Efekt Neymara, czyli kiedy zastrajkuje Rymaniak

DembeleWidmo krąży po Europie. Widmo strajków piłkarzy. Próbujących wymóc na klubach zgodę na transfer tam, gdzie lepiej zarobią, albo – o ile im wierzyć – spełnią sportowe marzenia. Strajkuje 20-letnia nadzieja futbolu, Ousmane Dembele, bo chce, żeby Borussia Dortmund puściła go do Barcelony. Z twego samego powodu pogotowie strajkowe ogłosił Brazylijczyk Philippe Coutinho z Liverpoolu. Strajkuje Geoffrey Kondogbia, który chce wymusić zgodę Interu Mediolan na transfer do Valencii. W gotowości są Virgil van Dijk, Ross Barkley i Danny Drinkwater. Diego Costa nie chce wrócić z Brazylii do rezerw Chelsea, czeka na zgodę na odejście do Atletico Madryt.

Przewiduję, że to nie ostatnie takie konfrontacje na linii zawodnik – obecny klub w tym sezonie. Wszystkiemu winien efekt motyla, który wywołał transfer Neymara do PSG. Wg popkulturowej interpretacji teorii chaosu deterministycznego Edwarda Lorenza trzepot skrzydeł motyla na Filipinach może po paru dniach doprowadzić do huraganu na Florydzie. Transfer Neymara za 222 mln euro był trzepotem motyla wielkości przeciwników Godzilli i może doprowadzić do tego, że… za jakiś czas zastrajkuje Bartosz Rymaniak, bo Korona Kielce nie będzie chciała dać mu odejść z Ekstraklasy (panie Bartku, gratulacje za postawę w tym sezonie!). Zaraz wyjaśnię dlaczego.

Trudno mieć pretensje do Barcelony, że chce ściągnąć do siebie Dembele i Coutinho, nie za darmo przecież, ale też stara się żeby sumy nie były przesadnie absurdalne. Siłą – reaktywując klauzulę – odebrano jej gwiazdora, więc stara się go godnie zastąpić. Kluby z kolei wiedzą, że Barca jest na musiku i to wykorzystują. Wiedzą jak dużo kosztował PSG Neymar więc same windują cenę pod niebiosa. Choć Barca oferuje po 100 mln, chcą jeszcze sporego ogonka. Najlepiej między 20 a 30 mln.

I do nich trudno mieć o to pretensje. Zwłaszcza, że wszystko dzieje się w ostatniej chwili, gdy sezon już się zaczął (Liverpool) lub właśnie zaczyna (Borussia). Koncepcje na ustawienie, taktykę, rotację trenerzy Peter Bosz i Juergen Klopp muszą wyrzucić do kosza i na gwałt szukać następców dla kluczowych piłkarzy. Nie będzie to łatwe bez względu na ostateczną wysokość odstępnego jaką wycisną z Barcelony.

Raz że ciężko w trakcie sezonu bezkolizyjnie wpasować do drużyny nową, kluczową postać. Poza tym nawet jeśli obaj szkoleniowcy mają już w notesach te wymarzone nazwiska, trudno je będzie wyciągnąć z obecnych klubów. Dokładnie z tych samych powodów, dla których Barcy jest trudno wyciągnąć Dembele i Coutinho. Bo sezon już trwa, bo wiedzą jak wielką kasę zgarnęły oba kluby, bo same będą miały problem ze znalezieniem następców…

Niewykluczone więc, że do strajków będą się uciekać kolejni zawodnicy, marzący o grze w Borussii lub Liverpoolu. Ten ostatni już od dłuższego czasu ma analogiczny problem ze sprowadzeniem van Dijka. I tak dalej, i tak dalej, niczym w efekcie domina, aż… dojdziemy do Rymaniaka. Korona też nie będzie się palić żeby go oddać… (panie Bartku, gratulacje raz jeszcze i kolejnych „jedenastek kolejki”!).

Efekt Neymara” może doprowadzić także do skrócenia okna transferowego w europejskich ligach. Już głośno mówią o tym kluby Premier League, rozsierdzone że ich kadry przechodzą rewolucje już po rozpoczęciu sezonu. Dziś jak wiadomo okno zatrzaskuje się o północy z 31 sierpnia na 1 września. Kluby wolą, żeby transfery zamierały w dniu rozpoczęcia rozgrywek.

Zamknięcie okna przed startem sezonu to banalna decyzja, która sprzyja każdemu. Nie byłoby nonsensu z deadline-day, nie byłoby zmartwień o przyszłość piłkarzy, nieustannego przesiadywania na telefonie, strachu, że coś się nagle rozleci, albo że trzeba będzie kupować w panice” – argumentuje na łamach „The Telegraph” Jason Burt.

Problem polega na tym, że o ile angielskie kluby mogą umówić się na zaniechanie transakcji po tej dacie, to ich zawodników nadal będą mogły przecież kupować te drużyny z Europy, gdzie okno będzie trwało na dotychczasowych zasadach. Np nie powstrzymałoby to Barcelony przed wydarciem z Liverpoolu Coutinho. Ciężko zaś byłoby tak się dostroić, żeby cały Kontynent zaczynał sezon w tym samym terminie.

Ciekaw jestem czy znajdzie się pierwszy klub, który nie ulegnie szantażowi gwiazdy i kosztem osłabienia kadry, ześle ją do rezerw, na długie tygodnie lub miesiące? Dotąd kluby raczej pozwalały piłkarzowi postawić na swoim, w myśl zasady że „z niewolnika nie ma pracownika”.

Borussia wygląda na mocno zdeterminowaną. Na razie zawiesiła odmawiającego treningów Dembele na czas nieograniczony. Jeśli zarząd Barcelony nie ulegnie i nie zaproponuje za Francuza tyle, ile chce BVB, jak długo ta ostatnia będzie w stanie trzymać piłkarza w zawieszeniu? Zwłaszcza, że im gorzej zacznie sezon (a ma sporo kontuzjowanych, w tym kluczowych graczy jak Marco Reus czy Andre Schurrle) tym presja będzie większa.

Ale – jak słusznie zauważył w dyskusji na Twitterze Tomasz Urban, jeśli BVB ulegnie i dla świętego spokoju sprzeda Dembele na warunkach Barcy, to czy za chwilę Aubameyangowi przyjdzie do głowy, że strajk to słuszna droga?

 

Esport na igrzyskach czyli ‚barbarzyńcy w pałacu sportu’

CS:GO Paryż, rok 2024. Antyterrorysta przeskakuje z dachu na dach niższego budynku. Jego czterech partnerów zostało wyeliminowanych. Wie, że wszystko zależy od niego. Rzuca granat, zagłuszając nim zeskok. Dzięki temu niezauważony, zachodzi przeciwnika za plecy. Trzymając go cały czas na muszce, podąża za nim na pozycję terrorystów. Tu trzema precyzyjnymi strzałami w głowę (headshot) eliminuje wszystkich i rozbraja bombę sekundy przed wybuchem…

16:14 koniec meczu! Jego drużyna wygrywa ostatnią rundę i cały turniej Counter-Strike: Global Offensive!

Pięciu zawodników w białych koszulkach z orłem na piersi podrywa się zza pulpitów komputerowych. Padają sobie w ramiona, podrzucają w górę spoconego z emocji trenera. 30 tysięczna widownia w paryskiej Hali Bercy szaleje. Ktoś z licznych polskich kibiców na trybunach rzuca im wielką, biało-czerwoną flagę. Trzaskają aparaty komórek, wielu transmituje na żywo na Pericope i FB Live ten historyczny moment. Oto po raz pierwszy na igrzyskach olimpijskich i to w mieście ich wskrzesiciela, barona Pierre de Coubertin rozdane zostaną złote medale w esportowej grze…

Virtus ProCzy taki scenariusz jest możliwy? Oczywiście! Polacy należą do najwybitniejszych graczy w opisanego powyżej CS:GO. – Zaraz, zaraz, ale gdzie nagle jakieś gry komputerowe na igrzyskach?! – zawołacie. Ależ nie dalej jak w środę plany wprowadzenia esportu do programu igrzysk w Paryżu w 2024 potwierdził współprzewodniczący komitetu organizacyjnego, Tony Estanguet. Trzykrotny złoty medalista olimpijski w kajakarstwie górskim stwierdził, że MKOl. nie może być ślepy na rosnącą popularność esportu wśród młodych ludzi.

On i inni działacze wyjaśniają, że jeśli igrzyska chcą w przyszłości zachować status najważniejszego wydarzenia sportowego świata, utrzymać widownię, a co za tym idzie i największych sponsorów, muszą otworzyć się na gry wideo i uznać je za legalną dyscyplinę.

Nie jest w tym odosobniony. Mój redakcyjny kolega, Paweł Kowalczyk, który w grupie Onet-RAS Polska odpowiada za produkty esportowe od dawna nam mówi, że esport na igrzyskach nie kwestia „czy” ale „kiedy”. Wprowadzenie go deklarowali zresztą przedstawiciele Los Angeles, które ostatecznie zorganizuje igrzyska cztery lata po Francuzach.

- Przygarnięcie esportu to kluczowa kwestia dla istnienia samych igrzysk, bo przedstawiciele młodego pokolenia preferują właśnie taki rodzaj rozrywki. Im młodsi tym mniej chcą oglądać tradycyjnych dyscyplin sportu. Wolą śledzić najlepszych graczy w to, w co sami grają. Igrzyska muszą ewoluować w kierunku esportu aby przetrwać – mówi Kowalczyk.

Jego słowa potwierdzają wyniki badań opublikowane przez „SportsBusiness Journal” na temat wieku widzów imprez sportowych w TV i na trybunach. Okazuje się, że my, konsumenci tradycyjnych dyscyplin powoli wymieramy. I tak średnia wieku oglądających igrzyska olimpijskie przesunęła się od 2000 roku z 45 lat do 53 lat w 2016. Średnia wieku śledzących zawody w golfa w USA wynosi dziś 64 lata, tenisa – 61, baseballa – 57, NFL – 50, NHL – 49. Troszkę lepiej ma się piłka nożna – rozgrywki Premier League – 43 lata, MLS – 40.

I uwaga, esport – 32 lata. Ale to w tradycyjnych stacjach telewizyjnych, a na platformach streamingowych jak twich.tv – 25 lat. I gwałtownie spada w miarę przybywania kolejnych roczników. Srednia wieku kibiców sportu przed TV

Na rozważania czy esportowcy powinni startować na igrzyskach, rozdzieranie szat i pisanie o „końcu sportu” i „barbarzyńcach w pałacu sportu” – jak gdzieś przeczytałem, przyjdzie czas, gdy zapadną oficjalne decyzje. Proces już trwa – w lutym 2016 International e-Sports Federation złożyła w MKOl. oficjalne podanie o uznanie e-sportu za dyscyplinę olimpijską.

Na pewno pojawi się na przyszłorocznych Igrzyskach Azjatyckich w Indonezji i cztery lata później w chińskim Hangzhou. Podobny krok rozważają Igrzyska Europejskie i Panamerykańskie. Działacze zaczynają rozumieć, że sport powoli zaczyna bardziej potrzebować esportu niż na odwrót.

Sam nie ukrywam swojej fascynacji tą dziedziną. Od młodych lat „gram w gry”, bywam na rozgrywanych w Polsce esportowych eventach jak katowicki Intel Extreme Masters. Obserwuję w jak zatrważającym tempie się rozwija, zdobywa nowych fanów, oferuje coraz mocniejsze doznania i przeżycia dzięki postępowi technologii, jak VR.

Często bywam przy tym pytany czy esport to sport i odpowiadam, że oczywiście nie. Esport to nie jest sport w znaczeniu jakie przyjmujemy. I wcale nie musi się uwiarygadniać jako taki. Ze sportem łączy go rywalizacja i emocje. Widzowie, którzy zapełniają kilkudziesięciotysięczne hale, reagują na to co dzieje się na wielkich telebimach z pasją kibiców na stadionie piłkarskim.

Przez lata wepchnięty do niszy, rozrósł się tak, że stworzył własny ekosystem. Dorobił się własnych organizacji eventowych, własnych producentów sprzętu i własnych idoli, których transfery sięgają setek tysięcy dolarów. Na każdym kontynencie zaczynają powstawać areny przeznaczone do śledzenia rozgrywek w grach wideo. Jedną buduje miasto Waszyngton, w Londynie nowy stadion Tottenhamu ma być specjalnie przystosowany do oglądania esportowych turniejów w komfortowych warunkach.

Ponieważ przez lata nie mógł przebić się do czołowych mediów, stworzył własną, gdzie mecze na wielu kanałach z komentarzem w dowolnym języku oglądają miliony. Dziś walczą o nieego największe stacje świata: ESPN, Fox Sports, Sky Sports, Pro 7, Canal + czy BBC. Wśród sponsorów są już najwięksi i znani ze sponsorowania sportu jak Coca Cola, Samsung, Adidas, Intel czy Master Card.

Dlatego nie dziwi mnie, że potencjał esportu docenia sam Elon Musk. Jeden z największych wizjonerów naszych czasów, twórca Paypala, szef Tesla Motors i SpaceX stwierdził niedawno, że „esport będzie wkrótce największym sportem na świecie”.

Esport na igrzyskach olimpijskich?

Dlaczego Katar potrzebuje Neymara

Neymar w PSGW najsłynniejszym transferze świata, jak już chyba możemy nazywać „wrogie przejęcie” Neymara przez PSG, najciekawsze są odpowiedzi na dwa pytania: dlaczego Brazylijczyk odchodzi z takiego klubu jak Barcelona do takiego jak wicemistrz Francji? Oraz dlaczego katarski właściciel francuskiego klubu, Nasser Al-Khelaifi wykłada tę bajońską kwotę.

Oczywiście ciekawych pytań jest więcej. Np. dlaczego zarząd Barcelony przedłużając rok temu kontrakt z jedną z największych gwiazd futbolu naszych czasów ustalił klauzulę wykupu w wysokości 222 mln euro, a nie równie absurdalnej ale o wiele bardziej odstraszającej 555 mln?

Być może żadna kwota nie odstraszyłaby Katarczyków, którym Neymar jest potrzebny przede wszystkim z powodów politycznych, o czym za chwilę. Ale pół miliarda byłoby zdecydowanie bardziej spektakularne. Obecna kwota szokuje tylko do momentu, gdy przypomnimy ile za o wiele mniejsze gwiazdy płacą kluby Premier League, choćby MU za Romelu Lukaku, a Real Madryt oferuje za Kyliana Mbappe.

Oczywiście Neymar nie przenosi się do PSG z powodów sportowych. Gdyby kierował się chęcią zdobywania najważniejszych trofeów, drużynowych czy indywidualnych, zostałby mu oprócz Barcy praktycznie tylko jeden klub na świecie – największego rywala.

Krąży hipoteza, że motywuje go chęć wyjścia z cienia Leo Messiego i zostania niekwestionowanym liderem drużyny. Naprawdę wierzycie, że dała mu do myślenia słynna sentencja Juliusza Cezara, który wg Plutarcha przechodząc przez jakąś wioskę w Alpach drodze do Galii, miał stwierdzić, że „wolałby być pierwszym człowiekiem tutaj niż drugim w Rzymie”?

Ktoś na Twitterze napisał, że ten transfer to jakby odejść z Beatelsów do The Monkees. Z tym, że ktoś taki na pewno nie zacząłby zarabiać w nowy zespole tyle co Lennon i McCartney. A Neymarowi, co roku wymienianemu jako kandydat do Złotej Piłki obok Messiego i Cristiano Ronaldo, transfer do PSG pozwoli wreszcie zrównać się z nie tylko sławą ale i zarobkami (30 mln euro za sezon, przez pięć lat, na rękę, podatkiem zajmie się klub).

Tak naprawdę Brazylijczyk podjął więc identyczną decyzję jak ci piłkarze, którzy przenoszą się do ligi chińskiej. I trudno mieć do niego pretensje, że chce przyjąć fortunę, którą mu wciskają szejkowie. I jeszcze dorzucą 100 mln dla taty. Chciwość, pazerność? Już w Barcelonie zarabiał porządne pieniądze (a jego ojciec właśnie czeka na 36 mln z tytułu… przedłużenia ubiegłorocznego kontraktu)?

Rozśmieszył mnie argument usłyszany w telewizyjnej dyskusji we Francji gdzie akurat jestem, że kariera piłkarza trwa do 35. roku życia, Neymar musi więc zabezpieczyć się na czas kiedy już nie będzie zarabiać. Faktycznie dzięki tym dodatkowym 200 milionom być może nie będzie musiał dorabiać na emeryturze…

Równie ciekawa jest odpowiedź na pytanie dlaczego Nasser Al-Khelaifi, właściciel PSG i Qatar Sports Investments bije transferowy rekord, narażając się na śledztwo UEFA ws Finansowego Fair Play, inwektywy prezesa LA Liga i ostracyzm? Przecież nie wyłącznie po to, by „sprowadzić na Parc des Princes trofeum Ligi Mistrzów”. Zwłaszcza że transfer nawet Neymara nie daje żadnych gwarancji.

O wiele ważniejsze są kwestie wizerunkowe. Katar jest w tej chwili w stanie zimnej wojny ze swoimi sąsiadami. Na początku czerwca Arabia Saudyjska, Bahrajn, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Egipt zerwały z nim stosunki dyplomatyczne i zablokowały połączenia lotnicze, morskie oraz lądowe. Oskarżają Katar o wspieranie islamskiego terroryzmu, a zwłaszcza jego stację telewizyjną, Al-Jaazira i domagają się jej zamknięcia. Żądają też m.in. zerwania stosunków z Iranem, współpracy wojskowej z Turcją.

Rząd Kataru uznaje te oskarżenia za bezpodstawne, a żądania za niemożliwe do zaakceptowania, bo naruszające jego suwerenność. Odpowiedział postulatami umiędzynarodowienia świętych meczetów w Mekce i Medynie, co w Arabii Saudyjskiej przyjęto jako deklaracja wojny przeciwko królestwu. Konflikt zbrojny wisi w powietrzu.

Z czasem do bojkotu dołączyły Jemen, Libia i Malediwy. W jego efekcie import Kataru spadł aż o 40 procent, a w kraju zabrakło żywności. Trafia tam wyłącznie z Turcji i Iranu przez co stała się bardzo droga. Samoloty linii Qatar Airways muszą zaś latać do Europy naokoło przez Iran i Turcję. Kiedy więc pojawiły się informacje, że Neymar leci z Dubaju do Dauchy na testy medyczne, znający temat wiedzieli, że to tzw fakenews, bo ruch lotniczy z Dubaju do stolicy Kataru obecnie nie istnieje.

Kryzys w KatarzeWrogowie Kataru wiedzą, że najbardziej zaboli, jeśli uderzą w mundialowe aspiracje emiratu. Na razie blokada spowolniła budowę stadionów, ale gorsze są straty wizerunkowe.

Transfer Neymara – najsilniejszego marketingowo sportowca poniżej 30. roku życia – i uczynienie z niego ambasadora mistrzostw świata w 2022 pozwolą przerwać ten impas (a przy okazji pozwoli PSG obejść Finansowe Fair Play UEFA). Katar wydał jak dotąd na zdobycie mundialu i przygotowania 17 miliardów euro, czymże jest wydatek 222 mln na promocję dla jednego z trójki najlepszych piłkarzy świata?

Jego zadaniem będzie ocieplenie wizerunku gospodarza turnieju nie tylko w kontekście obecnego kryzysu w Zatoce Perskiej. Ale także oskarżeń o nieludzkie traktowanie robotników pracujących przy stadionach, o korupcję w walce o organizację turnieju i wszystkie brudy jakie przyniósł 430-stronicowy raport prokuratora Michaela Garcii dla FIFA. Stąd niektórzy otwarcie nazywają transfer Neymara „najbardziej politycznym w historii futbolu”.

Neymar Junior i Neymar Senior 

Lucyna Kornobys: Dopóki walczę, jestem zwycięzcą

Nie wiem co to dzień bez bólu i bez marzenia, żeby ten koszmar się skończył. Ale moja historia dowodzi, że nawet ktoś tak potraktowany przez los może się czuć wartościowym i potrzebnym człowiekiem Lucyna KornobysWiecie jak ryje psychikę świadomość, że gdybyście czegoś nie zrobili albo zrobili parę minut wcześniej, całe wasze życie potoczyłoby się inaczej? Mieliście tak czasem? Nazywam się Lucyna Kornobys i od 15 lat jestem przykuta do wózka. Przez porażenie czterokończynowe, które wywołała choroba neurologiczna. Najgorsze, że nikt nie wie jaka. Nie marzę, że kiedyś znajdzie się dla mnie lek i stanę na nogach. Marzę, żeby znalazł się lekarz, który wreszcie postawi trafną diagnozę.

Marzę też o jednym dniu bez bólu, choć po prawdzie to już się do niego przyzwyczaiłam. Ważna rzecz: wcale nie czuję się niepełnosprawna. Wpieniają mnie słowa „inwalida” czy „kaleka”. Pobrzmiewa w nich wyrok, że to ktoś, kto się do niczego nie nadaje. Kto już nic w życiu nie osiągnie. Ja coś osiągnęłam i mam jeszcze dużo do osiągnięcia!

Owszem, był czas, że nie chciało mi się wstać z łóżka, przygotować posiłku, żyć… Ale wzięłam się w garść. A kiedy odkryłam sport, wróciła motywacja. Mam srebrny medal igrzysk paraolimpijskich z Rio. Właśnie zdobyłam w Londynie wicemistrzostwo świata. Na co dzień staram się pomagać niepełnosprawnym w Jeleniej Górze wyjść do świata. Tym, którzy są w takim stanie, w jakim ja kiedyś byłam. Uświadamiam, że nie wolno im dać się zamknąć w czterech ścianach, bo rodzina ich się wstydzi, bo tak wygodniej, bo są człowiekiem gorszej kategorii. Nie są! Staram się pomóc im uniknąć mojego przeklętego losu…

 Ostatni zjazd

Wszystko zaczęło się od feralnego ostatniego zjazdu na nartach. Kochałam narty, w dzieciństwie byłby dla mnie jedną z nielicznych radości. Najpierw bieganie, potem szusowanie z górek…

Mieszkaliśmy w Lubawce. Mamy nie pamiętam, tyle co ze zdjęć. Zmarła na raka kiedy miałam półtora roczku. Ojciec… Był dla nas taki – dla brata i czterech sióstr – że sami zgłosiliśmy się do Domu Dziecka. Byle nas jak najdalej od niego zabrali. Dużo pił i był dla nas okrutny. Nawet nie to że bił, choć potrafił przyłożyć, że mało nie połamał rąk i nóg. Dbał tylko o siebie. On jadł, dla nas nie starczało. Czasem w domu nie było nic do jedzenia przez trzy, cztery dni. W wieku sześciu lat musiałyśmy z siostrą chodzić do ludzi na wykopki, żeby w zamian dostać jakiś posiłek. Albo po prośbie. Albo na szaber po ogródkach.

Dzieciństwo było traumą, której nikomu nie życzę i nie chcę o niej za dużo mówić. Moje środowisko o niej nie wie, nie mówiłam nawet trenerowi. To starte dzieje, po części wyparliśmy je z rodzeństwem z pamięci, nigdy do nich nie wracamy. Mnie musiał w tym pomóc psychoterapeuta, z którym współpracuję od pięciu lat.

Właśnie z Domu Dziecka pojechaliśmy na Kapellę tuż za Jelenią Górą na nocną jazdę. Narty pozwalały mi zapomnieć, zatracić się w czymś przyjemnym. Jeszcze ten jeden zjazd i do busa. Ruszyłam. Na szczycie stanął jakiś facet, rozłożył ręce i wydarł się na cały stok: „Zjeżdżam! Z drogi! Nie umiem jeździć!” Pomknął w dół na krechę jak wariat. I wjechał prosto we mnie. Przekoziołkowaliśmy.

Nie wiele pamiętam. Znieśli mnie ze stoku do busa. Rozwalił mi kolano, poszła łąkotka, więzadła, cała reszta. Nigdy nie przeprosił. Noga w gips na sześć tygodni, wydawało się, że normalka.

Coś się jednak paprało i po dwóch miesiącach lekarze zdecydowali się na artroskopię. I – to tylko moje podejrzenia, bo nie mam żadnych dowodów – podczas usypiania anestezjolog dał mi za dużą dawkę tego czy tamtego. W każdym razie zrobił się spory problem, żeby mnie wybudzić.

 Mniej niż zero

Wiadomo, dzieciaka z Domu Dziecka traktuje się inaczej niż takiego, o którego bez przerwy dopytują rodzice, zanoszą prezenty, wożą na konsultacje. O mnie nie pytał pies z kulawą nogą. Dla Domu Dziecka fakt, że zapakowano mnie na pół roku do szpitala, to był problem z głowy. Też zero zainteresowania.

Po powrocie to samo, choć mój stan pogarszał się z tygodnia na tydzień. Nogi zaczęły coraz gorzej funkcjonować, najpierw jedna potem druga. Nie mogłam ich ani wyprostować ani zgiąć. Lekarze wpakowali je w aparat Ilizarowa, obręcze ze śrubami wkręconymi w kości, ale ścięgna podkolanowe okazały się tak silne, że powyginały śruby. Podcinali więzadła, pakowali nogi w gips, ale nic nie pomagało.

Z czasem straciłem czucie w obu nogach, doszła za to potworna spastyka, czyli skurcze mięśni. Skąd, dlaczego? Przecież nie miałam uszkodzonego kręgosłupa? Lekarze nie wiedzieli. Dostałam rentę 700 zł i do widzenia.

Rodzeństwo zrzuciło się na prywatną wizytę w Poznaniu. Tam usłyszałam, że pewnie popełniono błąd przy znieczulaniu. Ale nikt się do tego nie przyzna, więc nie mam co liczyć na odszkodowanie od szpitala. Dokumentacja medyczna? Nie miałam wtedy głowy, żeby poprosić. Zresztą kto by wydał 15-letniej gówniarze z Domu Dziecka?

Nie mam z niego miłych wspomnień. Na każdym kroku dawano nam odczuć, że do niczego się nie nadajemy, że nic w życiu nie osiągniemy. A przecież moja siostra, starsza o pięć minut bliźniaczka, co rok kończyła szkołę z czerwonym paskiem. Moja średnia też nie była najgorsza – 4,2, ale obniżono mi sprawowanie, bo byłam łobuziarą.

Po gehennie z wypadkiem i powolnej utracie władzy w nogach poczucie mojej wartości nawet nie wynosiło zero. Było grubo poniżej zera. Kompletnie straciłam wiarę w siebie. Jak wychowawczyni pytała uczniów, kto idzie na jakie studia, deklarowałam, że nie będę podchodzić do matury. Bo po co? Co mnie w życiu dobrego czeka? Na szczęście rodzeństwo mnie przymusiło.

Tortury

Na początku starałam się chodzić o kulach. Ale szło mi coraz gorzej, ręce nie wytrzymywały ciężaru. Przejście paru głupich metrów zajmowało pół godziny. Kiedyś nogi ugięły się pode mną na przejeździe kolejowym. Usiadłam na szynach i nie mogłam wstać. Pomyślałem, a niech się dzieje co chce, może tak będzie lepiej. Ale znalazł się jakiś kierowca, wybiegł z samochodu, pomógł mi wstać i nawet odwiózł do domu, choć to było tylko… 200 m.

W końcu rehabilitant powiedział, żebym szykowała sobie wózek, bo mój kręgosłup tego nie wytrzyma. Odparłam buńczucznie, że wolę się już czołgać. Na długi czas zaległam w łóżku. Ale w końcu trzeba było stawić czoła życiu.

Pierwszy rok był torturą. Nie załapałam się na szkolenie jak jeździć na wózku, bo zarezerwowane było tylko dla osób z uszkodzeniem kręgosłupa. A mnie nie wiadomo było co dolega. Problemem było poruszanie się po mieszkaniu, nie wspominając o wyjściu z mieszkania w domu bez windy.

Pamiętam pierwszą wyprawę po zakupy. Nie umiałam podjechać na głupi krawężnik. Tkwiłam przed nim załamana, aż w końcu siadłam na ulicy na tyłku, wepchnęłam wózek na chodnik i wdrapałam się na niego. Zlana potem jak po przebiegnięciu maratonu.

Wtedy rzadko spotykałam się z przejawami życzliwości. Kilka razy pisałam skargi do MZK, bo kierowcom autobusu niskopodłogowego nie chciało się wyjść i opuścić platformy, żebym mogła wjechać do środka. Zamykali drzwi i odjeżdżali, a ja zostawałam na przystanku jak ten frajer. Nikt z pasażerów się nie upomniał. Przepadło mi kilka zabiegów rehabilitacji jakie zafundował mi NFZ.

Innym razem stałam przed sklepem, do którego nie mogłam wjechać przez dwa schodki. Z odliczonymi pieniędzmi prosiłam ludzi, żeby kupili mi czyste płytki CD. Patrzyli na mnie z odrazą jak na wariatkę albo narkomankę. Przez pół godziny nikt nie chciał pomóc. Popłakałam się z bezradności.

Ale zawzięłam się. Skończyłam administrację na Uniwersytecie Wrocławskim. Dostałam pracę w Zespole Obsługi Oświaty w Jeleniej Górze. Tylko wciąż to nie było życie, ale ciągła walka. Do czasu aż w moim życiu pojawił się sport. Aż ktoś mnie nim zaraził. To było jak objawienie.

Srebrne kule

Tym kimś okazał się w 2008 roku Wiktor Żuryński z Jeleniogórskiego Klubu Sportowo-Rehabilitacyjnego. Spotkałam go na mszy dla niepełnosprawnych. Namówił namówił mnie na pokazowy mecz siatkówki na siedząco.

Ze sportem miałam jedno z nielicznych miłych wspomnień z dzieciństwa. Jako 7-latka zajęłam w Lubawce czwarte miejsce w biegu narciarskim na kilometr. Do dziś pamiętam dumę i to, że dostałam w nagrodę taki paskudny jaskrawo-żółty kombinezon. Co prawda po przyjściu do domu ojciec spuścił mi straszne manto, bo chyba byłam za wesoła. Ale nawet razy jakoś mniej bolały. Miałam satysfakcję, że coś mi się udało.

Poszłam. Ciągnęło mnie do ludzi. Zwłaszcza takich, których nie będzie razić moja niepełnosprawność. Popatrzyłam i spodobało mi się. Po roku trener Żuryński stwierdził, że mam na tyle mocne ręce, iż powinnam spróbować także lekkiej atletyki. Zabrałam się za pchnięcie kulą, rzut dyskiem i oszczepem. Okazało się, że mam do tego dryg. Już z pierwszych mistrzostw Polski w Kozienicach przywiozłam trzy medale, po jednym w każdej dyscyplinie.

Pierwszą własną kule kupił mi mój rehabilitant. Trenowałam w domu. Pchałam w ścianę, ale huk był taki, że sąsiedzi wzywali straż miejską. Brat przybił mi więc do ściany gruby materac.

Po roku rzuciłam siatkówkę. Bardzo męczyła ramiona, barki i plecy, bo trzeba się odpychać rękami od parkietu. Uznałam, że lepiej skupić się na jednej dyscyplinie. Poza tym w lekkiej atletyce zależę tylko od własnej formy i nastroju. A w drużynie – wiadomo.

Cieszę się z tego wyboru. Szybko trafiłam do kadry Polski. Zaczęły się wyjazdy po świecie. Jak inaczej byłabym w stanie polecieć np. do Nowej Zelandii? A w 2011 poleciałam i zdobyłam tam swój pierwszy medal MŚ – srebro w rzucie oszczepem. Zawsze jestem druga. Od MŚ w Doha w Katarze w 2015 bez przerwy srebro w kuli. Na igrzyskach paraolimpijskich w Rio, a teraz na MŚ w Londynie do złota zabrakło mi jednego centymetra.

Lucyna Kornobys

Tatuaże

Pomyślałam, skoro potrafię walczyć o siebie na bieżni lekkoatletycznej, to powalczę żeby ludzie bardziej dostrzegali niepełnosprawnych i nas rozumieli. Od siedmiu lat jeżdżę po szkołach na Dolnym Śląsku z prelekcjami. Stworzyłam własną prezentację multimedialną, że dzieci łatwiej pojęły co niepełnosprawność czyni z człowiekiem. Mogą przejechać się na wózku albo przejść z zasłoniętymi oczami jak niewidomi. Prowadzę warsztaty z „savoir-vivre wobec osób z niepełnosprawnościami”, żeby odnoszono się do nas z godnością.

No i wciągam ludzi w sport. Organizuję turnieje, urządzam festyny sprawności, mityngi. Sprowadzam rowery integracyjne, organizuję pokazowe mecze koszykówki czy ścigania na wózkach. Ostatnio siatkówki siedzącej dla dzieci z zespołem Downa. W pewnym momencie jak taki Michałek zdobył punkt z serwisu, to do końca meczu biegał wokół boiska, tak się cieszył. Dla mnie jego radość to największa nagroda za to co robię. To są dla mnie najszczęśliwsze chwile.

Sama kupuję medale, bo dzieciaczek musi dostać choćby najmniejszą nagrodę, żeby mieć motywację. Planów mam wiele. Np na jesieni organizujemy z koleżanką rejs Darem Pomorza dla 20 niepełnosprawnych. To będzie przygoda! Udowodnią sobie samym, że mogą osiągnąć co chcą, a pełnosprawnym, że niczym się od nich nie różnią.

Kiedy jest mi źle i popadam w zwątpienie, co czasem się przecież zdarza, spoglądam na jeden z czterech tatuaży. Zrobiłam logo olimpijskie i paraolimpijskie na obu łydkach, żeby pamiętać kim jestem i jak daleko zaszłam. Na nodze mam sentencję po angielsku: „Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają jak latać”. Bo z czasem dorobiłam się prawdziwych wspaniałych przyjaciół. Np Zbigniewa Ładzińskiego. To biznesmen z Jeleniej Góry, na którego zawsze mogę liczyć, ufundował mi m.in. siedzisko do rzutów. Ale najwięksi to moje rodzeństwo, brat Tomek i siostry Iza, moja bliźniaczka, Sylwia, Agnieszka i Basia.

A na przedramieniu: „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”. Całe moje życie to jedna wieczna walka. Ale mimo wszystko czuję się w niej wygrana. Cholernie wygrana.

Tatuaże Lucyny Kornobys

Był to artykuł napisany dla „Przegląd Sportowy. Reportaż”

Nie widać końca transferowego szaleństwa

Neymar i PiqueTrwa najbardziej wariackie okro transferowe w historii futbolu. Właściciele klubów przypominają owładniętego manią gracza w kasynie, pchającego na środek stołu górę żetonów, zza której ledwo go widać. Ledwo rozpętała się afera z aktywacją przez PSG klauzuli wykupu Neymara z Barcelony w wysokości 222 mln euro, a już musimy otrząsać się po informacji, że Real Madryt zgadza się zapłacić 180 mln za Kyliana Mbappe.

Swoją drogą jeśli „królewscy” gotowi są tyle wyłożyć na 18-latka mającego za sobą świetny sezon, ale dopiero pierwszy w zawodowym futbolu, to ile powinien kosztować kapitan reprezentacji Brazylii, triumfator Ligi Mistrzów i już sprawdzona marketingowa maszyna do zarabiania pieniędzy?

Zaczadzone szalonymi kwotami media zamiast analizować sens wydawania takich 180 mln na nastolatka, który jeszcze w styczniu wg Transfermarkt.de był wart 10 mln, licytują się przeliczaniem co można by za to kupić. Hiszpańska „Marca” informuje, że Mbappe jest wart tle, co dwa obrazy Muncha „Krzyk”, 1800 nocy w najdroższym hotelu świata i lot na księżyc. Wg „L’Equipe” starczyłoby na 704 000 konsol PlayStation, 110 000 iMaców czy pięć modeli Ferrari 250 GTO, a szacowny „The Times”, że na 64 modele Bugatti Chiron, dwa startujące pionowo jednosilnikowe myśliwce wielozadaniowe piątej generacji F-35B, 1112-letnią miesięczną pensję premier Theresy May i 100 mln kopii „Timesa”. Fascynujące.

Szaleństwo potęguje chaos informacyjny, plotki i spekulacje mieszają się z prawdziwymi wiadomościami, te z ewidentnymi fake-newsami. Poraża bierność klubów. Barcelona milczy, nie wydaje oświadczenia np. ustami swego prezydenta, że „Neymar nigdzie nie odejdzie, kocha klub, a my potrafimy przekonać go do pozostania” albo „niestety PSG aktywowało klauzulę, nic nie możemy zrobić, ale jesteśmy gotowi ściągnąć za te pieniądze godnych zastępców”.

Zamiast tego kibice żyją przez kilka dni tweetem Gerarda Pique, który publikuje swoje zdjęcie Neymara z zapewnieniem, że ten „Zostaje!” Obrońca Barcy od jakiegoś czasu zachowuje się jak nieformalny prezes klubu. Osobiście namówił na współpracę potężnego japońskiego sponsora, który wyparł z koszulek Blaugrany Qatar Airways. Skoro załatwia takie rzeczy, to może i ma decydujący głos w sprawie Neymara – mają prawo myśleć fani.

A jeszcze ostatnio, rozczarowany mediami Pique, zapowiedział stworzenie alternatywnego kanału komunikacyjnego, który pozwoli na bezpośredni kontakt między piłkarzami a fanami. – A nuż dokonał pierwszego aktu komunikacji po nowemu? – łamali sobie głowę ci ostatni.

W każdym razie to koniec sagi? Nic z tych rzeczy. Po dwóch dniach: buum! Pique usprawiedliwia się, że tylko wyraził własną opinię. Po prostu sam bardzo by chciał, żeby Brazylijczyk został w klubie, dlatego dał takie zdjęcie. Ale nic nie jest przesądzone. Głos musi zabrać sam Neymar.

Ciekawe jak przy takiej huśtawce nastrojów zachowywałyby się akcje Barcy na giełdzie, gdyby klub był tam notowany? Szły by w górę dzięki perspektywie zarobku 222 mln euro, czy leciały w dół z powodu utraty gwiazdy?

Jeśli PSG ostatecznie skusi Neymara „możliwością bycia liderem” oraz 150 mln euro za pięć lat kontraktu, nie licząc 100 mln euro dla taty oraz trudnych do wyceny udziały w sieci hoteli należących do właściciela paryskiego klubu, Nassera Al-Khelaifiego, zacznie się inne szaleństwo. A mianowicie próba sił między PSG i UEFA, której reguły Finansowego Fair Play Katarczycy muszą bezczelnie obejść, żeby sfinalizować transfer.

Wiadomo z grubsza jak to zrobią: firma Qatar Sports Investments, której szefem, tak się szczęśliwie składa, jest tenże sam Al-Khelaifi, podpisze z Brazylijczykiem umowę na promowanie mundialu w 2022 roku. Wartą – co za przypadek – 222 mln euro. Zawodnik wykupi za tę sumę swój kontrakt w Barcelonie i będzie mógł zupełnie rozpocząć karierę w Paryżu. PSG pozyska tym samym zawodnika zupełnie za darmo.

Pytanie czy UEFA pozwoli się tak ograć. Czy przymknie oko, nie chcąc wchodzić w konflikt z najprężniej inwestująca w futbol nacją świata? Czy też pójdzie na zwarcie, broniąc własnej zasady, że klubom nie wolno wydawać więcej niż wynoszą ich przychody? Bo jeśli ugnie się raz, wszystkie te zasady będzie można wyrzucić do kosza.

Jeśli nawet transfery Neymara i Mbappe nie dojdą do skutku, tylko trochę zmniejszy to szaleństwo transferowego okna. Napompowane fortuną z praw telewizyjnych na potęgę szastają kluby Premier League. Stoke wydaje na transfery więcej niż regularny półfinalista Ligi Mistrzów Atletico Madryt, a Manchester City aż za trzech zawodników zapłacił ponad 50 mln euro (Benjamin Mendy, Kyle Walker i Bernardo Silva). Na fali tej koniunktury Manchester United płaci za Romelu Lukaku 85 mln, Chelsea za Alvaro Moratę – 65 mln, obaj jeszcze niedawno kosztowaliby pewnie góra 30 mln.

Jak głos na puszczy brzmią deklaracje prezesa Bayernu Monachium, Uli Hoenessa który cenę jaką PSG chce zapłacić za Neymara nazwał oznakę słabości i oznajmił, że jego klub nie da wciągnąć w transferową spiralę. Nie będzie kupować piłkarzy za 150-200 mln euro, nie wyda też 80-100 mln na takie gwiazdy jak Marco Verratti czy Alexis Sanchez, których pensje muszą później oscylować w granicach 25 mln euro. Woli już przebudowywać zespół stawiając na młodych.

Że z takimi nabytkami jak Sebastian Rudy, Niklas Suele, Serge Gnabry czy Corentin Tolisso ciężko będzie odnieść sukces w europejskich pucharach? Hoeness nie ma złudzeń i przyznaje, że Bayern nie będzie stawiał sobie za cel wygrania Ligi Mistrzów, dopóki transferowe szaleństwo nie ustąpi. Trudno, trzeba przeczekać.

Kylian Mbappe i 180 milionów euro

#ParaAthletics. Zawód: przewodnik

Joanna Mazur i Michal StawickiCiężko o bardziej wzruszającą dyscyplinę lekkoatletycznych MŚ w Londynie od biegów osób niewidomych. Tych, gdzie ramię w ramię z zawodnikiem podąża przewodnik, połączony z nim opaską, będący jego oczami na bieżni, podpowiadając kiedy wejść w wiraż, a kiedy dać czadu na ostatniej prostej.

Znaleźć osobę, która chciałaby zostać przewodnikiem niewidomego to w Polsce spora sztuka. Po pierwsze szukać można tylko wśród innych lekkoatletów, ci zaś mają swoje kariery, swoje starty i cele. Mogą trenować z niewidomym na pół gwizdka, czasem wspomóc na jakichś zawodach. Takich, którzy byliby gotowi poświęcić mu się w całości, towarzyszyć na co dzień, w każdym żmudnym treningu ze świecą szukać.

Do tego przewodnik musi biegać co najmniej tak samo dobrze jak zawodnik. Tacy, którzy nie wytrzymują tempa, spowalniają zawodnika, są dla niego kulą u nogi.

Ale już znaleźć takiego, do którego zawodnik czułby stuprocentowe zaufanie, robił wszystko na komendę i na bieżni tworzył z nim jeden organizm, to prawdziwy cud. Dwa takie cuda zdarzyły się w polskiej ekipie, gdy Asia Mazur, mistrzyni świata na 1500 m trafiła na swoje drodze na Michała Stawickiego, a Olek Kosaskowski (życiówka w półfinale 1500 m i brązowy medal w finale) na Sylwestra Lepiarza.

Asia

Zaczęła tracić wzrok w wieku siedmiu lat. Okulista zdiagnozował nieuleczalną wadę, tak rzadką, że nawet nie ma nazwy. Wspomina, że postawiła na półce figurkę ukochanego miśka i z dnia na dzień przestawała go widzieć…

Mimo że chodziła do klasy integracyjnej, okrutnie dokuczano jej w szkole, podstawiano nogi, szydzono. Któregoś dnia wróciła spłakana do domu i oświadczyła, że więcej tam nie pójdzie. Rodzice wysłali 13-latkę do internatu szkoły dla niewidomych w Krakowie. Tam nauczyła się samodzielności, a zainspirowana sukcesami niewidomych sportowców, zaczęła biegać.

Już ze znalezieniem trenera był dramat. – Przez rok nikt mi nawet nie odpisał. Za milionowym podejściem dodzwoniłam się do Lecha Salamonowicza, byłego trenera kadry. To człowiek o wielkim doświadczeniu i wielkim sercu. Jako pierwszy powiedział mi: „spróbujmy”. Przez rok trenowałam bez przewodnika. Często myliłam tory, wpadałam na kogoś. Po kolejnej katastrofie zrozumiałam, że trzeba pogodzić się z utratą wzroku – mówi.

Przewodnicy, których wypróbowywała nie podołali treningom. Męczyli się, zostawali w tyle. Aż spotkała Michała Stawickiego. Był świetnym lekkoatletą, triatlonistę i tak bardzo zdeterminowany, żeby wspólnie z Asią trenować dwa razy dziennie, że poświęcił pracę szkole. Po kilku miesiącach treningów wywalczyli złoto na mistrzostwach Europy w Grosseto na 200 m i srebro na 100 m. Gdy na igrzyskach paraolimpijskich w Rio nie weszli do finału, porzucili sprinty na rzecz średnich dystansów. Na MŚ w Londynie w czwartym wspólnym starcie na 1500 m pobili własny rekord o… 15 sekund!

Joanna Mazur i Michał Stawicki

Olek

Kossakowskiego z Lepiarzem łączy burzliwa historia. Panowie rozstali się po igrzyskach w Rio, gdzie nie udało im się wejść do finału. Sylwek, oszołomiony atmosferą na Stadionie Olimpijskim mocno przeszarżował, poprowadził bieg w tempie jak na rekord świata. W efekcie Olek na 400 m przed metą nie był w stanie biec i niemal domaszerował do końca. To ósme miejsce i tak dałoby im prawo startu w finale, gdyby nie to, że zagotowany Sylwek pierwszy przekroczył metę. A przepisy mówią, że zawsze musi to zrobić zawodnik. Zostali zdyskwalifikowani.

- Oszołomiły mnie emocje, presja i niesamowita publika na stadionie. Czułem się jak w statku kosmicznym – tłumaczy Sylwek. – Dziś już nie ma tematu. Tzn jest tylko jako nauczka dla nas. Ale już nie mamy do siebie pretensji – dodaje Olek. A jednak przez kilka miesięcy sprawdzał innych przewodników. Ale drugiego takiego nie znalazł.

Ich relacje świetnie opisują okoliczności zdobycia brązowego medalu na ME w Grosseto. 120 metrów po starcie rywal z Portugalii niechcący nadepnął Olkowi na piętę i ściągnął buta. Już po pierwszym okrążeniu po rozgrzanym tartanie pod skarpetą na podeszwie stopy zrobił mu się pęcherz. Po drugim pękł, skóra zeszła, a podeszwa zmieniła się w krwawą ranę.

- Z początku działała adrenalina, ale jak około 600 m zeszła, ból zrobił się jak cholera. Mówię do Sylwka, że chyba zejdę. Ale on, żebym się nie wygłupiał, bo to mistrzostwa Europy – wspomina Kossakowski.

- Nie wiedziałem co się dzieje. Dopiero jak zobaczyłem krwawe ślady na tartanie, mysle, kurde, co to jest? Po chwili skojarzyłem, że to Olek. Spojrzałem w dół, nie ma buta, zamiast tego czerwona, porwana skarpeta. No, ale już był prawie finisz. Dobiegliśmy. I zdobyliśmy brąz! – mówi Lepiarz.

- Ja na szczęście tych krwawych śladów nie widziałem, bo kto wie jakby to na mnie podziałało. Nie wiem jak dobiegłem, chyba tylko siłą charakteru. Ci, którzy zobaczyli ranę, trenera, kolegów z kadry, złapały mdłości. Jedna wielka rana, do tego czarna z brudu. Lekarze złapali się za głowy, natychmiast do szpitala, kuracja antybiotykowa i opatrunek. – Oj już nie wyolbrzymiaj, przebiegłeś na bosaka raptem 1350 metrów – śmieje się Sylwek.

Dlaczego został przewodnikiem? Przecież nie dla kasy, bo jej tu nie ma. Trenował siedem lat lekkoatletykę, mógłby więcej zarobić w ulicznych startach. Ale chciał spróbować czegoś nowego. – Chciałem się po prostu… poczuć kimś ważniejszym. I czuję się taki – mówi.

Sylwester Lepiarz i Aleksander Kossakowski

#ParaAthletics. Srebro Fiodorow, czyli Alicja w krainie czarów

Alicja FiodorowAlicja Fiodorow zdobyła srebrny medal w biegu na 100 m rozgrywanych w Londynie MŚ osób niepełnosprawnych. Osiągnęła najlepszy wynik w sezonie (12.61), wyprzedzając na mecie Chinkę Lu Li zaledwie o 0.01 sekundy! Po zejściu z bieżni szalała ze szczęście i zamiast jak po czwartym miejscu na 200 m mówić o końcu kariery, wybiegała myślami do igrzysk w Tokio

- Podeszłam do tego biegu na pełnym luzie. Wykasowałam niepowodzenie na 200 m, zapomniałam o łzach, liczyło się tylko tu i teraz. Nie chciałam sama siebie postawić pod presją, że mogę wrócić z mistrzostw świata bez medalu, że to będzie katastrofa i pora kończyć karierę – mówiła.

Pomogło jej, że biegła dziewiątym torem, nie widząc najgroźniejszych rywalek, nie stresowała się więc ich występem, tylko ruszyła ile sił w nogach. Są zawodniczki, które jak Barbara Niewiedział, zdobywczyni złota na 1500 m i srebra we wtorek na 400 m, lubią ruszać zza pleców rywalek, żeby je kontrolować. Ala woli nie widzieć.

- Po niepowodzeniu na 200 m targały mną emocje, bo nie jestem przyzwyczajona do przegrywania. Od 2004 roku nie ma imprezy, z której wróciłabym bez medalu. Brązy na igrzyskach paraolimpijskich w Atenach, Pekinie, Londynie, srebra w Pekinie, Londynie, Rio, złoto mistrzostw świata w Assen, medale w Christchurch, Lyonie, Doha… – wymienia. – Z pierwszych mistrzostwa świata, w Birmingham wróciłam dopiero piata, ale pojechałam tam jako 13 letnia dziewczynka, po zaledwie dwóch miesiącach treningów…

- Urodziłam się bez lewego przedramienia. Ale nigdy nie czułam się z tego powodu gorsza. Nigdy nie musiałam sobie przez to czegoś odmawiać. Na podwórku uczestniczyłam we wszystkich dziecięcych zabawach i wygłupach. Czasem spotykałam się z dogryzaniem czy wyszydzaniem, nazywaniem „jednorękim bandytą”, wiadomo, że dzieciaki bywają okrutne. Ale nic sobie z tego nie robiłam, spływało jak po kaczce. Wielka w tym zasługa rodziców. Zawsze mi powtarzali: „a niech się śmieją, może osiągniesz w życiu więcej od nich” – opowiada Alicja.

Rodzicom zawdzięczam pełną niezależność. Od małej dziewczynki nie traktowali jej jak niepełnosprawną, nie trzymali pod kloszem, wszystko musiała robić sama.

- Pamiętam jak mając czterolatka męczyłam się z wiązaniem butów, aż doszłam do perfekcji i w końcu robiłam to szybciej niż rówieśnicy. Są rodzice, którzy wstydzą się niepełnosprawnego dziecka, albo za bardzo na nie chuchają, że takie biedne. I trzymają w domu, boją się wypuścić na świat. U mnie było przeciwne podejście: „chcesz iść na trzepak, to idź. Spadniesz, trudno, ale sama się podnieś”. Czułam ich wsparcie i czuję je do dziś, ale nigdy mnie nie wyręczali, za co jestem im niezwykle wdzięczna – mówi.

I opowiada, że nigdy nie nalegali na córkę, żeby nosiła protezę, skoro ta jej nie pasowała. – Od maleńkości miałam taką gotową ale jakoś jej nie zaakceptowałam. Skoro tak, to nie kazali mi jej nosić. Nie wstydzili się córki bez rączki jak to czasem na wsiach bywa, gdzie niepełnosprawność to coś gorszego. Najważniejszy był mój komfort i moje dobre samopoczucie. „Nie chcesz, to nie noś, ale radź sobie sama”.

I radziłam. Do tego stopnia, że na studiach na AWF potrafiłam zrobić wymyk i odmyk na drążkach lepiej niż koleżanki z obiema zdrowymi rękami które musiały zaliczać w drugim terminie. Wydaje mi się, że jak na niepełnosprawną jestem całkiem sprawna i niejedna zdrowa dziewczyna mogłaby mi pozazdrościć.

Najgorsze co może spotkać niepełnosprawne dziecko to zamknąć je w domu i użalać się nad nim. Trzeba pozwolić mu się rozwijać, wychodzić do ludzi. Nie wolno odcinać go od świata. Bo rodzice, którzy się takim dzieckiem opiekują, wieczni nie będą i co wtedy? – przekonuje.

- Naprzeciwko naszego domu stoi szkoła, więc praktycznie całe dzieciństwo spędziłam na szkolnym boisku i w budynku. Odbywały się tam treningi tenisa stołowego Broni Radom. Przychodziłam, patrzyłam z pożądaniem przez szybkę, aż w końcu trener zaprosił mnie na trening. Miałam dryg do sportu, pewnie po mamie, która biegała sprinty. Nieźle mi szło, jeździłam na zawody, wygrywałam. Zdarzało mi się nawet grać w debla z Natalią Partyką, czterokrotną mistrzynią paraolimpijską. Ale drugą Natalką nie zostałam, ponieważ okazał się, że jestem też dobra w lekkiej atletyce. Przez jakiś czas startowałam w kadrze Polski obu dyscyplin. Ale w końcu terminy występów zaczęły nakładać się na siebie i musiałam dokonać wyboru – wspomina.

Pomógł w tym trener Jacek Szczygieł, który w 2002 roku trafił do Startu Radom i… odmówił współpracy z Alicją. – Nie podobało mi się, że wykorzystywano ją w każdej dyscyplinie, gdzie był potrzebny medal. Tu takie zawody, tu takie. Nie chciałem się zgodzić na łączenie. Powiedziałem: „albo odłożysz rakietkę na bok i skupić się w całości na lekkiej atletyce i wtedy trenujemy na pełnych obrotach, albo szukaj sobie innego trenera. Ja nie będę prowadził zawodnika na pół gwizdka”. No i przed igrzyskami w Atenach w 2004 Ala wybrała bieżnię – wspomina Szczygieł.

Alicja Fiodorow- Uznałam, że lekka jest mi bliższa sercu. I nigdy nie żałowałam wyboru. Ani współpracy z trenerem Szczygłem. On jest twórcą wszystkich moich sukcesów – podkreśla Fiodorow.

- Nie jestem fachowcem od tenisa stołowego, ale uważam, że Ala nie zrobiłaby takiej kariery jak Natalia, bo warunki jakie tamta ma w Gdańsku, a jakie były w Radomiu to dwa światy – mówi Szczygieł.

Dodaje, że Ala jest obdarzona takim talentem ruchowym, iż odnosiłaby sukcesy w każdym sporcie za jaki by się wzięła. Łatwo jej przychodzi nauka, szybko wszystko sobie przyswaja. Bez połowy ręki kapitalnie gra w koszykówkę czy siatkówkę o piłce nożnej nie mówię. Świetnie pływa, skacze…

- Czego się nie dotknie w tym jest dobra. Pod tym względem jest fenomenem. Taka się urodziła, ale też sporo w tym zasługi rodziców. Nie ma w sobie żadnych barier. I jest bardzo ambitna. Wyznacza sobie cele i dąży do nich z rzadko spotykaną konsekwencją – mówi Szczygieł.

Po udanych MŚ teraz celem są igrzyska paraolimpijskie w Tokio. Ale obawiam się, że na 200 m trzeba będzie pobiec 25 sekund na medal, a to oznacza mnóstwo ciężkiej pracy i wyrzeczeń. Siądziemy z trenerem i zastanowimy się, czy nie postawić tylko na setkę – mówi Fiodorow.

Nakładka na rękę Alicji Fiodorow, pomaga jej wystartować z bloków i stabilizuje bieg (cena 12 000 zł o.o). W tle Marcel Jarosławski z Polskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych „Start”

#ParaAthletics. Bracia z opaską, czyli krwawe ślady na bieżni

Sylwester Lepiarz i Aleksander KossakowskiNiewidomy Aleksander Kossakowski (na zdjęciu z prawej)  z przewodnikiem Sylwestrem Lepiarzem wygrali półfinał biegu na 1500 m podczas lekkoatletycznych mistrzostw świata w Londynie. Ustanowili życiówkę (4:14.07) i pokonali w bezpośrednim pojedynku rekordzistę świata, Kenijczyka Samwela Mushai Kimani. O medal powalczą w piątek

W kadrze polskich lekkoatletów na MŚ w Londynie mówią, że ciężko o większego pechowca niż Olek. Co ważny bieg, to rywal ściąga buta ze stopy. Z pięć razy tak już miał ostatnio. A już do legendy przeszedł jego start na mistrzostwach Europy w Grosseto.

120 metrów po starcie rywal z Portugalii niechcący nadepnął mu na piętę i ściągnął buta. Już po pierwszym okrążeniu po rozgrzanym tartanie pod skarpetą na podeszwie stopy zrobił mu się pęcherz. Po drugim pękł, skóra zeszła, a podeszwa zmieniła się w krwawą ranę. – Z początku działała adrenalina, ale jak około 600 m zeszła, ból zrobił się jak cholera. Mówię do Sylwka, że chyba zejdę. Ale on, żebym się nie wygłupiał, bo to mistrzostwa Europy – wspomina Kossakowski.

- Nie wiedziałem co się dzieje. Dopiero jak zobaczyłem krwawe ślady na tartanie, myślę, kurde, co to jest? Po chwili skojarzyłem, że to Olek. Spojrzałem w dół, nie ma buta, zamiast tego czerwona, porwana skarpeta. No, ale już był prawie finisz. Dobiegliśmy. I zdobyliśmy brąz! – mówi Lepiarz.

- Ja na szczęście tych krwawych śladów nie widziałem, bo kto wie jakby to na mnie podziałało. Nie wiem jak dobiegłem, chyba tylko siłą charakteru. Ci, którzy zobaczyli ranę, trenera, kolegów z kadry, złapały mdłości. Jedna wielka rana, do tego czarna z brudu. Lekarze złapali się za głowy, natychmiast do szpitala, kuracja antybiotykowa i opatrunek.

- Oj już nie wyolbrzymiaj, przebiegłeś na bosaka raptem 1350 metrów – śmieje się Sylwek.

Łączy burzliwa historia. Panowie rozstali się po igrzyskach w Rio, gdzie nie udało im się wejść do finału. Sylwek, oszołomiony atmosferą na Stadionie Olimpijskim mocno przeszarżował, poprowadził bieg w tempie jak na podwójny rekord świata. W efekcie Olek na 400 m przed metą nie był w stanie biec i niemal domaszerował do końca. Ale i tak dałoby to im ósme miejsce i prawo startu w finale, gdyby nie to, że zagotowany Sylwek pierwszy przekroczył metę. A przepisy mówią, że zawsze musi to zrobić zawodnik. Zostali zdyskwalifikowani.

- Emocje, presja, niesamowita publika na stadionie. Czułem się jak w statku kosmicznym. Oszołomiło mnie. Musiałem wykrzykiwać komendy, żeby Olek mnie słyszał. Też byłem wkurzony, bo tyle przygotowań i startów na nic – tłumaczy Sylwek. – Dziś już nie ma tematu. Tzn jest tylko jako nauczka dla nas. Ale już nie mamy do siebie pretensji – precyzuje Olek.

Kossakowski zaczął szukać nowego przewodnika, ale próby kończyły się marnie. – Przewodnik dla niewidomego lekkoatlety to w Polsce prawdziwy dramat. Nie każdy ma tyle szczęście co świeżo koronowana mistrzyni świata z Londynu, Joanna Mazur, która idealnie dobrała się z Michałem Stawskim. A i ona długo szukała. Ale dziewczynie łatwiej znaleźć faceta, który biega lepiej od niej. Olek odrzucił kilku zawodników, którzy nie wytrzymywali jego tempa i odpadali już po pierwszym okrążeniu – tłumaczy ich trener ze Startu Radom, Jacek Szczygieł.

Z braku kandydatów na przewodnika zwrócił się o pomoc co lekkoatletów pełnosprawnych. Ale nikt nie chciał. Przewodnik musi w całości poświęcić się niewidomemu, zgrać z nim w jeden organizm. Pełnosprawni lekkoatleci mieli swoje starty, swoje zgrupowania i cele. Mogli pomóc na jedne zawody, ale ciężko im było zgrywać terminy.

- Z kolei ci, którzy już skończyli kariery, bawią się w biegi uliczne, starają jakoś zarabiać pieniądze i też nie interesuje ich rola przewodnika. Bo z bycia przewodnikiem żadnych kokosów nie ma. Wielu robi to za „dziękuję”. Dobrze jak dostanie stypendium. Ale w przypadku Kossakowskiego i Lepiarza będzie ciężko, bo w ich konkurencji nie zebrało się na MŚ 12 rywali – tłumaczy Szczygieł.

Poszukiwania nowego przewodnika szły jak po grudzie. Tymi, których sprawdził, Olek był zawiedziony. Narzekał, że to trucht, a nie prawdziwe bieganie. Wreszcie obaj panowie postawili na reset, podali sobie ręce i postanowili zacząć współpracę od nowa.

Tu w Londynie Sylwek pokazał, że Rio to był po prostu eksces. Obaj jesteśmy mądrzy po szkodzie i doświadczeni. Nigdy już nie popełnimy takiego błędu. Dziś jestem w stu procentach z naszej współpracy – mówi Kossakowski.

- Wyglądamy na bieżni jak bracia, niektórzy nawet nas za nich biorą. Mamy podobną technikę biegu, jesteśmy równi wzrostem i wiekiem. Jeśli będą nas omijały kontuzje, będziemy co raz bardziej się zgrywać i biegać długie lata. Poza bieżnią różnimy się tylko upodobaniami muzycznymi. Olek słucha heavy-metalu, a ja bardziej rozrywkowej, ale nie mamy spinek z tego powodu – mówi Sylwek.

Prawdziwy brat Olka ma tę samą chorobę oczu – zwyrodnienie barwnikowe siatkówki – i też nie widzi. Nie jest zawodnikiem, został masażystą. – Zachorował w wieku 13 lat, ja miałem sześć. Do tego czasu widziałem normalnie. Potem systematycznie traciłem widzenie barw, widzenie w nocy, ograniczało mi się pole widzenia, najpierw do lunetowego, aż do zupełnej ślepoty. Póki co medycyna nie wymyśliła na nią lekarstwa. Już się nią nie przejmuję, mam ją gdzieś. Mam mocno wyrobiony węch i słuch. Jestem w stanie wszystko sobie wyobrazić – mówi Olek.

Jako gimnazjalista zbuntował się przeciwko losowi. Uciekał z domu na parę dni, opuszczał w lekcjach, odmawiał pomocy w domu. Ojciec postanowił przywrócić go do pionu.

- Tata też uprawia sport, jest karateką, ma 3 dan w karate kyokushin. W ramach resocjalizacji wysłał mnie na obóz lekkoatletyczny z trenerem Krzysztofem Jóźwikiem do Spały. Tam tak dostałem w kość, że nauczyłem się pokory. Ale przy okazji trener Krzysiek zaszczepił we mnie ducha rywalizacji. Spodobało mi się. A później na jakichś zawodach juniorów wypatrzył mnie trener Jacek Szczygieł i wziął pod swoje skrzydła. I poznał z Sylwkiem.

- Biegamy z Olkiem od 2013 roku. Poznaliśmy się kiedy jeszcze trochę widział i startował w wyższej kategorii. Biegaliśmy wówczas jeszcze nie połączeni opaską jak teraz ale obok siebie. Trenowałem wcześniej siedem lat lekkoatletykę, ale chciałem spróbować czegoś nowego. Nie jestem przewodnikiem dla kasy. Chciałem się po prostu… poczuć kimś ważniejszym. I czuję. Jeździmy po świecie, startujemy na igrzyskach, mistrzostwach świata. Jest pięknie – opowiada Sylwek. Sylwester Lepiarz, Aleksander Kossakowski i trener Jacek Szczygieł

#ParaAtheltics. Dwa złote medale i apel do ministra

Joanna Mazur i Michał Stawicki

Dwa złote medale w odstępie kilku minut zdobyli polscy sportowcy w poniedziałek wieczór na Stadionie Olimpijskim w Londynie podczas MŚ w lekkiej atletyce osób niepełnosprawnych. Najpierw Barbara Niewiedział na 1500 m w kat. T20. Po niej niewidoma Joanna Mazur wraz z przewodnikiem Michałem Stawickim na tym samym dystansie

Niewiedział, mistrzyni paraolimpijska na 1500 m wśród osób upośledzonych intelektualnie z Londynu 2012 i Rio 2016 potwierdziła dominację w tej konkurencji. Przez cały wyścig kontrolowała sytuację, nie przejęła się szarżą Amerykanki Kaitlin Bonds i przybiegła na metę ze sporą przewagą nad Ukrainką Ludmiłą Daniliną.

- Mogę właściwie powiedzieć, że to był zwykły dzień w biurze. Na dwóch ostatnich igrzyskach i obu mistrzostwach świata w Lyonie w 2013 i Doha dwa lata temu nie miałam sobie równych. Cieszę się, że nic się w tej kwestii nie zmieniło – śmiała się za metą.

Niewiedział nie przeszkodziło nawet to, że kilka godzin przed wieczornym biegiem wygrała półfinał na 400 m. Na szczęście organizatorzy przygotowali specjalny namiot, w którym można się było zanurzyć w kąpieli w lodowatej wodzie z kostkami lodu. Pierwszy raz skorzystałam z czegoś takiego i to był strzał w dziesiątkę! Igły przeszły całe moje ciało, ale nogi momentalnie odpoczęły i zrobiły się lżejsze. Zanurzyłam się tuż po biegu na 400 m i tuż przed startem na 1500 m – opowiadała.

Dodała, że nie przestraszyła się szarży Amerykanki Bonds, która mocno wyrwała do przodu. – Ona jest faworytką na 400 m, to jest jej koronny dystans, wiedziałam, że nie wytrzyma. Ona będzie moją główną rywalką we wtorek, ale ciesze się, że dostałam trzeci tor a ona piąty. Będę ją miała na widoku – mówiła Niewiedział, która w Rio wywalczyła na 400 m brązowy medal szalonym finiszem, rzucając się na linię mety i upadając na twarz, co zostało uznane przez organizatorów za „najbardziej magiczny moment igrzysk”.

Barbara NiewiedziałLedwo Basia Niewiedział zeszła z bieżny, a w finale biegu na 1500 m osób niewidomych wystartowała Joanna Mazur z przewodnikiem Michałem Stawickim. To dla nich nowy dystans. Wcześniej biegali na 200 m i 400 m, ale choć zdobywali mistrzostwa Europy, po igrzyskach paraolimpijskich w Rio zdecydowali się wydłużyć dystans. I to był strzał w dziesiątkę! W swoim zaledwie czwartym wspólnym starcie na 1500 m, w finale mistrzostw świata po kapitalnym finiszu wyprzedzili Kolumbijkę Arango Buitrago (z Jonathanem Daybesem) i Chinkę Zheng Jin (z Wangiem Zipengiem). Do tego pobili własny rekord aż o 15 sekund!

- Michał jako mój trener postanowił przerobić mnie ze sprinterki na biegacza średniodystansowego, choć nie wierzyłam, że podołam. A jednak! Jak widać oddałam się w dobre ręce. Opłaciły się te wszystkie ciężkie treningi – mówiła Asia.

- Tak naprawdę ułożyłem sobie taktykę na ten bieg jeszcze podczas zgrupowania w Zakopanem. Wszystko było dokładnie przemyślane. Mieliśmy zaatakować na ostatnich 200 m. Jeszcze dziś po obiedzie, Asia zapytała czy na pewno jestem przekonany, że zdążymy przeprowadzić to, co chcemy. Ryzyko było, ale bez niego nie ma największych sukcesów. No i rzeczywiście było „na żyletki”. Jeśli przyprawiliśmy któregoś z naszych kibiców o zawał, to przepraszamy – opowiadał Stawicki, były lekkoatleta i triatlonista.

- Wszystko było jak na treningu, więc nic nie mogło pójść źle. A w dodatku jeszcze niesamowicie niósł nas doping kibiców – dodała Mazur.

Prośba do ministra sportu

Świeżo koronowani mistrzowie świata zwrócili się z ogromną prośbą do ministra sportu, Witolda Bańki o zmianę przepisów. Stypendium za sukces na takiej imprezie jak londyńskie MŚ przysługuje im tylko w przypadku jeśli w finale wystartuje 12 zawodników z 8 państw. Na nieszczęście Mazur i Stawickiego w ostatniej chwili wycofała się Kenijka, nie wystartowali też Rosjanie, bo cała ich lekkoatletyczna reprezentacja została zawieszona za doping przez Międzynarodowy Komitet Paraolimpijski. W efekcie w konkurencji wystartowało więc 11 zawodników.

- Bardzo prosimy ministra, żeby popatrzył łaskawie na sprawę. W sporcie paraolimpijskim niestety łatwo o to, że zabraknie tego kluczowego 12 zawodnika. Po pierwsze z powodu kontuzji, po drugie z braku pieniędzy, wielu krajów nie stać na wysłanie zawodnika, jeśli nie są absolutnymi pewniakami do medalu. A my stajem się ofiarami, bo mimo złotego medalu nie dostajemy stypendium, które zapewniłoby nam przygotowania do kolejnych startów – tłumaczy Joanna Mazur.

Reportaż o Joannie Mazur i Michale Stawickim z Rio: Biegnę w ciemności. Michał to moje oczy

I ona i jej przewodnik musieli zrezygnować z pracy, żeby skoncentrować się na przygotowaniach do igrzysk w Rio i MŚ w Londynie. Ze Stawickim nie przedłużono umowy w szkole gdzie uczył WF. Mazur pracowała w przychodni jako masażystka. – Ale 18 osób dziennie i do tego trening wytrzymałościowy, trzy godzinna siłownia było ponad moje siły. Wykańczałam się. Trenowanie tego sportu to dla nas ciężkie zderzenie z rzeczywistością. Sporo poświęciliśmy przez ten rok. Ale uważamy że warto. Idziemy do przodu i spełniamy marzenia – mówi Asia.

Michał podkreśla, że w tej dyscyplinie nie można zawodnika oddzielić od przewodnika, który jest jego oczami, połączony z zawodnikiem opaską dyktuje tempo, podczas biegu informuje: „prosta”, „wyjście z wirażu” itp. nie wolno mu wyprzedzać ani ciągnąć zawodnika. – To nie może być ktoś przypadkowy, ale ktoś kto zgra się z zawodnikiem w jeden organizm. Biedniejsze, np. afrykańskie kraje radzą sobie tak, że z niewidomym zawodnikiem biegnie, który startuje też w swojej konkurencji. Np z zawodniczką z Angoli bieg jej rodak bez oka, z inną ktoś po amputacji. Ale wówczas ciężko o te największe sukcesy. JM4Fizjoterapeuta Leszek Izdebski po przegranym zakładzie przenosi Joasię Mazur przez bieżnię. Będzie jeszcze musiał wystartować na 400 m. Z tyłu Michał Stawicki

 

#ParaAtheltics. Renia Śliwińska: Lwi pazur i cztery życiówki

Renata ŚliwińskaRenata Śliwińska ze Skwierzyny wywalczyła srebrny medal w pchnięciu kulą w klasie F40, czyli dla osób niskorosłych. W finale konkursu MŚ w lekkiej atletyce osób niepełnosprawnych w Londynie aż cztery razy pobiła rekord życiowy!

Śliwińska to kolejna medalistka mistrzostw świata spod skrzydeł trenera Zbigniewa Lewkowicza, który wynalazł i wychował między innymi takich paraolimpijczyków jak Maciej Lepiato (dwukrotny złoty medalista igrzysk i rekordzista świata w skoku wzwyż), Bartek Tyszkowski (srebrny w Rio, wielokrotny mistrz i rekordzista świata w pchnięciu kulą i dysku) czy złoty medalista z Aten w kuli i dysku Tomasz Blatkiewicz.

- Renia pokazała w tym konkursie lwi pazur i zagotowała przeciwniczki. Już w pierwszym rzucie pobiła życiówkę uzyskując 6,94 m. W finałowej serii pierwszy raz w karierze przekroczyła barierę 7 metrów i ostatnie skończyła na 7,23. To fenomenalnie na kogoś, kto trenuje dopiero od półtora roku – cieszył się Lewkowicz.

Śliwińska miała szczęście, że jej rodzinna Skwierzyna leży 20 km od Gorzowa, gdzie Lewkowicz pracuje z niepełnosprawnymi w miejscowym Starcie. Prowadził wykłady na dyrektorów szkół w powiecie międzyrzeckim jak nauczać niepełnosprawnych. Wśród slajdów przewinął się Tyszkowski, który ma karłowatość. – Po spotkaniu jeden z dyrektorów zaczepił mnie, że zna dziewczynę, która nie bardzo wie co robić w życiu, a ma mnóstwo energii, jest dynamiczna i pozytywne nastawienie do świata. Spotkaliśmy się w Gorzowie i na pierwszych treningach zaiskrzyło. Od razu wiedziałem, że ma niezwykły talent do sportu.

Renata Śliwińska i trener Zbigniew LewkowiczŚliwińska opowiada, że od dziecka ciągnęło ją do sportu, ale głównie grała na podwórku z chłopakami w piłkę nożną. Jej wielkim idolem i inspiracją od lat jest Robert Lewandowski. Pchnięcie kulą? Zastrzegła trenerowi, że po pół roku treningów zdecyduje, że jej się to podoba.

- Ale przez pierwsze dwa miesiące zrobiła takie postępy, że jak zabraliśmy ją na mistrzostwa Europy w Grossetto to pobiła tam rekord świata w rzucie dyskiem! – mówi Lewkowicz. – Udowodniła nam, że jest takim fajterem, że pojechała też na igrzyska paraolimpijskie do Rio. Tam kategorie są połączone i Renia, która ma 125 cm wzrostu musiała walczyć z zawodniczkami wyższymi od siebie o 10-15 cm. Więc mimo że i tam zrobiła życiówkę, zajęła dopiero szóste miejsce. Ale z dzisiejszym wynikiem z Londynu miałaby w Rio brąz.

- Dziś to żałuję tylko że tak późno wzięłam się za sport paraolimpijski, miałam już 20 lat. Szkoda, że nie wcześniej. Wcześniej tylko szkoła, dom. Niespecjalnie lubiłam wychodzić, bo wiadomo jak przykre potrafią być ludzkie spojrzenia. Pewnie gdyby nie sport, skończyłabym szkołę handlową i była sprzedawczynią. Albo wyjechałabym za praca do Irlandii, bo sporo znajomych właśnie tam zarabia i byli chętni pomóc w organizacji. A tak trenuję ciężko od poniedziałku do piątku w Gorzowie, a w sobotę sama w Skwierzynie i mam z tego wielką satysfakcję – mówi Śliwińska.

Chciałabym, żeby ten mój srebrny medal i sukcesy sportowe były inspiracją dla innych niepełnosprawnych, którzy może wstydzą się wyjść z domu do ludzi, boją nieżyczliwych albo ciekawskich spojrzeń. Nie ukrywam, że sama też się kiedyś bałam. Nie wolno. Trzeba być silnym i lubić siebie. Mamy takie samo prawo do życia jak wszyscy inni. A osiągnąć możemy nawet więcej. Jestem żywym przykładem, że sport jest w stanie odmienić życie na lepsze – przekonuje Renia, która w trakcie naszej rozmowy odebrała telefon z gratulacjami od burmistrza Skwierzyny.

Renata Śliwińska i jej tunezyjhskie rywalki które przedzieliła na podiumRenata Śliwińska i jej tunezyjskie rywalki które przedzieliła na podium