Dlaczego Messi z Ronaldo kiwają fiskusa?

Leo Messi i Cristiano RonaldoCiekaw jestem czy po świecie rozniesie się o inicjatywie kibiców Górnika Zabrze, którzy przebadali wykrywaczem kłamstw Adama Dancha, by zweryfikować plotki, że obstawiał u bukmacherów porażki własnej drużyny. Zawodnik skwapliwie zgodził się na badanie (ciekawe jakie byłyby konsekwencje odmowy?), wariograf wykazał czystość jego intencji, słowem atmosfera została oczyszczona. Może i pozostał lekki niesmak, ale nie uważają tak kibice Górnika, którzy w oświadczeniu podziękowali Danchowi za grę w barwach klubu.

Wariograf mógłby zakończyć wiele wątpliwości w świecie futbolu. Np. badaniu na okoliczność niezapłaconych podatków mogliby się poddać Cristiano Ronaldo czy w swoim czasie Leo Messi. Poprzestają na zapewnieniach o niewinności, ale na wszelki wypadek spłacają fiskusowi zaległe kwoty z odsetkami, żeby oddalić widmo więzienia.

W przypadku Argentyńczyka poskutkowało to tym, że hiszpański sąd skazując go na 21 miesięcy więzienia za ukrycie 4,16 mln euro z tytułu praw do wizerunku, zawiesił wykonanie kary. Jak skończy się sprawa Ronaldo, który zdaniem prokuratury ukrył 14,7 mln euro, przekazując prawa do wizerunku firmie z Wysp Dziewiczych, czyli najlepszego raju podatkowego na świecie, dopiero się dowiemy. Nie nastawiałbym się jednak, że zobaczymy Portugalczyka za kratami.

Dlaczego dwaj najlepiej zarabiający piłkarze świata (obaj z pierwszej piątki najlepiej zarabiających sportowców świata wg miesięcznika „Forbes”), słynący z akcji charytatywnych, zachachmęcili parę marnych (jeśli spojrzeć na ich zarobki) milionów? Po co ryzykowali nadszarpując swój tak cenny przecież wizerunek? Mało im? Przecież ciężko o większego krezusa niż piłkarz?

Nie tylko oni zresztą. Skazani za podobne oszustwa skarbowe wobec hiszpańskiego fiskusa zostali m.in. Javier Mascherano, Alexis Sanchez, Xabi Alonso, Angel di Maria czy Radamel Falcao. Pod lupą prokuratury właśnie znalazł się Jose Mourinho, który w okresie gdy trenował Real Madryt miał nie zgłosić 3,3 mln euro. Następni w kolejce czekają jego byli piłkarze Pepe i Fábio Coentrao. Dlaczego podobne skandale nie są udziałem gwiazd futbolu z Premier League czy Serie A, ale właśnie z La Liga?

Zwróciłem się z prośbą o konsultacje do profesora Roberta Gwiazdowskiego, eksperta w dziedzinie podatków w Centrum im. Adama Smitha, którego ekonomiczne opinie bardzo sobie cenię. A przy okazji wielkiego kibica futbolu. Żartem odparł, że na miejscu Messiego i Ronaldo zacząłby od zwolnienia doradców podatkowych, ponieważ wybrali bardzo toporne metody. Istnieją dużo bardziej subtelne i skuteczne, z których korzysta finansowa elita świata.

„Dlaczego Hiszpania? Po pierwsze tamtejsze organy ścigania znane są z gry pod publiczkę i ścigania ludzi ze świecznika, jak żadne inne na świecie. Są arbitrzy piłkarscy, którzy stawiają sobie za cel ukaranie kartką wielkiej gwiazdę, sędziowie w Hiszpanii chcą zniszczyć Messiego czy Ronaldo jak zabójca Jessie Jamesa, który strzelił mu w plecy żeby przejść do historii” – mówi.

Finansowe tricki do jakich uciekają się gwiazdy La Liga wynikają zdaniem Gwiazdowskiego z tego, że owszem, zarabiają oni najwięcej, ale też najwięcej muszą oddać fiskusowi, co u każdego rodzi niechęć.

„Różne podatki mają różne konsekwencje” mówi. „Zły podatek od nieruchomości był przyczyną secesji Niderlandów od Hiszpanii w XVI wieku, obecnie zaś jest przyczyną upadku centrów wielu miast w USA. Złe podatki były też przyczyną „tej osobliwej łatwości, z jaką mahometanie dokonali swoich zdobyczy” – jak pisał Monteskiusz. „W miejsce nieustannych udręczeń, jakie wymyśliła chciwość cesarzy, ludy spotykały się z daniną prostą, łatwą do płacenia i do ściągania: wolej im było podlegać barbarzyńcom, niż skażonemu rządowi.”

Futbol też coś o tym wie. „W swoim czasie przecież to nie ilość dni słonecznych w roku tylko reforma podatków dla najbogatszych premiera Gordona Browna spowodowały, że Ronaldo przeniósł się z Manchesteru do Madrytu, gdzie obowiązywało tzw. „prawo Beckhama”, czyli linowy podatek dochodowy od nie-rezydentów w wysokości 24%”.

I przypomina zdarzenie z naszego podwórka, gdy okazało się że dwaj piłkarze wspomnianego Górnika, Robert Jeż i Michal Gasparik to… cypryjscy biznesmeni. Na Słowacji obowiązywał podatek liniowy, u nas progresywny, do tego jeszcze składki na ZUS i OFE, tylko dołożyliby do interesu. Płacili więc podatki na Cyprze. Gdzie zresztą rezydentami podatkowymi było kilku biznesmenów z listy najbogatszych Polaków „Wprost” i „Forbesa.

Zdaniem profesora Gwiazdowskiego samo tworzenie w rajach podatkowych tzw. trustów, czyli formy powierniczego zarządzania majątkiem przez ojców Messiego i innych piłkarzy nie jest niczym złym. „Skoro w Panamie czy Brytyjskich Wyspach Dziewiczych mogą to robić największe firmy świata jak Apple to czemu nie Ronaldo? Poza tym trust pomagający w ochranie majątku, planowaniu podatków i ewentualnej sukcesji majątkowej to instytucja o ponad 800-letniej tradycji. Zaczęło się od rycerzy udających się na wyprawy krzyżowe, którzy musieli jakoś zabezpieczyć finansowo rodzinę i siebie samych, nie wiedzieli bowiem czy wrócą, a jeśli tak, to kto będzie wówczas królem i jakie będzie miał wobec nich zamiary. Messi i spółka dziś grają, ale jutro przestaną. Chcą po prostu zabezpieczyć byt rodzinie na długie pokolenia” – mówi.

To więc nie przypadek, że po ujawnieniu kłopotów Messiego i Ronaldo kibice wcale się od nich nie odwrócili, ani nie wygwizdywali z trybun z tego powodu. Mało tego, skazaniu Argentyńczyka towarzyszyła wielka kampania w mediach społecznościowych #WeAreAllLeoMessi. „Wsparcia udzielali mu nawet fani wywodzący się z biedoty, dowodząc słuszności badań psychologicznych, że ludzie wcale nie są zwolennikami równego dzielenia dóbr. Uważają, że ci którzy mają większy udział w sukcesie, powinni dostawać więcej” – mówi prof. Gwiazdowski.

Cristiano Ronaldo i Leo Messi

 

 

Nasi na Euro U21: Serducho to nie wszystko

Jak przed nastaniem Adama Nawałki w kadrze seniorskiej, młodzieżówce brakuje jakości, a dwoma kluczowymi słowami definiującymi jej grę znów są „charakter i wiara”. To za małoReprezentacja Polski U21Oglądając występy reprezentacji Polski na ME U21 ciężko oprzeć się uczuciu deja vu z Euro 2012 i generalnie z ery przednawałkowej. Jak podczas turnieju przed pięcioma laty na naszych stadionach znów najlepsza jest polska publiczność. Atmosfera w Lublinie na obu spotkaniach była fantastyczna. W poniedziałek kibice obu drużyn najpierw przyjaźnie zalali centrum miasta, potem w trakcie meczu wsparcie dla „Biało-czerwonych” nie milkło ani na chwilę. Gromkie „dziękujemy, dziękujemy!” po ostatnim gwizdku właściwe powinni byli wykrzyczeć piłkarze Marcina Dorny w kierunku trybun niż na odwrót.

Chaos

Niestety reprezentacja gospodarzy, choć wciąż ma szanse na awans z grupy jak zespół Franciszka Smudy przed ostatnim meczem z Czechami, rozczarowuje w podobnym stopniu. Jej grze towarzyszy to samo wrażenie niewykorzystania w pełni potencjału piłkarzy, o których wiemy, że umieją grać. Po dwóch latach wspólnych przygotowań oczekiwaliśmy lepszego zgrania, wypracowanych schematów, powtarzalności. Jakiegoś pomysłu na grę środkiem pola, które kompletnie oddajemy rywalom. I sił na 90 minut, a nie tylko pojedyncze – choć czasem efektowne – szarże i zrywy. Tymczasem „zarówno w ofensywie jak i defensywie” dominuje chaos. Brakuje tylko strategii „wszystkie piłki do Lewandowskiego, niech on coś zrobi”, ale wyłącznie dlatego, że w kadrze Dorny nie ma kogoś takiego jak Lewy.

Bardzo możliwe, że rozpieszczeni pasmem sukcesów seniorskiej reprezentacji Polski i jej przekonujących zwycięstw, na wyrost oczekiwaliśmy od młodzieżowców lepszych umiejętności i jakości gry. Jednak chciałoby się oglądać więcej celnych podań, udanych odbiorów, wygranych pojedynków i lepszą organizację gry, zwłaszcza na tle rywali. Tymczasem jak w czasach przed nastaniem Nawałki w kadrze seniorskiej, dwoma kluczowymi słowami definiującymi grę młodzieżówki stały się „charakter i wiara”, co podkreślił z dumą trener Dorna na konferencji po remisie ze Szwecją.

200%

Oczywiście chwała zawodnikom za pasję, agresję i zaangażowanie jakie wykazali w pierwszych 20 minutach obu meczów, co pozwoliło im wyjść na prowadzenie. Chwała za wiarę, determinację i grę do końca, które pozwoliły im wyszarpać upragniony remis ze Szwedami i uniknąć klątwy turniejowych meczów Polaków „o zwycięstwo, o wszystko i już tylko o honor”. Bez znaczenia czy ta „ostra jazda” wynikała z motywacji Dorny, czy wkurzenia słowami Krystiana Bielika pod adresem trenera i kolegów porażce ze Słowacją i aferę jaką rozpętały.

Mam jednak wrażenie, że wróciliśmy do czasów, gdy o triumfie lub porażce naszej kadry decydowało tzw. „serducho” czy jak to ujmował Smuda „jazda na tyłkach”. Świetnie, że jest, bo to niezwykle ważny element składowy sukcesu. Ale niech nie będzie elementem jedynym!

Wystarczy jednak wsłuchać się w słowa zawodników, by stwierdzić, że odwołują głównie do cech wolicjonalnych. „Będziemy się czołgać schodząc z boiska, ale damy z siebie wszystko! Nie mogę zagwarantować dobrego wyniku, ale walkę tak” – zadeklarował obrońca Jan Bednarek, dodając, że meczu ze Szwedami „przegrywaliśmy, mogliśmy się załamać, złożyć broń, ale walczyliśmy do ostatniej kropli krwi”. „Wyszliśmy na boisko z dobrym nastawieniem, z dużą agresją i dzięki temu udało się nam ugrać punkt” – stwierdził najlepszy na boisku Dawid Kownacki. „Zagramy z Anglią na 200%!” – deklaruje kolejny pozytywny bohater remisu ze Szwecją, zdobywca pierwszej bramki, Łukasz Moneta. Wreszcie znamienny cytat z trenera Dorny: „uważam, że wyszarpaliśmy remis dwoma słowami, które najczęściej padały na odprawie, czyli „charakter” i „wiara”.

Skojarzeń z „minioną epoką” jest więcej. O ile Nawałka sadzając na ławce z Rumunią Grzegorza Krychowiaka i Arkadiusza Milika udowodnił, że kieruje się wyłącznie aktualną formą zawodników, a nie ich zasługami, o tyle Dorna jak wielu poprzednich selekcjonerów na turniejach (od Engela przez Janasa po Beenhakkera) postawił na nazwiska. Stąd występy zawodników, którzy w końcówce sezonu grali mało albo wcale jak Paweł Dawidowicz, Patryk Lipski, Mariusz Stępiński czy Bartosz Kapustka. Ciężko chwalić trenera za zmiany w składzie w meczu ze Szwecją, skoro Kownacki po prostu wrócił do drużyny po zawieszeniu za kartki, a Moneta zagrał w miejsce kontuzjowanego zawodnika Leicester. Znów bezbarwny mecz zaliczył Stępiński, o zdjęcie Dawidowskiego już w przerwie błagali selekcjonera kibice na trybunach, Twitterze i przed telewizorami. Nie chcę robić z defensywnego pomocnika (czy naprawdę wiedział na jakiej gra pozycji) kozła ofiarnego, ale zdecydowanie był najsłabszy na boisku, a jego gra zostanie zapamiętana głównie z ironicznego filmiku krążącego po mediach społecznościowych, na którym zderza się z kolegą z kadry. Ciężko zrozumieć dlaczego dotrwał aż do 87. minuty.

Krytykując młodzieżówkę pamiętajmy, że jej wynik na Euro U21 nie jest aż tak istotny, jak seniorów na mundialu w Rosji. Turniej to przegląd przyszłych kadr, następców Lewego, Glika, Błaszczykowskiego i spółki. Niestety poza Kownackim i Karolem Linettym, który zresztą już jest integralną częścią kadry Nawałki, ciężko zachwycać się kimkolwiek innym. I nie zmieni tego ewentualny (oby!) awans do półfinału.

Reprezentacja Polski U21

Cibicki, „farbowany lis” w szwedzkiej kadrze

Paweł CibickiNiech mi wybaczą najbardziej wnikliwi czytelnicy „Przeglądu”, bo pisaliśmy Pawle Cibickim od dawna, ale wydaje mi się, że większość polskich kibiców pierwszy raz usłyszała, że istnieje taki piłkarz dopiero przy okazji Euro U21. Za sprawą rozterek jakie przeżywa. Przyjechał na turniej z reprezentacją Szwecji, kraju w którym się urodził i wychował. Czeka go mecz przeciwko „ojczyźnie rodziców”, dla której mógł grać i grał – w reprezentacji Polski U-19 i U-20 – aż w sierpniu ubiegłego roku wybrał jednak drużynę „Trzech koron”.

Wyboru dokonał przy tym w mało elegancki sposób: trener naszej młodzieżówki, Marcin Dorna czekał na Cibickiego na zgrupowaniu w Arłamowie przed meczem z Węgrami. Tymczasem zawodnik odnalazł się na zgrupowaniu młodzieżówki… szwedzkiej, nie informując o tym polskiego sztabu, bez słowa wyjaśnień.

Dziś trochę żałuje. Deklaruje, że zawsze czuł się Polakiem, rozmawia w domu po polsku. Wie też, że podczas meczu w Lublinie jego ojciec na trybunach w biało-czerwonych barwach będzie trzymał kciuki… za porażkę syna. I zastanawia się jak przyjmą go polscy kibice, czy będą gwizdać. Deklaruje, że w razie zdobycia gola nie będzie się cieszył jak Lukas Podolski po bramkach strzelonych Polakom na Euro 2008.

Ponieważ właśnie odpaliliśmy ze Szlachetną Paczką akcję „Lubię Ludzi”, której celem jest zmniejszenie ilości hejtu w naszym podzielonym do bólu w każdej sprawie społeczeństwie, bardzo chciałbym zgodnie z manifestem spojrzeć na dylematy Pawła z życzliwością i zrozumieniem. Niestety ciężko współczuć akurat temu „rozdartemu sercu”.

Owszem, takie wybory zawsze są trudne. Pozornie wydaje się to proste: „jeśli czujesz się Polakiem, to grasz dla Polski”. Młody chłopak poddawany jest na miejscu presji rodziny, przyjaciół, kolegów z którymi się wychował, zawodników z klubu, w którym gra. Federacje widząc zainteresowanie rywala, często oferują chłopakowi złote góry. Albo straszą problemami w klubach. Te z kolei nie puszczają swoich zawodników na zgrupowania w terminach nie „fifowskich”. Zdarza się, że do walki o zawodnika przyłączają się szkoły, blokując wyjazdy, zwłaszcza w przypadku słabych uczniów.

Bywa, że zawodnik wybiera po prostu tę reprezentacją, w której go chcą. Gdy rozbłysł talent 18-letniego Łukasza Podolskiego, jeszcze przed podpisaniem pierwszego kontraktu w Bundeslidze deklarował wraz z ojcem na łamach polskiej prasy, że chciałby grać dla Polski i doprasza się powołania. Rozmawiał z trenerem Edwardem Klejndinstem, asystentem selekcjonera Pawła Janasa, ale nie dostał odpowiedzi. Kiedy Rudi Völler zaproponował mu miejsce w kadrze na Euro 2004, nie odmówił.

Matka nastoletniego Piotra Trochowskiego pisała do PZPN niemal błagalne listy, by ktoś w Polsce zainteresował się urodzonym w Tczewie utalentowanym synem, zwłaszcza że za chwilę dostanie powoływanie od Niemców. I tu nikt nie pofatygował się z odpowiedzią.

Uczciwie postawił sprawę Mirosław Klose, jeden z najbardziej utytułowanych piłkarzy urodzonych w Polsce, którzy wybrali grę dla nowej ojczyzny. Tłumaczył mi kiedyś w wywiadzie, że zrobił to, bo po prostu piłkarsko czuł się Niemcem. Uznał, że inny wybór byłoby nie fair po tym wszystkim, co dostał od Niemiec.

Emigracja była dla 8-letniego bajtla koszmarem. Nauka języka szła mu tak opornie, że został cofnięty o dwie klasy. Pewnie stałby się pośmiewiskiem, zakałą, nielubianym Auslanderem. Gdyby nie dryg do piłki. Dzięki niej zawierał przyjaźnie, rosła jego pozycja. Do tego FC Kaiserslautern zaopiekował się nim i stał mentorem Fritz Walter, mistrz świata z 1954 roku.

Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że Cibicki traktuje reprezentację jak klub. Po kilku występach w biało-czerwonych barwach, jak sam przyznaje, dokładnie rozważył co jest dla niego najlepsze i uznał, że „w tamtym momencie najlepiej było dla mnie grać dla Szwecji i dlatego to ją wybrałem”. Czyli drużynę, w której łatwiej będzie mu się przebić do pierwszego składu. Zapewne także w perspektywie reprezentacji seniorskiej, skoro u nas w ataku grają Lewandowski, Milik, Teodorczyk i Wilczek, a aspirują zawodnicy młodzieżówki.

To poniekąd budujące, że zawodnicy boją się wybrać reprezentację Polski w strachu przed konkurencją. To postawa Eugena Polanskiego à rebours. Urodzony w Sosnowcu zawodnik juniorskich reprezentacji Niemiec wszystkich kategorii wiekowych, kapitan tamtejszej U-21, długo nie wyobrażał sobie gry dla Polski. Aż zrozumiał, że nie przebije się do kadry Joachima Loewa. Dopiero wtedy powiedział „tak” Franciszkowi Smudzie, stając się „farbowanym lisem”.

Definiuję przez to określenie piłkarza, który gra w jakiejś kadrze ze względów koniunkturalnych: bo jest zbyt słaby, by grać dla prawdziwej ojczyzny. Albo gra dla nowej gwarantuje mu wyjazd na turniej, a w efekcie lepsze kontrakty. Ktoś kto nie robi tego z serca, ale „bo to będzie dla mnie najlepsze”. Kogo z nową ojczyzną albo i łączy nic, (np. wyłącznie gra w lidze – przypadek Rogera), bądź dalekie korzenie, ale już nie kultura czy język (Ludovic Obraniak, Damien Perquis).

Jeśli więc Cybicki prawdziwie deklaruje: „zawsze byłem Polakiem i zawsze będę Polakiem. To się nigdy nie zmieni” można gratulować Szwedom „farbowanego lisa” w drużynie.

Paweł Cibicki

Dlaczego dla mnie to Probierz jest Trenerem Sezonu Ekstraklasy

Probierz, Magiera, BartoszekW czwartek gościliśmy w redakcji byłe wielkie gwiazdy hiszpańskiego futbolu, Fernando Morientesa i Gazikę Mendietę. Gdy opowiedzieliśmy im jak ciekawą końcówkę sezonu Ekstraklasy właśnie przeżyliśmy, ci aż otworzyli oczy. – Ile drużyn walczyło o tytuł w ostatniej kolejce? – Aż cztery? – I to bezpośrednich meczach? – Ile przyszły mistrz Polski czekał na wynik drugiego meczu, , zagryzając zęby? Siedem?! – dopytywali. Z tego wszystkiego rozłożyli „Przegląd Sportowy” i zaczęli analizować tabelę. – Takie małe różnice, nigdy nie widziałem czegoś podobnego! Ja-gie-lonia Bia-ły-stok, Le-chia – wymawiali z trudem nowe nazwy. Oczy jeszcze szerzej otworzyły im się na wieść o zasadach ESA37 i podziale punktów…

Szok w pełni zrozumiały, bo faktem jednak jest, że dawno nigdzie sezon nie skończył się z większym przytupem. Jedna akcja, jeden gol mógł przesądzić o mistrzostwie i o tym kto zagra w pucharach! Przy okazji dzięki tej dramatycznej końcówce staliśmy się naocznymi świadkami wielkiego triumfu smartfonów nad tzw. desktopami (czyli urządzeń mobilnych nad komputerami – to ostatnio bardzo modny temat wszelkich technologicznych konferencji, w których uczestniczę). A nawet nad telewizją.

Patrząc na całe sektory kibiców Legii, śledzących na telefonach rozwój wydarzeń w Białymstoku dzięki portalowym relacjom live, na tzw. livescorach, czyli aplikacjach wyspecjalizowanych w podawaniu wyników na bieżąco, na Twitterze, wreszcie w aplikacji NC+ Go (jak ja, dzięki uprzejmości internauty, który podrzucił mi kod – jeszcze raz dziękuję) zobaczyliśmy do jakiego urządzenia należy przyszłość.

Jakby tego mało, przytup spotęgowała jeszcze wojna domowa w Lechu, której odsłonę między trenerem Bjelica, a królem strzelców i najlepszym napastnikiem ekstraklasy Marcinem Robakiem obejrzeliśmy na żywo. Oraz kontrowersyjny wybór Trenera Sezonu podczas poniedziałkowej Gali Ekstraklasy.

Ja z całego serca serdecznie gratuluję Maciejowi Bartoszkowi. Cieszę się, że los wynagrodził mu tym tytułem wszystkie upokorzenia jakie przeszedł w karierze. I te świeże i te stare. Patrząc na jego krętą trenerską karierę, która na chwilę zaprowadziła go symbolicznie na wysypisko śmieci, na wszystkie kłody jakie życie rzuciło mu pod nogi za sprawą właścicieli, prezesów i dyrektorów sportowych, trudno mu nie przyklasnąć.

Toteż klaskałem na Gali, gdy wychodził odebrać statuetkę. Zwłaszcza, że szedł na scenę jako trener bezrobotny. Oby nagroda pomogła mu jak najszybciej znaleźć nowy klub. Widać było jednak, że sam jest wyraźnie speszony i zaskoczony werdyktem piłkarzy Ekstraklasy. Czy ich sympatię zjednało mu zwolnienie jeszcze przed zakończeniem sezonu przez nowych właścicieli Korony, a zwłaszcza absurdalna argumentacja tej decyzji? Czy to, że jest dobrym człowiekiem, zdolnym motywatorem, a w jego zespołach zawsze panuje świetna atmosfera?

Oczywiście, że wykonał w Koronie kawał świetnej roboty. Obejmował drużynę rozbitą, na równi pochyłej do spadku. A zostawił na 5. miejscu w tabeli i do tego zdecydowanie najlepszą w rundzie mistrzowskiej z drużyn nie walczących o tytuł. Jednak już sama nominacja Bartoszka do finałowej trójki wywołała zdziwienie. Dlaczego on a nie trener Bjelica, który podniósł z kolan Lecha, a choć przegrał najważniejszy mecz w sezonie w finale Pucharu Polski, to wszak jego zespół do końca walczył o tytuł. A Bartoszek z Koroną mimo „dobrego wrażenia artystycznego” na koniec sezonu zanotował więcej porażek (10) niż zwycięstw (9).

Sam szukając Trenera Sezonu wybierałbym między Jackiem Magierą a Michałem Probierzem. I choć długo byłem zdania, że powinni byli wygrać ex equo, ostatecznie wyróżniłbym jednak trenera Jagielloni. Po pierwsze dlatego, że nagradzamy za ekstraklasę, więc choć doceniam remis z Realem Madryt, wygrana ze Sportingiem Lizbona, trzecie miejsce w grupie Ligi Mistrzów i awans do Ligi Europy, to tu nie mają znaczenia. Magiera i tak zgarnął najważniejsze trofeum czyli mistrzostwo Polski. Niech zgarnie i tytuł Trenera Roku.

Za Ekstraklasę Probierz zasłużył sobie nie tylko historycznie wysokim miejscem Jagielloni. Ale także właśnie okolicznościami w jakich został wyłoniony mistrz Polski. Za te siedem minut udręki jakie zgotował Legii, która mimo wszystkich dotychczasowych zwycięstw i imponująco skutecznej pogoni w tabeli, na siedem minut stała się bezradna, zależna od tego czy Jadze się uda czy nie uda…

A także za wyciśnięcie najwięcej z najsłabszej kadrowo drużyny finałowej czwórki. To jest znak prawdziwej roboty trenera. Owszem, chwała Magierze za sklejenie drużyny znajdującą się w fazie rozpadu w broniącego tytułu mistrza. Za przywrócenie piłkarzom radości gry i wykorzystanie ich potencjału, czego nie umiał Besnik Hasi.

Probierz wycisnął ze swoich 120 procent. I niech nam tego nie przesłoni jego momentami irytujący styl bycia, szukanie wymówek czy tricki jak… serpentyny. To także jedyny trener Ekstraklasy, który znalazł sposób na powstrzymanie Piłkarza Sezonu, Vadisa Odidję Ofoe. Sposób, który wielu zniesmaczył, ale jedyny skuteczny. Dzięki któremu Jagiellonia walczyła o tytuł do ostatniej minuty sezonu. I siedem minut dłużej.

Feta Jagielloni Białystok po wicemistrzostwie

Nie widać kresu hegemonii Realu

Zinedine Zidane w CardiffZidane – genialny piłkarz, geniuszem trenerskim. Jego Real za rok będzie faworytem do obrony tytułu

Niesamowity był widok z jakim spokojem Zinedine Zidane przygląda się fecie swoich piłkarzy wygranej z Juventusem. Nie żeby się dystansował jak Jose Mourinho podczas dekoracji FC Porto w 2004. Uśmiech nie znikał z jego twarzy, ale wyglądał jakby właśnie wyszedł z rodziną z kościoła ze ślubu córki przyjaciół. Żadnego szaleństwa w stylu Antonio Conte czy Juergena Kloppa. Żadnego biegania wzdłuż linii, orania kolanami murawy.

A przecież dokonał czegoś niewyobrażalnego we współczesnym futbolu o tak wyrównanym poziomie! Obronił z Realem trofeum jako pierwsza drużyna w historii Ligi Mistrzów! I pierwsza od czasów legendarnego Milanu Arrigo Sacchiego. Dołączył tym samym w trenerskim Panteonie do słynnego Włocha, Boba Paisley’a czy Briana Clougha. On, szkoleniowiec-żółtodziób z zaledwie 18-miesięcznym stażem na ławce i zaledwie 20. meczami w Lidze Mistrzów na koncie, zrobił to czego nie były w stanie uważane za najlepsze drużyny w dziejach jak Milan Fabio Capello i Carlo Ancelottiego, Manchester United Aleksa Fergusona czy Barcelona Pepa Guardioli.

Bo zapewne ten triumf nie byłby możliwy z kimś innym! Genialny piłkarz okazał się równie genialnym szkoleniowcem. Holender Clarence Seedorf, zwycięzca Champions League z trzema różnymi klubami, powiedział mi w piątek w Cardiff, by nie traktować Zidane’a jak trenera bez doświadczenia. Bo Francuz jest sumą współpracy z wszystkimi fantastycznymi szkoleniowcami, jakich spotkał na swojej drodze, a pracował z najlepszymi. Wysłuchał setek odpraw, odbył setki treningów, a poza tym umie postawić się w położeniu każdego nawet największego zawodnika i wyciągać wnioski.

Gitary w pokrowcach

Doskonale wiedział wykorzystać swój wielki autorytet, co wcale nie jest automatyczne dane każdej byłej gwieździe. Były selekcjoner Francji, Raymond Domenech opowiadał kiedyś z zazdrością o metodzie Lauranta Blanca na zdobycie szatni, który miał na wejściu przypominać zawodnikom, że jest mistrzem świata. Zidane nie musiał się nawet przedstawiać. Kto inny byłby w stanie namówić Cristiano Ronaldo, żeby się oszczędzał, odpoczął w aż 14. meczach w sezonie, co pozwoliło mu wreszcie zachować siły na końcówkę? Portugalczyk, który nie błyszczał w obu poprzednich zwycięskich finałach Ligi Mistrzów (dopiero w karnych), w Cardiff okazał się kluczowy, a jego oba gole przesądzające. Przeszedł do historii jako pierwszy zdobywca goli w trzech różnych finałach Champions League i zasłużenie został wybrany Zawodnikiem Meczu. To był zdecydowanie jego sezon. Zamknął usta krytykom, którzy obrażali go tezą, że znika w meczach z silnymi rywalami. Tylko w ćwierćfinale z Bayernem Monachium zdobył pięć bramek. W półfinale z Atletico Madryt popisał się hat-trickiem w drugim meczu z rzędu. Po dwóch golach w Cardiff rzucił krytykom, że mogą „schować gitary do pokrowców”. Ale odbierającą kolejną Złotą Piłkę podczas styczniowej gali powinien poświęcić kilka ciepłych słów trenerowi, bo to forma to w dużej mierze zasługa Francuza.

ZInedine Zidane w CardiffKto powstrzyma ten Real?

Zidane wstępuje na Panteon jako trener, który w 18-miesięcy wygrywa nie tylko dwukrotnie z rzędu Ligę Mistrzów, ale również odzyskuje pierwsze mistrzostwo Hiszpanii od 2012 roku, nie licząc drobiazgu jak Klubowe Mistrzostwo Świata. Patrząc na jego styl pracy ciężko nie dostrzec podobieństw do jego byłego trenera w galaktycznych czasach Realu, Vicente del Bosque. Tamten także objął klub będąc jego byłym piłkarzem i doskonale poruszając się w jego skomplikowanych układach. Raczej dopieszczał, motywował pozytywnie, rozwiązywał problemy piłkarzy i przede wszystkim nie przeszkadzał swoim „galaktycznym” zawodnikom. Nie mieszał taktycznie, nie stawiał wszystkiego na głowie, byle tylko odcisnąć na zespole własne piętno. Ufał tak jak ufa swoim piłkarzom Zidane. I jak Francuz sprawiał, że wszyscy czuli się szczęśliwi.

Oczywiście Francuzowi pomogła także najdłuższa i najbardziej wyrównana ławka rezerwowych w Europie (w jakim klubie wśród zmienników w finale znaleźliby się tacy gracze jak Gareth Bale czy Alvaro Morata!). Dzięki której mógł rotować, pozwalając wypoczywać najlepszym i wprowadzając do drużyny młode gwiazdy jak Isco, Asensjo czy Lucas.

W finale w Cardiff Real bezwzględnie rozprawił się z niepokonanym tej edycji Ligi Mistrzów Juventusem. Strzelił „Starej Damie” więcej goli niż ta straciła dotąd w całych rozgrywkach. Jest dziś drużyną kompletną, a przecież najprawdopodobniej jeszcze się wzmocni np. w bramce, choć Keylorowi Navasowi można było w finale zarzucić co najwyżej brak kilku centymetrów. Patrząc na tę dominację, trzeba przyznać, że i za rok będzie faworytem do obrony trofeum.

Tworzenie historii to dla „królewskich” codzienność. Kto im rzuci wyzwanie? Barcelona z nowym trenerem, która musi dokonać rewolucji w składzie? Bayern, który też czeka kadrowa rewolucja? Atletico, które w pucharach nie umie wymyślić na real patentu? Któraś z drużyn angielskich, które z trudem przebijają się do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, bo Premier League wypruwa z nich wszelkie siły? Ciężko dziś dojrzeć kres hegemonii Realu Madryt.

Real Madryt znów wygrał finał Champions League

Real obroni trofeum w LM? A dlaczego nie Barcelona?

Zidane i Buffon

Tak czy siak w sobotę w Cardiff dojdzie do zdarzeń historycznych. Jeśli w finale Ligi Mistrzów wygra Juventus Turyn, spełni się jedna z najpiękniejszych karier w futbolu: 39-letni Gianluigi Buffon skompletuje ostatnie brakujące trofeum. Oprócz radość kibiców na całym świecie – ciężko Włocha nie lubić i nie szanować za jego postawę i pasję mimo upływających lat – już chyba bez wahania będziemy mogli nazywać go najlepszym bramkarzem w historii piłki nożnej. Moim zdaniem i dziś może o to miano rywalizować tylko z Ikerem Casillasem (szkoda, że nie znów bezpośredniej rywalizacji na boisku). „Starość” Hiszpana wygląda mizerniej – z klubu, którego był ikoną został wygnany na piłkarską prowincję. Dzięki Buffonowi Juventus znów jest w finale Ligi Mistrzów, stracił w całej edycji tylko trzy gole, Gigi był też kluczowy w zdobyciu wszystkich ostatnich sześciu mistrzów Italii z rzędu.

Wyobrażam sobie, że tylko kibice Realu Madryt mogą nie trzymać za niego kciuków w sobotę. Nawet sam Casillas zaplątał się w deklaracjach, mówiąc że oczywiście będzie trzymał w finale kciuki za „mój Real”, ale serce podpowiada mu, że Buffon zasłużył sobie na triumf w Lidze Mistrzów postawą przez całą karierę. Zwłaszcza, że jako bramkarz, mimo tak wybitnego roku nie ma żadnych szans na Złotą Piłkę.

Jeśli Juventus wygra w Cardiff, Buffon w wieku 39 lat i 126 dni stanie się najstarszym zwycięzcą Champions League w historii. Póki co rekord należy do jego rodaka, Paolo Maldiniego – 38 lat i 331 dni.

Jeśli wygra Real, będzie to wydarzenie prawdziwie historyczne, wspominane przez lata i na wieki wpisane do wszystkich annałów. Stanie się bowiem pierwszym obrońcą trofeum w Lidze Mistrzów. Od stworzenia rozgrywek w 1992 roku nie udało się to nikomu. Jako ostatni obronił Puchar Europy w 1990 legendarny AC Milan z Rijkaardem, Gullitem i van Bastenem. Realowi też kiedyś udała się ta sztuka, ale hen w 1958.

Ostatnim zespołem, który stanął przed szansą obrony trofeum był w 2009 roku Manchester United, rozwalcowany w finale w Rzymie przez Barcelonę. I jeśli przez te 25 lat Champions League była drużyna, w której przed sezonem widziałem zdecydowanego faworyta do przełamania tabu i dokonania „niedokonywalnego” to właśnie tamtą Barcę Pepa Guardioli, Messiego, Xaviegom, Iniesty, tiki-taki i wychowanków La Masii. Wydawało się, że drużyna zdobywająca w tamtym roku wszystko co w futbolu było do zdobycia, osiągnęła poziom kosmiczny, z którego nieprędko da się ściągnąć na ziemię. A jednak już w kolejnym sezonie musiała uznać wyższość taktyki, sprytu i talentów motywacyjnych Jose Mourinho. Gdyby nie półfinałowa porażka z Interem Mediolan być może Barca miałaby w gablocie trzy puchary Ligi Mistrzów z rzędu, bo jak pamiętamy w 2011 znów pokonała w finale MU.

Tamten okres to zdecydowanie była jej era i jej hegemonia w europejskim futbolu, a jednak nie zdołała tego przypieczętować ostatecznym triumfem.

Teraz przed szansą staje Real Madryt, mimo iż wcale nie zdominował gry w takim stopniu jak Barca. A mimo to może nie tylko przejść do historii, ale zdominować zarówno krajowe jak i międzynarodowe rozgrywki na lata.

Fascynujące jak bardzo zmieniły się oba zespoły od tamtego czasu, jak wiele błędów popełniono w Barcelonie, jak bardzo nauczył się wyciągać wnioski z własnych błędów Real, co właśnie skończyło się porażką Katalończyków w walce o mistrzostwo Hiszpanii.

W Barcy, trawionej konfliktem o przywództwo i rozliczeniami z poprzednim kierownictwem nie znaleziono godnych partnerów dla Messiego, następców Xaviego, Puyola czy Iniesty. Wychowankowie okazywali się zbyt słabi, a transfery niewystarczająco jakościowe. A przynajmniej nie tak bardzo, jak kolejni partnerzy Cristiano Ronaldo w Realu.

Symbolami transferowymi „Królewskich” z ostatnich lat będzie dla mnie Gareth Bale, Isco czy Marco Asensio, Barcy – Andre Gomez, Denis Suarez czy nawet Ivan Rakitić, z którymi Barca z galaktycznej stała się po prostu silną drużyną, która może coś wygrać, ale nie musi.

Fascynujące i to, że do historycznego sukcesu może powieść Real trener, może nie żółtodziób, ale będący zdecydowanie na początku kariery. Odpowiednik wczesnego Guardioli, nie tylko świetnie znający klub, ale posiadający ten sam autorytet wśród największych gwiazd futbolu, jaki Pep miał u wychowanków La Masii. Pozwalający mu np. namówić Ronaldo na odpoczynek, co okazało się kluczowe dla świetnej formy Portugalczyka w końcówce sezonu. I rotujący składem dzięki ławce pełnej wartościowych następców, gdzie w Barcy ciężko wskazać choć jedno takie nazwisko.

Zaprezentowany właśnie przez Barcę nowy trener Ernesto Valverde jest dziś w sytuacji kolejnych trenerów Realu w czasach dominacji Blaugrany. Przed nim gigantyczne zadanie przebudowania i wzmocnienia drużyny. Oczywiście Barca może stać się mocniejsza. Ale patrząc na plany transferowe Realu, przed Katalończykami raczej pogoń niż ucieczka. Momentum kiedy odjeżdżała arcyrywalowi i reszcie Europy zostało zaprzepaszczone.

 Finał Ligi Mistrzów w Cardiff

 

Manchester. City United

CityUnitedTerroryści zataczają coraz ciaśniejszy krąg wokół sportu i wokół piłki nożnej… Futbol i pełne stadiony już jakiś czas temu przestały być tabu dla fanatyków, pragnących zadać cios zachodniej cywilizacji tam gdzie najbardziej zaboli. Wystarczy przypomnieć wybuchy przed Stade de France w trakcie towarzyskiego meczu Francja – Niemcy. Nie bez powodu autor zamachu na autobus z piłkarzami Borussii Dortmund próbował podszyć się pod islamskich ekstremistów, wiedząc że opinia publiczna i służby skrzętnie podchwycą ten trop.

Zresztą o jakim tabu mówimy, skoro terroryści właśnie dokonali zamachu na halę wypełnioną radosnymi nastolatkami, które przyszły do Manchester Arena na koncert ulubionej wokalistki. Skoro najmłodszą ofiarą zamachu stała się 8-letnia Saffie, co powstrzyma ich przed atakiem na kibiców czy piłkarzy?

Martwię się tym bardziej, że brytyjska premier Theresa May podniosła poziom zagrożenia atakiem terrorystycznym w kraju do najwyższego, czyli piątego. Oznacza to, że kolejny atak jest nie tylko bardzo prawdopodobny, ale może do niego dojść właściwie w każdej chwili. A zamachowiec nie był samotnym wilkiem, ale członkiem rozbudowanej siatki, którą trzeba wyłapać. Jego brata aresztowano w środę w Trypolisie… Tymczasem w Anglii i Walii za chwilę odbędą się dwie wielkie piłkarskie imprezy masowe o niezwykle istotnej randze – finał Pucharu Anglii na Stadionie Wembley w Londynie i finał Ligi Mistrzów w Cardiff…

W tych ponurych chwilach po ataku cieszą mnie wszystkie ludzkie gesty solidarności i nie rozumiem, czemu tak wiele osób w mediach społecznościowych irytują hasztagi w rodzaju #PrayforManchester, czy wcześniej #PrayforParis. Dlaczego naśmiewać się osób, które chcą dać wyraz empatii w jedyny sposób w jaki mogą? Przecież nie zaciągną się do armii na wojnę przeciwko Państwu Islamskiemu.

Wspaniała była reakcja mieszkańców miasta, którzy w obliczu tragedii natychmiast się zjednoczyli. W noc zamachu taksówkarze za darmo rozwozili poszkodowanych i wstrząśniętych uczestników do domu, innych obcy ludzie przyjmowali w swoich mieszkaniach.

Ulice i media społecznościowe obiegły niebiesko-czerwone banery z hasłem CityUnited. Następnego dnia tłumy zgromadziły się na czuwaniu w intencji ofiar na Albert Square, by wyrazić sprzeciw wobec terroru. Deklarowali, że nie dadzą się złamać, zastraszyć ani podzielić. Że są dumni z bycia mieszkańcami Manchesteru. A Manchester nigdy się nie poddaje.

Zawodnicy obu rywalizujących klubów z Manchesteru na Twitterze i Facebooku wyrażali wsparcie i deklarowali modlitwę, w tym także byłe gwiazdy MU jak Cristiano Ronaldo, David Beckham, Patrice Evra czy Rio Ferdinand, a Eric Cantona wrzucił wzruszający film na You Tube. Były pomocnik City, Joey Barton, znany z niewyparzonego języka w swoim stylu zbluzgał zamachowca. Kondolencje rodzinom z hasztagiem #Ilovemanchester złożył trener City, Pep Guardiola, którego żona i córki także były na feralnym koncercie Ariany Grande.

Jego klub w noc ataku zapraszał rozproszonych w szoku uczestników koncertu na Etihad Stadium, gdzie czekało na nich jedzenie, napoje, koce i… ładowarki do telefonów komórkowych, by jak najszybciej mogli nawiązać kontakt z bliskimi. Pomocnik City, Yaya Toure wraz z agentem przeznaczył 100 tys. funtów na pomoc dla rodzin ofiar. To samo zadeklarowała ikona MU, Wayne Rooney.

Pięknie zachowali się rywale klubów z Manchesteru w Premier League. Chelsea odwołała zaplanowaną na niedzielę paradę z okazji zdobycia mistrzostwa Anglii, a Arsenal party na swoim stadionie Emirates, gdzie na telebimach miał być transmitowany finał Pucharu Anglii, dla tych którzy nie załapali się na Wembley. Być może po części o odwołaniu imprez zadecydowały względy bezpieczeństwa, ale na pewno nie tylko. Władze Chelsea, której piłkarze mieli przejechać ulicami niebieskim piętrusem bez dachu uznały, że w obecnej sytuacji byłoby to niestosowne. To nie jest odpowiedni moment do świętowania i wyrażania radości. I zamiast tego ogłosiły publiczną zbiórkę pieniędzy dla rodzin ofiar tragicznego zamachu.

Arsenal także zapowiedział rezygnację z parady w razie ewentualnego zdobycia Pucharu Anglii. Jego zawodnicy podobnie jak piłkarze „The Blues” zagrają na Wembley z czarnymi opaskami na ramieniu.

A piłkarze Manchesteru United zadedykowali mieszkańcom (czerwonej) części miasta wygraną w Lidze Europy w Sztokholmie. Wcześniej uczcili ofiary minutą ciszy nie tylko przed rozpoczęciem finału ale i na treningu dzień przed spotkaniem. Może gdyby mogli, zwłaszcza wychowankowie klubu jak Marcus Rashford czy Jesse Lingard, przełożyliby mecz na inny termin, nie dwa dni po tragedii. Pamiętając jedna reakcję UEFA na zamach w Dortmundzie nikt nawet nie wyszedł z taką propozycją.

UEFA zrezygnowała przynajmniej z uroczystej ceremonii otwarcia finału. A Jose Mourinho z brylowania na przedmeczowej konferencji prasowej. Odczytał tylko krótkie oświadczenie, łącząc się w bólu z rodzinami zabitych i zniknął, nie odpowiadając na pytania. Uznał, że w dniu w którym w mediach dominują dramatyczne opisy tragedii i apele zdesperowanych rodziców, poszukujących zaginionych dzieci, nie ma miejsca na kwestie taktyczne czy ulubione gierki psychologiczne…

Manchester - CityUnited

Dobrze, że MU wraca do elity!

Manchester UnitedChwała Ajaksowi za wystawienie w finale Ligi Europy najmłodszego składu w historii finałów europejskich pucharów (średnia 22 lata i 282). Świetnie, że pozostał wierny ofensywnej filozofii swego trenera Petera Bosza, prezentowanej konsekwentnie przez cały sezon. Dziękujemy za atrakcyjną, ofensywną grę. Te dryblingi, mijanki, zwody Traore i jego kolegów były efektowne. Brawo za przewagę w posiadaniu piłki i to, że przyjechali do Sztokholmu grać w piłkę. Puchar Ligi Europy zdobyła jednak drużyna, która nie tyle chciała grać, co wygrać. Zwyciężyło doświadczenie finałowe Jose Mourinho, wyrachowanie, umiejętność wybijania rywala z rytmu i kontrolowania gry przez 90 minut. MU umiejętnie rozjechało autobusem entuzjazm amsterdamczyków.

Dzieciaki z Ajaksu muszą się jeszcze sporo nauczyć. Także większej wstrzemięźliwości i szacunku wobec bardziej doświadczonego i utytułowanego rywala. De Ligt – 17-letni, najmłodszy zawodnik w historii finałów europejskich pucharów – szybko pożałował słów o Pogbie, że „nigdy nie widział, żeby worek pieniędzy strzelał gola”. „Worek” trafił do siatki już w 18. minucie. Dzięki rykoszetowi, ale był to w wykonaniu Francuza jeden z najlepszych meczów w sezonie. Harował w defensywie, pomocy, kreował ataki, jakby wiedział, że cała Europa patrzy więc trzeba potwierdzić status najdroższego piłkarza świata. Tym samym załatwił sobie i drużynie przepustkę do Ligi Mistrzów. Kuchennymi drzwiami, bo grą w Premier League MU nie zasłużyło sobie na grę w elicie. Dobrze jednak, że do niej wraca. Takie gwiazdy jak Pogba, Zlatan, Mkitarjan, de Gea do niej przynależą, smutne było oglądanie ich w czwartkowe wieczory. Tak jak Mourinho, który w tej edycji Champions League występował wyłącznie w reklamach jej sponsora.

Jose MourinhoNiesamowite jest to zdjęcie Mourinho tuż po ostatnim gwizdku finału. Pokazuje jak wielką czuł presję, która właśnie z niego zeszła. Nigdy też nie widziałem, żeby aż tak bardzo cieszył się po wygranych finałach, tak szalał z piłkarzami podczas dekoracji. Tyle w karierze przeszedł, że potrafią go cieszyć nawet drobne sukcesy i przyjemności ;)

 

Duch Simeone nad Białymstokiem

Vadis Odjidja Ofoe i Jacek GóralskiNie rozumiem pretensji do trenera Michała Probierza, które rozlały się mediach społecznościowych jeszcze w trakcie meczu Jagielloni z Legią, o to że nakazał piłkarzom agresywną grę, a Jackowi Góralskiemu prowokowanie Vadisa Odidję Ofoe nieustannymi faulami. Może się to komuś nie podobać, bo piękne nie jest, ale tak też osiąga się w piłce zamierzone cele. Nad stadionem w Białymstoku wyraźnie unosił się duch Diego Simeone i jego „cholissmo”, a Jagiellonia Probierza , niczym Atletico Argentyńczyka ostrą grą wybiła rywalom futbol z głów i pozostała niepokonana u siebie. A jej stadion niezdobytą twierdzą w 2017 (6 zwycięstw, dwa remisy). Mało tego, gdyby nie pechowy spalony Ciliana Sheridana, wygrałaby po najlepszej akcji meczu.

Vadis, dopiero co tak chwalony po meczu z Lechem i słusznie nazywany zawodnikiem, który przerósł Ekstraklasę, nie pokazał nic z tego, czym tak zachwycał w Warszawie. W końcu, sfrustrowany niemocą, stracił nerwy i z drugą żółtą kartką za cios łokciem w nos Góralskiego wyleciał z boiska. Dopiero co trener Lecha Nenad Bjelica bezradnie wyjaśniał, że nie znalazł sposobu na zatrzymanie Belga, bo Vadis jest nie do zatrzymania. A Probierz znalazł. Brzydki (to nie przytyk do urody Góralskiego tylko jego stylu gry), ale skuteczny i zgodny z przepisami, choć na ich granicy. Tak się eliminuje gwiazdę rywali, która stanowi największe zagrożenie i piłkarsko jest poza zasięgiem wszędzie pod słońcem, czy to Gonzalo Higuain w Serie A, czy Leo Messi w La Liga czy Sergio Aguero w Premier League.

Brak porażki był dla Probierza warunkiem pozostania w grze o tytuł. Osiągnął to. Mogą nam się nie podobać meteody. Ale tylko efekt się liczy.

Michał Probierz

 

Szarapowa i decyzja z innej epoki

Maria SzarapowaTo był naprawdę bardzo rzadki w dzisiejszych czasach pokaz przywiązania do zasad obowiązujących sporcie i wyższych ideałów. Zasad oczywistych, ale tak często naginanych w podobnych przypadkach, zgodnie z widzimisię organizatorów zawodów, sponsorów, właścicieli praw telewizyjnych itp, że kolejne ustępstwo wobec gwiazdy sportu przyjęlibyśmy pewnie wzruszeniem ramion.

A jednak nie. A jednak szef Francuskiej Federacji Tenisa, Bernard Giudicelli odmówił Marii Szarapowej przyznania dzikiej karty na wielkoszlemowy turniej French Open, który rozpoczyna się 28 maja. 30-letnia Rosjanka, która wraca do rywalizacji po 15-miesięcznej dyskwalifikacji za doping, nie zagra na Roland Garros nawet w kwalifikacjach.

„Uważam, że dziką kartę można przyznać komuś, kto wraca do gry po kontuzji, ale nie komuś, kto wraca po dyskwalifikacji za doping. Przykro mi i rozumiem rozczarowanie Marii, jak i jej kibiców. Ale to na mnie spoczywa odpowiedzialność za ochronę dyscypliny tak, by nie pozostawiać żadnych wątpliwości” – wytłumaczył.

Wydawałoby się, że to właśnie Giudicellemu powinno najbardziej zależeć na obecności w pięknej Szarapowej w swoim turnieju, w którym zresztą triumfowała w 2012 i 2014 roku. Tym bardziej, że wielki nieobecnymi w Paryżu są już Serena Williams i Roger Federer. Zainteresowanie mediów powracającą z banicji zawodniczką jest ogromne. Jej występy i tak zawsze przyciągały na trybuny i przed telewizory kibiców, a tu jeszcze grałaby mecze przeciwko rywalkom, które otwarcie krytykowały w mediach przyznawanie jej dzikiej karty jak Eugenie Bouchard, Agnieszka Radwańska, Caroline Wozniacki czy Roberta Vinci.

Pierwsza w ogóle zakwestionowała powrót Rosjanki do uprawiania sportu, nazywając ją oszustką. W mniemaniu Kanadyjki „oszuści w żadnym sporcie nie powinni być dopuszczani do gry”. „To bardzo nie fair wobec innych tenisistek, które zachowują się uczciwie. WTA wysyła zły sygnał do małych dzieci. Ten komunikat brzmi: oszukujcie, a my powitamy was z otwartymi ramionami” stwierdziła Kanadyjka, która na początku maja pokonała Szarapową w turnieju WTA w Madrycie.

Radwańska była mniej radykalna, ale w niedawnej rozmowie z „Przeglądem Sportowym” przyznała, że gdyby to ona była dyrektorem turnieju w Stuttgarcie, Maria nie miałaby szans na dziką kartę. „Takie wejście na turniej powinno przysługiwać zawodniczkom, które spadły w rankingu z powodu kontuzji, choroby czy innego wypadku losowego. Nie zawieszonym za doping. Maria powinna się odbudowywać w inny sposób. Zaczynając od mniejszych imprez i rywalizacji właśnie tam. Wywalczyć sobie miejsce dobrą grą, a nie dostać za dawne zasługi”.

Co innego jednak opinia zawodniczek, a co innego dyrektorów turniejów, mających zobowiązania wobec sponsorów, stacji telewizyjnych, pragnących zapełnić trybuny. A która tenisistka sprzeda się obecnie lepiej niż Rosjanka. „Żadna!” – takiej odpowiedzi udzielili ostatnio organizatorzy turniejów w Stuttgarcie, Madrycie, Rzymie czy Birmingham, radośnie wręczając Szarapowej dziką kartę. I właściwie trudno ich winić, kierowali się dobrem produktu za który odpowiadają.

Giudicelli przerwał tę sielankę. Pokazał, że sport wciąż niesie ze sobą niezbywalne wartości. Że nawet w dzisiejszych czasach jest w stanie oprzeć się komercji i wielkim pieniądzom. A przecież Szarapowa to pieniądze w tenisie największe, wyobrażam więc sobie, że naciski musiały być ogromne.

Pokazał, że wciąż można kierować się tym co dobre, a co złe, zamiast zdawać się na argumenty ekonomiczne. Że doping to jednak coś więcej niż jakaś tam strata nerwów podczas zawodów. I zawodnik wracający po dopingowej wpadce, owszem ma znów prawo gry, ale nie zasługuje na specjalne, gwiazdorskie traktowanie. Musi na nie ponownie zasłużyć.

Że robienie wyjątku byłoby zlekceważeniem dopingu, kolejnym mrugnięciem okiem, jakich już mnóstwo obejrzeliśmy w wykonaniu szefów organizacji sportowych i jakie tak bardzo zniechęcają do sportu. Ot choćby ostatnio w przypadku Therese Johaug, której norweska federacja tak dopasowała zawieszenie, żeby biegaczka zdołała wystartować na igrzyskach olimpijskich w Pjongczang…

Decyzja Francuzów ws Szarapowej sprawia, że identyczną będą musieli zapewne podjąć także organizatorzy wielkoszlemowego Wimbledonu. Może sami by na to wpadli, może nie, tak czy siak honor i ich turnieju zostanie obroniony. Rosjanka będzie musiała wystartować w w Londynie w kwalifikacjach.

Decyzja Giudicelli jest niedzisiejsza. Jak z innej epoki. Tej za którą tęsknimy.

Maria Szarapowa