo zaczął się nowy rok, a już staliśmy się świadkami jak wyraziste poglądy zaszkodziły dwójce zawodników. Najpierw Darmstadt, ostatnia drużyna Bundesligi zwolniła z kontraktu Aenisa Ben-Hatirę (fot. powyżej), reprezentanta Tunezji za otwarte wsparcie dla radykalnej organizacji islamskiej, Ansaar International. Co prawda zawodnik tłumaczył, że jej oficjalnym celem jest pomoc muzułmańskim imigrantom w Niemczech, podejmuje także dużo pozytywnych inicjatyw w świecie, m.in. pomaga Palestyńczykom w Strefie Gazy. Jednak niemieckie służby specjalne uważają, że organizacja jest powiązana z radykalnym islamem i monitorują członków Ansaaru.

Prezes Darmstadtu i trener Torsten Frings wyrazili ubolewanie z powodu straty znakomitego piłkarza, który zachowywał się bez zarzutu. Ale uznali takie rozwiązanie za najlepsze dla wszystkich. Zwłaszcza, że Ben-Hatira deklarował kontynuację współpracy z Ansaar. Po zerwaniu kontraktu napisał na Facebooku, że „jest niewielu ludzi, na których spoczywa wielka odpowiedzialność, a mimo to mogą codziennie spojrzeć w lustro i z dumą się rozpoznać. Dzięki Bogu, ja mogę”.

Do bardzo ciekawej sytuacji doszło w środę w Hiszpanii, gdzie kibice drugoligowego Rayo Vallecano zmusili władze klubu do wypożyczenia ukraińskiego napastnika Romana Zozuli, sprowadzonego ostatniego dnia okna transferowego z Betisu. Fani nie chcieli się zgodzić, by w ich drużynie grał zawodnik powiązany z neonazistowską ultraprawicową partią. W ośrodku treningowym Rayo od rana trwał ich protest, a media całego świata obiegł transparent: „Vallekas nie jest miejscem dla nazistów, dla ciebie też nie. Wynocha!”.

To prawda, że Zuzulia nigdy nie krył się ze swymi nacjonalistycznymi poglądami. Jego media społecznościowe pełne są zdjęć piłkarza w szaliku ze Stepanem Banderą, w koszulkach z „tryzubem” czy karabinem maszynowym w dłoniach. A wg oświadczenia stowarzyszenia kibiców Vallekas, miał też wspierać finansowo ochotnicze faszystowskie bataliony paramilitarne na Ukrainie.

Tymczasem Rayo to jeden z najbardziej lewicowych klubów w Europie. Na Estadio de Vallecas powiewają czerwono-żółto-fioletowe republikańskie flagi z czasów wojny domowej, transparenty z Che Guevarą czy sierpem i młotem na trybunach to zwykła rzecz.

Nie pomogło oświadczenie Zozuli, że hiszpańscy dziennikarze pomylili herb Ukrainy z logiem organizacji nacjonalistycznej, a poety Tarasa Szewczenki z Banderą. Dzień po przylocie do Madrytu musiał się spakować i wracać do Sewilli, mimo że Rayo zdążyło go już zarejestrować, teoretycznie nie ma więc szans na grę w dawnym klubie.

Być może więc agenci sportowców powinni im zalecać absolutny brak deklaracji politycznych dopóki nie skończą kariery, by jej sobie nie utrudniali. A już zwłaszcza w kraju rozdartym tak bardzo politycznym konfliktem jak Polska. Na szczęście nasi sportowcy starają się być w pełni apolityczni. Po sukcesach odwiedzają przedstawicieli władzy, kto akurat rządzi, bez mrugnięcia uśmiechając się podczas wspólnych śniadań.

Tego by tylko brakowało, żeby media zaroiły się opiniami Anity Włodarczyk, Roberta Lewandowskiego czy Kamila Stocha na temat Trybunału Konstytucyjnego, efektów programu 500+ czy funkcjonowania Grupy Wyszehradzkiej. Sport natychmiast przestałby być ostatnim bastionem wspólnoty Polaków.

Jedna kara dla dopingowicza zamiast szycia na miarę!

Ależ wstrząsnęła nami w tym tygodniu seria niefortunnych dopingowych zdarzeń! Niestety także i z udziałem Polaków. Oto w organizmie boksera Andrzeja Wawrzyka, szykującego się do walki o mistrzostwo świata wagi ciężkiej wykryto stanozolol, archaiczny steryd pozwalający zwiększyć masę mięśniową. Ten sam, który był przyczyną dyskwalifikacji najsłynniejszego dopingowicza w historii sportu – kanadyjskiego sprintera Bena Johnsona, tuż po pobiciu rekordu świata w biegu na 100 podczas igrzysk w Seulu w 1988.

Prestiżowy pojedynek Wawrzyka z Deontayem Wilderem w Alabamie odwołany, Polakowi grozi długa dyskwalifikacja, wstyd na całe środowisko. To zresztą trzeci przypadek dopingu w polskim boksie w ostatnim czasie. Dopiero co na stosowaniu zabronionych środków przyłapano Michała Cieślaka i Nikodema Jeżewskiego.

Nie wiadomo czy nie będzie musiał chyłkiem uciekać z ojczyzny Jamajczyk Nesta Carter. To przez niego legendarny Usain Bolt stracił właśnie dziewiąty złoty medal olimpijski i możliwość szczycenia się tzw triple-triple, czyli zdobytymi trzema złotymi medalami na trzech kolejnych igrzyskach. Obaj wywalczyli złoto w sztafecie na 100 metrów na igrzyskach w Pekinie (jeszcze z Asafą Powellem i Michaelem Fraterem), bijąc przy tym rekord świata. W środę MKOl zakończył oficjalnie śledztwo, dowodząc że Carter stosował w 2008 roku metyloheksanaminę i zdyskwalifikował całą ekipę. Tu już wstyd poszedł na cały świat.

Nie wiadomo czym skończą się oskarżenia legendy siatkówki, byłego kapitana reprezentacji Brazylii, Giby jakoby aż siedmiu reprezentantów Rosji miało być na dopingu w pamiętnym finale olimpijskim w Londynie w 2012 roku (Sborna pokonała wówczas Canarinhos 3:2). Giba, który jest obecnie szefem komisji zawodniczej w FIBV, zamierzał w czwartek szukać dowodów w siedzibie federacji w Lozannie i jeśli wszystko się potwierdzi, chce doprowadzić do przyznania złota Brazylii. Dziś wycofuje się z zarzutów, zobaczymy czym skończy się sprawa…

Therese JohaugA w środę w Oslo rozpoczął się głośny proces Therese Johaug, oskarżonej o przyjmowanie sterydów anabolicznych. U słynnej norweskiej biegaczki wykryto clostebol. Sąd musi rozstrzygnąć czy rzeczywiście wzięła zakazany środek nieświadomie, ale też trudno znaleźć sportowca, który w podobnym przypadku mówiłby coś innego. Adwokat Johaug przekonuje, że wykryty w jej organizmie steryd pochodził z maści Trofodermin, który stosowała na poparzone słońcem wargi. Co prawda na opakowaniu było informacja, że zawiera niedozwolony środek (już sama nazwa „bol” sugeruje anabolik), ale biegaczka w pełni ufała lekarzowi kadry z 30-letnim stażem, który kupił lek.

Co innego tu niepokoi. Nawet zakładając, że Johaug wprowadziła clostebolu do organizmu zupełnie nieświadomie, jego stężenie – jak ujawniła komisja antydopingowa – wynosiło 13 nanogramów na mililitr. Kolarz Stefano Agostini, u którego wykryto cztery lata temu zaledwie 7 nanogramów clostebolu na mililitr, został zawieszony na 15 miesięcy. Tymczasem komisja antydopingowa domaga się dyskwalifikacji na… 14 miesięcy.

Dlaczego tyle? Ano dlatego, że taki wyrok pozwoli Johaug wystąpić na igrzyskach olimpijskich w Pjongczang. Będzie miała równo miesiąc na wywalczenie kwalifikacji.

Takie szycie ewentualnej kary na miarę planów startowych przyłapanego sportowca wydaje mi się wielce nieuczciwe. Jeśli zawodnik jest niewinny i udowodni, że użył zakazanego środka nieświadomie albo w wyniku cudzego niedbalstwa, to w ogóle go nie karajmy. Jeśli próbował oszukać, stosował tzw twardy doping albo nawet wykazał się niedbalstwem – niech spotka go kara, ale taka sama dla wszystkich. Dwa lata dyskwalifikacji, bez kierowania się tym czy weźmie udział w jakiejś ważnej imprezie czy nie, co na to sponsorzy etc.

W walce z dopingową zarazą poszedłbym jeszcze dalej. Uważam, że kto raz został przyłapany na tym najbardziej haniebnym występku w sporcie, podważającym zaufanie kibiców do dyscypliny, powinien automatycznie stracić prawo do występu na igrzyskach w przyszłości. Rozumiem, że każdy zasługuje na drugą szansę, nie żądam więc dyskwalifikacji dożywotniej za pierwszą wpadkę. Ale kto raz zbrukał się twardym dopingiem, nie powinien być godzien naszych emocji na tej najważniejszej sportowej imprezie!

Wyobraźmy sobie, że Adrian Zieliński wygrywa batalię (którą prowadzi) o skrócenie czteroletniego zawieszenia, na tyle by móc wystąpić na igrzyskach w Tokio 2020 roku. Czy jesteśmy w stanie zapomnieć co wydarzyło się w Rio, kibicować mu z czystym sercem i cieszyć się z ewentualnego sukcesu? A potem fetować po przyjeździe i nagradzać głosem np. w plebiscycie Przeglądu Sportowego? Ja bym nie umiał.

Hej Premier League, czas na zmiany! Chcę moje mecze o 16:00!

Rooney 250 goal!Chciałem w weekend obejrzeć mecz Stoke City z Manchesterem United – żeby przypadkiem nie przegapić 250. gola Wayne’a Rooney’a w barwach „Czerwonych Diabłów” – i ku mojemu zdziwieniu po raz kolejny okazało się, że w CANAL+ SPORT nie transmitują na żywo spotkania o 16:00. Jakże to tak? Rozumiem, że „zimne, sobotnie popołudnie na Britannia Stadium”, ale jednak gra najbardziej popularny i silny marketingowo klub świata, z Ibrą, Pogbą, wspomnianym Rooney’em w składzie, o Jose Mourinho na ławce nie wspominając. Nie trzeba umysłu Sherlocka Holmesa, żeby przewidzieć, że mecze MU napędzają oglądalność każdej telewizji. Zasięgnąłem więc języka u żródła, czyli u przyjaciół z C+.

Co się okazuje. Gdyby tylko stacja mogła, pewnie że pokazywałaby najciekawsze mecze o 16. (zazwyczaj rozgrywanych jest wówczas równolegle kilka spotkań). Ale nie może ze względu na wieloletnią wyspiarską tradycję – wyjaśnił mi Tomek Smokowski. Pewnie nie wszyscy wiecie, że Angielska Federacja Piłkarska jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku wprowadziła regulacje, zgodnie z którymi mecze ligowe rozgrywane w soboty o 15:00 (GMT czyli ich czasu) nie mogą być pokazywane na żywo w telewizji. Pomysłodawcom chodziło o zachęcenie kibiców do przychodzenia na stadiony. Czasy się zmieniają, frekwencja na meczach Premier League rośnie, latami trzeba czekać na wolny karnet, rosną też sumy jakie stacje telewizyjne płacą za prawa transmisji (obecny trzyletni kontrakt kosztował SKY 5 miliardów funtów, a przepis wciąż obowiązuje! Tradycja ponad wszystko! O 15:00 miejscowego czasu meczu w Wielkiej Brytanii legalnie nie obejrzycie. I to nie tylko meczu Premier League. Jak opowiada Smok, kiedy ostatnio El Clasico ruszało o 16:00, też nikt go na Wyspach nie pokazywał. W tym czasie na wszystkich sportowych stacjach lecą wyścigi konne. Oczywiście poza Brytanią ten zakaz nie obowiązuje i stacje telewizyjne posiadające prawa do Premier League w Europie i na świecie mogą bez problemu transmitować te mecze. Chociaż i je pośrednio dotyka ta regulacja – muszą wybierać do transmisji jeden z kilku rozgrywanych jednocześnie meczów.

Smok szerzej o tym opowiedział w poniedziałkowej Misji Futbol (od 16:50)

Jednak globalizacja spowodowała zgrzyt w tym systemie i kłopot ze skutecznym egzekwowaniem anachronicznego przepisu. Potrzeba jest matką wynalazków i jeśli jest problem z dostępnością na rynku jakiego dobra bądź usługi, a popyt na nie jest duży, to zawsze znajdzie się sposób na dostarczenie pożądanego „towaru”. A już mistrzami w znalezieniu potrzebnej „furtki” są nasi rodacy, których jak wiadomo na Wyspach nie brakuje. Wraz z nimi do Anglii trafiły dekodery platformy nc+, w których mecze o 16:00 można dotąd było oglądać bez problemu. A następnie i do angielskich pubów, których goście, racząc się ulubionym Guinnessem, Fuller’s London Pride czy
Bishops Fingerem mogą oglądać w telewizji mecze o „zakazanej godzinie”.

Jest to oczywiście proceder niezgodny z prawem, zdecydowanie zwalczany przez Premier League. Każdej soboty tysiące „tajemniczych klientów” (mystery shoppers) ruszają do pubów kontrolując czy nie jest łamany zakaz z lat 60. XX wieku. I ciągle znajdują lokale, którymi zawiadują nieuczciwi właściciele, i którzy nic sobie nie robią z tego staroświeckiego zakazu. W efekcie obrywa nc+ i my widzowie, bowiem brak meczów o 16. w zagranicznych stacjach to efekt wkurzenia Anglików. Trudno właścicieli praw telewizyjnych winić za zdecydowaną walkę z piractwem, na którym traci cały biznes medialny, sportowy, kibice i Skarb Państwa.

A przecież rozwiązanie wydaje się proste – wystarczyłoby wyłączyć sygnał w „złapanych na gorącym uczynku” dekoderach i po kłopocie. Niestety, zawiłości prawa brytyjskiego i europejskiego powodują, że to nie jest takie proste. Łatwej jak się okazuje ograniczyć nadawcę z Polski, uderzając przy okazji w fanów Premier League znad Wisły. A już najlepszym i najprostszym pomysłem, który definitywnie załatwiłby sprawę byłoby zniesienie anachronicznych regulacji, dzięki czemu znacznie zyskałaby pozycja Premier League na całym świecie. Obawiam się jednak, że Anglicy będą się kurczowo trzymać tradycji jak jeżdżenia po lewej stronie.

Chyba, że ktoś z Was zna jakieś lepsze rozwiązanie tego galimatiasu, czekam na prpozycje w komentarzach…

Powiększanie biustu Wenus z Milo

Wenus z MiloTo nie moje porównanie. To sir Bobby Charlton, mistrz świata z 1966 roku i legenda Manchesteru United nazwał kiedyś pomysły zmian przepisów piłki nożnej „powiększaniem biustu Wenus z Milo”. Trafnie, bowiem wg naukowców to właśnie ta eksponowana w Luwrze słynna hellenistyczna marmurowa rzeźba (ok. 130 p.n.e.) obdarzona jest biustem idealnym. Zawdzięcza to proporcjom – górna część tkanki powyżej linii sutka zawiera 45% całkowitej masy piersi, a dolna 55%. Jak donosi magazyn chirurgów plastycznych „Plastic and Reconstructive Surgery”, właśnie takie proporcje preferują kobiety proszące o zabieg zarówno powiększenia, pomniejszenia jak i rekonstrukcji po mastektomii.

Wygląda na to, że FIFA zmieniła się oddział oszalałych chirurgów, owładniętych obsesją upiększania i uatrakcyjniania na siłę tego co już jest piękne i sprawdzone. Jeszcze nie otrząsnęliśmy się rozszerzenia mundialu do 48 drużyn, co odedrze go z elitarności, a tu z kolejnymi pomysłami jak sprawić by „gra była bardziej dynamiczna i interesująca” wyjechał na łamach „Bilda” Marco van Basten.

Holender namawia m.in. do rezygnacji ze spalonych oraz dogrywek, zamiast których chciałby od razu karnych i to takich jak w hokeju, czyli wykonawca ruszałby z pewnej odległości i miał prawo dryblować bramkarza. Z hokeja czerpie także pomysł by żółte kartki zastąpić 5-10 min karami.

Najwyraźniej fascynuje go również koszykówka, chciałby z niej przenieść rozwiązanie, że zawodnik schodzi z boiska za popełnienie pięciu fauli. Jest także za zwiększeniem liczby zmian – oprócz trzech w ciągu 90 minut, jak dziś, trenerzy mieliby prawo dokonać dwóch kolejnych w dogrywce (o ile ta nie zostanie zlikwidowana).

Brzmi to wszystko jak fake newsy, czyli informacje zmyślone, których ostatnio tak mnóstwo pojawia się zwłaszcza w kwestiach politycznych. Ale nie jest. Ciekawe swoją drogą, że za psucie futbolu bierze się człowiek, który przez całą karierę czynił go atrakcyjnym i porywającym. Że likwidację spalonych proponuje nie jakiś „sęp pola karnego”, grający na linii, w rodzaju Pippo Inzaghiego, ale napastnik obdarzony wspaniałą techniką, gracją i elegancją, potrafiący zdobywać gole właściwie z każdej pozycji, odległości i każdą częścią ciała. Inna rzecz, że w van Bastenie trenerze niewiele zostało z van Bastena piłkarza. Jego Holandia grała (na mundialu w 2006) chyba najbrzydszy i najbardziej siłowy futbol w swej historii.

Ciężko mi sobie wyobrazić jak wyglądałaby piłka nożna po takiej rewolucji i jak wielki zapanowałby chaos. Wg Holendra brak spalonych sprawiłby, że futbol przypominałby bardziej piłkę ręczną, stając się dzięki temu bardziej dynamiczny i atrakcyjny. Padałoby więcej goli, bo napastnicy częściej dochodziliby do okazji. Moim zdaniem mecze zaczęłyby przypominać raczej te rozgrywane na szkolnych boiskach. Wywaliłoby to też w kosmos całą taktykę, zawodnicy tkwiliby „na ogryzkach” pod bramką rywala, we własnym polu karnym musiałoby więc dyżurować też zawsze ze dwóch obrońców itd.

Ogromną krzywdą wyrządzoną futbolowi byłaby rezygnacja z dogrywek. Pozbawilibyśmy się niezmierzonych pokładów adrenaliny i emocji. Wyobrażacie sobie, że od razu przechodzimy do karnych i nie przeżywamy takich thrillerów jak w dogrywce półfinału Euro ’96 Anglia – Niemcy, finału Ligi Mistrzów w Stambule w 2005 gdzie Jerzy Dudek w niewytłumaczalny sposób obronił strzał Andrija Szewczenki, albo ćwierćfinału Euro 2004 Portugalia – Anglia, gdzie w dogrywce po golu strzelili Rui Costa i Frank Lampard? Że nigdy nie padają dwa fantastyczne gole Fabio Grosso i Alessandro Del Piero w dogrywce półfinału mundialu w 2006 z Niemcami, przechodzimy do karnych, które tradycyjnie (wtedy jeszcze) wygrywają gospodarze i to oni grają w finale z Francją? Że Andres Iniesta nie strzela bramki w dogrywce finału mundialu w RPA w 2010, karne wygrywają Holendrzy, dostając nagrodę za brutalną grę? Itd.

Można by zbyć pomysły van Bastena kpiną jak prezes PZPN Zbigniew Boniek, który na Twitterze napisał, że „mój przyjaciel nie doszedł do siebie po 5stadionie” (którego sponsorem, przypomnijmy, był piwo Tyskie). Gorzej, że Holender nie jest tylko byłym świetnym piłkarzem i średnio udanym trenerem, ale niestety od niedawna również dyrektorem rozwoju technicznego FIFA. Komisja na czele której stoi, zajmuje się „ulepszaniem” piłki nożnej. Ktoś te jego propozycje weźmie na poważnie, ubierze w przepisy i zaproponuje pod obrady. Skoro przeszło zakrawające na absurd rozszerzenie mundialu…

Cała nadzieja, że zgody na modyfikację kolejny raz niezależny International Football Association Board, organizacja założona jeszcze w 1886 roku, w której skład wchodzą przedstawiciele Anglii, Walii, Szkocji i Irlandii Płn oraz czterech członków FIFA. Do zmiany przepisów potrzeba poparcia 75 proc. Brytyjczycy znani są konserwatyzmu i w przeszłości zablokowali m.in. zapędy byłego szefa FIFA, Seppa Blattera, by powiększyć bramki.

Oby i tym razem wykazali asertywność, bo Wenus z Milo jaką jest futbol zmienią nam w inną słynną rzeźbę – „Fontannę” Marcela Duchampa, czyli… pisuar, który słynny dadaista zaprezentował w 1917 roku na wystawie Stowarzyszenia Artystów Niezależnych w Nowym Jorku.

The Scottish National Gallery Unveil Their New Exhibition Of Work From The D. Daskalopoulous Collection

Małysz i Stoch, czyli Superman kontra Batman

 

Małysz i Stoch, Superman i Batman

Muszę Wam się przyznać, że jestem wielkim fanem komiksów (bo już nie wszystkich filmów) o superbohaterach i całej mitologii z nimi związanej. W drugiej części słynnego filmu Quentina Tarantino „Kill Bill”, tytułowy bohater, którego gra David Carradine wygłasza kapitalny monolog na temat wyższości superbohaterów. Wyjaśnia w nim dlaczego najbardziej ceni sobie Supermana, który – choć wszyscy superbohaterowie są siłą rzeczy wyjątkowi – ten jest postacią unikalną. Otóż Batman to tak naprawdę Bruce Wayne, a Spider-Man to Peter Parker. Budzą się rano jako Bruce Wayne i Peter Parker. Stali się superbohaterami w wyniku splotu różnych okoliczności i żeby odegrać tę rolę muszą po cichu wbijać się w specjalny kostium…

Superman urodził się zaś jako Superman. Budząc się rano nadal jest Supermanem. Jego alter ego pozwalające mu egzystować w społeczeństwie to Clark Kent. Jeśli wkłada kostium, czyli okulary i garnitur to po to, żeby ukryć się w tłumie. W tym z literką „S” na piersi został znaleziony jako niemowlak z planety Krypton.

Przyznaję rację Tarantino co do wyjątkowości Supermana, ale moim ulubionym superbohaterem zawsze pozostanie Batman. Po pierwsze dlatego, że nie zyskał nadnaturalnej mocy w wyniku ukąszenia pająka jak Spiderman, ani nie ulega mutacji w wyniku promieniowania gamma jak Hulk. Sam podjął decyzję, żeby walczyć ze złem przybierając maskę, niczym nowoczesny Zorro. Czuję do niego sympatię, ponieważ cały czas jest pełnym słabości człowiekiem, tyle że wspomaga się supergadżetami. W dodatku, żeby prowadzić grę na co dzień zgrywa antypatycznego bufona i playboy’a. Prawdziwą, wrażliwą twarz musi cały czas skrywać, by nie zostać zdemaskowanym…

Odwieczne dywagacje na temat wyższości jednego superbohatera nad drugim przypomniały mi się, gdy po wygraniu przez Kamila Stocha Turnieju Czterech Skoczni (i zajęcia drugiego miejsca przed Piotra „Robina” Żyłę) między kibicami rozgorzała dyskusja kto właściwie jest polskim skoczkiem narciarskim wszech czasów? Czy dwa złote medale olimpijskie, jeden mistrzostw świata i wygrany Turniej Czterech Skoczni Kamila przebijają dokonania Adama, czyli cztery „Kryształowe Kule” za wygranie Pucharu Świata i cztery tytuły mistrzostwa świata?

Śledziłem spory na Twitterze, a „Gazeta Wyborcza” poświęciła zagadnieniu cały artykuł. Dla mnie ta dyskusja jest równie absurdalna i nierozstrzygalna jak w przypadku postaci z komiksów Marvella i DC Comics, tyle że tu obaj superbohaterowie są z krwi i kości. Ale jednocześnie bardzo pociągająca, bo nie ma dla kibica lepszej zabawy jak porównywanie nieporównywalnego, czyli zawodników różnych dyscyplin z różnych epok.

W przypadku naszych „Orłów” padały różne argumenty. A to, że złoto olimpijskie przykrywa każdy inny sukces, a tu jeszcze Kamil zdobył dwa złote krążki na jednych igrzyskach. Trzeba przyznać, że przynajmniej w tej klasyfikacji wygrywa z Adamem, który wywalczył trzy srebrne medale i jeden brązowy. Ale igrzyska to nie wszystko i nie wolno popaść w przesadę. Trudno np. uznać takiego Larsa Bystøla lepszym skoczkiem od Adama, bo Norweg zdobył złoty medal na igrzyskach w Turynie.

Z kolei Małysz jest zdecydowanie bardziej utytułowanym skoczkiem jeśli chodzi o mistrzostwa jak i Puchar Świata. Wygrał w karierze 39 konkursów PŚ, Kamil jak dotąd – 17. No i wielka jest siła rażenia „Kryształowej Kuli”, bo to nagroda za bycie najlepszym przez cały sezon. Czterokrotnie tej sztuki oprócz Adama dokonał tylko Fin Matti Nykänen, ale za to Polak jako jedyny trzy razy z rzędu! To dowód niebywałej dominacji. Kamil jest na najlepszej drodze do wywalczenia „dopiero” drugiej „Kryształowej Kuli” w karierze.

Jeśli oddać głos samym zawodnikom, to Małysz w niedawnym wywiadzie dla „Przeglądu” przyznał, że oddałby wszystkie swoje medale olimpijskie za jeden złoty Kamila i spłakany po triumfie młodszego kolegi w TCS 16 lat po swoim własnym, przyznał, że „Orzeł z Zębu” przebił jego dokonania.

Co innego jednak prawda zawodnika, a co innego prawda kibica, która przypomina unikalność i niepowtarzalność „małyszomanii”. Pierwsze sukcesy Małysza były najsłodsze, bo kompletnie niespodziewane niewytłumaczalne. Polak nie-wiadomo skąd przebił się na szczyt, lejąc uznanych, niemieckich (co nie bez znaczenia) mistrzów. Jego zawody oglądało przed telewizorem 14 mln widzów, a pod skocznię w Zakopanem potrafiło zjechać nawet 50 tys. ludzi!

No i gdyby nie sukcesy Małysza, prawdopodobnie nie było by Stocha. Nie tylko z powodu inspiracji, bo dzieciaki zyskały idola i ruszyły trenować skoki, ale także dlatego, że w efekcie tamtych sukcesów powstał dobry system szkoleniowy, a skocznie nie popadły w ruinę.

Z drugiej strony presja na barkach Kamila, by wejść w buty Adama i stać się jego następcą była potworna. Skakał w Zakopanem zdając sobie sprawę z oczekiwań, a jednak dał radę! Za to też należy mu się ogromny szacunek.

Sam nie umiałbym wygrać między naszymi superbohaterami jeszcze z jednego powodu: z oboma jestem związany emocjonalnie. Byłem na TCS w 2001 gdy Małysz wygrywał go po raz pierwszy i na czterech kolejnych turniejach (bylismy tam z Robertem Błońskim jednymi z nielicznych polskich dziennikarzy). Widziałem z bliska narodziny małyszomanii, ba swoimi tekstami przyczyniłem się odrobinkę do jej rozdmuchania, m.in. odkrywając tajemnicę słynnej „bułki z bananem” – taki tytuł miał nasz artykuł. Odkrywaliśmy magię skoków razem z resztą rodaków. Zwycięstwa Kamila też dane mi było przeżywać na żywo. A co ważniejsze miałem przyjemność wręczyć mu na scenie statuetkę Sportowca Roku podczas niezapomnianej Gali Przeglądu Sportowego i TVP. To też było emocjonalne przeżycie.

Dlatego umywam ręce. Wybierajcie który lepszy sami;)

Kamil Stoch i Adam MalyszA jak bukmacherzy widzą szanse Kamila na wygranie klasyfikacji końcowej Pucharu Świata? Faworyt!

Fortuna

 

 

Karkonosze 2030? Zróbmy to, byle z głową!

Nie sądziłem, że po spektakularnej klapie pomysłu zimowych igrzysk olimpijskich w Krakowie w 2022, ktoś w Polsce tak szybko odważy się porwać na organizację tej najbardziej romantycznej z wielkich imprez sportowych. „Nie” igrzyskom w Tatrach powiedziało w referendum aż 70 procent mieszkańców, zrażonych ogromem kosztownych inwestycji i nie mających zaufania do komitetu organizacyjnego, którego kontrowersyjną działalność odsłoniły lokalne media. Na koniec zaś NIK wytknął im nieefektywność starań – nim zapytano kogokolwiek o zdanie, wydano na organizację 11 mln zł.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że pomysłodawcy Karkonoszy 2030 mają ciekawą wizję romantycznych, ekonomicznych i kameralnych igrzysk. Alternatywy dla kosztujących bajońskie 50 miliardów dolarów ZIO w Sochi i – jeszcze nie wiadomo ile, ale pewnie nie mniej – w Pekinie. Samo rozegranie imprezy w dwóch krajach pozwoli na znaczną oszczędność.

Wiadomo, że tak wielka impreza to gigantyczna szansa rozwoju dla całego regionu i nie tylko. Wciąż widoczny efekt Euro 2012 przekonuje, że cała Polska mogłaby liczyć na kolejny „skok cywilizacyjny”. W Krakowie do dziś nie mogą przeboleć, że „taka szansa już się nie powtórzy”, że igrzyska przyśpieszyłyby budowę Zakopianki, obwodnicy Krakowa, szybkiej kolei do Zakopanego itp.

Mam więc nadzieję, że Karkonosze nie popełnią błędu Krakowa i na samym początku zapytają mieszkańców Szklarskiej Poręby, Karpacza, Jeleniej Góra, Harrachova, Špindlerowego Mlýna itd. co sądzą o pomyśle. Polacy pokazali w ostatnich latach, że świetnie potrafią organizować największe sportowe imprezy od Euro w piłce nożnej po piłkę ręczną, od MŚ w siatkówce po hokejowe. I że w każdym przypadku są doskonałymi gospodarzami, do których chce się wracać. Wykorzystajmy to, byle rozsądnie i z głową!

Jak widać poniżej niepowodzeniach Zakopanego i Krakowa bukmacherzy umiarkowanie oceniają szanse Karkonoszy. Po udanym referendum (to nie Kraków, mieszkańcy regionu z pewnością dojrzą potencjał tak wielkiej imprezy) i gigantomanii Pekinu na pewno wzrosną :)

Szanse na ZIO w Karkonoszach wg Fortuny

#SportowiecRoku: Sprawiedliwości stało się zadość

Anita Włodarczyk. Sportowiec Roku 2016Kłaniam się nisko Anicie Włodarczyk i gratuluję zasłużonego tytułu Sportowca Roku w Polsce. W 2016 nie było sportowca ani w naszym kraju, ani na całym świecie, kto tak bardzo zdominowałby swoją dyscyplinę. Nasza młociarka praktycznie nie miała konkurencji. Sytuacje gdy na horyzoncie brak rywala bywa czasem dla zawodnika zgubny, łatwo nadwyrężyć motywację, troszkę odpuścić. Ale to nie przypadek Anity. Mistrzostwo olimpijskie uświetnione rekordem świata, poprawienie tego rekordu przed własną publicznością w ramach podziękowania za wsparcie. A na koniec jeszcze odzyskanie należnego złotego medalu za igrzyska w Londynie.

W plebiscycie „Przeglądu”, w którym przecież potwornie trudno zważyć na szali sukcesy przedstawicieli różnych dyscyplin i emocje jakie nam gotowali, dawno chyba nie było tak klarownego faworyta. Na Anitę głosowała ogromna większość nominowanych sportowców, większość redakcji, które zaprosiliśmy do wspólnej zabawy i wreszcie większość kibiców, którzy przysłali kupony, sms, typy z hasztagami i klikali w internecie.

Oczekiwanie, że musi wygrać Anita było ogromne. Prezes PZPN, Zbigniew Boniek stwierdził wręcz, że w razie innego zwycięzcy należałoby pomyśleć na zmianą formuły plebiscytu. Nigdy nie odejdziemy od tego by w przyszłych, tak jak w minionych 82. zawsze decydujący głos mieli kibice. Z wielką ulgą i radością przyjąłem jednak ich werdykt. Wygrał sportowiec najlepszy i nikt nie ma prawa czuć się skrzywdzony, jak w poprzednich latach. A lista wielkich zawodników, którym nigdy nie dane było wygrać plebiscytu jest przecież długa, od Jerzego Kuleja po Tomasza Majewskiego, który nawet odbierając w sobotę statuetkę Superchampiona napomknął o tym z goryczą.

Jak dobrze, że istnieje Plebiscyt „Przeglądu”. Dzięki niemu możemy należycie uhonorować naszych wspaniałych sportowców, wspaniałych nie tylko na arenach, ale i poza nimi. Jak Piotr Małachowski, któremu ze sceny Teatru Polskiego za życie i zdrowie podziękowały dzieciaki, które uratował, oddając na licytacje swoje najcenniejsze trofea. Jak Bartosz Zmarzlik i Robert Lewandowski, dzięki ofiarności których i Piotra na licytacji tuż przed rozpoczęciem Balu Mistrzów Sportu zebraliśmy na leczenie chorego na raka Kamila aż 111 tysięcy złotych. Kochani, jesteście naprawdę wielcy!

Gala Sportowiec Roku

Lektury obowiązkowe: Gowarzewski pod choinkę!

MIstrzostwa Polski. StulecieSpośród licznych książek sportowych piętrzących się w księgarniach przed Świętami, widzę trzy, które szczególnie poleciłbym Państwu na prezenty dla bliskich lub siebie samych. Po pierwsze „Dekalog Nawałki” Marcina Feddka, dziennikarza Polsatu, którego selekcjoner obdarzył przywilejem podróżowania wraz z kadrą, śledzenia zamkniętych treningów i przysłuchiwania przedmeczowym odprawom, a nawet wzięcia udziału w zamkniętej imprezie z okazji awansu do Euro 2016. Zarówno w trakcie eliminacji do turnieju jak i we Francji. Kto chce więcej zrozumieć z tego, co obejrzał w telewizji i zajrzeć za kulisy – to pozycja dla niego.

Z kolei „Być liderem” Aleksa Fergusona to nie kolejna biografia legendarnego trenera, prowadzącego Manchester United przez 27 lat, tych już jest wiele, autoryzowanych i nie. To napisane ze sporą szczerością i humorem kulisy zarządzania wielką futbolową machiną jaką „Czerwone Diabły” stały się za czasów Szkota. Tajniki warsztatu, toku myślenia, egzekwowania dyscypliny i sposobów motywacji człowieka, który wychował na gwiazdy Cristiano Ronaldo, Davida Beckhama, Paula Scholesa i wielu innych. Wartościowa lektura dla każdego szefa ale nie tylko.

***

Lekturą obowiązkową każdego polskiego kibica zdecydowanie jest kolejne dzieło „encyklopedysty piłkarskiego”, Andrzeja Gowarzewskiego: „Mistrzostwa Polski. Stulecie”. Wychodzi jako 51. tom doskonale znanej „Encyklopedii Piłkarskiej FUJI”, ale stanowi początek zupełnie nowej kolekcji, którą autor tworzy z myślą o uczczeniu stulecia niepodległości Polski (2018), powstania PZPN (2019), pierwszych rozgrywek o mistrzostwo Polski (2020) i pierwszego meczu reprezentacji (2021). Powstanie co najmniej 8 tomów (a może 12) na przemian „białych” i „czerwonych”. Pierwsze zawierać będą biogramy zawodników i trenerów, drugie opisywać kolejne edycje mistrzostw Polski.

- To efekt 40-letniej pracy reporterskiej, od tylu lat zbieram materiały o zapomnianych twórcach polskiego futbolu, ich meczach w lidze, pucharach i reprezentacjach. Zapomnianych z powodów historycznych, bo po 1939 roku zwaliły nam się na głowę dwa niszczące totalitaryzmy, które obróciły wniwecz nie tylko ludzi ale i pamięć o nich, w tym wszelkie materiały. Po II Wojnie Światowej nastał też czas, że o postaciach II Rzeczypospolitej nie pisano wcale albo pisano nieprawdę, bo ktoś walczył nie na tym froncie co trzeba albo zginął w Katyniu. Skoro uznajemy piłkę nożną za ważny dla społeczeństwa element naszej kultury, tym ludziom należna jest pamięć – tłumaczy swoje intencje autor.

Gowarzewski rozpoczął mozolne zbieranie materiałów gdy po wprowadzeniu Stanu Wojennego odszedł na własne życzenie z pracy w prasie. Mimo iż przez kilka lat był bezrobotny, na własny koszt pieczołowicie przeprowadzał rozmowy i zbierał świadectwa, bez jakiejkolwiek nadziei, że będzie mógł to kiedykolwiek opublikować. Często zresztą w „Stuleciu” opisuje historię poszukiwań i docierania do źródel, co było znakomitym pomysłem.

W pierwszym tomie nowej serii, noszącej podtytuł „Od Abramowicza do Żyły. Piłkarzy II Rzeczpospolitej portret własny” prezentuje biogramy 2000 zawodników. – Ciekawości sprawdziłem ilu ich jest w internecie i naliczyłem niecałych 200, w tym większość przepisanych z poprzednich encyklopedii Fuji. Wertując książkę można zatopić się w tych historiach. Ja otwierając ją losowo, właśnie trafiłem na opis losów dwóch reprezentantów: Adama Koguta, uczestnika pierwszego zwycięskiego meczu reprezentacji Polski (ze Szwecją w Sztokholmie w 1922), żołnierza 1. brygady Legionów, w 1939 obrońcy twierdzy Modlin, który rozstrzelanego w Katyniu – i zaraz obok Adama Knioły, „jednego z najbardziej widowiskowych polskich napastników”, sprintera i skoczka w dal, zawodnika Warty i Warszawianki, aresztowanego w jednej z pierwszych łapanek na ulicach Warszawy, wysłany do obozu koncentracyjnego Auschwitz w jednym z pierwszych transportów gdzie zmarł w 1942.

Gdy w przed rokiem Gowarzewski w 25 rocznicę rozpoczęcia swej encyklopedycznej działalności wydał 50 tom, poświęcony reprezentacji Polski, zastanawiałem się co dalej, czy jeszcze będzie mu się chciało, czy znajdzie w sobie pasję i zapał. Na szczęście wciąż kipi jednym i drugim!