Igrzyska bez Rosji, czyli furtka i bomba

OLY-2018-IOC-RUS-DOPINGDobrze, że MKOl. podjął bohaterską decyzję o wykluczeniu Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego z zimowych igrzysk w Pjongczangu. Dobrze, że nie zatrzasnął przy tym drzwi na amen przed rosyjskimi sportowcami, ale zostawił małą szparkę dla tych, którzy nigdy nie byli podejrzani o doping i będą mogli wystartować pod neutralną flagą.

Tak jest chyba sprawiedliwie. Co prawda nasz wybitny czterystumetrowiec i olimpijczyk, Marek Plawgo, który ma prawo się zastanawiać ilu medali nie zdobył z powodu czyjejś nieuczciwości, skomentował na Twitterze, że nie powinniśmy żałować rosyjskich sportowców. „Nie wierzę, by ktokolwiek w Rosji był nieświadomy tak szeroko skrojonego procederu. Byli tego tak świadomi, jak i idei igrzysk, którą swoim milczeniem, a więc przyzwoleniem pogwałcili. Nie zasłużyli na start na zimowych igrzyskach”.

Ja też nie wiem, czy wśród „ocalonych” są stuprocentowo czyści czy po prostu nie złapani. Ale myślę sobie, że jeżeli jest chociaż jeden „sprawiedliwy” zawodnik, który się nie szprycował, np. bo akurat w jego dyscyplinie doping na nic by się nie zdał – np. w curlingu czy skokach narciarskich – a co robią inni po prostu nie wiedział, to nie odmawiajmy mu spełnienia tego najważniejszego dla sportowca marzenia.

Nawet jeśli nie dane mu będzie startować pod flagą ojczyzny, a za zwycięstwo nie puszczą mu hymnu narodowego, to i tak będzie najważniejszy start w jego karierze. Stojąc na najwyższym podium będzie mógł zaśpiewać sobie hymn i będzie to symboliczny przekaz i dodatkowa kara dla twórców systemowego dopingu w Rosji.

***

Bo jakkolwiek zawsze jestem przeciwny odpowiedzialności zbiorowej, uważam że MKOl. podjął najbardziej słuszną decyzję jaką mógł. Kolejna próba zamiecenia afery pod dywan, ustępstwa wobec światowego mocarstwa i jej budzącego grozę przywódcy, byłoby fatalnym sygnałem do wszystkich kibiców. Odpychającym i odstręczającym od sportu i szlachetnej idei olimpijskiej rywalizacji, w której – jak by się okazało – mogą brać oszuści, o ile są wspierani przez potęgę.

Skala roli rosyjskiego państwa we wspieraniu dopingu, którą ujawniła komisja pod przewodnictwem byłego prezydenta Szwajcarii, Samuela Schmida, okazała się porażająca i potwierdziła doniesienia mediów. O dziurze w laboratorium, przez którą agenci rosyjskiej służby bezpieczeństwa podmieniali próbki moczu na czyste, o unikaniu kontroli dzięki treningom w tzw. zamkniętych miastach czy nawet o grożeniu bronią inspektorom WADA (Światowa Agencja Antydopingowa). Nie obyło się bez zeznań „skruszonego” byłego szef laboratorium antydopingowego w Moskwie i olimpijskiego w Soczi, Grigorija Rodczenkowa, który w strachu o własne życie zbiegł do USA i tam zeznawał. W efekcie śledztw gospodarze igrzysk w Sochi stracili już 11 z 33 medali, które tam zdobyli, a w klasyfikacji generalnej spadli z pierwszego na czwarte miejsce.

Dobrze jednak, że MKOl. ukarał przede wszystkim Rosję jako państwo i wykluczył z igrzysk dożywotnio obecnych szefów rosyjskiego sportu, zostawiając wspomnianą furtkę sportowcom.

Dobrze te­­­­­­­­­ż, że ci z nich, którzy zachcą wystartować w Pjongczang i przejdą weryfikację, nie zostaną zmuszeni do bojkotu igrzysk, choć nawoływali do tego niektórzy rosyjscy politycy tuż po werdykcie. Jak Igor Lebiediew, deputowany z partii Jedna Rosja, który stwierdził że decyzja MKOl to upokorzenie i obraza wielkiej sportowej Rosji. „Nie można tego tolerować, dlatego powinniśmy odmówić występu w igrzyskach. Hymn i flaga narodowa są dumą kraju, dla którego sportowcy walczą. Stawką jest nasz honor” – napisał na Twitterze.

Inni zaczęli już nazywać zdrajcami zawodników, którzy zdecydują się na start na igrzyskach, a rządowa „Rossijskaja Gazieta” pisze o pluciu w twarz, upokorzeniu, szaleństwie MKOl. ­­Gdyby Rosja jednak zbojkotowała igrzyska, prawdopodobne że przyłączyłyby się do niej Białoruś i Mołdawia, które natychmiast skrytykowały werdykt MKOl. a może i inne kraje.

Na szczęście te pomysły spacyfikował sam prezydent Władimir Putin, który co prawda wytknął MKOL odpowiedzialność zbiorową, ale dodał że władze nie będą stawać na drodze sportowców pragnących wystartować na igrzyskach. „Jeśli mają ochotę, niech startują, nawet jako neutralni olimpijczycy. Ciężko na to zapracowali” – stwierdził.

***

Podejrzewam, że na uspokojenie nastrojów przez prezydenta Rosji większy wpływ miało nie poczucie skruchy (władze nadal zaprzeczają istnieniu systemowego dopingu) ale organizacja przyszłorocznego mundialu. Tu jednak dochodzimy do ciekawej kwestii, która może się okazać „bombą z opóźnionym zapłonem”. Szef komitetu organizacyjnego mundialu i wicepremier Rosji,

Witalij Mutko (oraz jego zastępca Jurij Nagornych) dostali od MKOl. dożywotni zakaz wstępu na igrzyska. Czyli organizator jednej z największych sportowych imprez świata nie ma prawa pokazać się na arenach arenach drugiej. Przy czym FIFA, dla której poniekąd pracuje Mutko, jest przecież członkiem MKOl…

Ale najgorsze może jeszcze nadejść. Wg zeznań Rodczenkowa także i rosyjski futbol nie był wolny od dopingu. WADA ujawniła, że przejęła wyniki badań moskiewskiego laboratorium z lat 2012-15, wykradzione przez hakera. Co jeśli okaże się, że laboratoria systemu tuszowały dopingowe próbki również piłkarzy reprezentanci Rosji? Czy FIFA ewentualnie zdyskwalifikuje wówczas tylko tych zawodników, których nazwiska wypłyną   czy całą reprezentację gospodarzy mundialu? I co wówczas z całym turniejem? Lont już się tli…

Rosja

Skandal w PZKol: wyjaśnienie albo totalna kompromitacja

PZKolNie mam pojęcia o czym zamierza mówić na dzisiejszej konferencji prasowej  prezes Polskiego Związku Kolarstwa, Dariusz Banaszek, ale wiem co powinien na niej ogłosić: dymisję. Swoją oraz tych członków zarządu PZKol, którzy jeszcze tego nie zrobili po wezwaniu ministra sportu, Witolda Bańki. Sądząc na podstawie jego wywiadów, w których mówi co innego i zaprzecza samemu sobie, nie wiem złudzeń że tak się stanie. Ale jest to jedyny rozsądny krok w celu oczyszczenia atmosfery i wyjaśnienia najbardziej skandalicznej afery już nie tylko w kolarskim środowisku kolarskim, ale w historii polskiego sportu.

Niestety mam wrażenie, że z wagi oskarżeń wobec „guru polskiego kolarstwa” oraz skali krzywdy jaka została wyrządzona zawodniczkom, czy raczej młodym kobietom mającym przed sobą całe życie, zdają sobie sprawę wszyscy, ale najmniej PZKol. Zdaje ministerstwo sportu – składając zawiadomienie w sprawie nieprawidłowości w związku kolarskim do Prokuratury Regionalnej w Warszawie i odcinając finansowanie, by wymusić koniecznie zmiany. Zdają kolejni sponsorzy – CCC, Orlen oraz OTCF, właściciel marki 4F wycofując się ze współpracy ze związkiem. Zdają media, informując  o sprawie w najbardziej delikatny sposób i przy zachowaniu pełnej anonimowości, by nie skrzywdzić już raz skrzywdzonych dziewczyn. Zdaje czterech z dziewięciu członków zarządu, którzy zrezygnowali z funkcji. Wreszcie opinia publiczna, zadając coraz bardziej uporczywe pytania i domagając się wyjaśnienia bulwersujących plotek. Tymczasem prezes PZKol chce o sprawie rozmawiać… dopiero 22 grudnia na nadzwyczajny zjeździe delegatów. Jakby chodziło o podsumowanie nieudanego występu na ważnej imprezie, a nie fundamentalne kwestie moralne. Każdego dnia dając dowód, że o ile nie odpowiadają bezpośrednio za aferę sprzed lat, to nie radzą sobie prawdą, jaka ujrzała światło dzienne.

***

Ciężko nie odnieść wrażenia, że prezes Banaszek w każdej kolejnej rozmowie mówi o sprawie co innego. W specjalnym oświadczeniu przekonuje, że wraz z innymi członkami zarządu „nie posiadał żadnej wiedzy o faktach prezentowanych w wywiadzie wiceprezesa Kosmali dla Sportowych Faktów”, który oskarżył jednego z pracowników związku m.in. o wykorzystywanie seksualnie zawodniczek.

Gdzie indziej przyznaje jednak, że o zarzutach mówiło się od dawna, przez ostatnie 10 lat, a on sam słyszał o nich od poszkodowanych dziewczyn. I dziwi się, że nie reagowali na to jego poprzednicy. Z kolei sport.pl dotarł do nagrania z wrześniowego posiedzenia zarządu, podczas którego Banaszek w niewybredny sposób wypowiadał się o czynach pracownika, ostrzegają członków zarządu, że to „sprawa dla prokuratury”.

Jeszcze gorzej wypada w kwestii audytu, który zamówił w firmie PricewaterhouseCoopers – jak się nieoficjalnie mówi w wyniku presji. sponsorów PZKol martwiących się, że ich pieniądze nie są właściwie wydawane. To audytorzy mieli wykryć, że wspomniany pracownik związku dopuszczał się nadużyć nie tylko finansowych, ale i na tle seksualnym. Wg sport.pl gdy prezes usłyszał o obyczajowym wątku afery, miał poprosić o przerwanie prac audytorskich i przekazanie zebranych materiałów, w tym m.in. nagrań zeznań zawodniczek. Ci odmówili, bo raz, że umowa nie przewidywała raportu częściowego, a dwa, kontrolerzy „obawiali się, że ucierpią na tym zawodniczki, a ochrona prawna, którą im zagwarantowali, stanie się fikcją”.

Prezes przekonywał więc pozostałych członków zarządu, że należy unieważnić kontrolę, próbował też wycofać się ze zwolnienia z pracy głównego bohatera skandalu.

***

Podobno na konferencji prezes PZKol ma zamiar przedstawić własną wersję wydarzeń, do czego oczywiście ma prawo. Czy można zabronić mu bronić swej funkcji? Podobno planuje też upublicznienie niektórych nagrań z posiedzeń zarządu. W tych walkach wewnętrznych i z ministerstwem sportu umyka los skrzywdzonych zawodniczek, które mają prawo czuć się elementem jakichś rozgrywek.

Zupełnie na bok schodzi bulwersujące meritum sprawy, czyli jak to się stało, że pod okiem związkowych działaczy i mediów ktoś był w stanie stworzyć niemal sektę, której członkinie były bezwzględnie podporządkowane „guru”, panu i władcy ich sportowych karier. Prowadzącego je do sukcesu – tego nie można mu odmówić – ale równocześnie czerpiącego z tych sukcesów korzyści finansowe i seksualne.

Fakt, że wszystko udało się utrzymać tak długo w tajemnicy – mimo, że jak stwierdził prezes Banaszek, o sprawia mówiło się od lat – a oskarżona osoba była traktowana jak autorytet i doskonały fachowiec, a prywatnie uroczy człowiek, podważa wiarę w sport i kompromituje niemal całe środowisko.

Oby wyjaśnienie tego bulwersującego skandalu nie skończyło się kolejną kompromitacją, tonąc we wzajemnych oskarżeniach, spychologii i próbach zamiecenia sprawy pod dywan. Jest blisko, bo zawodniczki, które zdecydowały się na szczerość, dziś – jak słyszę – żałują tego, a niektóre zastanawiają nawet nad odwołaniem zeznań. Liczyły, że człowiek, który tak obrzydliwie je wykorzystał, zostanie na zawsze odsunięty od sportu. Dziś czują że wykorzystywanie wcale nie ustało. Afera w PZKol

 

Oprawy tak, wypaczenia nie!

Zadymiona ŁazienkowskaMuszę wyznać, że lubię race na stadionach. Tak, tak, wiem, że ich odpalania zabrania polskie prawo. Respektuję to i nikogo nie namawiam do łamania. Jestem też za zmianą ustawy, na taką która umożliwiałaby robienie racowisk w cywilizowany i kontrolowany sposób, ale i do przestrzegania obecnej. Po prostu obiektywie przyznaję, że odpalanie rac mi się podoba, zwłaszcza jeśli są elementem większej oprawy.

Nie raz broniłem na łamach różnych opraw, czy osławionego „Jihad Legia” podczas meczu Ligi Europy z Hapoelem Tel Awiw (znajomy izraelski dziennikarz na trybunie był wtedy bardziej rozbawiony niż dotknięty) czy ostatnio tej z hitlerowcem przykładającym lufę pistoletu do skroni polskiego chłopca, która zrobiła więcej dla wiedzy o Powstaniu Warszawskim w świecie niż jakakolwiek kampania edukacyjna.

Nie każde przesłanie musi nam się podobać, np. wg mnie nie do końca szczęśliwe było drażnienie „świnią” UEFA i tak mocno już poirytowanej Legią i skorą do kar. Ale szanuję prawo kibiców do tego rodzaju ekspresji. Dla wielu z nich tworzenie opraw to prawdziwa pasja, można nawet powiedzieć, że ocierają się w tym o streetart i happening.

Ale mówiąc językiem minionej epoki: „oprawy tak, wypaczenia nie!” Zadymianie stadionu świecami dymnymi i powodowanie tym przerw w grze jest złem i głupotą. Podobnie jak rzucanie rac na murawę, o celowaniu w piłkarzy jak w finale Pucharu Polski Legia – Lech nie wspomnę. I nie ma co wytłumaczyć tego żadną „kulturą kibicowania”, której rzekomy brak zrozumienia wytykano na Twitterze Zbigniewowi Bońkowi, gdy skrytykował dwie przerwy w meczu Legii z Górnikiem z powodu nieprzeniknionej mgły.

***

Przyznaję, że takiej „kultury kibicowania” nie rozumiem i ja, ponieważ w zadymieniu stadionu i przerwie w grze nie widzę żadnego wsparcia własnej drużyny, co zakłada przecież definicja kibicowania. A wręcz przeciwnie – działanie na jej szkodę. W meczu z Górnikiem Legioniści złapali pewien rytm, z którego przerwy miały prawo ich wybić. Rywale wyraźnie osłabli, przerwa pozwoliła im chwilę odpocząć, łyknąć odżywki, usłyszeć wskazówki trenera. Akurat skończyło się dobrze dla gospodarzy, ale wcale nie musiało tak być.

Trudno nie było odnieść wrażenia, że „zadymiarzy” kompletnie to nie interesuje. Wnieśli tonę pirotechniki, mieli swój plan i zrealizowali go nie oglądając się na konsekwencje. I to dwukrotnie, co przeczy argumentom podnoszonym na Twitterze, że to nieszczęśliwie wiejący wiatr spowodował zadymienie. To jak z filmu „Chicago”, gdzie ofiara nadziała się na nóż. Siedem razy…

Obawiam się, że prezes PZPN dobrze zdiagnozował problem mówiąc w wywiadzie z weszlo.com „Zwrot wstecz polega na tym, że jakaś grupa osób używa tych rac po to, by pokazać, jacy są niezależni i że nikt nie ma nad nimi kontroli. To nie dotyczy tylko Legii, tylko wszystkich klubów w Polsce… Dla mnie raca to u niektórych przedłużenie męskości, pokazują nią swoją niepokorność, to że władze klubu czy jakiekolwiek inne mogą im skończyć. Dochodzi do eskalacji. Są grupy, które jak chcą nastraszyć piłkarzy, to mogą. Jak chcą wnieść na stadion bombę atomową, to też mogą. Wszystko mogą” (…)

Boniek zapowiada opracowanie wraz z władzami Ekstraklasy przepisów mających zdyscyplinowanie dymiących kibiców. Wiadomo, że żadne kary finansowe ich nie odstraszą, jak zwykle zapłaci klub. Czy odstraszy groźba walkowera, jeśli mecz będzie przerwany na dłużej niż pięć minut – tego nie wiem. Już pojawiły się deklaracje, że będą miały działania odwrotne do oczekiwanych. Czyli co, przerwy będą w każdym meczu Ekstraklasy? Inni z kolei ostrzegają, że ligę będzie można reżyserować wymuszonymi walkowerami…

***

Pomijając już kwestie rac, dymu i przerywania meczu, podobnie jak Boniek mam wątpliwości czy powszechny na naszych ekstraklasowych stadionach doping w jakikolwiek sposób pomaga drużynie? Trybuny śpiewają przez całe spotkanie swoje pieśni, z tą samą intensywnością, tym samym zapałem i tą samą ilością decybeli bez względu na to czy drużyna wygrywa, przegrywa czy remisuje. Żadnej reakcji na stratę gole, gorszy moment, gdy rywal „siadł” na gospodarzach i ciśnie. Żadnych pochwał za dobre zagranie, wślizg, paradę, które dodałyby zawodnikowi animuszu. Żadnego stopniowania napięcia w miarę rozwijania się akcji – znane np. z angielskich stadionów.

Oczywiście rozumiem, że kibice płacą za wejście na stadion i jeśli taka forma przeżycia meczu ich satysfakcjonuje, to mają do tego prawo. Nie bronię im, taki panuje trend, okej. Ale dziwie się i zgadzam z Bońkiem, w końcu byłym zawodnikiem, że „kiedy kibice gwiżdżą za każdym razem, gdy przeciwnik ma piłkę, to jest to doping dziesięć razy lepszy, skuteczniejszy. Pojawia się presja na rywalach, adrenalina rośnie…”

Legia - Górnik. Zadymiona Łazienkowska.A już kompletnym kuriozum – na szczęście rzadziej obecnym na meczach ekstraklasy, choć też, regularnie zaś na reprezentacji – jest odśpiewywanie w środku spotkania hymnu państwowego. Pisał o tym ostatnio w felietonie w „Przeglądzie” Darek Dziekanowski, wg którego śpiewanie Mazurka Dąbrowskiego podczas gry trąci profanacją. „Jest na to czas przed meczem, kiedy odgrywane i odśpiewywane są hymny obu krajów. Nie dziwi mnie, gdy dzieje się to po ostatnim gwizdku sędziego, ale śpiewanie ot, tak w 35. minucie – tego nie rozumiem i uważam, że jest nie na miejscu. Z kariery piłkarskiej najmilej wspominałem chwile, kiedy cały stadion dopingował drużynę skandując „Polska, Polska, Polska”. Wtedy ciarki przechodziły przez plecy, wyzwalały się jakieś rezerwy siły i energii” pisał Dziekan.

Też wydaje mi się, że robienie z hymnu kolejnej stadionowej przyśpiewki to nieszczęśliwy pomysł i odbiera mu należytą powagę.

Rozumiem, że na meczach kadry dzieje się tak, bo nie ma zorganizowanego dopingu i kibice z różnych stron Polski po prostu śpiewają wspólnie jedyną pieśń jaką wszyscy znają.

Lepiej już chyba, żeby zostali przy „Polska. Biało-czerwoni” do melodii Go West. Albo adaptowali na hymn kibiców piłkarskiej reprezentacji jakiś znany utwór tak jak siatkarscy „Pieśń o Małym Rycerzu”. Wciąż też mam nadzieję, że któryś ze zdolnych polskich muzyków napisze wreszcie porządny hymn reprezentacyjny. Jak nie Dzimek Dębski to niechby i nawet Zenek Martyniuk!

Włoska fuszerka, czyli Italnia nie jedzie na mundial

Płaczący Gianluigi BuffonSzokujące sceny po odpadnięciu Włochów z walki o awans na mundial, gdzie czterokrotnych zdobywców Pucharu Świata zabraknie po raz pierwszy od 1958 roku, uświadomiły mi jak wielkimi szczęściarzami jesteśmy, że doczekaliśmy się takiego pokolenia piłkarzy, którzy właśnie zaklepali sobie wyjazd do Rosji z pierwszego miejsca w grupie i losowanie z pierwszego koszyka. I jeszcze większymi, że mamy tak umiejętnie zarządzającego nimi trenera. Bo to właśnie błędy szkoleniowca Giampiero Ventury, którego wyraźnie przerosła misja, najbardziej przyczyniły się do klęsce Italii.

Na zawsze w pamięci zostanie mi już szlochający do kamery i przepraszający kibiców 39-letni gigant Gianluigi Buffon, który miał się stać w Rosji pierwszym w historii uczestnikiem aż sześciu finałów mistrzostw świata, a następnie zakończyć w chwale karierę. Gorszego pożegnania z kadrą nie mógł sobie wyobrazić w najgorszych koszmarach. Podobnie jak i dwaj inni byli mistrzowie świata z 2006 roku – Andrea Barzagli i Daniele De Rossi.

Media społecznościowe obiegł filmik jak ten ostatni wścieka się i klnie na ławce rezerwowych gdy dostaje informację, że ma się rozgrzewać. „Po co, do k… to ja mam wchodzić na boisko? Potrzebujemy zwycięstwa, nie remisu” – rzuca, wskazując na siedzącego obok Lorenzo Insigne i odmawia wyjścia na boisko.

To rzadko spotykane wotum nieufności i pokaz braku szacunku dla trenera, ale trudno się dziwić. Insigne jest w tym sezonie w fantastycznej formie (sześć goli, pięć asyst w Napoli, napędza grę całej drużyny). Uporczywe pomijanie go przez selekcjonera, tłumaczone niemożnością wpasowania piłkarza do systemu 4-4-2, którego Ventura kurczowo się trzymał, urósł do rangi symbolu jego nieporadności.

***

Można mówić, że Włosi mieli po prostu pecha w losowaniu. Trafili do grupy z Hiszpanią, co skazało ich na drugie miejsce i grę w nieprzewidywalnym barażu. Gdyby losowano ich z pierwszego koszyka zamiast Rumunii i trafili np. do naszej grupy, to ho, ho…

Tylko skąd pewność, że w tej formie i przy tej koncepcji trenera wywalczyliby awans z pierwszego miejsca, pokonując Polskę i Danię? Obciąża ich nie tylko lanie w Madrycie 0:3 z Hiszpanią, ale i strata punktów u siebie z Macedonią, cudem wymęczone zwycięstwo z Izraelem. I to że przez 180 minut barażu nie zdołali strzelić Szwedom nawet jednego gola.

Wiele decyzji Ventury budziło zdumienie. Oprócz Insigne pomijał innego wybijającego się gracza Napoli – Jorginho, którego wystawił dopiero w rewanżu ze Szwecją. A dla zachwycającego w Valencii napastnika Simone Zazy (wicelidera strzelców ligi hiszpańskiej i Piłkarz Września La Liga) nie znalazł miejsca nawet na ławce rezerwowych, odsyłając na trybuny.

Jednak główny zarzut wobec Ventury to nie dostosowanie taktyki do możliwości zawodników i niewykorzystanie ich potencjału. Owszem, bezpowrotnie odeszło pokolenie mistrzów świata z 2006, z pierwszej jedenastki, która wyszła na finał z Francją na stadionie w Berlinie został tylko Buffon. Karierę skończyli Alessandro del Piero, Francesco Totti, Fabio Cannavaro, Andrea Pirlo, Gennaro Gattuso. Tej klasy następców Włosi po prostu nie mają.

Ale czy z tymi, którzy są tacy włoscy trenerscy fachowcy jak Massimiliano Allegri, Maurzio Sarri, Carlo Ancelotti, Claudio Ranieri czy Antonio Conte nie osiągnęliby więcej? Trzej ostatni zdobywali ostatnio mistrzostwo arcysilnej ligi angielskiej, Juventus Allegriego oprócz seryjnych mistrzostw Włoch, zaszedł do finału Ligi Mistrzów.

Ventura to przy nich przeciętny trener ligowy. W 36-letniej karierze nigdy nie prowadził drużyny z samego topu Serie A – jedynie Napoli, ale kiedy zbankrutowana drużyna była akurat w 3. lidze i tylko na 19 meczów. Jego nawiększe sukcesy to awanse z Serie C do B i z B do A oraz siódme miejsce z AC Torino (i przy okazji wypromowanie Kamila Glika). Nominację na selekcjonera w wieku 68-lat zawdzięcza przyjaźni z prezesem włoskiej federacji, Carlo Tavecchio, który w dodatku dał mu ogromny kontrakt do 2020 roku.

***

Przypomina mi to sytuację w Polsce gdy Grzegorz Lato powierzył kadrę po Franciszku Smudzie – Waldemarowi Fornalikowi, namaszczonemu przez ówczesną szarą eminencję PZPN, Antoniego Piechniczka. Dobrego trenera ekstraklasowego, choć bez doświadczenia presji w walce o mistrzostwo kraju w klubach z topu jak Lech, Legia czy Wisła. Którego jak Venturę przerosła misja reprezentacyjna i konieczność ułożenia sobie relacji z gwiazdami europejskich klubów jak Robert Lewandowski czy Kuba Błaszczykowski. A przede wszystkim znalezienia na nich pomysłu.

Podobnie tłumaczy klęskę Ventury dziennikarz „Timesa” i ESPN Gabrielle Marcotti. „Obejmując reprezentację mógł wybrać dwie drogi. Tę Conte –zbudować drużynę żołnierzy, z silną tożsamością, zaciekłą lojalnością i ograć ich w wybranym systemie. Albo powoływać co mecz najlepszych aktualnie zawodników, dostosowując do nich taktykę. Ventura poszedł swoją. W ciągu 16 spotkań powołał 55 piłkarzy, wystawiając ich w przeróżnych formacjach, ale unikając najbardziej logicznej 4-3-3, bo jak mówił, nie miał czasu jej przetestować. Ale w Madrycie wyszedł ustawieniem 4-2-4, co zakończyło się horrorem”.

Pewnie, że najłatwiej po klęsce zrzucić wszystko na trenera. Ale Włosi podobnie jak my, wcale tego nie robią. I tam, jak w swoim czasie u nas, rozgorzała dyskusja na temat systemu szkolenia, konieczności zmniejszenia Serie A, B i C, liczby cudzoziemców w klubach, obowiązku łożenia przez nie na strukturę młodzieżową, ustanowienie profesjonalnych rozgrywek na wzór naszej Centralnej Ligi Juniorów etc.

Ale choćby dorobili się nowego pokolenia Tottich, del Pierów i Cannavarów, potrzebny jest jeszcze fachowiec, który stworzy z nich drużynę. Italia na kolanach

Hejt czyli skąd taka radość z porażki Jędrzejczyk?

Joanna Jędrzejczyk vs Rose NamajunasDawno nie widziałem – o ile w ogóle kiedykolwiek – takiej radości i takiej satysfakcji z porażki polskiego sportowca jak po nieudanej obronie pasa mistrzyni UFC przez Joannę Jędrzejczyk. Jakby nagle w wielu ludziach puściły jakieś hamulce.

„Pięknie, stało się tak jak chciałem by tą cwaniarę pyskatą w końcu ktoś zatrzymał, nigdy jej nie lubiałem pomimo że to Polka za jej cwaniakowanie te jej raczki zawsze latające w kierunku drugiej osoby, zero szacunku”, „w końcu ktoś jej zamknął tą niewyparzoną gębę”, „więcej reklam pseudogwiazdeczko”, „ha ha ha”, „próbowała robić z siebie showmana na wzór McGregora (promocja, marketing itd. Wpi€rnicz jak najbardziej zasłużony”, „skończyło się cwaniakowanie i bardzo dobrze:)”, „w końcu odklepała ta pyskata zadufana paniusia która pozjadała wszystkie rozumy… ani to mądre ani piękne… jako kobieta twarz konia a piersi trzeba lupą szukać” „Jestem Polakiem a cieszę się że przegrała”,

„Brawo, brawo, brawo… Tak to jest gdy, podobnie jak u Szpilki, Janowicza, itp. zabraknie odrobiny pokory, skromności i “pompuje się ten balon” bez umiaru!!” „Myślała, że Pana Boga za nogi chwyciła, a tu masz, brutalnie sprowadzona na ziemię!” „I ta flaga I ten różaniec z krzyżem na nadgarstku nie pomogły jej. I zasmakowała zdrowe baty”…

I tak dalej, w komentarzach praktycznie na każdym portalu i w każdym serwisie.

***

Wybiegłem pamięcią wstecz do minionych polskich przegranych, z czasów kiedy nie było jeszcze internetu i możliwości anonimowego wygarnięcia nielubianemu zawodnikowi, rechotu z jego niepowodzenia, swojskiego „no i dobrze mu tak, ma za swoje”.

Może podobny hejt spadłby na Andrzeja Gołotę po 95-sekundowej porażce z Lennoxem Lewisem w pierwszej w historii walki Polaka o tytuł zawodowego mistrza świata wagi ciężkiej? A może dopiero po jego ucieczce z ringu z Mike Tysonem? Prawie na pewno na piłkarzy reprezentacji Polski po porażce z Ekwadorem na rozpoczęcie mundialu w Niemczech w 2006. „Fakt” dał wtedy pamiętną okładkę „Wstyd. Żenada. Hańba. Frajerstwo. Nie wracajcie do domu!”. Wyobraźmy sobie co by się działo w mediach społecznościowych gdyby już wówczas istniały!

Byłem przy setkach porażek Polaków. Nota bene żadna tak mną nie wstrząsnęła jak porażka Pawła Nastuli już w pierwszej walce na igrzyskach w Sydney i łzy niepokonanego od poprzednich igrzysk w Atlancie judoki. Z medialnego punktu widzenia upadek mistrza jest równie atrakcyjny jak jego sukces, a rozmowa z nim często ciekawsza niż ze zwycięzcą. Ale cieszenie się z porażki reprezentanta Polski to dla mnie coś niepojętego. Nawet jeśli nastąpiła w kompromitujących dla przegranego okolicznościach. Żal, wstyd, zawód – owszem. Ale myśl „dobrze tak, frajerowi” jakoś nigdy mi nie przyszła do głowy.

***

Tym bardziej nie rozumiem tak wielkiego hejtu jaki spadł po porażce akurat na Jędrzejczyk. Przegrała, bo kiedyś musiała, miała gorszy dzień, rywalka lepszy. Zwykła rzecz w sporcie walki. Przegrywali najwięksi. W dodatku przecież wcześniejszymi walka dowiodła, że była prawdziwą fajterką, mistrzynią i – jak mi się wydawało – bohaterem wyłącznie pozytywnym. Ucieleśnieniem tego jak daleko można zajść wiarą w marzenie i ciężką pracą. Prawdziwą inspiracją dla tych setek dziewczyn z małym miast i miasteczek, pragnących wyrwać się w wielki świat, które widziałem na spotkaniach w Empiku, podczas wieczorów autorskich Asi.

Sportowcem pamietającym skąd się wywodzi i pragnącym dzielić się swoim sukcesem. Choćby jako ambasador „Szlachetnej Paczki”. Pamiętam jak prowadziłem spotkanie z wolontariuszami „Paczki” dla których to była prawdziwa nagroda za poświęcenie. Przyjechała potwornie zmęczona po treningu, widziałem w jej oczach tylko marzenie, żeby jak najszybciej paść na łóżko. Ale została z nami godzinę, inspirowała, opowiadała m.in. jak podnieść się po upadku. Na ile zdążyłem ją poznać, zrobi to i teraz. I – które to stwierdzenie z niezrozumiałych względów tak niektórych irytuje w ustach sportowca – wróci silniejsza.

***

Z komentarzy rodaków zadowolonych z jej porażki wynika, że najbardziej irytowała prowokacyjną postawą wobec rywali przed walkami i tym, że śmiała swój sportowy sukces i status wykorzystywać w reklamach i promocji siebie oraz swej w końcu nie aż tak popularnej w Polsce dyscypliny.

Jeśli chodzi o pierwszy z zarzutów, to przecież agresja podczas ważenia i stawania twarzą w twarz, owa „buta, pycha i brak szacunku dla rywalki” to element cyrku, pozy, sposób naładowania się przed walką. Każdą walką, co dotąd nikomu nie przeszkadzało kiedy Joaśka wygrywała. To co przed chwilą wszyscy wychwalali nazywając „pewnością siebie”, nagle stało się „brakiem pokory”. Nie zachwycam się tymi rytuałami, to nie moja poetyka, ale takie już jest to macho’istowskie MMA. Komu nie pasuje niech się przerzuci na szlachetny tenis.

Zarzuty o udział w reklamach, lans i „panoszenie się w mediach” są po prostu absurdalne. Niektórzy chcieliby chyba, żeby zawodnik wychodził na start z klasztornej celi i natychmiast chował się w niej po walce. Jest czas grania w reklamówkach, bo czemu nie, i czas katorżniczego treningu. Przecież Joaśka nie wbiegła na ring prosto z planu reklamówki Play’a, którą tak jej wypomniano w licznych wpisach!

Irytacja sukcesem finansowym sportowca to temat na cały felieton. Dostaje się tym, którzy zarabiają w trakcie kariery i tym, którzy po jej zakończeniu wciąż są wiarygodni i pożądani przez sponsorów. Dostaje im tym, którzy nic nie odłożyli, źle zainwestowali, albo przegrali w kasynach karierę i życie, że nieudacznicy, że nie umieli o siebie zadbać, że trzeba było… Naprawdę sportowiec w Polsce ma ciężko żeby dogodzić anonimowemu kibicowi na forum.

MMA: UFC 205-Jedrzejczyk vs Kowalkiewicz

Sebastian i jego 390-konny wózek inwalidzki

Sebastian Luty Avalon Extreme- Po wypadku osiągnąłem więcej niż przed – mówi Sebastian Luty, sparaliżowany w 95 proc. kierowca rajdowy. Może i nie jest w stanie unieść szklanki z wodą, ale na torze wymiata aż miło! 

Biało-zielony, rajdowy Mitsubishi Lancer Evo X z napisem „Avalon Extreme” na bokach zgrabnie wychodzi z poślizgu na mokrym Torze Łódź i hamuje obok mnie. – Zapraszam do mojego wózka inwalidzkiego o mocy 390 koni – brodata twarz Sebastian Lutego uśmiecha się spod kasku. Pakuję się do ciasnego wnętrza, przypominającego raczej kokpit awionetki.

Zapinam skomplikowany system pasów i rrruszamy. Pęd wgniata mnie w fotel. Dojazd do zakrętu, gwałtowne hamowanie, gaz do dechy na maksymalnych obrotach. Wszystko dzieje się tak szybko, że dopiero po chwili uświadamiam sobie, iż za kierownicą siedzi człowiek niesprawny w 95 procentach. Z potężnym paraliżem czterokończynowym, który sam przed chwilą rzucił ze śmiechem, że nie jest w stanie podnieść szklanki z wodą.

Patrzę na kierownicę, która… obraca się sama. Ręce Sebastiana spoczywają na specjalnych joystikach. To potęguje wrażenie, że trafiłem do wnętrza komputerowej gry. Nierealne!

Jedyna taka bestia

- Popatrz, przyciągam prawy joystick – dodaję gazu, odpycham – hamuję. Lewy to mini steering wheel, taka mała, ułożona poziomo elektryczna kierowniczka, którą steruję. Nie jestem w stanie zacisnąć dłoni na joyach, więc ręce mam zapięte gumową taśmą. Joysticki generują sygnał do trzech komputerów, które są na pokładzie – demonstruje Luty.

Mówi, że mógłby wyrzucić kierownicę. Ma sparaliżowany tułów, nogi i bardzo mocno ręce – palce, nadgarstki, barki. Nie jest w stanie sam się ubrać czy zjeść. – Patrząc na kierownicę, widzę, jak ułożone są koła. Nie czuję opon, więc tak łatwiej mi się odnaleźć np. na śliskim torze. A po drugie jeśli odłączę system, wóz staje się zwykłym autem i wtedy może go prowadzić ktoś, kto nie ma opanowanych dżojstików. Choćby ty – mówi.

Od standardowej rajdówki „Bestię” – jak pieszczotliwie nazywa swoje mitsubishi – różni jeszcze specjalny fotel, podobny do tego jakiego używają kierowcy 24-godzinnych wyścigów. Z pianką odlewaną do kształtu ciała kierowcy, co pozwala Sebastianowi unikać przechylania się na boki na zakrętach. Trzeba było też przebudować klatkę, żeby łatwiej było go włożyć do środka. Muszą w tym pomagać dwie osoby. A także zamontować podwójny system gaśniczy, bo w razie – odpukać – wypadku, Luty nie jest w stanie sam opuścić wnętrza wozu.

- Jest to jedyny tak przystosowany samochód rajdowy na świecie. Istnieją tylko dwie firmy, które montują joysticki pozwalające prowadzić auta osobom tak mocno sparaliżowanym. Ale tylko w autach cywilnych! Najpierw uderzyłem do tej z USA. Tam złapali się za głowę, gdy usłyszeli, że chodzi o rajdówkę. Uznali, że jestem wariatem i nie przyłożą do tego ręki, bo to zbyt niebezpieczne. Co innego jazda 50 km/h po mieście, a co innego ponad 200 km/h na torze – opowiada Sebastian.

Zrozumienie znalazł w firmie w Niemczech, która podjęła się wyzwania. – Usiedliśmy z inżynierami i zaczęliśmy kombinować. Podczas prób przekazywałem kolejne uwagi, a oni wprowadzali usprawnienia.

To była nauka jazdy na nowo i okazała się cholernie trudna. Najtrudniej było przeprogramować mózg z kierownicy i pedałów na joysticki. – Dopiero gdzieś po dwóch miesiącach nabrałem wrażenia, że to ja kontroluję auto, a nie na odwrót. A na tor wyjechałem dopiero po roku. Strasznie mnie frustrowało, że robię tak wolne postępy. Byłem napalony i chciałem mieć wszystko na wczoraj. Jak przed wypadkiem.

 

Raj utracony

Przed wypadkiem 13 lat temu – jak mówi – był klasycznym yuppie. Jeszcze jako student na drugim roku Wyższej Szkoły Ubezpieczeń i Bankowości w Warszawie założył z kolegami spółkę Avalon: usługi finansowe, ubezpieczenia, kredyty. Wymyślili kilka świetnych ubezpieczeniowych patentów. W szczytowym okresie rozwoju zatrudniali 40 osób. Zarabiali coraz większe pieniądze.

Czerpał z życia pełnymi garściami. Jeździł po całym świecie, Turcja, Jordania, Peru, Boliwia. Wyprowadził się na dłużej z Polski i wraz z kolegami zamieszkał na Hawajach, gdzie panuje wieczne lato i wieczna radość. W Honolulu wynajmowali mieszkanie w wieżowcu na 28. piętrze. – Miałem poczucie, że mam świat u swoich stóp – mówi. Sprzedał 25 proc. udziałów w swojej spółce. Planował, aby w niedalekiej przyszłości otworzyć sklep ze sprzętem sportowym, szkołę surfingu lub  mały bar przy plaży? Od świtu do zmierzchu surfował lub byczył się na plaży. Gnał za adrenaliną uprawiając sporty ekstremalne: wspinaczka skałkowa, kolarstwo górskie, speleologia, kitesurfing, nurkowanie.

- Niestety wypadek był banalny. Żartuję, że gdyby mnie spotkał podczas sportów ekstremalnych, skoku z klifu czy wspinaczki, to miałbym czym się chwalić. A było tak, że wbiegając do oceanu, żeby się zanurzyć, zaryłem głową w dno. Nagle stwierdziłem, że nie mogę się ruszać. Unosiłem się na wodzie, bezwładny jak manekin – opowiada.

Cud, że go odratowano. Długo nikt z brzegu nie dostrzegł, że tonie. Fala wyrzuciła go na brzeg, kolejna zabrała na powrót. W końcu ktoś go wyciągnął, zrobił sztuczne oddychanie, karetka, szpital. Przez dwa tygodnie leżał nieprzytomny, podłączony do respiratora. – Rodzinie powiedziano, że z tego nie wyjdę. A jeśli nawet jakimś cudem, to nie będę samodzielnie oddychać. Na szczęście się to nie sprawdziło. Przeszedłem dwie operacje, odzyskałem przytomność, a płuca wznowiły działalność.

Za cztery miesiące leczenia szpital wystawił rachunek na… pół miliona dolarów! Część pokryła polisa PZU, pomógł też stan Hawaje ale postanowił wracać do Polski. Trafił do Konstancina, gdzie w słynnym Stołecznym Centrum Rehabilitacji przeszedł  intensywną rehabilitację. Po  pięciu miesiącach zaczął powoli  poruszać się na wózku ze wspomaganiem elektrycznym.

 

Aktywni dzięki sobie

- Zawsze byłem zadaniowcem, zacząłem więc stawiać sobie cele. Pierwszym było znów zacząć chodzić. Szybko się okazało, że to niemożliwe. Ale to mnie nie załamało. Po prostu zmniejszyłem cele. Odzyskać sprawność tak dalece jak się da – mówi Sebastian. – Tak bardzo się nakręciłem na rehabilitację, że nie miałem czasu się załamać. Chciałem sobie udowodnić, że życie na wózku nie jest niczym strasznym, że nadal może być fajne. Że nie powstrzyma mnie przed robieniem fajnych rzeczy.

Palił się do rehabilitacji, ale tu nastąpiło zderzenie z polską służbą zdrowia. On chciał ćwiczyć przez kilka godzin dziennie, NFZ refundował tylko pół godziny na… tydzień. Tymczasem wiedział, że bez zatrudnienia rehabilitanta na pełen etat szybkich postępów nie zrobi.

W 2006 roku stworzył fundację, która zaczęła zbierać fundusze. Na początku nazywała się Przyjaciele Sebastianowi, by po dwóch latach zmienić się w Fundację Avalon. Przechodząc własną gehennę, zrozumiał jak wielu niepełnosprawnych w Polsce, bez podobnego wsparcia, jest skazanych na dożywotnią wegetację. Żałosna renta nie starcza na leki, środki higieny, porządną rehabilitację.

Toteż od 2009 celem Fundacji Avalon stała się „pomoc osobom niepełnosprawnym i przewlekle chorym, w szczególności: spełnianie marzeń, poprawa jakości życia oraz zwiększanie samodzielności życiowej podopiecznych, likwidacja barier społecznych” czytamy na jej stronie internetowej. Już od samego początku skupiała się na pomocy w gromadzeniu środków finansowych dla osób, które tego potrzebują. Z tego wyłonił się pierwszy projekt, czyli  system Subkont. Ideą organizacji było i jest, aby ludzie brali sprawy we własne ręce. Stąd też fundacja pomaga, uczy, wspiera i daje narzędzia, ale nie robi czegoś za swoich beneficjentów. Z tego też podejścia zrodził się drugi projekt „Aktywni dzięki sobie”. Podkreśla on potrzebę pracy, walki o swoje zdrowie, a jednocześnie kształtuje i uczy postawy odpowiedzialności oraz motywuje, często w trudnych, bolesnych i mozolnych ćwiczeniach rehabilitacyjnych. Z roku na rok Avalon zaczął otaczać opieką coraz większą liczbę niepełnosprawnych z całej Polski. Do dziś pomogła aż 7000 osobom. Jest pod tym względem trzecią największą organizacją pozarządową w Polsce.

 

Benzyna we krwi

Kolejnym celem Sebastiana był powrót do uprawiania sportu. Wiedział jednak, że z takim rodzajem paraliżu ma bardzo ograniczony wybór dyscypliny. Chętnie wziąłby się za jeżdżenie na handbike’u, ale ma na to zbyt słabe ręce. – W grę wchodziło np. rugby na wózkach, ale jestem indywidualistą. Motosportem interesowałem się jeszcze przed wypadkiem. Zawsze miałem benzynę we krwi. Za młodu nigdy nie zrealizowałem tej pasji na tyle, żeby się ścigać. Najpierw nie miałem funduszy, potem czasu.

Teraz postanowił w końcu zrealizować swoje marzenia. Dwa lata temu naszło go, żeby zbudować rajdówkę i zacząć się ścigać. – Bałem się, że będę czerwoną latarnią, wlókł się za całą stawką, a tu nic z tych rzeczy. Okazało się, że wcale aż tak mocno nie ustępuję sprawnym kierowcom. Już w pierwszym starcie rok temu zająłem 28. miejsce na 35. załóg, wyprzedzając auta z mojej klasy! To był wielki kop: wow! Czyli mogę rywalizować z pełnosprawnymi. Teraz moim celem jest najwyższe podium – mówi ze śmiechem.

Przekonuje, że już mógłby być szybszy, ale jeździ na 90 procent możliwości. – Nie jestem wariatem, nie jadę na pałę, staram się wszystko robić rozsądnie. Tak mi doradził Krzysztof Hołowczyc. Przekonywał mnie tu na Torze Łódź, że nie warto jeździć na 120 procent, po bandzie. Lepiej wszystko wcześniej zaplanować i trzymać się strategii. W moim przypadku ryzyko nie jest wskazane. Dochodzi kwestia bezpieczeństwa, ponieważ w razie wypadku nie opuszczę sam samochodu. Toteż zawsze uprzedzam organizatorów zawodów i służby medyczne, że startuje niepełnosprawny – mówi Sebastian.

 

Ekstremalni celebryci

Od listopada 2015 Fundacja Avalon prowadzi projekt Avalon Extreme, do którego Luty dołączył jako ambasador. – Ideą jest rywalizacja sportowców niepełnosprawnych ze sprawnymi na tych samych zasadach. Nie chcemy robić drugiej paraolimpiady. Sport jest jeden, w naszym przypadku ekstremalny. Chcemy pokazać czym może być niepełnosprawność jeśli tylko człowiek zechce i przestanie się użalać nad sobą. Chciałbym żeby mocno inspirował do zabrania się za siebie – mówi.

Do ambasadorów należą również Bartosz Ostałowski mistrz driftingu, który po amputacji rąk kieruje autem stopami. Igor Sikorski specjalizuje się w wakeboardingu, sporcie wodnym polegający na płynięciu po wodzie na desce, trzymając się liny ciągnionej przez łódź. To również świetny narciarz alpejski, który będzie reprezentował Polskę na igrzyskach paraolimpijskich w Pyongchang. Tomasz Biduś to rugbista na wózkach, a Adam Czeladzki mimo niepełnosprawności doskonale lata szybowcem.

Stali się niepełnosprawnymi celebrytami, ale w dobrym znaczeniu. Nie są znani z tego, że są znani, ale ponieważ mimo niepełnosprawności dokonują rzeczy niesamowitych. – Pomysł wziął się stad, że na początku z Fundacją Avalon jeździliśmy po szpitalach, znajdowaliśmy osoby ze świeżą niepełnosprawności i przekonywaliśmy: nie załamuj się, popatrz na nas, można zupełnie normalnie żyć i się realizować. Ale to była robota nie do przerobienia w skali Polski – tłumaczy Luty.

- Wymyśliliśmy więc, że zbierając spektakularne przypadki i promując je w mediach, dotrzemy do większej liczby osób. Niech niepełnosprawny zobaczy nas w gazecie, telewizji czy internecie i powie sobie: ja też tak chcę!  Sebastian Luty Avalon Extreme

 

Co najbardziej trapi współczesnego piłkarza

Michy Batshuayi FIFA 18Najsłynniejsza piłkarska gra komputerowa FIFA18 zbiera zewsząd pochwały za posunięty do granic realizm i perfekcyjne oddanie nie tylko wyglądu wszystkich zawodników, ale także ich stylu gry, sposobu poruszania się, tricków, a nawet cieszynek. Wiadomo jednak, że jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził więc znaleźli się jednak malkontenci. Są wśród nich sami zawodnicy, którzy nie kryją zawodu oceną ich parametrów piłkarskich. Np gwiazda Tottenhamu, Dele Alli oświadczył, że nie będzie w grze grał sobą samym, ponieważ twórcy gry z EA Sports przyznali mu haniebnie niski rating – 84. Nigeryjczyk z Arsenalu, Alex Iwobi obruszył się, że jego rating – 74 – nie drgnął od poprzedniej edycji gry, a przecież on sam poczynił wyraźne postępy. Obrońca Chelsea, David Luiz ubolewa, że jego zdolności strzeleckie zostały ocenione niżej niż klubowego kolegi, N’Golo Kante, choć przecież to Brazylijczyk zdobywa więcej goli. A znany z muskulatury Adebayo Akinfenwa chciałby mieć siłę na maksymalnym poziomie 100 pkt, tymczasem przyznano mu rozczarowujące 99.

Napastnik Chelsea, Michy Batshuayi był tak nieszczęśliwy ogólnym ratingiem 80, że oburzony poprosił w tweecie twórców gry o, pisząc: „PLEASE EXPLAIN” (a wiadomo, że pisanie wersalikami w mediach społecznościowych oznacza maksymalne wkurzenie). Za to pomocnika Juventusu Turyn, Samiego Khedirę sfrustrowała fryzura, w jakiej każą mu występować w FIFA18. Ma pretensje, że z długimi włosami i opaską grał w czasach Realu Madryt, ale od dwóch lat nosi krótkie włosy. Jak twórcy gry mogli tego nie odnotować??

„Hej EA Sports, świetnie że lubicie moje długie włosy… ale już od prawie 2 lat mam krótkie – napisał na Twitterze. „Wpadkę” natychmiast odnotowała konkurencja, czyli producenci gry Pro Evolution Soccer, chwaląc się, że u nich zawodnik ma aktualny wygląd i radząc mu, by zmienił grę. Niemniej nowe, wymyślne cieszynki i coraz bardziej oryginalne fryzury to prawdziwa zmora dla producentów gier. Szczególnie ciężko im nadążyć za Paulem Pogbą, który najczęściej zmienia kolor włosów oraz wycięte na głowie figury. Być może wyjściem są kontrakty zapewniające, że piłkarz nie zmieni wizerunku do końca sezonu. Kto będzie chciał grać Pogbą z brodą lub włosami przefarbowanymi na blond, gdy ten od czterech kolejek wygląda już zupełnie inaczej?

Sami Khedira i FIFA 18

Trenerzy kontra smartfony

uPOLowane„My way or highway” – pomysł mój, albo… żaden – jak przetłumaczono w jeden ze stacji telewizyjnych słowa Joe Cabota, organizatora skoku we „Wściekłych Psach”. Tę dewizę wyznają trenerzy czołowych klubów piłkarskich. Media w minionym tygodniu ujawniły jakie nowe surowe zasady wprowadzili w swoich zespołach Jupp Heynckes, który przejął Bayern Monachium z rąk Carlo Ancelottiego oraz Pep Guardiola w Manchesterze City.

I tak Katalończyk zarządził np, że wszystkie odprawy będą przeprowadzane po angielsku. W pierwszym zespole City grają reprezentanci aż 11 państw, niektórzy z nich ledwo znają język Szekspira. No to do nauki! Jak zdradził argentyński obrońca Nicolas Otamendi, Guardiola nie tylko zorganizował mu intensywny kurs języka, ale ale do tego w grudniu czeka go… egzamin. Jak nie zaliczy, to usiądzie na ławce.
Od nowego sezonu piłkarze City zawsze jedzą wspólnie po meczach. Koniec z wypadami z rodziną czy przyjaciółmi na kolacje Bóg wie gdzie. Z jednej strony sprzyja to integracji, z drugiej Guardiola ma pod kontrolą dietę zawodników. Jego zdaniem wiele kontuzji brało się ze złego odżywania, a zwłaszcza obżarstwa po wysiłku meczowym.

72-letni Heynckes również postanowił ingerować w dietę zawodników Bayernu. I zakazał np. spożywania zdrowych batoników energetycznych, rekomendowanych przez asystenta Ancelottiego, a prywatnie jego szwagra, Mino Fulco. I na nowo zezwolił im na konsumpcję makaronów i pizzy, uznając, że należy im się więcej węglowodanów po wysiłku fizycznym.

Zawodnicy mistrza Niemiec będą więc smaczniej jeść, ale za to podczas posiłków nie wolno im będzie korzystać ze smartfonów, robić fotek jedzenia na Instagram, przeglądać tweetów czy wpisów na Facebooku. Zabronił brania komórki do ręki nawet podczas masaży. Urządzenia musi zostać wyłączone natychmiast po wejściu do szatni inaczej delikwenta czeka wysoka grzywna.

Brutalna ingerencja trenera w przyzwyczajenia zawodników to nie nowość. Guardiola już w ubiegłym roku nakazał wyłączyć Wi-Fi w szatni i stołówce (zasięgu 3G tam nie ma). Wszystko po to, żeby zmusić zawodników, żeby więcej z sobą gadali. Ale już szczególnie bezwzględny okazał się Jose Mourinho, który zakazał piłkarzom MU gry w Pokemon Go! Uznał, że robiąca furorę na całym świecie aplikacja, polegająca na „chwytaniu” za pomocą smartfona kolorowych pokemonów jak Pikachu czy Bulbasaur w prawdziwych lokacjach, zbytnio rozprasza jego piłkarzy. I zakazał zabawy w ciągu 48 godzin poprzedzających każde spotkanie…

FIFA The Best. Dlaczego nie głosowałem na Lewego i Messiego

Cristiano Ronaldo. FIFA The BestOd ogłoszenia wyników gali FIFA The Best na Najlepszego Piłkarza Roku cały czas spływają do mnie mejle, tweety i wiadomości na messangerze z pretensjami, uwagami i żądaniem wyjaśnień na temat mojego wyboru. Przypomnę, że głosując jako jedyny dziennikarz z Polski na pierwszym miejscu umieściłem Cristiano Ronaldo, na drugim Gianluigiego Buffona, a na trzecim Sergio Ramosa. Trzy stacje telewizyjne odpytały mnie na to konto, a na jednym z zaprzyjaźnionych portali powstał nawet tekst. Główny zarzut: jak mogłem nie umieścić na pudle Leo Messiego? Kolejny: dlaczego nie zagłosowałem na Roberta Lewandowskiego? Wreszcie najbardziej absurdalny: dlaczego Cristiano Ronaldo na pierwszym miejscu? Już odpowiadam.

Otóż w przeciwieństwie do wielu pozostałych uczestników tej zabawy, trenerów reprezentacji i samych piłkarzy, których głosy opublikowała FIFA, postanowiłem podejść do sprawy poważnie i rzetelnie ocenić kto na co zasłużył w futbolu od sierpnia 2016 do sierpnia 2016. Może to błąd, ale w moich kryteriach nie znalazły się ani patriotyzm, ani osobista sympatia. W przeciwnym razie na pewno na pierwszym miejscu dałbym Lewego, którego nie sposób nie lubić i nie podziwiać. Ale przecież nie chodzi o to, żeby rodak zawsze głosował na rodaka, w przeciwnym razie nigdy nie dałoby się wybrać laureata podobnych plebiscytów.

Piłkarsko w minionym okresie Robert po prostu nie zasłużył sobie na pierwszą trójkę i już. Byli lepsi, którzy osiągnęli w sezonie więcej i błyszczeli jaśniej. Co nie odbiera Lewemu pozycji najlepszej „9” świata. Myślę, że on sam zdawał sobie z tego sprawę, wszak tym razem nie skomentował werdyktu „le Cabaret” jak ostatniej edycji Złotej Piłki. Zawodnik na jego poziomie nie potrzebuje kadzenia

Życzę jemu i sobie z całego serca, żeby był faworytem w przyszłorocznym plebiscycie. Jest na najlepszej drodze – wkrótce przekroczy barierę 50. goli we wszystkich rozgrywkach dla klubu i reprezentacji, został królem strzelców eliminacji MŚ przed nim występ na turnieju w Rosji, na którym oby okazał się u szczytu kariery.

Lewandowskiego na pierwszym miejscu jako jeden z nielicznych trenerów umieścił Adam Nawałka i właściwie trudno mieć do niego pretensje. Nie widzę w tym chęci przypodobania się swemu kapitanowi. Nawałka sam najlepiej wie jak dużo mu zawdzięcza. Jego lojalność wobec swych „żołnierzy” doskonale znamy, a tu postanowił ją okazać swemu generałowi. Jeśli patrzeć na osiągnięcia piłkarza we wspomnianym okresie tylko w reprezentacji, trudno o lepszego, więc da się ten wybór jakoś usprawiedliwić.

Jednak ja nie zawahałem się nawet na sekundę, żeby maksymalną ilość punktów oddać Cristiano Ronaldo. Nie ma mniejszych wątpliwości, że Portugalczyk był w minionym sezonie najlepszy. Najskuteczniejszy i najbardziej kluczowy w sukcesach jakie osiągnęła jego drużyna. Kluczowy w odzyskaniu dla Realu Madryt mistrzostwa Hiszpanii i w obronie trofeum w Lidze Mistrzów. W tej ostatniej strzelił pięć goli w dwumeczu przeciwko drużynie Lewego. Hat-tricka w półfinale z Atletico Madryt i dwie bramki w finale w Cardiff, gdzie wybrano go Zawodnikiem Meczu. Zaprzeczając w minionym sezonie najdobitniej złośliwemu stwierdzeniu, że „strzela tylko słabym”.

Nie traktuję bowiem wyborów Piłkarza Roku jak konkursu piękności, wskazując tego, kto mi się najbardziej podoba. Moje kryteria obejmują trofea, które zawodnik zapewnia drużynie swoimi golami, asystami, interwencjami czy też paradami. Nawet jeśli plebiscyty to nagroda indywidualna a nie drużynowa. Bo co po tych wszystkich bramkach, jeśli drużyna nic z tego nie ma?

Cristiano Ronaldo i Leo MessiOczywiście Messi pozostaje geniuszem futbolu, najlepszym piłkarzem naszych czasów. Ale jeśli przyjmiemy wrażenie artystyczne za kryterium, wtedy w ogóle nie róbmy żądnych plebiscytów, tylko wszystkie nagrody dajmy Argentyńczykowi. Dopóki gra, lepszego od niego nie będzie.

Ale właśnie do „kosmity z innej planety” i „piłkarza z PlayStation” wymagamy kosmicznej formy i ciągnięcia drużyny za uszy w kluczowych momentach i wyciągania z najgorszych tarapatów. Tak właśnie gra Messi tej jesieni, zarówno w Barcelonie pozbawionej Neymara i Dembele jak i w reprezentacji pozbawionej… koncepcji.

Co z tego, że w minionym sezonie wykręcił fantastyczny wynik, zdobywając 54 gole w 52 meczach i dorzucając 19 asyst, skoro na koniec Barcelona została z niczym? Bycie Messim, jak szlachectwo, zobowiązuje. Więc jego brak w finałowej trójce to pewien symbol. Wątpię zresztą żeby zależało mu szczególnie na drugim czy trzecim miejscu.

Drugie miejsce dla Buffona było trochę za całokształt kariery, bo może już nie być okazji, żeby go uhonorować, ale postawą w sezonie też przecież sobie na to zasłużył. Mistrzostwo Italii z Juventusem, w Lidze Mistrzów puścił do finału tylko cztery gole, zachowując czyste konto w dwumeczu z Barceloną, czyli wówczas gdy bramki Messiego były najbardziej potrzebne. Włoch był prawdziwym liderem drużyny. Podobnie jak Ramos, skuteczny „zarówno w defensywie jak i ofensywie” jakby to ujął nasz selekcjoner. Myślę, że w sezonie, w którym Real jako pierwszy zespół w historii obronił trofeum w Champions League nie ma nic niestosownego, że w trójce znalazło się dwóch jego piłkarzy. Choć miałem ciężki dylemat czy nie wstawić Marcelo albo Luki Modrića. Podobnie jak nikt nie miał wątpliwości, że trzech zawodników Barcy powinno się znaleźć na podium w roku, w którym zdobyła wszystkie trofea jakie były do zdobycia.

Na ostatnie, najczęściej stawiane mi pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć: co w „Jedenastce Sezonu” robił Andreas Iniesta. Niewykluczone, że to jakiś błąd informatyczny i nazwisko Hiszpana po prostu co roku wybija w systemie, nikt nie wie jak to naprawić, więc FIFA dała spokój. Inaczej nie umiem tego wytłumaczyć. Pytajcie byłych piłkarzy z FIFPro, to oni decydowali.

11 Roku

Misja Pepa, czyli nie róbmy polityki na stadionach

Guardiola- Dedykuję tę wygraną aresztowanym liderom walczącym o niepodległość Katalonii. Omnium i ANC (Catalan National Assembly – red.) zawsze wyrażały nasze zdanie. Pokazaliśmy, że dla Katalończyków obywatelstwo jest czymś więcej niż jakiekolwiek idee. Mamy nadzieję, że wkrótce zostaną zwolnieni, bo na razie czujemy się jakbyśmy wszyscy trafili do wiezienia – powiedział Pepa Guardiola na konferencji prasowej po wygranym 2:1 meczu Ligi Mistrzów z Napoli.

Miał na myśli Jordiego Cuixarta i Jordiego Sancheza, którzy na początku tygodnia decyzją Sądu Najwyższego w Madrycie zostali tymczasowo aresztowani za doprowadzenie do referendum niepodległościowego. Hiszpański rząd uznał je za nielegalne i robił co mógł, żeby do niego nie dopuścić. Funkcjonariusze policji wkraczali do lokali wyborczych, wynosili urny i karty do głosowania. Brutalnie pobito też kilkadziesiąt osób. W dniu meczu Sąd Najwyższy podtrzymał decyzję o zatrzymaniu liderów, co wywołało kolejne protesty w Barcelonie.

Guardiola na konferencji komplementował też Napoli. Stwierdzając m.in. że było to jedno ze zwycięstw, z których jest najbardziej dumny w karierze. Ale choć to niezwykle ciekawe, zważywszy na to z jakimi drużynami mierzył się w przeszłości, media skupiły się głównie na wątku niepodległościowym.

Mam jednak spore wątpliwości czy stadion Etihad po meczu Ligi Mistrzów, w którym nawet nie wystąpiła Barcelona, to właściwe miejsce na tego typu deklaracje. Wdaliśmy się o to na Twitterze w mały spór. Wielu internautów uważało, że polityka jest wszechobecna, „nie można udawać, że żyje się w próżni”. Że „nie ma sensu udawanie, że piłka nożna jest jakąś enklawą, której nie dotyczą międzynarodowe procesy i wydarzenia”. Że „Pep jest Katalończykiem i ma prawo wyrażać to co czuje”, a odwiecznego konfliktu na linii Katalonia – Kastylia, czyli Barcelona i Madryt nie da się porównać z jakąkolwiek sprawą w Polsce.

Nie odmawiam Guardioli prawa do opinii na tematy polityczne. Oczywiście, że jak każdy obywatel ma prawo mieć swoje zdanie i je artykułować. I z niego korzysta. Nie tylko wziął udział w referendum, ale wcześniej agitował za nim w Barcelonie, odczytując w języku katalońskim, hiszpańskim i angielskim niezwykle wyrazisty manifest.

Będziemy głosować mimo zakazów Hiszpanii. 18 razy chcieliśmy głosować i zostaliśmy zlekceważeni. Nie mamy innego wyboru. Jesteśmy ofiarami państwa, które rozpoczęło prześladowanie niezgodne z zasadami obowiązującymi w demokracji. Kraju, w którym minister spraw wewnętrznych konspiruje przeciwko zdrowiu Katalonii. Kraju, w którym policja dostarcza fałszywych dowodów przeciwko naszym władcom. Kraju, w którym uniemożliwia się funkcjonowanie prezydentowi naszego rządu za przygotowywanie kart do głosowania. Chcą nam odebrać demokrację”.

Jako jeden z najbardziej znanych i szanowanych Katalończyków ma prawo i obowiązek wypowiadać się w najważniejszych kwestiach dotyczących swojej ojczyzny. Mój sprzeciw budzi tylko to, że wprowadza politykę na stadiony piłkarskie i konferencje poświęcone meczom. Nie ten moment, nie to miejsce!

I nie ważne czy Guardiola upomina się w sprawie słusznej czy nie. Kto zresztą jest to w stanie ocenić i stwierdzić czy Katalończykom będzie lepiej w Hiszpanii czy poza nią? Na pewno nie ja.

My w Polsce podświadomie sprzyjamy ciemiężonemu przez lata narodowi, który chce się wybić na niepodległość. Informacja, że rząd aresztuje działaczy wolnościowych – i do tego umieszcza w więzieniu w Madrycie, 600 km od bliskich – musi budzić niepokój.

Ale też widziałem, że w Barcelonie odbyła się milionowa demonstracja Katalończyków pragnących pozostać w Hiszpanii, sprawa nie jest więc jednoznaczna. A katalońska wyraźnie społeczność podzielona.

Ciekaw jestem czy właściciele Manchesteru City byli zadowoleni, że ich klub został wplątany w kwestię niepodległości Katalonii? Zwłaszcza Szejk Mansour, który na co dzień pełni funkcję wicepremiera Zjednoczonych Emiratów Arabskich i prędzej jest w stanie postawić się na miejscu premiera Hiszpanii, Mariano Rajoy’a niż burzącego zastany porządek buntownika.

Poruszanie kwestii politycznych przez trenerów na pomeczowych konferencjach, to w Anglii nowa jakość. Nawet tak istotna kwestia jak referendum ws wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej nie skłoniła trenerów Premier League do publicznych deklaracji. Z szacunku dla klubu i kibiców.

Zresztą nie tylko w Anglii. Z jakichś powodów trener Szachtara Donieck nie zabiera głosu na konferencjach prasowych na temat wojny w Donbasie, trenerzy rosyjskich klubów na szczęście milczeli na temat „odzyskania” Krymu.

Krzysiek Stanowski napisał w naszej twitterowej dyskusji, że „jeśli Polska będzie miała topowego w skali świata trenera to liczę, że zabierze głos na temat Polski gdy uzna to za ważne”. Nie mam nic przeciwko. Ale nie chciałbym, żeby miało to miejsce na konferencjach np. reprezentacji Polski. Wyobrażacie sobie Adama Nawałkę wypowiadającego się przy okazji eliminacyjnych spotkań w kluczowych kwestiach dla Polaków – w ostatnich miesiącach np. na temat Trybunału Konstytucyjnego czy reformy sądów? Dla kadry byłaby to katastrofa. Pół Polski – tej, która nie zgadzałaby się z opinią selekcjonera – natychmiast zaczęłaby kibicować przeciwko reprezentacji. By wraz z jej porażkami odszedł i znienawidzony selekcjoner.

Jeszcze mniej prawdopodobne, by po świetnym – oby! – mundialu, obejmując pracę, w którymś z klubów Serie A w ukochanej Italii, miał zajmować stanowisko w polskich sprawach na tamtejszych pomeczowych konferencjach czy w Lidze Mistrzów.

Polityczne manifestacje na trybunach skończyły się ostatnio tym, że Barcelona musiała ostatnio zagrać ligowy mecz bez kibiców, na kompletnie pustym Camp Nou. Robienie polityki na stadionach nigdy nie kończy się dobrze. Dla futbolu. Camp Nou: Barca - Las Palmas przy pustych trynunach