Z liścia, czyli wszyscy jesteśmy zdradzeni

Legia pobita w Poznaniu i na parkingu na ŁazienkowskiejAwans reprezentacji na mundial w Rosji, gwarancja losowania z pierwszego koszyka, rekord strzelecki Roberta Lewandowskiego, który wyprzedził Włodzimierza Lubańskiego – wszystko to na chwilę przykryło skandaliczne wydarzenia na parkingu Legii po powrocie piłkarzy z przegranego meczu w Poznaniu. Mam nadzieję, że sprawa została zamieciona pod dywan tylko na chwilę z powodu ogólnego zachłysnięcia się narodowym sukcesem. „8-minutowa ostra wymiana zdań i szarpanina” – jak to misternie ujęto w oświadczeniu klubu – tak dalece przekracza wszelkie granice, że konsekwencje przez lata będzie ponosiła nie tylko Legia ale cały polski futbol klubowy.

Sprawę rozmyła też reakcja policji, która po analizie monitoringu wykluczyła pobicie, stwierdzając, że doszło co najwyżej do „czynów związanych z naruszeniem nietykalności osobistej”. I w związku odmówiła ścigania sprawców z urzędu, oczekując na „inicjatywę ze strony osób, które poczuły się pokrzywdzone”. Że nic takiego nie nastąpi pokazała już sprawa z pobiciem Kuby Rzeźniczaka, której deja vu właśnie przeżywamy tylko w większej skali.

Od początku było wiadomo, że nie chodzi o pobicie, ale kilka „plaskaczy i karychów” rozdanych celem zdyscyplinowania zawodników. Co z tego, że nie były bolesne i nie zostały widocznych ślady. Ważne, że zostawiły mocny ślad w psychice piłkarzy.

Większego upokorzenia w karierze nie przejdą. Jak podsumował Maciej Szczęsny, na miejscu pobitych nie chciałby już grać w Legii. Kontrakty i strach skazują ich pozostanie, ale tej psychicznej kuli u nogi nie pozbędą się już do końca.

Ciekawe w głowach ilu z nich w trakcie niedzielnego meczu z Lechią będzie brzmiało pytanie, czy w razie porażki znów czeka ich ścieżka zdrowia?

Ma rację Krzysztof Stanowski, pisząc na Weszlo.com, że piłkarze zostali zdradzeni. Przez klub, trenera, kibiców. To prawda, grali fatalnie, każdy co do jednego ze trzy razy gorzej niż w poprzednim sezonie. Ale przecież nie dlatego, że tak się umówili: dobra gramy piach, chrzanić powołania do kadry czy transfer do lepszego klubu. Niestety nikt im nie pomaga wyjść z tego kryzysu.

Właściciel zwolnił trenera, który przestał mieć pomysł na zespół, ale w zamian zatrudnił człowieka obecnego w futbolu od lat, ale nie na ławce trenerskiej. Być może ten eksperyment wypaliłby w czasach spokojnych. Tymczasem Romeo Jozak jest jak świetny ortopeda, któremu kazano przeprowadzić operację na otwartym sercu.

Trener zdradził szatnię zanim autokar zajechał na klubowy parking, gdy po porażce zdystansował się od drużyny i skompromitował ich tekstem o panienkach. W myśl zasady: „wygrywamy my, przegrywacie wy”.

Ale akurat o bierność podczas dyscyplinowania piłkarzy nie mam do niego pretensji. Sytuacja była ekstremalna. Nie jest opiekunem drużyny trampkarzy, czy miał zasłaniać dorosłych facetów własną piersią? Być może mógł zostać bohaterem, rzucając się sam przeciwko pięćdziesięciu chłopa, ale nie można mu czynić zarzutów, że nie zechciał.

Gorycz poczucia zdrady przez kibiców najlepiej wyraził na łamach legia.net asystent Jozaka, Aleksandar Vuković. Od lat związany z Legią, nie da się powiedzieć, że nie ma jej w sercu. Dwa mocne cytaty: „(…) Jako kibic wychowany na innych ideałach pytam się, co się stało z obowiązującym kiedyś na stadionach hasłem „Na dobre i na złe”? Drużyna Legii ma teraz kłopoty, nie da się zaprzeczyć. Gra słabo, z różnych powodów. Kiedy jest więc to złe? Właśnie teraz, ci ludzie potrzebują wsparcia. Przecież wszystkich porażek w tym sezonie w pucharach i w lidze nie można podczepić pod brak zaangażowania czy chęci”.

Chciałbym, aby kibice podeszli do sprawy w ten sposób: – Panowie jest źle, widzimy to, ale jesteśmy z wami”. Czy jest szansa na takie podejście, czy to już się nie wydarzy, a ja po prostu żyję ideałami z poprzedniej epoki? Jeśli to już nie jest możliwe, to bardzo źle się dzieje. Moim zdaniem hasło „na dobre i na złe” jest esencją kibicowania i podejścia do swojego klubu”.

Piłkarze mają też prawo czuć się zdradzeni przez klub. Nie tylko dlatego, że incydent miał miejsce na jego terenie, tam gdzie mieli prawo czuć się jak w domu. Długo czekali na stanowisko klubu, ale okazało się ono nadzwyczaj miałkie. Brak w nim stanowczego wzięcia w obronę upokorzonych, jest za to dzielenie włosa na czworo że „klub ma świadomość silnych emocji związanych z niepowodzeniem sportowym…”

Naprawił to nieco właściciel, ale na jego głos usłyszeliśmy dopiero trzy dni po incydencie. Rozumiem niechęć eskalowania konfliktu i uniknięcia ewentualnego bojkotu trybun, to byłaby już ostateczna katastrofa. Słowem, znów zgniły kompromis jak przy sprawie Rzeźniczaka.

Tylko, że klub także ma prawo czuć się zdradzony. Przez wszystkie instytucje państwowe i piłkarskie. Jak zwykle w takich wypadach jest zostawiony sam sobie z problemem chuliganów. Wszyscy inni umywają ręce. Ta rzecz jest niezmienna od lat. Co z tego, że mamy najpiękniejsze i najbardziej funkcjonalne stadiony w Europie, gwiazdy światowego formatu w reprezentacji, wyjazd na kolejny turniej skoro chuligani jak terroryzowali kluby tak terroryzują nadal?

Od lat nie ma woli rozwiązania problemu stadionowego chuligaństwa. I wspólnego frontu państwa, polityków, policji, prokuratury, instytucji piłkarskich jak PZPN czy Ekstraklasa.

Dlatego kolejny podobny incydent jest kwestią czasu. Może już po Lechii w razie złego wyniku? Nie dziwmy się więc, jak ostatnio na Forum Ekonomicznym w Krynicy, że czołowe instytucje finansowe, banki, firmy ubezpieczeniowe itp. stronią od polskiej piłki klubowej. Ta zaś ulega w Europie coraz większej marginalizacji. Aż stanie się skansenem, z którego w świat idą tylko przekazy o fajnych oprawach i niefajnych pobiciach. Ale nigdy o sporcie. Tak naprawdę zdradzeni mają prawo się czuć wszyscy prawdziwy kibice futbolu.

Legia

Misja: Rosja! Czyli jak Lewy przekłuł balonik

Robert LewandowskiNie mogę przestać zachwycać się Robertem Lewandowskim. Nie chodzi tylko o postawę na boisku i rekordowe w historii eliminacji mistrzostw Europy 16 goli. Te przesądzających o zwycięstwie jak z Danią, pozwalające uniknąć kompromitacji jak ten w doliczonym czasie z Armenią na Narodowym czy odwracające losy spotkania jak ten ostatni z Czarnogórą. O nich napisano już wszystko.

Nie chodzi też o postawę poza boiskiem – szczęśliwe małżeństwo, styl życia pozwalający tak długo unikać kontuzji na niespotykaną skalę, mądre inwestowanie zasłużonej fortuny, unikanie skandali i rajów podatkowych jak w przypadku równie wielkich kolegów, zaangażowanie w akcje charytatywne, wreszcie pozostawanie normalnym kolesiem na ile tylko pozwala tylko status rozpoznawalnego wszędzie na świecie gwiazdora.

Znów zaimponował mi czymś nowym! Postawą po ostatni gwizdku sędziego w meczu z Czarnogórą. Gdy cały stadion – koledzy, sztab szkoleniowy, kibice i oczywiście my, dziennikarze – rzuciliśmy się wszyscy świętować pierwszy od 12 lat awans na mundial, on zasłaniając dłonią usta dłonią, już tam na murawie recenzował Adami Nawałce zakończone właśnie spotkanie. I po kręceniu głową i minie selekcjonera można było poznać, że nie była to recenzja pochwalna.

Gdy przez media społecznościowe przelewała się już euforia z zapewnienia pierwszego koszyka i pierwsze spekulacje co jesteśmy w stanie osiągnąć w Rosji, a kilku jego kolegom zdarzyło się zdradzić, że ich marzeniem jest medal, Lewy przebił balonik zanim ktokolwiek zdążył go napompować. W pierwszym wywiadzie zastrzegł, że „nie wolno oszukiwać rzeczywistości”, bo „szczerze mówiąc mecz z Czarnogóra nie był w naszym wykonaniu nawet dobry”. Że „jest wiele rzeczy do poprawy, nie tylko pod względem piłkarskim ale i mentalnym”. Że „czasami wyłączamy się i myślimy jakby już było po meczu”, a „ławka rezerwowych pozostawia wiele do życzenia”. I wyliczył kwestie do poprawy: ustawianie się i ruch bez piłki, atakowanie rywala, zbyt częsta gra do tyłu, zbyt mało piłek do napastników…

To były słowa prawdziwego, odpowiedzialnego lidera, który właśnie zaczął misję: Rosja. Którego nie usatysfakcjonuje sam udział w mundialu. Świadomego, że właśnie na tym turnieju będzie w apogeum kariery i pragnie wykorzystać to najlepiej jak będzie w stanie, marginalizując możliwość błędu do minimum.

Nie jest kimś, komu wynik przesłoni braki, na które wielu z nas macha ręką, bo skoro jest awans to po co drążyć temat. Lewandowski woli drążyć teraz, niż w lipcu po ewentualnym niepowodzeniu. A że braki widzi, najdobitniej świadczą pełne nadziei słowa, że „do lata znajdzie się kilka perełek, kilku nowych zawodników się pokaże” (swoją drogą nie licząc Arkadiusza Milika, niestety nie widać ich na horyzoncie, może poza Dawidem Kownackim…).

To wypowiedź z tego samego gatunku, co krytyka władz Bayernu za nie sprowadzenie odpowiednio wielkich gwiazd. Kilku kolegów w szatni Monachium miało prawo poczuć się niekomfortowo, tak jak i teraz w szatni Narodowego. W przypadku kadry odczytuję ją jako apel do kolegów o pracę nad sobą. Nie pozwalający im zachłysnąć się samym awansem i zapomnieć jak wyglądał mecz w Kazachstanie, jak z Armenią na Narodowym, jak z Danią. O błędach, które w Erywaniu pozwoliły zdobyć gola tak słabym gospodarzom, a Czarnogórcom doprowadzić w niedzielę do remisu 2:2.

To słowa ambitnego, pragnącego sukcesów sportowca, który mówi jak jest, nie lukruje, nie ściemnia w imię poprawności. To zupełnie nowa twarz Lewandowskiego. Ale podoba mi się.

Ma szczęście Nawałki, że doczekał się takiego lidera. Arcyskutecznego na boisku i biorącego odpowiedzialność poza nim. To nagroda za decyzje selekcjonera, który sporo zaryzykował i nie bacząc na wzbudzone kontrowersje, przekazał Lewemu opaskę kapitana. I za znalezienie pomysłu na napastnika, wygwizdywanego u poprzednika za to, że nie jest tak skuteczny w reprezentacji jak w klubie. U Nawałki Lewandowski zdobył 33 gole w 33 meczach. I rozpoczął już drugą 50.

Ma i Lewy szczęście do selekcjonera. Nawałka nie spoczął na laurach po udanym Euro 2016. Nie jest przypadkiem, że jako pierwszy trener w historii naszego futbolu awansował na drugi turniej z rzędu. Uniknął błędów poprzedników jak Leo Beenhakker, Paweł Janas czy Jerzy Engel.

W udowodnił nam i zawodnikom, że potrafi zarządzić kryzysem. Najpierw przywracając drużynę do pionu, gdy w pierwszych meczach po turnieju we Francji kilku piłkarzy „zostało w hali odlotów”. Męska rozmowa i ultimatum zaowocowały świetnym występem Rumunią, jednym z najlepszych pod jego wodzą. Pomógł też zespołowi wrócić na właściwe tory po laniu w Kopenhadze, choć taka klęska mogła wykoleić nasze mundialowe aspiracje.

Układ” między takim trenerem i takim liderem pozwalają z optymizmem myśleć o misji: Rosja. Czyli o wyjściu z grupy, jaka ona nie będzie. Wybiegać dalej nie warto.

Adam Nawałka

Czy wirtualni piłkarze wygryzą prawdziwych?

Alex HunterJesteśmy przyzwyczajeni, że piłkarze podpisują w dzisiejszych czasach bajońskie kontrakty reklamowe. Jak wiadomo najwięcej na reklamie – bo ponad 100 mln euro rocznie – zarabia Cristiano Ronaldo. Marketingowymi maszynkami do zarabiania pieniędzy są też Neymar czy Leo Messi. Jednak wraz z wydaniem nowej edycji gry FIFA 18 nastąpił absolutny przełom. Po raz pierwszy w historii kontrakt reklamowy podpisał zawodnik… wirtualny! Niejaki Alex Hunter reklamuje w FIFA 18 Coca-Colę Zero, której marki został ambasadorem.

Jak pisze serwis wirtualnemedia.pl, Hunter – bohater trybu fabularnego w FIFA – zadebiutował w grze w ubiegłym sezonie. Okazał się takim talentem, że biły się o niego czołowe kluby angielskiej Premier League. Ostatecznie wylądował w Manchesterze United. W najnowszej edycji ma zostać kolegą Neymara w PSG, a z czasem wyjechać do MLS by grać w LA Galaxy. Oczywiste jest, że gwiazda takiego formatu podpisuje kontrakty reklamowe. Coca Cola stworzyła spot, w którym widzimy chłopca, nieśmiało podającego swojemu idolowi puszkę, zachęcając go tym samym do wspólnego zdjęcia. Spot można oglądać w grze ale także i w prawdziwym życiu – na YouTubie. Fikcyjny piłkarz ma też pojawiać się na prawdziwych puszkach i butelkach. To pierwszy raz w historii, kiedy bohater gry komputerowej zostaje zaangażowany w promocję prawdziwego produktu.

Czy doczekamy się czasów, że firmy będą więcej płacić wirtualnym zawodnikom z gry niż prawdziwym? Może ktoś zamiast przepłacać Messiego czy Ronaldo, będzie wolał wykreować nowego idola? Zagrożenie dla żywych zawodników jest realne. Każda edycja gry FIFA jest niezwykle popularna i zazwyczaj bije rekordy sprzedażowe. Gdy na rynek weszła FIFA 17 tylko w pierwszym tygodniu kupiło ją 21 milionów osób, z czego 12 milionów zaangażowało się w tryb fabularny, którym występuje Alex Hunter. I ma on tę przewagę nad prawdziwymi graczami, że może dowolnie zmieniać kluby w grze, nie oglądając się na widzimisię i strategię władz klubów. Prawdziwe kluby już chwalą się zresztą pozyskaniem go w swoich kanałach na YT czy Facebooku. Tylko czekać, aż ktoś wypuści koszulki z jego nazwiskiem, a te zaczną przebijać ilością sprzedaży Neymara, Messiego czy Roberta Lewandowskiego. Nazwiecie to szaleństwem? Czy w czasach, w których coraz bardziej na znaczeniu zyskuje e-sport, a dzieciaki wolą oglądać transmisje meczów w FIFA na wirtualnym Parc des Princes czy Camp Nou zamiast na prawdziwych stadionach, aż tak bardzo nas to zdziwi? Alex Hunter, Neymar, Dani AlvesOd lewej: Alex Hunter, Neymar, Dani Alves :)

Kto się upomni o współczesnych niewolników

Demonstracja przeciwko złemu traktowaniu robotników w KatarzeWładający futbolem szejkowie z Kataru zapewne życzyliby sobie, żeby świat koncentrował się na sukcesach należącego dni nich PSG w Lidze Mistrzów. Drużyna zdała właśnie pierwszy wielki test, upokarzając na Parc des Princes Bayern Monachium. Albo już – pal diabli – na konflikcie w paryskiej szatni, gdzie nie wszyscy kochają Neymara i akceptują jego arcygwiazdorski status, zresztą – jak było widać w środowy wieczór – konflikt nie przeniósł się na boisko.

Niestety także w środę pozarządowa organizacja zajmująca się ochroną praw człowieka, Human Rights Watch ogłosiła kolejny raport na temat nieludzkich warunków, w jakich pracują w Katarze zagraniczni robotnicy, budujący infrastrukturę na mundial w 2022 roku.

Wg Human Rights Watch ponad 800 tys. robotników wznoszących obiekty na mistrzostwa świata pracuje w warunkach stanowiących zagrożenie nie tylko zdrowia ale i życia. Rocznie giną setki z nich. Niestety władze Kataru odmawiają szczegółowych informacji, sporadycznie przeprowadzają śledztwa w celu wyjaśnienia przyczyny zgonów, nie mówiąc o wypłacie odszkodowania rodzinom w Bangladeszu, Pakistanie, na Filipinach czy biednych krajach Afryki skąd Katarczycy importują tanią siłę roboczą.

Jak pisze „Guardian”, ostatnie ujawnione liczby pochodzą z 2012 roku. Katarczycy przyznali wówczas, że śmierć poniosło 520 pracowników, jednak aż w 385 przypadków nie zbadano okoliczności zgonów.

Organizacje praw człowieka już wcześniej alarmowały, że cudzoziemscy robotnicy giną, pracując na wysokościach bez stosownych zabezpieczeń (w ubiegłym roku miało z tego powodu zginąć 35 z pracowników), często po kilkanaście godzin dziennie. Ponadto pracodawcy traktują robotników jak niewolników, uzależniając wypłaty od własnego widzimisię. Często ich biją, głodzą, zdesperowani przyjezdni nie mają się nawet komu poskarżyć.

Robotnicy w KatarzeŻycie „współczesnych niewolników” pracujących w Katarze dobitnie pokazuje film dokumentalny Adama Sobela „Workers Cup”, zaprezentowany w styczniu na festiwalu w Sundance, który lada moment trafi do kin na całym świecie. Opowiada on o zawodnikach biorących udział w turnieju zorganizowanym dla pracowników firm budowlanych w Katarze, jednocześnie śledząc ich losy codzienne.

Poznajemy 21-letniego Kennetha z Ghany, który marzył o zostaniu piłkarzem i w tym celu przybył do Kataru, ale oszukano go. Choć zapłacił agentowi 1500 dolarów, okazało się, że będzie tu budował stadiony zamiast na nich grać. Umesha z Indii, który przez osiem lat nie zobaczy swojej rodziny, w tym synów, którym nadał imiona na cześć gwiazd Manchesteru United. Kenijczyka Paula, który odcięty od rodziny walczy z samotnością szukając miłości na Facebooku. Padama z Nepalu, którego związek z żoną rozpada się z powodu oddalenia.

Mieszkają w kontenerach na przedmieściach, by nie razić widokiem możnych obywateli Dauchy. Nie wolno im się poruszać po mieście ani w ogóle państwie samodzielnie. Nie mogą odejść z firmy, znaleźć sobie lepiej płatnej pracy czy w lepszych warunkach. O ich losach decyduje pracodawca. On tez decyduje kiedy wrócą do domu, ponieważ ich paszporty są konfiskowane natychmiast po przyjeździe. Zwykle bez względu na to, co dzieje się z ich rodzinami w ojczyźnie, muszą do końca wypełnić kontrakt.



W najnowszym raporcie Human Rights Watch skupiła się na zgonach z powodu pracy w nieludzkim upale. Wg Katarczyków wielu robotników umiera w trakcie pracy „z powodów naturalnych”, dlatego nie badają okoliczności śmierci. A jeśli nawet badają, to jak w przypadku 48-letniego Jaleshwara Prasada, ogłaszają, że „śmierć nie miała nic wspólnego z warunkami pracy”.

Jednak zdaniem autora raportu HRW, Nicholasa McGeehana, przyczyną często są udary mózgu, zawały serca czy niewydolność oddechowa, wywołane pracą w ciągu dnia w temperaturze sięgającej latem nawet 50 stopni Celsjusza. W przypadku zmarłego w kwietniu Prasada, temperatura sięgała w ciągu dnia do 39 stopni.

W Katarze obowiązuje narzucona przez rząd przerwa w pracy na budowach w godzinach największego upału, czyli od 11.30 do 15.00, ale tylko od 15 czerwca do 31 sierpnia. Eksperci HRW uważają, że to nie wystarcza. Godziny pracy powinny być dostosowane do bezpiecznych temperatur, a nie godzin czy kalendarza. Analizy meteorologiczne na podstawie systemu Humidex, mierzącego poziom gorąca i wilgotności, w ubiegłym roku w Dausze wszelka praca poza klimatyzowanymi pomieszczeniami groziła udarem przez 1176 godzin, także w nocy. Tymczasem rządowa przerwa objęła tylko 273 godziny.

We wnioskach do swojego raportu McGeehan wzywa rząd Kataru do wnikliwej analizy zgonu każdego robotnika i wprowadzenia nowych przepisów chroniących pracujących na otwartej przestrzeni. W przeciwnym razie będzie dochodzić do co raz większej liczby wypadków w miarę jak finiszować będą prace nad mundialową infrastrukturą. Dziś przy budowie samych stadionów pracuje 12 tys. robotników, wkrótce ich liczba ma się potroić do 35 tys.

FIFA, narodowe federacje piłkarskie oraz sponsorzy mistrzostw świata zamiast stać z boku i umywać ręce, powinny wywierać presję na władze Kataru, by lepiej chroniły robotników przed upałem i wilgotnością. – Powinny zażądać też odpowiedzi na dwa proste pytania: ile osób zginęło przy pracy na budowach od 2012 roku i w jakich okolicznościach – mówi McGeehan. Robotnicy w Katarze

Znaczy kapitan, czyli wojenka w szatni PSG

Neymar i CavaniTe dwie boiskowe scenki narobiły w minionym tygodniu więcej szumu w mediach tradycyjnych i społecznościowych niż jakikolwiek gol, 6:1 Barcelony z Eibarem czy sensacyjna porażka Realu Madryt u siebie z Betisem. Oto w meczu PSG z Olympique Lyon gospodarze dostają rzut wolny przed polem karnym. Chce go wykonać Urugwajczyk Edinson Cavani, ale Brazylijczyk Dani Alves niczym sprawny rugbista wyłuskuje mu piłkę z rąk i sprytnym podaniem przekazuje Neymarowi, przyjacielowi z kadry i poprzedniego klubu. Ten strzela, ale bramkarz broni.

22 minuty później PSG dostaje karnego. Piłkę na wapnie ustawia Cavani. Neymar stoi obok i wyraźnie przekonuje, żeby dał mu strzelać, ale ten okazuje się asertywny. Alves tym razem nie przybiega na pomoc. I znów tam gdzie dwóch się bije, wygrywa bramkarz Lyonu, który broni strzał Urugwajczyka.

Trzeciej scenki kamery nie pokazały, a szkoda. Ale z dziennika „L’Equipe”, który na wtorkowej okładce umieścił obu gwiazdorów pod dużym tytułem: „Le Clash” (starcie), wiemy, że w szatni doszło między nimi do przepychanki. Grubszej rozróbie zapobiegli Thiago Silva i Marquinhos, którzy rozdzielili krewkich Latynosów. Ale to nie koniec eskalacji konfliktu: to Neymar przestaje obserwować Cavaniego na Instagramie! Brakuje tylko deklaracji, że „udawał wszystkie lajki…

***

Błacha sprawa? Rozbuchane ego ambitnych piłkarzy to nic nowego? Szatnia PSG nie jest pierwszą i ostatnią, w której dochodzi do walki o przywództwo? To prawda, ale nie sposób nie pochylić się nad, bo raz że dotyczy najdroższego piłkarza świata, za którego klub wywalił 222 mln euro. A dwa, że o szatnię, która ma odnieść spektakularny sukces w Europie – wygrać Ligę Mistrzów.

Na marginesie, nie lekceważyłbym znaczenia jaką jest dla współczesnego piłkarza gest w mediach społecznościowych. To dla nich najważniejsze z narzędzi komunikacji z fanami, mediami, sponsorami. Miejsce lansu, prezentacji nowych fryzur, stroje, samochody i generalnie gwiazdorskiego dolce vita.

Fakt, że jakiś zawodnik polubił na Facebooku czy Twitterze profil jakiegoś klubu – zwłaszcza w momencie przesilenia czy negocjacji kontraktowych, jak Leo Messi w 2015 roku profil Chelsea na Instagramie – może doprowadzić do medialnego trzęsienia ziemi. W okresie otwartego okna transferowego dziennikarze tabloidów śledzą media społecznościowe nie tylko zawodników ale i ich żon, dziewczyn i kochanego, żeby z ich zakupów i podróży wywróżyć nadciągającą zmianę.

***

Zatem fakt, że dwóch partnerów z jednej formacji przestało się obserwować w social mediach to dla władz PSG równie niepokojący sygnał jak to, że przestali do siebie podawać (Neymar do Cavaniego tylko dwa razy w całym meczu z Lyonem, Cavani do Neymara ani razu).

Trudno się dziwić temu ostatniemu. Przez kilka lat przebywał w Paryżu w głębokim cieniu Zlatana Ibrahimovića. Mimo, że został sprowadzony z Napoli za 64 mln euro, co było wówczas szóstym najdroższym transfer w historii futbolu, został „zdegradowany” do roli skrzydłowego, bo w ataku miał błyszczeć Szwed. Pogodził się z nią dla dobra drużyny i nie robił fochów.

Kiedy Zlatan – z którym zresztą wzajemnie bardzo się szanowali – odszedł do Manchesteru United, wyzwolony Cavani rozegrał najlepszy sezon w PSG. Zdobył we wszystkich rozgrywkach aż 49 goli i dorobił się zasłużonego statusu głównego egzekutora stałych fragmentów. Nie widzi powodów, żeby z niego teraz zrezygnować, tym bardziej, że wg „L’Equipe” ma w kontrakcie zapisaną premię w wysokości miliona euro za tytuł „króla strzelców” Ligue 1.

Dla Neymara to grosze. On w pięć lat zarobi w PSG 150 mln euro, nie licząc drugiego tyle prowizji dla ojca-agenta. Ale Brazylijczyk przyszedł tam tylko po to, żeby zarabiać. Jego misją nie jest też przecież zdobycie mistrzostwa Francji. Liczy się tylko „Złota Piłka”, na którą w Barcelonie miał średnie szanse grając u boku Messiego.

Żeby przełamać dominację Argentyńczyka i Cristiano Ronaldo będzie potrzebował wygranej w Lidze Mistrzów, z sobą w roli głównej. Będzie potrzebował dużo goli w sezonie. Wolne, karne to doskonałe okazje. Ronaldo mogą sobie nazywać „Penaldo”, ale rekordowe statystyki idą w świat, co na pewno nie zostaje bez wpływu na głosowanie.

***

Kiedy Neymar przechodził do Barcelony w 2013, wielki Johan Cruyff na podstawie doniesień na temat zachowania Brazylijczyka w Santosie przestrzegał przed tym transferem, mówiąc że: „wysyła się jachtu z portu z dwoma kapitanami na pokładzie”.

Okazało się, że nie miał racji. Neymar już w pierwszym wywiadzie po debiucie – którego nota bene miałem przyjemność być autorem wraz z Basią Bardadyn, w Gdańsku po SuperMeczu z Lechią – zadeklarował, że Leo Messi jest jego wielkim idolem. Nigdy nie wyrażał chęci „detronizacji” Argentyńczyka, wiele razy podkreślał, że ani on ani żaden inny piłkarz nie może się równać z Messim. Przez cztery lata godził się na rolę Robina przy Batmanie – superbohatera, ale tego nr 2.

Niestety dla przyszłości Cavaniego w PSG, Neymar nie widzi go w roli „drugiego kapitana”.

Trener na razie Unai Emery umywa ręce, przekonując, że w drużynie nie ma hierarchii i niech zawodnicy sami ustalą… Ale prezes Nasser Al Khelaifi jak przypuszczam, nie ma wątpliwości który zawodnik jest nr 1 i powinien czuć się bardziej szczęśliwy. Nie mają też rodacy Neymara, którzy jak pokazali chętnie wcielą się w rolę ochroniarzy „księcia Paryża”. Toteż na miejscu agentów Cavaniego, już rozglądałbym się dla niego za nowym klubem. Ze znalezieniem nie powinno być problemu.

Neyemar Mbappe Cavani

Hakerzy czekają na mundial w Rosji

Hakerzy i mundial w RosjiEksperci od ochrony komputerów, specjaliści od bezpieczeństwa w sieci oraz doświadczeni hakerzy zostaną włączeni do ekipy reprezentacji Anglii podczas przyszłorocznych mistrzostw świata w Rosji. Ich zadaniem będzie chronić piłkarzy Albionu oraz sztab trenera Garetha Southgate’a przed cyfrowymi szpiegami.

Jak pisze „The Times”, Angielska Federacja Piłkarska (FA) została ostrzeżona przez brytyjskie MSZ, że podczas mundialu w Rosji ekipa będzie narażona na infiltrację hakerów, starających się wykraść m.in. tajne dane medyczne dotyczące zawodników, założenia taktyczne z komputerów kadry szkoleniowej czy prywatną korespondencję piłkarzy z bliskimi, przyjaciółmi oraz zdjęcia z ich smartfonów i laptopów. Każdy sprzęt elektroniczny jakim będą dysponowali kadrowicze będzie zagrożony shakowaniem. Rosyjscy hakerzy uważani są za najzdolniejszych na świecie. Wspierani przez Kreml, dysponują ponoć najlepszym sprzętem i kanałami udostępnianymi przez służby specjalne. Dali temu dowód nie tylko podczas wyborów prezydenckich w USA, doprowadzając do wycieku mejli sztabu kontrkandydatki Donalda TrumpaHillary Clinton czy podczas wyborów prezydenckich we Francji. Już w 2011 FBI informowało, że Rosjanie wykradli całą korespondencję angielskiego komitetu walczącego z Rosją o organizację MŚ w 2018.

Rosyjska (jak się przypuszcza) grupa hakerska Fancy Bears regularnie hakuje FIFA. Ostatnio ujawniła korespondencję na temat dopingu wśród piłkarzy, w tym listę zawodników, którzy podczas mundialu w RPA w 2010 korzystali z zakazanych środków w celach leczniczych. Wcześniej zaś wykradła WADA informacje na temat leków przyjmowanych przez siostry Williams, brytyjskiego kolarza Bradleya Wigginsa czy mistrza olimpijskiego na 5000 i 10000 metrów Mo Faraha. Niektórzy twierdzą, że Fancy Bears robi to na zlecenie Kremla, który po wybuchu afery dopingowej w Rosji i zawieszeniu rosyjskich lekkoatletów, chce udowodnić, że doping biorą wszyscy sportowcy na świecie.

Oprócz zatrudnienia specjalistów, mających czuwać nad reprezentacją Anglii, FA planuje zabronić zawodnikom korzystania z publicznych sieci wi-fi na lotniskach czy w hotelu. W bazie zainstalowane zostanie stałe łącze internetowe, zabezpieczone najsilniejszymi firewallami i zaszyfrowanymi hasłami. Piłkarze już zostali poproszeni o wzmocnienie haseł do swoich kont w social mediach. Okazało się, że kilku z nich nadal używało jako hasło ciągu cyfr: 1,2,3,4,5,6,7…

Hakerzy i mundial w Rosji 

Ile wody jest w basenie Legii?

Jacek Magiera

Niesławny huragan Irma skręcił znad Florydy i przez chwilę przeleciał nad Warszawą, wymiatając z klubu trenera Jacka Magierę, członków jego sztabu, dyrektora sportowego Michała Żewłakowa. W ich miejsce zainstalował ekipę komandosów z Chorwacji. Już nie pamiętam, żeby jakieś wydarzenie wywołało taką burzę w internecie, nie licząc oczywiście meczów reprezentacji Polski na Euro 2016.

Sami komentowaliśmy to na potęgę w serwisach i mediach społecznościowych Przeglądu. Aż cześć czytelników pytała złośliwie, czy będziemy tak reagować na zwolnienie każdego trenera klubu Ekstraklasy. Odpowiadam: po pierwsze mistrz Polski, kto by nim nie był, zawsze zasługuje na szczególne traktowanie. Zwłaszcza drużyna, która dopiero co z powodzeniem grała w Lidze Mistrzów, a dziś zaś nie załapała się nawet do pucharu pocieszenie, czyli Ligi Europy, odpadając z kazachską Astaną i mołdawskim Sheriffem Tiraspol.

Jestem pewien, że gdyby na przykład w listopadzie 2011 całe nasze piłkarskie środowisko było już na Twitterze (ja akurat miałem tam konto od trzech lat), po zwolnieniu Roberta Maaskanta i Stana Valckxa z Wisły Kraków zapanowałaby tam taka sama egzaltacja i lawina komentarzy jak dziś.

Największe emocje wzbudziło zwolnienie Jacka Magiery, który wg deklaracji miał być dla Legii trenerem na lata, a tymczasem klub rozstał się z nim po niespełna 12 miesiącach. Sama decyzja nie jest dla mnie kontrowersyjna, jeśli już to moment jej podjęcia i osoba następcy, o czym za chwilę.

Oczywiście Magierze należy się szacunek za to co zrobił na Łazienkowskiej przez ostatni rok, ale też nie mam wrażenia, żeby ktokolwiek go z tego szacunku odzierał. Wręcz przeciwnie. Brawa za ułożenie szatni, rozbitej przez Besnika Hasiego. Za remis z Realem, zwycięstwo ze Sportingiem i awans z grupy do Ligi Europy. Za mistrzostwo Polski też. Co prawda wywalczone w wątpliwych okolicznościach, w stresie oczekiwania co zdarzy się w Białymstoku, jeden gol Jagielloni i skończyłoby się największa kompromitacją w XXI wieku… Ale sztuka jest sztuka, mistrzostwo zdobyte, należą się gratulacje.

Nie było jednak jeszcze trenera, który trwałby w klubie za zasługi, gdy jego drużyna gra fatalnie, przegrywa i słabo rokuje. Spójrzcie co w ubiegłym sezonie spotkało Claudio Ranieriego, który odniósł historyczny, niewyobrażalny sukces z Leicester City. Wydawało się, że za zdobyte przy takiej konkurencji mistrzostwo Anglii, będzie prowadził „Lisy” do końca swych dni i bez względu na wyniki. A jednak władze klubu uznały, że niekoniecznie chcą grać z uwielbianym trenerem w Championship. Wiele serc zostało wówczas złamanych, wiele złudzeń co do współczesnego futbolu straconych, ale w efekcie klub utrzymał się w Premier League.

Rozstanie z lubianym trenerem nigdy nie jest łatwe. Ale czasem lepszy radykalny ruch, niż bierność. Przekonujemy się o tym po wielokroć co sezon. Dariuszowi Mioduskiemu wypominano wsparcie, jakiego udzielił Magierze zaledwie 32 dni, kiedy to zapowiadał, że wierzy w trenera, ufa mu i zaraz przedłuży z nim kontrakt. Moim zdaniem prezes powiedział wtedy to, co trener, szatnia i media powinny były usłyszeć po niepowodzeniu z Astaną, a przed meczami z Sheriffem. Jak setki prezesów przed nim, którzy – gdy jednak drużyna nie odbiła się od dna, gra wyraźnie nie poprawiła, a sukcesy nie zaczęły przychodzić – po paru dniach, tygodniach, miesiącu ostatecznie zwalniali trenera.

Pamiętacie jaki los spotkał Jose Mourinho podczas drugiej przygody w Chelsea, do której wracał by „pracować do emerytury”? Po zdobyciu pierwszego od pięciu lat mistrzostwa Anglii w następnym sezonie rozstał się za porozumieniem stron z powodu słabych wyników. Bodaj tydzień przed zwolnieniem miał jeszcze pełne wsparcie zarządu. Te deklaracje miały wzmocnić zespół i samego trenera. Tym razem nie odniosły skutku.

Być może Mioduski powinien był pozwolić Magierze dłużej zarządzać kryzysem, skoro udało mi się zażegnać ten wzniecony przez Hasiego. Najwyraźniej jednak nie przekonały go proponowane przez trenera rozwiązania i – mówiąc językiem korporacyjnym – uznał, że czas na „call to action”.

Jak wielu mam jedynie wątpliwości co do wyboru momentu dymisji Magiery. Czy nie bardziej logicznie byłoby zrobić to przed przerwą na reprezentację, by następca miał choć minimum czasu na poznanie drużyny i ewentualne zmiany? Z drugiej strony rozumiem, że to właśnie brak jakiekolwiek zmiany na lepsze po reprezentacyjnej przerwie pchnęła właściciela klubu do ostatecznego kroku.

Wybór Romeo Jozaka na następcę Magiery jawi się jak skok do basenu bez sprawdzenia, czy nalano do niego wodę. Chorwat jest uznanym na całym świecie odkrywcą talentów i szkoleniowcem młodzieży. Wychował m.in. gwiazdy Realu Madryt Lukę Modrića czy Mateo Kovacića, stoi za sukcesem finansowym Dinama Zagrzeb. Gdyby przychodził w roli dyrektora sportowego, pewnie wszyscy klaskalibyśmy na stojąco. Jednak nigdy nie był trenerem.

Nie przesądzałbym jednak, że poniesie klęskę. Świat futbolu zna np. portugalskiego tłumacza, który po wielokroć przerósł trenera, któremu tłumaczył. A 29-letni trener drużyn młodzieżowych, Julian Nagelsmann po objęciu Hoffenheim, bez wielkich pieniędzy, zajął z „Wieśniakami” w ubiegłym sezonie do 4. miejsce w Bundeslidze. Wkrótce się przekonamy czy i jak głęboka jest woda w basenie Legii.

Romeo Jozak

Liga Mistrzów w czasach zarazy

Liga Mistrzów Czy Real wywalczy trzeci triumf z rzędu czy wygra PSG, udowadniając, że sukces w futbolu można sobie kupić? A może z kolan powstaną kluby angielskie? Rusza najciekawszy sezon Liga Mistrzów od lat!

Bardzo możliwe, że 27 września przejdzie do historii jako ten, w którym najwięcej ludzi na świecie będzie trzymało kciuki za Bayern Monachium. Mistrzowie Niemiec zmierzą się tego dnia w grupowym meczu z PSG. Francuzi, a właściwie stojący za właścicielami klubu rząd Kataru, zmasakrowali latem rynek transferowy. Wykupili Neymara z Barcelony za 222 mln euro, wbrew woli bezradnych Katalończyków, zmuszonych do upokarzających negocjacji w celu znalezienia następców i przepłacenia 148 mln za Ousmane Dembele.

Do tego PSG sprytnie omijając obostrzenia Finansowego Fair Play, sprowadziło największe odkrycie ubiegłego sezonu w Europie – 18-letniego Kyliana Mbappe za 180 mln (technicznie tylko go wypożyczając). W konsekwencji – jak podsumował trener Manchesteru United, Jose Mourinho – „będziemy teraz mieli wysyp graczy za 100 mln, jeszcze więcej graczy za 80 mln i jeszcze więcej graczy za 60 mln”.

Cel jest jeden. – Teraz mamy wszystko, żeby wygrać Ligę Mistrzów – mówi prezes klubu, Nasser Al-Khelaifi. O odzyskaniu mistrzostwa Francji nie musi nawet wspominać. PSG zachowuje się w lidze niczym Mike Tyson w niższej kategorii wagowej – demoluje rywala za rywalem.

Nie tylko dla Al-Khelaifiego także dla Neymara każde inne rozstrzygnięcie niż wygranie Champions League będzie porażką. Brazylijczyk wyszedł ze strefy komfortu w Barcelonie nie po to, żeby zdobyć najważniejsze trofeum w klubowej piłce. Zapewnił je już sobie w 2015 roku w Berlinie po finałowej wygranej z Juventusem. Chce poprowadzić drużynę do zwycięstwa w roli lidera i katalizatora sukcesu.

Neymar i Verratti PSGKordon wokół Paryża

Bogaty gość, który wkroczył do salonu i szastając pieniędzmi rozstawia stałych bywalców po kątach, bo wydaje mu się, że jak ma forsę to wszystko mu wolno, nie wzbudza sympatii. Toteż wielkie kluby zawierają koalicję antyPSG (wg „L’Équipe” z inicjatywy Barcy przystąpiły do niej ponoć Juventus, Real, Bayern, Roma, Lyon i kluby angielskie) i umawiają się, żeby nie sprzedawać Francuzom piłkarzy. A kibice marzą, że ktoś przytarł im nosa.

Pierwszym kandydatem będzie Bayern, klub od lat zarządzany najzdrowiej, wg skrajnie odmiennej filozofii. Odmawiający uczestnictwa w transferowym szaleństwie i przepłacania sprowadzonych gwiazd pensjami w okolicach 25 mln euro (z tego powodu ostatecznie nie trafił do Monachium Alexis Sanchez).

To zdrowe podejście ma jednak swoje konsekwencje, które wytknął władzom klubu Robert Lewandowski w słynnym wywiadzie dla „Der Spiegel”. Bawarczycy wygrali Ligę Mistrzów w 2013 roku i od tego czasu dwa razy grali w półfinale. Nie są jednak w stanie przełamać dominacji hiszpańskich drużyn. W ostatniej edycji odpadli z Realem już w ćwierćfinale, gdy Lewandowski leczył kontuzję barku. W klubie nie ma jednak zastępców ani dla niego, ani dla starzejących się Francka Ribery’ego czy Arjena Robbena, ani dla Thomasa Muellera, gdy ten jest akurat bez formy. Nie wygląda więc by ta edycja miała należeć akurat to Bawarczyków.

Hat-trick Realu?

Superpuchar Hiszpański, w którym Real tak bardzo zdominował Barcelonę i Superpuchar Europy, w którym pokazał miejsce w szeregu Manchesterowi United udowodnił, że w Champions League „Królewscy” będą celować w trzecie trofeum z rzędu. Najbardziej utytułowany klub w historii europejskich pucharów nie tylko odmówił udziału w szaleństwie ostatniego okna transferowego, ale wręcz więcej zarobił w niż wydał. Zamiast licytować się z PSG o Mbappe wolał promować znakomitych Hiszpanów, Isco i Marco Asensio.

Strata punktów na początku sezonu La Liga z Valencią i Levante pokazały jednak, że pozwolenie na odejście Alvaro Moraty i Jamesa Rodrigueza, przy kontuzji Karima Benzemy i zawieszeniu Cristiano Ronaldo może odbić się czkawką. Real nadal ma jednak najsilniejsza kadrę w Europie, sprawdzonego trenera i być wystarczy napomnienie Zinedine Zidane’a, by piłkarze porzucili zbytnią pewność siebie, żeby klub wrócił na właściwe tory.

Z kolei Barcelona zważywszy na okoliczności zaczęła sezon nad podziw dobrze, wypracowując 4 pkt przewagi nad Realem. Z jednej strony to zasługa sportowej złości po upokorzeniu z obrabowaniem Neymara, ale raczej bardziej zmiany taktyki przez trenera Ernesto Valverde.

Powstań, Albionie!

Angielskie kluby, które wydały latem na transfery ponad miliard euro, mają w Lidze Mistrzów mają aż pięciu reprezentantów, a każdy z nich apetyt na znacznie więcej niż wyjście z grupy. Najwięcej szans, by zajść najdalej ma Manchester City. Pep Guardiola, który po raz pierwszy w karierze nie zdobył żadnego trofeum, wydał latem na wzmocnienia nawet kilkanaście milionów więcej niż PSG (bez Mbappe). Kupił sobie całkiem nową defensywę i znacznie poszerzył kadrę.

Piekielnie możny będzie też Manchester United, zwłaszcza że do wzmocnionej Romelu Lukaku i Nemanją Maticem kadry, dołączy wiosną Zlatan Ibrahimovic. Anglikom będzie jednak ciężko z tych samych powodów co zawsze: niesamowitej intensywności Premier League, gdzie o tytuł walczy już nie czwórka, ale siódemka drużyn i braku przerwy zimowej.

Liga Mistrzów 2017/18

 

To wciąż nie ta drużyna Nawałki, w której się zakochaliśmy

Reprezentacja PolskiWymęczona wygrana z Kazachami, trzy punkty i utrzymana trzypunktowa przewaga w tabeli cieszą, ale jest to jedyny powód do satysfakcji po poniedziałkowym mecz na Stadionie Narodowym. Pokazał on, że niestety klęska z Danią nie była „wypadkiem przy pracy” czy kumulacją błędów, które zdarzyły się jednym spotkaniu, wyczerpując limit pecha na całe eliminacje.

Zaczęło się obiecująco, szybko zdobytym golem Arka Milika (świetny powrót po ponad rocznej przerwie, acz znów ta nieskuteczność) po akcji Macieja Rybusa i asyście Macieja Makuszewskiego. Czyli akurat tych trzech zawodników, których Adam Nawałka wprowadził do pierwszej jedenastki po Danii. Brawo za trafne zmiany.

Potem jednak „biało-czerwoni” skazali nas na festiwal nieporadności, błędów i nieporozumień „zarówno w obronie jak i w ataku”. Zbyt łatwo pozwalali Kazachom na stwarzanie zagrożenia pod własną bramką, co skończyło się kilka razy groźnie, a raz golem, przy na szczęście dla nas arbiter dopatrzył się tam spalonego, bo byłoby 1:1.

Znów wiele do życzenia pozostawała postawa naszego lidera środka pola, Piotra Zielińskiego, który zagrał niewiele lepiej niż w Kopenhadze. Kamil Grosicki także nie „wrzucił turbo”, to był co najwyżej trzeci bieg. Niepewnie grali środkowi obrońcy z tym, że tym razem Kamil Glik zamienił się z Michałem Pazdanem w roli popełniającego więcej błędów. Na szczęście zrehabilitował się w golem w drugiej połowie.

Czy ta nerwowa, szarpana gra wynikała ze strachu przed świadomością braku formy i konsekwencji jakie przyniosłaby strata punktów z Kazachstanem? Czy nie udało się oczyścić do końca głów – o czym mówił przed meczem Grosicki?

Zrobiliśmy ważny krok do awansu do mundialu, wtłoczyć gola, wyszarpać zwycięstwo gdy nie jest się w optymalnej formie to też cenna umiejętność, której niektórym dawnym kadrom brakowało. Ale bardzo dobrze, że mundial w Rosji dopiero w przyszłym roku. Z Kazachstanem wciąż nie oglądaliśmy tej drużyny Nawałki, w której zakochali się kibice w poprzednich eliminacjach i na Euro 2016, skoncentrowana, zdeterminowana, agresywna, bezbłędna w defensywie z „profesorem” Glikiem i „stoperanem” Pazdanem. Gdyby w poniedziałek biało-czerwoni mierzyli się z odrobinę silniejszym rywalem, passa zwycięstw na Stadionie Narodowym mogłaby się skończyć. Niech plusy tego 3:0 nie przesłonią nam minusów. To był tylko Kazachstan, któremu pozwoliliśmy na zbyt wiele.

Reprezentacja Polska

Dania – Polska 4:0. Spokojnie, to tylko awaria!

Dania - Polska 4:0

Źle się działo w państwie duńskim! Katastrofalnie wręcz. Takiego lania reprezentacja Polski za kadencji Adama Nawałki jeszcze nie zaznała! 0:4 i to w pełni zasłużone. Była to porażka w zdecydowanie najgorszym stylu ze wszystkich jakie w meczach o punkty poniósł obecny selekcjoner. Bo przecież nawet po tej we Frankfurcie z Niemcami nasi mieli prawo czuć się dumni z postawy.

W Kopenhadze Polacy zagrali bez determinacji, bez agresji i bez tego animuszu, które był dla nich charakterystyczne w eliminacjach Euro 2016, podczas samego turnieju i w pięciu ostatnich wygranych meczach. Niestety także bez pomysłu na rozegranie gdy okazało się, że Duńczycy odrobili lekcję z porażki w Warszawie i rozpracowali nas, odcinając kompletnie Roberta Lewandowskiego od podań. Piotr Zieliński i Karol Linetty nie byli w stanie w żaden sposób pomóc w ataku napastnikowi Bayernu.

Zawiedli wszyscy. Grosik nie był Turbo ani przez chwilę, Kuba Błaszczykowski dawnym Kubą jakiego kochamy, Michał Pazdan „profesorem” i „Stoperanem”, Zieliński liderem środka pola i gwiazdą Napoli itd. Przed spotkaniem mieliśmy nadzieję, że będący zdecydowanie bez formy Legioniści – Pazdan, Artur Jędrzejczyk i Krzysztof Mączyński w kadrze za magicznym dotknięciem Nawałki – bo tak było dotąd zawsze – wespną się na „international level”. Niestety okazało się, że to reszta kadry dostosowała się poziomem do Legii z pucharowych meczów z Astaną i Sheriffem Tiraspol.

Rywale byli lepiej przygotowani fizycznie i bardziej zmotywowani mentalnie. Jakby naszych uśpiła sześciopunktowa przewaga w tabeli i 5. miejsce w rankingu FIFA. Choć przecież nasz kapitan ostrzegał na konferencji, że to gospodarze są faworytami i w kilku aspektach jak np. atak pozycyjny czy gra ze skrzydeł, górują nad nami. Niestety wykrakał.

Stało się – przegraliśmy po najgorszym meczu od dawna. Ale za wcześnie chyba jednak żeby bić w dzwony na alarm i wciskać guzik z napisem „panika”. Szczęśliwie ta porażka nie wiele zmniejsza nasze szans na awans do mundialu w Rosji. Nadal jesteśmy liderem tabeli, mamy nad Czarnogórą trzy punkty i mecz z nią w Warszawie. Oby ta porażka pozostała bez wpływu na awans jak ta z Niemcami we Frankfurcie w poprzednich eliminacjach.

Mam nadzieję, że i sztab trenerski i sami kadrowicza potraktują to niepowodzenie jak bardzo bardzo zimny prysznic. Zaczynało być za dobrze, za komfortowo. W razie wygranej z Danią i Kazachstanem Polska wspięłaby się na 3. miejsce w rankingu FIFA. Czas na wyszarpanie wygranej z Kazachstanem, reset, powrót do formy i dawnego stylu. Niech nikt nie waży się skreślać tej drużyny! Wszystko w naszych rękach, a te ręce już pokazały, że znają swój fach.

Dania - Polska 4:0