Rio 2016. Marysia Andrejczyk to wzór olimpijczyka

Marysia AndrejewiczIgrzyska Olimpijskie – największa kumulacja startów, zwycięstw, spektakularnych rekordów, przełamań, triumfów nad samym sobą, spełnienia marzeń ale utracenia ich, porażek, rozczarowań, zawodów, upadków, niestety dla nas także wpadek dopingowych. A jednocześnie codzienna kakofonia wyjaśnień, tłumaczeń: dlaczego się udało, jak to było możliwe, komu i czemu najbardziej zawdzięczam… oraz czemu się nie udało w tym najważniejszym występie w karierze, kto tu zawinił, co trzeba było zrobić lepiej… Nie da się z ich ułożyć jednej spójnej przyczyny triumfu i jednej przyczyny klęski. Co sportowiec to inna historia, inna logika sukcesu, inna przyczyna porażki.

Z jednej strony Anita Włodarczyk, autorka największego polskiego sukcesu w Rio. Z lekkością udźwignęła brzemię faworytki, pewna siebie przed startem, pewna w trakcie, wzięła co jej się należało. Wiedziała, że nie ma z kim przegrać i nie przegrała. Pobiła rekord świata, znokautowała rywalki rzucając o ponad 5 m dalej od kolejnej zawodniczki.

Z drugiej Paweł Fajdek, którego wyniki i dominacja w dyscyplinie predestynowała do identycznego sukcesu, a nie wszedł do finału. Równie pewny siebie przed startem, niemal buńczuczny, ale dlaczego nie, skoro nawet bukmacherzy płacili za jego zwycięstwo w konkursie rzutu młotem mniej niż za wygraną Usaina Bolta na 100 m! My też dopisywaliśmy jego złoty medal do tabeli medalowej jeszcze przed igrzyskami. A jednak jego występ przemienił się w największą polską klęskę w Rio i jedną z największych sensacji in minus w trakcie całych igrzysk.

A przecież Fajdek pragnął wygrać tak samo mocno co Anita, może nawet z jeszcze większą determinacją z uwagi na trzy spalone próby podczas igrzysk w Londynie, gdzie Włodarczyk wywalczyła srebro (które za chwilę po dyskwalifikacji Tatiany Łysenko przemieni się w złoto).

W emocjonalnym wideo na Facebooku Fajdek przeprosił kibiców za zawód, choć przecież największy sprawił sam sobie. To za nim, nie za kibicami trauma dwóch przegranych igrzysk będzie się ciągnąć do końca kariery i jeszcze dłużej, to jemu przeszła koło nosa olimpijska emerytura. „To jest jakiś koszmar. Nie jestem w stanie powiedzieć, dlaczego zawiodłem państwa i siebie. Przez dwa lata wygrywałem wszystkie zawody, a przyszło do igrzysk i nastał straszny dzień. Wiem, jakie były oczekiwanie wobec mnie. Sam miałem podobne (…) Mam nadzieję, że państwo docenią, że starałem się, jak mogłem. Jestem cały roztrzęsiony. Przepraszam i do zobaczenia na rzutni”.

Choć sam nic nie rozumiem i jestem równie roztrzęsiony, nie zamierzam szydzić z niepowodzenia faworyta, jak wielu, którzy mają schadenfreude, ale spotkać się z Fajdkiem „na rzutni” już w przyszłą niedzielę podczas Memoriału Kamili Skolimowskiej na Stadionie Narodowym. I szczerze mu życzę odkupienia podczas Igrzysk w Tokio za cztery lata. Daleka droga ale byłaby to kapitalna sportowa historia.

Niestety wsłuchując się w tłumaczenia klęsk i niepowodzeń naszych sportowców w Rio, cały czas pobrzękują mi słowa Adama Kszczota, pewniaka do medalu na 800 m, który też nie wszedł do finału i też nie potrafił tego wytłumaczyć. Był w formie, ataki rywali go nie zaskoczyły, przybiegł niespecjalnie zmęczony, ot „nogi nie podawały”. „Powinno być dobrze, a k… nie było” wyznał przed kamerami. I niestety te słowa pasują do większości naszych klęsk, stając się przykrym mottem polskich występów w Rio, dla których nieliczne medale to chlubne wyjątki od reguły.

W większości przypadków „miało być lepiej”, ale zabrakło centymetrów, milimetrów, setnych sekundy, siły w końcówce, szczęścia, trafniejszej decyzji sędziów, odpowiedniej pogody, psychicznego nastawienia, lepszej taktyki, lepszej treningów itp. itd.

Wyłamali się z tego trendu siatkarze – kolejni, którzy w Rio zawiedli kibiców, ale jeszcze bardziej samych siebie, przegrywając czwarty kolejny ćwierćfinał na igrzyskach. Po porażce z USA winy szukali wyłącznie w sobie. „Nie zagraliśmy na miarę naszych umiejętności, popełniliśmy za dużo błędów”, „byliśmy słabsi w każdym elemencie”, „rywale wygrali zasłużenie” – mówili Bartosz Kurek, Michał Kubiak czy Mateusz Bieniek. Jednocześnie broniąc trenera, co nie jest typowe, bo kilku się dostało od własnych zawodników.

Pisząc felieton nie wiem jeszcze jak w finale rzutu oszczepem wypadła Maria Andrejczyk, która sensacyjnie wygrała eliminacje (finał zakończył się późną nocą). 20-letnia mistrzyni świata juniorów aż o trzy metry pobiła własny rekord życiowy i przy okazji rekord Polski. Żadna z rywalek w tym sezonie nie posłała oszczepu na większą odległość. I ona nie umiała wyjaśnić co się właściwie stało. Już udział w igrzyskach był dla niej czymś niesamowitym. Ot, chciała zaliczyć eliminacje, oddać dobry rzut, a „palnęła oszczepem w kosmos”.

„Nie jest to normalny postęp. Wyraźnie wystrzeliłam z formą” dziwiła się. „Sama się zastanawiam, czy nie jest za wcześnie. Z drugiej strony, jaki jest sens w ograniczaniu się? Mam chęci, mam zapał. Idę za swoimi marzeniami!”

Ja sportowców, którzy biją na igrzyskach olimpijskich swoje życiówki wychwalałbym na równi z medalistami. Mogą się znaleźć lepsi, szybsi, rzucający dalej, celniejsi itd. medal może się wymknąć, być nieosiągalny. Ale zawodnik, który na igrzyskach pobił rekord życiowy, pokonał własną niemoc i limity, ma prawo wracać do domu z dumą i satysfakcją, że nie zmarnował czterech lat pracy, a przy okazji naszych nadziei i naszych podatków.

Marysia Andrejewicz

Zajeżdżony silnik, czyli dopingowicz, który nie ściemniał

Tomasz Zieliński na dopinguAle wstyd! Podczas igrzysk w Atlancie w 1996 szczyciliśmy się, że Polska przez chwilę przewodziła w tabeli medalowej. Teraz w Rio musimy przełykać upokorzenie, że przewodzimy w tabeli przyłapanych na dopingu…

Gdy cały wyposzczony kraj czekał na kolejny, po brązie Rafała Majki medal, jak grom z jasnego nieba spadła na nas informacja gorsza od porażek sportowców – Polaka przyłapano na dopingu. Wpadka rodaka to zawsze rzecz wstydliwa jak diabli, ale podczas igrzysk szczególnie kompromitująca. A już zwłaszcza tych igrzysk, na które nie dopuszczono tak wielu rosyjskich sportowców, w tym wszystkich lekkoatletów, z powodu systemowego dopingu w ich kraju. Wiadomo było, że oszuści będą na cenzurowanym jak nigdy.

W Rio napiętnowanie następuje na oczach całego świata. Usłyszą o nim nawet ci, którym zwykle informacje o przyłapaniu jakiegoś sztangisty przechodzą koło ucha. My możemy się jeszcze pochylać nad niuansami, rozważać skąd prehistoryczny nandrolon wziął się w organizmie Tomasza Zielińskiego, dlaczego nie wykazały go kontrole w Polsce itd? Ale świat zapamięta tylko dwa hasła: „doping” i „Polska. To wielki wstyd i wielka hańba.

Nie dziwię się wielkim mistrzom, mistrzom olimpijskim jak Szymon Ziółkowski czy Adam Korol, którzy domagają się surowych kar. Ten ostatni napisał wręcz, że Zieliński „powinien zwrócić pieniądze, które MSiT i my wszyscy włożyliśmy w jego przygotowania, zwrócić PKOl. za przelot do Rio, a przede wszystkim oddać sprzęt olimpijski, bo nie ma PRAWA nosić koszulki z orłem na piersi i napisem POLSKA”.

Bracia Zielińscy (dopiero dziś dowiemy się czy próbka Adriana też dała wynik pozytywny i czy będzie mógł w sobotę walczyć o medal) twierdzą, że są niewinni. Przekonują, że nie są idootami, nigdy nie wzięliby tak prymitywnego i łatwo wykrywalnego środka. Zamierzają wyjaśniać sprawę w sądzie.

Niestety ciężko mi im uwierzyć, tym bardziej, że w ponad 20-letniej pracy dziennikarza tylko raz spotkałem sportowca przyłapanego na dopingu, który nie nie kręcił i kombinował, ale z otwartą przyłbicą przyznał się do winy i powiedział: tak, brałem. Dla lepszych wyników, dla kasy, dla złapania sponsora, utrzymania stypendium…

Dopingowicz zawsze ściemnia. Że „nigdy w życiu”, że „nie rozumie skąd to, co jak i dlaczego”. Zawsze padają mniej lub bardziej absurdalne wyjaśnienia. Z najbardziej kuriozalnych zapamiętałem LeShawna Meritta, mistrza olimpijskiego z Pekinu na 400 m, który twierdził, że niedozwolony środek dostał mu się do organizmu w… maści na powiększenie penisa czy Tylera Hamiltona, pierwszego kolarza, u którego wykryto doping transfuzją krwi, który przekonywał, że obca krwi w jego żyłach pochodzi od… brata bliźniaka, który zmarł w łonie matki. Waldemar Kosiński

Tym jedynym „sprawiedliwym” okazał się Waldemar Kosiński, ciężarowiec, były olimpijczyk, medalista mistrzostw świata i Europy. W 1999 roku wpadł na dopingu po raz drugi, został zdyskwalifikowany dożywotnio i może dlatego zgodził się opowiedzieć mi o wszystkim: o pierwszym razie w wieku 28 lat, że jak już wziął koks, to żałował, że… nie zdecydował się wcześniej zrobiłby jeszcze lepszą karierę.

Że stosował doping też dlatego, bo miał świadomość, iż podczas zawodów wszyscy rywale też są „na koksie”. „Bo ci co w ciężarach podchodzą pod rekordy świata, na czysto tego nie robią. Nie da rady, muszą brać jakąś szprycę”. Że jego zdaniem ta reguła dotyczy wszystkich dyscyplin, w których wynik uzależniony jest od siły mięśni: od lekkoatletyki, przez kolarstwo i boks, po kajakarstwo. A sportowcy dzielą się tylko na tych, którzy biorą i potrafią to ukryć, i na tych, którzy wpadają.

„Dlaczego najczęściej na dopingu łapią ludzi ze Wschodu, nas, dawnych Ruskich, zawodników z Bałkanów? Czy dlatego, że na Zachodzie nie ma dopingu, wszyscy czyściutcy? Oni po prostu korzystają z lepszych, droższych, trudniejszych do wykrycia środków. Jeden zastrzyk – sto dolarów. A podczas przygotowań trzeba wziąć serię od 60 do 100 dawek. Nas na to nie stać. Kupujemy tanie dziadostwo od Ruskich czy Litwinów” – opowiadał. On sam wpadł na stosowaniu gonadotropiny – wyciągu z moczu ciężarnych kobiet, sprowadzonego z Litwy.

Tłumaczył mi kiedy sztangista musi sięgnąć po wspomaganie. „Taki Szymon Kołecki, srebrny medalista z Aten nie musi brać. Ma dopiero 23 lata (wówczas – red.), jest zdolny, rozwija się szybko. Po co mu koks? Wystarczy proteinka, witaminka i już. Też kiedyś taki byłem. Ale przychodzi moment, że pewnego ciężaru się bez wspomagania nie podniesie. Pewnej bariery nie przekroczy.

Na czysto dochodziłem do pewnego wyniku, np. 350 kg, więcej nie dawałem rady. Frustracja, stres, a mięsień odmawiał. Trzeba było dać mu dawkę, żeby poszedł dalej. Z człowiekiem jak z samochodem. Silnik bez oleju się zatrze. Organizm bez dopingu męczy się, szarpie, katuje. Aż się zakatuje. Potrzebny syntetyczny olej. Potrzebny dopalacz, co ruszy ten mięsień. Młody silnik jeszcze to zniesie. Ale zajeżdżony, zużyty jak ja nie da rady…”

Opowiedział mi też zastanawiającą w kontekście tłumaczeń braci Zielińskich, historię swojej pierwszej wpadki sprzed lat. Zapewniał, że akurat wtedy był absolutnie czysty. Uwierzyłem, bo przecież w dniu rozmowy nie miał już nic do stracenia. „Naprawdę niczego wtedy nie brałem. Myślałem: może ktoś mnie celowo naszprycował? Raczej chyba wziąłem niechcący środek przeznaczony dla kogoś innego. Wykryto u mnie metadionę, którą się przyjmuje w tabletkach. Pamiętam, że wtedy na zgrupowaniu co rano dostawaliśmy kubeczek z różnymi lekami, witaminami. Kubki niby były podpisane. Ale ktoś coś pomylił, a człowiek już nie patrzył, co bierze. Uznałem, że niechcący wychyliłem kubeczek przeznaczony nie dla mnie…”

Doping. Podnoszenie ciężarów

Kapustka nie wróci za rok z podkulonym ogonem

Bartosz kapustka w Leicester CityJeszcze nigdy tak wiele świetnych klubów nie wydało w jednym oknie transferowym tak wiele pieniędzy na tak wielu polskich piłkarzy. Za chwilę tylko za reprezentantów Polski pęknie okrągła setka milionów euro, a przecież kluby zmieniali i inni. Z szeroko otwartymi oczami obserwuję ten boom na Polaków, których dyrektorzy sportowi traktują niemal jak Pokemony – próbując wyłapać wszystkich. Te nie kończące się rekordy, najpierw sumy zapłaconej za polskiego piłkarza (Grzegorz Krychowiak), potem pobitej (Arkadiusz Milik), potem za piłkarza z Ekstraklasy (Bartosz Kapustka). Dopiero naszym najdroższym przewodził nieśmiertelnie Jerzy Dudek, aż tu nagle spadł dlatego poza podium.

Szokuje też do jakich klubów trafiają nasi. Nie chodzi mi o szacowne nazwy, ale aktualną pozycję w futbolu i aspiracje. Dotąd szczyciliśmy się, że mamy zawodników w drużynie mistrza i wicemistrza Bundesligi, teraz będziemy mieli swoich ludzi w ekipie mistrza Anglii i Francji oraz u wicemistrzów i w trzecich drużynach Włoch i Francji. Słowem jak już ktoś kupuje Polaka, to raczej z myślą o wzmocnieniu na Ligę Mistrzów niż walkę o utrzymanie.

Mnie najbardziej szokuje suma jaką Napoli zapłaciło za Arka Milika, a najbardziej cieszy transfer Bartka Kapustki do Leicester City. Oczywiście rozumiem skąd wzięło się te 32 mln – to znak czasów, bogactwa klubów, którym przelewa się dzięki prawom telewizyjnym i marketingowym. Skoro władze Napoli właśnie zainkasowały 90 mln euro za Gonzalo Higuaina, to Ajaks spokojnie mógł je zmusić do ustanowienia najwyższego transferu w historii klubu. Żadnego z oszlifowanych w Amsterdamie diamentów nie udało się sprzedać z większym zyskiem, ani Zlatana Ibrahimovica ani Luisa Suareza.

Kapustka zaś odchodzi do fantastycznie zarządzanego klubu, z kapitalną atmosferą i świetnymi kibicami i trenerem, który go naprawdę chce. To nie drużyna szejka czy oligarchy, który zażądał sprowadzenia młodej gwiazdki, bo przez chwilę zachwycił się nią na turnieju. Skauci Leicester obserwowali młodego Polaka jeszcze przed Euro.

Nikt tam nie zachłysnął się mistrzostwem Anglii, nikt nie orbituje z tego powodu, wszyscy twardo stąpają po ziemi. Trener Claudio Ranieri zapowiada, że przede wszystkim mierzy w zdobycie 40 punktów, które zapewnią „Lisom” utrzymanie, dopiero później będzie patrzył co dalej. Przed rozpoczęciem sezonu jego klub był przecież skazywany na spadek.

Leicester nie szasta pieniędzmi, choć byłoby go stać. Na sprowadzenie Kapustki i sześciu innych piłkarzy wydano niecałe 50 mln euro, czyli tyle ile giganci jak Manchester City, United czy Chelsea płacą za jednego zawodnika.

Przed rokiem klub szybko odpadł z obu krajowych pucharów i mogły skupić się na grze wyłącznie w Premier League. Mistrzowi Anglii nie wypada za szybko odpadać, a dochodzi jeszcze jeden prestiżowy front – Liga Mistrzów. Choć więc Ranieri nie lubił rotować składem i robił to wówczas kiedy naprawdę musiał, Kapustka dostanie wystarczająco dużo okazji, żeby się pokazać i nauczyć nowej ligi, kosmicznej w porównaniu z tą, którą zostawia. A do tego jeszcze w roli wprowadzającego wystąpi Marcin Wasilewski, który na boisku spędza może niewiele czasu, Ranieri dopiero co podkreślał jego wagę dla klubu, charyzmę i właśnie przedłużył z nim kontrakt.

Bartosz Kapustka i Marcin Wasilewski Tradycyjnie w przypadku transferu polskiego zawodnika do dobrego klubu w internecie pojawił się hejt i złośliwe wróżby, że „sobie nie poradzi”, „wróci za rok z podkulonym ogonem”, „jak Wolski albo Pawłowski”, „czeka go grzanie ławy”, „Ligę Mistrzów obejrzy sobie co najwyżej w TV” etc. Zresztą to samo czytałem na temat Milika. Przywoływano litanię nastolatków, którym się nie udało podbić świata.

Nie warto pochylać się na tymi, których uwiera każdy sukces rodaka ale przy okazji złośliwego „a kto to jest Kapustka, zagrał dobrze jedną rundę i jeden mecz w reprze?”, pojawiło się wartościowe pytanie czy Bartek nie powinien rozegrać jeszcze jednego sezonu w Ekstraklasie? Okrzepnąć, zmężnieć, po nagrodzie „objawieniem sezonu Ekstraklasy”, w następnym wywalczyć „najlepszego piłkarza sezonu” i dopiero odejść. Jak Robert Lewandowski, który mimo to potrzebował sezonu, żeby ogarnąć się w Borussii Dortmund.

Moim zdaniem, nie ma reguły. Jednym posłuży droga Lewego, innym Piotra Zielińskiego czy Krychowiaka, którzy umknęli z Polski mając po 16 lat. Czy Krystiana Bielika, który przedziera się do pierwszego składu Arsenalu. Wiele zależy od ligi, klubu, jego trenera i prezesa. Dawidowi Janczykowi przedwczesny wyjazd do Rosji zwichnął karierę. Ale Milik podniósł się po niepowodzeniach i rozczarowaniach, potrafił zrobić krok wstecz, żeby nabrać rozpędu.

Ale najwięcej od charakteru zawodnika. Kapustka ze swoim po prostu nie mógł odmówić Leicester City. Skoro ma poczucie, że poradziłby sobie wszędzie, niech próbuje. Lepiej coś zrobić i żałować, niż żałować przed całą karierę, że się czegoś nie zrobiło. To jest idealny moment i idealny klub. Cieszę się, że wreszcie doczekałem się w Premier League polskiego zawodnika z pola! Debiut Kapustki w Leicester

 

Rio 2016. Ślubowanie olimpijskie i klątwa chorążego

Chorąży Bielecki i prezydent Andrzej DudaFot. Samsung Galaxy S7 (Więcej o GalaxyS7)

Igrzyska w Rio de Janeiro już za dwa dni! Dla jednych z naszych sportowców liczy się sam udział w nich i już sam fakt kwalifikacji jest dla nich spełnieniem snów, innym marzy się najważniejszy podium w swojej karierach, a jak dobrze pójdzie może nawet… Mazurek Dąbrowskiego. A dla kilkorga z naszych inny kolor medalu niż złoty będzie rozczarowaniem. Wszyscy przed wylotem do Brazylii wzięli udział w pierwszym podniosłym akcie igrzysk – ślubowaniu olimpijczyka i uroczystym odbiorze. I to pod okiem Prezydenta Andrzeja Dudy. Byłem świadkiem ślubowania największej, ponad 130 osobowej grupy udającej się do Rio.

„W imieniu wszystkich zawodników ślubuję: respektować zasady obowiązujące w sporcie, przestrzegać zasad szlachetnej rywalizacji i zawsze postępować zgodnie z duchem fair play; wszystkie dążenia, umiejętności, talent i siły woli poświęcić osiągnięciu najlepszego wyniku sportowego bez żadnego dopingu” – w imieniu sportowców wyrecytował Tomasz Majewski, dla którego będą to czwarte igrzyska olimpijskie. Z dwóch ostatnich przywiózł złote medale. – Czy będzie kolejny? Chciałoby się, ale… rywale są mocni jak zawsze, a ja jestem słabszy. Szansa jest nikła, ale spróbuję powalczyć. Trzymam się w światowej czołówki, ale do najlepszej trójki trochę mi brakuje – przyznał szczerze po wszystkim.

Tomasz Majewski. W tle zdjęcie na którym gryzie swój złoty medal w Pekinie 2008

Wcześniej poznaliśmy nazwisko chorążego polskiej ekipy, który poniesie biało-czerwoną flagę podczas piątkowej ceremonii otwarcia igrzysk. Długo zwlekano z ogłoszeniem nazwiska. Podobno kilku czołowych sportowców odmówiło zaszczytu. Bądź z powodu męczącego zadania – ceremonia otwarcia to długie godziny oczekiwania na stojąco, często w upale, bądź z powodu „klątwy chorążego” – ostatnim chorążym reprezentacji Polski, który odniósł sukces podczas igrzysk był 24 lata temu Waldemar Legień, judoka, który zdobył złoty medal na igrzyskach w Barcelonie w 1992 roku. Kolejni zawodzili mimo sporych oczekiwań: w Atlancie w 1996 pływak Rafał Szukała, w Sydney w 2000 zapaśnik Andrzej Wroński, w 2004 w Atenach pływak Bartosz Kizierowski, w 2008 w Pekinie kajakarz Marek Twardowski, a cztery lata temu w Londynie Agnieszka Radwańska zakończyła turniej na 1. rundzie, mimo że parę tygodni wcześniej na tych samych na kortach Wimbledonu zaszła aż do finału.

Karol BieleckiKarol Bielecki nie chciał przed ślubowaniem puścić pary, że to on został Chorażym…

- Nie jestem przesądny. Nie wierzę w żadne historie z klątwą chorążego. Zresztą czas, żeby historia zatoczyła koło. To dla mnie niesamowite wyróżnienie. Chyba każdy jako dziecko marzył o czymś takim. Jestem dumny z tego, że spotka mnie ten zaszczyt. Ale do Brazylii jadę przede wszystkim jako sportowiec, którego celem jest zdobycie medalu. Ceremonia otwarcia jest do tego tylko dodatkiem. Ja przede wszystkim skupiam się na swojej pracy, podobnie jak cała nasza kadra – powiedział po ślubowaniu Bielecki.

Jako piersi na scenie zjawili się kolarze szosowi i torowi, którzy będą stanowić tam najliczniejsza ekipę w historii. Wśród nich największa nadzieja na indywidualny sukces – Rafał Majka oraz Maciej Bodnar, którzy dopiero co wrócili Tour de France (Michał Kwiatkowski i Michał Gołaś akurat startowali w wyścigu Clasica San Sebastian). Majka, zwycięzca górskiej klasyfikacji Tour de France żałował, że między zakończeniem Wielkiej Pętli, a startem w Rio są dwa tygodnie przerwy. - Najchętniej wystartowałby z marszu, choćby dziś. Nie czuję się faworytem, wolę rolę „czarnego konia. To będzie niesłychanie ciężki wyścig. Taki, jak najtrudniejsze etapy Tour de France. Nie sądzę, by ktoś przyjechał na metę z wielką przewagą, różnice będą małe – mówił.

Rafał MajkaI dodał, że nie będzie problemu z ustaleniem, kto jest liderem reprezentacji Michał Kwiatkowski czy on. - Pojedziemy na tego, kto będzie tego dnia najsilniejszy. Jeśli to nie będę ja – podporządkuję się, będę pracował na Michała. To cała drużyna będzie rozliczana z medalu – zadeklarował.  Spośród lekkoatletów największy wianuszek otoczył niezwykle ekspresyjną Ewę Swobodę, która niedawno została wicemistrzynią świata juniorów. 19-latka zadeklarowała, że zamierza w Rio pójść pod pomnik Jezusa Zbawiciela oraz… poopalać się na słynnej plaży Cocacabana, ma nawet specjalny strój. Oczywiście to nie jedyne jej cele podczas wyjazdu na igrzyska, zresztą posłuchajcie sami.


Nagrane Samsung Galaxy S7 (Więcej o GalaxyS7)

Na koniec ciekawostka. Klubem który wysyła do Rio najliczniejszą ekipę w olimpijskiej reprezentacji jest AZS AWF Warszawa: aż 11! Na zdjęciu z dwójką z nich – Joasią Jóźwik (800 m) i Emilią Ankiewicz (400 metrów przez płotki) oraz prezesem klubu, Maciejem Hartfilem.

Na koniec słowa Prezydenta Andrzeja Dudy, który celnie ujął to, co myśli chyba każdy z nas, kibiców: zazdrościmy patrząc na tych młodych ludzi, udających się na najważniejszą imprezę życia! „Gratuluję wam z całego serca wszystkim tych nominacji olimpijskich. Musi to być niesamowite przeżycie móc uczestniczyć w igrzyskach. Trochę zazdroszczę, że nie mogłem powiedzieć także: „ślubuję”. To musi być coś niesamowitego być takim zawodnikiem, trenerem, takiej jakości fizjoterapeutą, mechanikiem czy inną osobą współpracującą, aby wywalczyć nominację olimpijską, aby móc wziąć udział w tym największym święcie sportu jaki jest na świecie. Z całą pewnością to niewyobrażalny trud. Cierpienie, czasem ból i tylko czasem przychodzi sukces. Nie wszystkim jest on dany, ale państwu dany jest już w postaci, że jedziecie na igrzyska!”

Na koniec urocza płotkarka Karolina Kołeczek przed wyjazdem na swoje pierwsze igrzyska. Przyszyła mistrzyni ogląda w Centrum Olimpijskim zdjęcia mistrzów olimpijskich…Karolina KołeczekTrener Tałant Dujszebajew w otoczeniu swoich chłopaków…

Ekipa lekkoatletów, którym nominacje wręczyła Irena Szewińska (z prawej)…

… i uśmiech Ewy Swobody :) Fot. Samsung Galaxy S7 (Więcej o GalaxyS7)

Reguła 40, czyli powodzenia, sami wiecie kto, sami wiecie gdzie!

Rule 40Czy igrzyska w Rio de Janeiro przejdą do historii jako pierwsze, na których jakiś sportowiec straci medal nie z powodu dopingu ale za dopuszczenie się reklamy nieolimpijskiego sponsora? Albo bo jego nieoficjalny olimpijski partner pogratuluje mu sukcesu w social mediach, wykorzystując któreś z zabronionych przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski na czas igrzysk „zakazanych słówek” jak „medal”, „zwycięstwo”, „złoto”, „srebro”, „brąz”? To niestety niewykluczone.

Od poniedziałku znów obowiązuje artykuł 40 Karty Olimpijskiej, wprowadzony na igrzyska w Londynie w 2012 roku w reakcji na rozpanoszenie mediów społecznościowych. Zabrania m.in. składania podziękowań przez zawodników po sukcesie swoim nieolimpijskim sponsorom, a tym ostatnim publicznych gratulacji.

Już cztery lata temu wywołał burzę. Pamiętam m.in. zdjęcie amerykańskiej mistrzyni olimpijskiej w biegu na 100 m ppł z Pekinu, Dwan Harper z ustami zaklejonymi plastrem z napisem #Rule40. MKOl. obiecywał zmiany, ale jak się okazało na igrzyska w Rio jeszcze zaostrzył zasady. Tak bardzo, iż ciężko oprzeć się wrażeniu, że stojąc na straży swoich klejnotów marketingowych zmienił się w owładniętego obsesją Goluma, gotowego zabić każdego kto tylko tknie jego „skarbu”.

Dawn Harper Rule 40Pomijam fakt, że sponsor nieolimpijski, który chciałby wykorzystać wizerunek jakiegoś zawodnika, był zobligowany do przesłania MKOl wniosku z założeniami kampanii reklamowej aż 6 miesięcy przed rozpoczęciem okresu ochronnego (9 dni przed ceremonią otwarcia Igrzysk), czyli w styczniu gdy kompletnie nie było wiadomo kto się zakwalifikuje. Gorzej, że MKOl. zakazał by treść kampanii w jakikolwiek sposób nawiązywała do igrzysk.

Zrozumiałe jeszcze, że zakaz objął sformułowania w rodzaju: „igrzyska olimpijskie”, „olimpijski”, „Rio 2016”. Pal diabli, że także obowiązującą od 1913 roku dewizę igrzysk „citius, altius, fortius” (szybciej, wyżej, silniej). Ale na indeksie MKOl. znalazły się nawet „zwycięstwo”, „medal”, „złoto”, „srebro”, „brąz” oraz „wysiłek”, „występ”, „rywalizacja”, a nawet „lato 2016”. Dotyczy to nie tylko ewentualnych gratulacji. Na dołączonych ilustracjach co wolno, a czego nie: np. wyprzedaż sprzętu sportowego pod hasłem „lato 2016” jest niedopuszczalna. Podobnie jak użycie logo olimpijskiego z ułożonych w odpowiednim układzie… owoców, gdyby jakiś spryciarz wpadł na taki pomysł.

Rule 40Reklamodawcom nieolimpijskim nie wolno także życzyć „Good luck!” (powodzenia!) ani pisać „We support you!” (jesteśmy z tobą!). Mało tego, gdyby jakaś zrezygnowana firma sięgnęła po byłego olimpijczyka, wolno jej użyć słowa np. „dwukrotny olimpijczyk”, ale w reklamie muszą się znaleźć przynajmniej dwa inne osiągnięcia.

Reguła 40 wygasa dopiero 24 sierpnia, czyli trzy dni po ceremonii zamknięcia igrzysk w Rio, żeby komuś nie przyszły do głowy zbyt prędkie gratulacje, „podczepiając” się w ten sposób bezprawnie pod sukces olimpijski. Jest dwustronna, dotyczy zarówno sportowców, trenerów, działaczy jak i sponsorów.

Słowem firma X, która przez lata wspiera zawodnika Y w karierze, umożliwia starty w szeregu zawodów, np. sponsorując wyjazdy, zostaje od niego „odcięta” gdy tylko dzięki jej pomocy zakwalifikuje się na najważniejszą sportową imprezę świata. Mało tego, musi się wręcz zachowywać tak jakby żadne igrzyska wcale się właśnie nie odbywały!

To nie tylko niesprawiedliwe, ale i demotywujące firmy do zaangażowania w sponsoring sportowy. Nie każdą stać na to, żeby zostać partnerem MKOl. czy nadal będą chciały wspierać sportowca na „małą skalę”? Czy nie wystarczy, że zawodnik zamiast w stroju dostawcy sprzętu, z którym ma kontrakt indywidualny wystąpi w reprezentacyjnym, z logo partnera MKOl. Jego prywatny sponsor nie może mu nawet życzyć szczęścia lub pogratulować?

Za złamanie Reguły 40 grożą dotkliwe kary finansowe z odebraniem akredytacji (czyli uniemożliwienie startu) lub medali włącznie. Jak w przypadku paragrafu 22 jest oczywiście od niej odstępstwo. Na użycie zabronionych słów można otrzymać specjalnie zezwolenie, o ile… zapłaci się odpowiednią stawkę. Czyli trzeba być partnerem MKOl. choć troszkę.

Rule 40Sportowcy – jak przed czterema laty – reagują oburzeniem lub śmiechem. Brytyjska siedmioboistka, Kelly Sotherton skomentowała, że MKOl. bardziej przykłada się do karania zawodników za naruszenie obostrzeń sponsoringowych niż za doping. Z kolei dyskobolka Jade Lally wrzuciła na Twittera zdjęcie kartki z wieloma życzeniami powodzenia, pisząc: „Wspaniałe! To z okazji tej rzeczy, którą będę robić latem w Ameryce Południowej” opatrując wpis hasztagiem #rule40.

Rekordzistka USA w biegu przez płotki, Emma Coburn zdążyła zatwittować: „Od jutra obowiązuje #Rule40, nie będę więc mogła dziękować mojemu sponsorowi. Dzięki za wszystko @NewBalance”. Podobnie zrobiła kanadyjska biegaczka na 1500 m, Nicole Sifuentes, dziękując póki można firmie Saucony za siedmioletnie wsparcie.

Walkę z paragrafem 40 można śledzić na stronie rule40.com. Któryś z koncernów wysłał na ulice amerykańskich miast furgonetki, z wymalowanymi na bokach hasłami w rodzaju: „Drodzy atleci, gdybyśmy mogli życzylibyśmy wam szczęścia z imienia, ale to zbyt ryzykowne, żeby wspomnieć nawet nasze własne” albo „powodzenia, sami wiecie kto, robiąc sami wiecie co, sami wiecie gdzie”.

Oczywiście rozumiem wymogi czasów i globalnej komercjalizacji, nie marzy mi się powrót do idei olimpizmu Barona Pierre de Coubertina, gdy liczył się sam udział w igrzyskach. Wiem, że nie ma na to najmniejszych szans. Skoro igrzyska w Londynie w 2012 roku z praw marketingowych wg Bloomberga przyniosły MKOl. 1,1 miliarda dolarów zysku, to pragnie on dopieszczać swoich oficjalnych sponsorów, ale gdzieś są granice absurdu.

Rule 40

Ratujmy Euro!

Euro 2016O ile patrząc z perspektywy Polski Euro 2016 będziemy wspominać bardzo pozytywnie – chłopaki Nawałki zaszli aż do ćwierćfinału, przekreślając feralną passę meczów na wielkich turniejach „o zwycięstwo, o wszystko, o honor”, stracili we Francji tylko dwa gole, ani przez minutę nie przegrywali i odpadli dopiero z przyszłym mistrzem Europy – o tyle z perspektywy fana wielkiego futbolu ciężko o pozytywne wspomnienia.

Rozdęty do 24 drużyn turniej okazał się niestety nudny. Poziom spotkań w porównaniu do minionych mistrzostw Europy wyraźnie opadł. Szczególnie boleśnie w porównaniu z ostatnim mundialem w Brazylii, który tak zachwycił nas jakością rywalizacji już na etapie rundy grupowej. A przecież Euro zawsze górowało poziomem na mistrzostwami świata. Gdybym miał przywołać z pamięci najlepsze mecze jakie widziałem na wielkich turniejach, pewnie większość z nich pochodziłaby z mistrzostw Europy: mój nr 1 to Holandia – Czechy (2:3) na Euro 2004, ale i Portugalia – Anglia (2:2) na tym samym turnieju, Hiszpania – Jugosławia (4:3), Portugalia – Anglia (3:2) i Francja – Portugalia (2:1) na Euro 2000, Czechy – Włochy (2:1) na Euro ’96, Holandia – Rosja (1:3) na Euro 2008 czy wreszcie Dania – Holandia (2:2) na Euro ’92 czy finał Dania – Niemcy (2:0).

Z Euro 2016 oprócz emocjonalnych dla nas meczów Polaków zapamiętamy pewnie dramatyczny finał z kontuzją Cristiano Ronaldo, dramatyczną serię karnych po półfinale Niemcy – Włochy oraz porażkę Anglików z dzielnymi Islandczykami ale wszystkie akurat nie za wybitny poziom futbolu. Tak naprawdę jedynym porywającym meczem był ćwierćfinał Hiszpania – Włochy, w którym ci ostatni wyeliminowali z turnieju dwukrotnych mistrzów Europy. Wygrali 2:0, ale gdyby nie bramkarze mecz mógłby skończyć się wynikiem 5:4.

Jednym ze skutków spadku poziomu turnieju jest niemożność wyboru Najlepszego Zawodnika Euro 2016. Ja przynajmniej nie jestem w stanie go wskazać. Co innego z „jedenastką turnieju”. Tę łatwo wybrać i kierując się różnymi statystykami oraz odczuciami umieszczam w niej Kamila Glika, Michała Pazdana i Łukasza Fabiańskiego. Od pasa w górę jest już jednak problem. Pewnie powinni się w niej znaleźć Gareth Bale i Aaron Ramsay za półfinał Walii, Cristiano Ronaldo, ale głównie za to, że okazał się prawdziwym liderem, pod względem piłkarskim nie błyszczał oraz Dimitri Payet i Antoine Griezmann. Żaden z nich nie pasuje mi jednak na Zawodnika Turnieju. Został nim Griezmann, który wszak zawiódł w dwóch najważniejszych dla swej drużyny meczach: otwarcia z Rumunią oraz w finale. Tytuł przyznano mu chyba tylko z półfinał z Niemcami.

Euro 2016. PepeParadoksalnie Najlepszym Zawodnikiem Euro 2016 powinien zostać Pepe, który raz, że grał świetnie, czysto i doskonale dyrygował defensywą Portugalii. A po drugie byłoby to symboliczne ukoronowanie defensywnego turnieju, którego naczelną zasadą w większości spotkań było: „po pierwsze nie przegrać, po pierwsze na zero z tyłu!”

Właśnie takie podejście wymusiła zmiana przez UEFA formatu turnieju. Rozszerzenie grona uczestników do 24 sprawiło, że przyjechało wiele ekip z niewielkimi atutami w ofensywie, skoncentrowały się więc na defensywie i destrukcji. Tę defensywną determinację trenerów podsyciła dodatkowo zasada, że awans może wywalczyć nawet trzecia drużyna w tabeli, co stało się m.in. udziałem Portugalii. Starali się więc przede wszystkim zminimalizować ryzyko porażki.

Na poprzednich turniejach z meczami w grupie bywało różnie, ale w następujących po mnich ćwierćfinałach mieliśmy już hity na wysokim poziomie. Tu i tak zmęczeni sezonem piłkarze musieli jeszcze przebrnąć przez 1/8 finału. Stąd tak wiele kiepskich, nudnych spotkań i tak mało goli.

Zgadzam się więc w pełni z Tomaszem Frankowskim, który na lamach „Przeglądu” zaapelował o powrót do turnieju z 16 drużynami. W podobnym tonie wypowiedzieli się m.in. trener Niemców Joachim Loew i obrońca mistrzów świata, Mats Hummels, którzy narzekali że „bardzo dużo zespołów nie chciało atakować i skupiało się wyłącznie na grze w defensywie oraz ustawieniu drużyny za linią piłki”.

Były mistrz świata i Europy, Paul Breitner obwinił o wszystko pazerność UEFA, która „podąża śladem FIFA i patrzy przede wszystkim na pieniądze. 24 drużyny to najgorszy format mistrzostw”. O powrót do „szesnastki” zaapelował też były piłkarz i trener reprezentacji Austrii, Josef Hickersberger narzekając na zbyt wiele meczów jest za dużo i za długi o tydzień turniej. „Fakt, że Portugalia zaszła aż do półfinału bez zwycięstwa w 90 minutach najlepiej świadczy o poziomie Euro. Musi zostać przywrócony dawny format”.

Przyłączam się do tych apeli, choć wiem, że są skazane na porażkę. UEFA jest nowym formatem zachwycona. Sprawił, że zyski z organizacji turnieju w porównaniu do Euro 2012 wzrosły aż o 34 procent i wyniosły 830 mln. W tej sytuacji nikt nie zrobi kroku wstecz. Ba, sekretarz generalny UEFA, Theodore Theodoridis, który zresztą planuje ubiegać się o posadę prezydenta, zdradził wręcz, że w 2024 roku liczba drużyn może zostać zwiększona do 32.

Czy wówczas do 1/8 finału zostanie dodane jeszcze 1/16, a turniej wydłuży się o kolejny tydzień? To oraz rozproszenie w 2020 roku turnieju po całej Europie, co odbierze mu wyjątkowy, narodowy charakter i koloryt grozi upadkiem prestiżu tych wspaniałych rozgrywek, wymyślonych przez Henriego Delaunaya i jeszcze bardziej obniży jego poziom sportowy. Ktoś powinien zatrzymać to szaleństwo. Niestety patrząc na to, że mundial za chwilę zostanie rozbuchany do 40 drużyn, widać że trend jest zupełnie inny. Portugal

Tour de Pologne na wyciągnięcie ręki



Nagrane Galaxy S7

Zawsze chciałem zobaczyć z bliska wyścig Tour de Pologne, największą kolarską imprezę w Polsce, która dzięki zapałowi dyrektora Czesława Langa urosła już do rangi „czwartego Wielkiego Szlema” obok Tour de France, Giro d’Italia i hiszpańskiej Vuelty. Nie bez przyczyny TdP aż pięciokrotnie otrzymał tytuł „Najlepszej Imprezy Sportowej Roku” w Polsce w Plebiscycie Przeglądu Sportowego (1995, 1996, 2004, 2008 i 2011). Dotąd zawsze się mijaliśmy. Albo byłem na wakacjach, albo (co dwa lata) na wielkim turnieju piłkarskim. Tym razem jednak z powodu Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro wyścig przesunięto na tuż po Euro 2016. Mogłem nie tylko zobaczyć z bliska, ale wręcz wjechać w sam środek!

Czesław LangTegoroczna 73. edycja to blisko 1200 kilometrów do pokonania na trasie 7 etapów i 25 ekip. Odbywa się pod hasłem „Szlakiem historii” stąd start w Radzyminie, miejscu słynnej bitwy z czasów wojny polsko-bolszewickiej z 1920 roku. Pierwszy etap liczył zaledwie 135 km i bardzo szybko przeniósł się do mojej Warszawy, w której rozegrano 8 rund po 13,8 km każda. Peleton przemierzał ulice, po których chodzę niemal co dzień – Aleje Ujazdowskie, Plac Trzech Krzyży, Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście, Plac Teatralny gdzie wyznaczono metę. Nigdy jednak nie prułem tymi ulicami w takim tempie i często pod prąd co we wtorek w oficjalnym samochodzie Tour de Pologne, a policjanci tylko zachęcali mnie do szybszej jazdy, bo peleton nadciągał tuż za moimi plecami.



Nagrane Galaxy S7

Podczas gdy cała Warszawa zaległa w korkach – wiem, że to uciążliwe, zwłaszcza że dopiero miasto sparaliżował nam szczyt NATO, ale należy docenić prestiż. Monte-Carlo, Toronto czy Kuala Lumpur paraliżują wyścigi Formuły 1, największe miasta świata prestiżowe maratony i wyścigi kolarskie. Żadne nie dałyby ich sobie odebrać – my mknęliśmy oficjalnym wozem wyścigu jak królowie. W dodatku słuchając w radiu wyścigu oficjalnych komunikatów, że teraz trzeba zwolnić albo przyśpieszyć, bo ucieczka zwiększyła przewagę do trzech minut itd

Nie ukrywam, że miło było przemknąć pierwszy raz w życiu Agrykolą, zamkniętą zabytkową ulicą, dzielącą Łazienki Królewskie od Agrykoli. Nawet słynny trener 1000-lecia Kazimierz Górski musiał tu kiedyś zapłacić mandat!



Nagrane Galaxy S7

Niestety nie dopisała pogoda. Kropił deszczyk. On oraz środek tygodnia i wakacji sprawiły, że na trasie tłumów nie było, co najwyżej ciekawscy, którzy opuścili biura i miejsca pracy. Ale na Placu Teatralnym był już spory tłumek. Wielu chciało wykorzystać okazję obejrzenia na żywo Michała Kwiatkowskiego, mistrza świata z 2014 roku z ekipy Sky, który jak sam mówi po ostatnich treningach w Karkonoszach jest w wysokiej formie. Takiej, która pozwoli mu powalczyć o medal podczas igrzysk w Rio. „Kwiatek” był bardzo bliski zwycięstwa w Tour de Pologne w 2012 roku. Przed rokiem zszedł z trasy w Bukowinie Tatrzańskiej z powodu zatrucia pokarmowego. Marzy mu się wygrana. Podczas pierwszego etapu zainicjował akcję wspólnie z Phillipem Gilbertem, ruszając do ataku na podjeździe po kostce brukowej na Karowej. Jednak bez powodzenia i ostatecznie zajął ósme miejsce. Tour de Pologne w deszczuStarałem się z całych sił zwyciężyć, ale myślę, że Martinelli wygrał zasłużenie. W tym układzie zawodników nie byłem w stanie skutecznie powalczyć na finiszu. Nadal nie mogę też powiedzieć, na co dokładnie mnie stać w wyścigu. Ten pierwszy etap pojechałem bardziej siłą woli i motywacją niż nogami. Po prostu bardzo zależało mi na tym, żeby pokazać się przed polską publicznością. Dobrze, że popadało tylko trochę, bo na trasie było mnóstwo niebezpiecznych zakrętów i kolarzom mogło być naprawdę trudno ukończyć ten etap” powiedział za metą.



Nagrane Galaxy S7

A wygrał niespodziewanie mało znany, 23-letni Włoch Davide Martinelli z Etixx QuickStep, który dopiero od tego sezonu jest zawodowcem i zazwyczaj w pracuje dla innych, lepszych kolegów. W ciasnym finiszu, z 500 metrów przed metą wyskoczył z grupy kolarzy. Wygrany etap Tour de Pologne to największy sukces w jego krótkiej karierze i to on jako pierwszy założył żółtą koszulkę lidera.

MartinelliNajwiększe wrażenie zrobiła na mnie sprawność organizacji TdP. Ktoś w nocy rozstawił 20 kilometrów barierek zabezpieczających wzdłuż warszawskich ulic, ktoś napompował i rozstawił setki sponsorskich balonów i łuków nad trasą, oraz miasteczko na mecie z biurem prasowym i krytymi dachem salonikami dla gości, przeszklonymi, żeby dobrze było widać trasę zmagań. A po finiszu wszystko to zebrał i zawiózł do Tarnowskich Gór i Katowic, żeby następnego dnia czekało na peleton na 2. etapie wyścigu. Jak opowiada dyrektor marketingu firmy Lang Team Adam Siluta, ekipa demontuje wszystko natychmiast po zakończonym etapie, by jak najszybciej rozładować sparaliżowane miasto i szybko mknie 22 tirami do następnego. Rozstawianie od nowa barierek oraz scenografii, w tym podium zaczyna się o 4. rano. Organizatorzy śpią więc podczas TdP góra po trzy-cztery godziny. Ale też dlatego efekt jest tak zachwycający!

Tour de Pologne: meta w Warszawie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeszcze o Nawałce: pierwszy który musiał zostać

Adam Nawałka i Zbigniew BoniekBardzo się cieszę, że PZPN tak szybko przedłużył kontrakt z Adamem Nawałką, ucinając wszelkie spekulacje i ewentualne zakusy obcych federacji. I tych, które nie zdążyły jeszcze zrobić remanentu po kiepskim występie na Euro lub katastrofalnych eliminacjach i tych bogatych, zwłaszcza z krajów arabskich, działających pod wpływem chwilowej emocji, za to potrafiących złożyć propozycję nie do odrzucenia. Nawałka jest bodaj pierwszym polskim selekcjonerem w XXI wieku, którego zwolnienia po wielkim turnieju nikt nawet nie zasugerował. Nawet Leo Beenhakker po udanych historycznym awansie do mistrzów Europy, ale kiepskim turnieju miał już sporo przeciwników.

Że Nawałka musi zostać stało się oczywiste po drugim meczu grupowym, którym przerwaliśmy przeklętą passę meczów „o zwycięstwo, o wszystko i o honor”, zapewniając sobie na 99 procent awans do 1/8 finału. Nie tylko z powodu gołego wyniku z Niemcami. Polacy rozegrali z mistrzami świata najlepsze spotkanie z trzech ostatnich konfrontacji. Stało się jasne, że drużyna Nawałki nie tylko nie zatraciła wszystkich cnót z eliminacji, ale zrobiła znaczny postęp. A selekcjoner dowiódł, że jest jeszcze lepszym strategiem niż sądziliśmy. Potwierdziły to kolejne mecze. Znów wszystkie jego wybory personalne okazały się trafione i nie do zakwestionowania na żadnej pozycji. Udało mu się dokonać takich „odkryć” jak Bartosz Kapustka, Michał Pazdan czy Artur Jędrzejczyk. Idealnie wypalił plan na turniej, obejmujący niemal każdą godzinę od zgrupowania w Arłamowie: treningi, regeneracja, odpoczynek psychiczny w tym spotkania piłkarzy z rodzinami, obowiązki medialne itd. Nasi piłkarze wreszcie nie odstawali od rywali fizycznie na wielkim turnieju.

Największym sukcesem Nawałki było moim zdaniem to, co teraz – zresztą bardzo delikatnie – zaczynają mu wypominać niektórzy komentatorzy, a najostrzej chyba stacja ESPN: żelaznej konsekwencji w trzymaniu się strategi. Postawienie na kontrolowanie meczu, obronę całym zespołem, szybkiego przechodzenia do kontrataku, ale i konsekwentnej atakiem pozycyjnym. Zaowocowało to awansem aż do ćwierćfinału, stratą tylko dwóch goli na całym turnieju i faktem, że Polacy na Euro 2016 ani przez chwilę nie przegrywali. Ale też i brakiem „walijskiego szaleństwa” w końcówkach, które skazały nas na serię karnych ze Szwajcarią i Portugalią.

Tę konsekwencję i minimalizację ryzyka ESPN określił pasywnością. „Być może Kuba Błaszczykowski nie zmarnowałby jedenastki, gdyby Nawałka nie był tak pasywny. Trener Polaków nie chciał niczego zmieniać. Pierwszą zmianę ze Szwajcarią zrobił w 101. minucie, z Portugalią w 82. W obydwu spotkaniach zrobił tylko dwie zmiany. Wydawał się czekać na karne. To niebezpieczne. Zadziałało raz, ale dwa razy już nie” – podsumował ESPN, umieszczając naszego selekcjonera w kuriozalnym gronie czterech trenerów, którzy na Euro 2016 popełnili największe błędy: Roy’a Hodgson (Anglicy zarzucili mu największe upokorzenie od 1950 roku), Hiszpana Vicente del Bosque oraz Belga Marka Wilmotsa (czyżby wg ESPN lepi okazali się Rosjanin Leonid Słucki, Turek Fatih Terim czy Rumun Anghel Iordanescu, których drużyny nie wyszły z grupy?)

Pamiętajmy jednak, że „walijskie szaleństwo”, czyli postawienie wszystkiego na jedną kartę mogło się skończyć równie dobrze katastrofą. Poza tym wychodzę z założenia, że Nawałka najlepiej wiedział jakich zmienników ma na ławce i co mogą oni dać drużynie wchodząc w końcówce. A z powodu kontuzji brakowało na niej i Macieja Rybusa i Pawła Wszołka.

Jeszcze bardziej kuriozalne wydają mi się zarzuty do selekcjonera, że Robert Lewandowski nie strzelał goli z taką regularnością jak w eliminacjach czy Bundeslidze. Pewnie, że ucieszyłbym się gdyby Lewy strzelił Ukrainie pięć goli w dziewięć minut jak Wolfsburgowi. Ale wolałem oglądać go jak w każdym meczu haruje dla drużyny, cofa po piłkę, rozgrywa, odbiera i podaje niż gdyby machał z rezygnacją rękami, że nie dostaje piłek w polu karnym i nie może przyłożyć do nich nogi, jak to drzewiej bywało w reprezentacji. Wielkie uznanie dla Nawałki za sprawienie, że Lewandowski w każdym meczu grał jak prawdziwy lider, myślący wyłącznie o drużynie, nie własnych osiągnięciach. Świat to zauważył i docenił.

Identycznie jak w przypadku Arkadiusza Milika, najlepszym strzelecem Ajaksu Amsterdam od czasu Luisa Suareza, który skończył turniej z jednym golem i asystą, ale zachwycał grą defensywną. Nasi kibice zapamiętają z Euro 2016 głównie jego nieskuteczność – acz irytację wyrażali bez hejtu, raczej z sympatią, której efektem były zabawne memy jak ten, w którym skazaniec przed plutonem egzekucyjnym w ostatniej prośbie żąda, żeby strzelał Milik.

To jednak nie przypadek, że dziś starają się wyciągnąć go z Ajaksu czołowe włoskie kluby jak Juventus Turyn (okładka „Corierre dello Sport” że miałby ewentualnie zastąpić Alvaro Moratę), Napoli (szuka następcy dla Gonzalo Higuaina), AS Roma (jeśli odejdzie Edin Dżeko) czy AC Milan (jeśli straci Carlosa Baccę). Włosi docenili to jak łatwo dochodził do sytuacji strzeleckich, jednocześnie harując jak wół w destrukcji w pomocy, jak wtedy kiedy odcinał od piłek Granita Xhakę.

Toteż Euro 2016 jeszcze się nie skończyło, a ja już nie mogę doczekać się sierpniowego zgrupowania przed pierwszym meczem eliminacji MŚ 2018 z Kazachstanem. Nawałka nie czeka. Dzień po przedłużeniu kontraktu zabrał się za szukanie boiska ze sztuczną nawierzchnią, bo na takiej będziemy grali w Astanie…

 

Michał Pazdan

Dlaczego Adam Nawałka to cudotwórca

Adam NawałkaNajpierw przełamał polską niemoc piłkarską, potem zaszachował trenera mistrzów świata, wreszcie doszedł z drużyną do ćwierćfinału Euro 2016. Ze Szwajcarią w loterii rzutów karnych nam się powiodło, z Portugalią już nie. Ale w niczym nie umniejsza to ani sukcesu polskich piłkarzy, ani ani trenera Adama Nawałki. Polska odpadła, ale w całym turnieju nie przegrała żadnego meczu. Nawałka cudotwórca?  

No jak nie cudotwórca, jak czego się nie dotknie, to zmienia w złoto! Nie ma feralnej passy, której nie zdołałby złamać. Reprezentacja Polski nigdy nie wygrała meczu na mistrzostwach Europy! Bach, jest zwycięstwo już w pierwszym spotkaniu z Irlandią Pn, której nota bene Polacy przerwali passę 12 meczów bez porażki! Rywal, który w eliminacjach stracił najmniej goli, został kompletnie zdominowany.

Reprezentacja Polski nigdy wygrała z Niemcami, nawet te słynne Kazimierza Górskiego czy Antoniego Piechniczka? Proszę bardzo jest historyczne zwycięstwo na Stadionie Narodowym w aktualnymi mistrzami świata! W tamtym wygranym spotkaniu Niemcy oddali na Polską bramkę ponad 20 strzałów, uratowała nas heroiczna postawa Wojtka Szczęsnego w bramce. W bezbramkowym remisie na Stade de France na Euro 2016 już tylko dwa, a najlepszym Piłkarzem Meczu został wybrany ich obrońca, Jerome Boateng, co dobitnie świadczy jak wielki postęp zrobiła drużyn Nawałki.

Reprezentacja Polski nigdy nie wyszła na mistrzostwach Europy z grupy? Ciach, awans zapewniliśmy sobie już po drugim meczu, przerywając feralną triadę meczów na wielkich turniejach „o zwycięstwo, o wszystko i już tylko o honor”. „O honor” tym razem zagrali z Polską nasi ostatni grupowi rywale, Ukraińcy. Ci sami, którzy w eliminacjach do mundialu w Brazylii pokonała Polskę na Stadionie Narodowym 3:1, prowadząc dwoma bramkami po siedmiu minutach. Na Stade Velodrome przegrała z Polską, mimo że grała lepiej. Przesądziła świetna organizacja i determinacja w obronie. Polacy w rundzie grupowej nie dali sobie zresztą wbić ani jednego gola. Charakter dobrej drużyny poznaje się po tym, że wygrywa nawet wówczas gdy ma gorszy dzień, jak wówczas w Marsylii.

Synkowie pułku

Cudowny dotyk Nawałki widać było w każdym meczu. Co postawił na jakiegoś piłkarza, choćby i z prowincjonalnej piłkarsko ekstraklasy, ten nie tylko się sprawdzał, grał wręcz mecz życia! My dziennikarze sportowi dawno przestaliśmy się dziwić powołaniom i kwestionować ich racjonalność. Przyzwyczailiśmy się, że „Nawałka wie lepiej”, za każdym razem wychodziło na jego!

Kogo postawić na środku obrony obok jej filaru, Kamila Glika w otwarcia Euro z Irlandią Pn i z faworytami turnieju, Niemcami? Michała Pazdana z Legii? Ależ on skompromitował się z Termaliką Nieciecza, gdzie mistrzowie Polski stracili trzy gole! Nigdy nie grał przeciwko piłkarzom klasy Thomasa Muellera, Mesuta Oezila czy Mario Goetze. Ten ostatni strzelił gola Argentynie w finale mistrzostw świata, przecież Pazdana wkręci w ziemię po trzykroć!

Nawałka wiedział lepiej. Pazdan grał jak profesor, nie przepuścił żadnej piłki, ani żadnego rywala. Niemcy nawet nie próbowali prowadzić akcji jego stroną boiska. Z Ukrainą zablokował kluczowy strzał własnym ciałem. „Chiński Mur”, „Stoperan”, „Minister Obrony Narodowej” – okrzyknęli kibice w memach, a czołowe media świata umieściły w „11” rundy grupowej Euro 2016.

Kim zastąpić Kamila Grosickiego, serce, płuca i duszę reprezentacji, który skręcił kostkę i nie może zagrać z Irlandią Pn? Nawałka wystawia… 19-letniego Bartka Kapustkę, z mizernym doświadczeniem ligowym. To jedyny nastolatek na całym Euro, który zaczął mecz w pierwszym składzie (po raz drugi z Ukrainą). Nastoletnimi objawieniami turnieju mieli być Francuz Antony Martial z Manchesteru United, jego klubowy kolega, Anglik Marcus Rashford, Kingsley Coman z Bayernu Monachium, ale jest Kapustka. Pochwały na jego temat i wróżby świetlanej przyszłości tweetowali wielcy przed laty piłkarze, a dziś telewizyjni eksperci Gary Lineker i Rio Ferdinand.

A przecież takich odkryć Nawałki, „synków” – jak sam siebie nazywa Arkadiusz Milik jest w drużynie więcej, część przewinęło się w eliminacjach. Oprócz wspomnianego napastnika Ajaksu Amsterdam, z którym Nawałka współpracował w Górniku Zabrze, Krzysztof Mączyński, ściągnięty do kadry z ligi chińskiej, dziś kolejny zawodnik ekstraklasy grający na Euro jak rutyniarz. Czy Artur Jędrzejczyk, grający z konieczności na lewej obronie, gdy kontuzji doznał Maciej Rybus, którego Nawałka przesunął tam z pomocy.

Spełniona obietnica

Pamiętam grudniową rozmowę z Nawałką podczas Wigilii PZPN w Hotelu Victoria. Kapituła Plebiscytu „Przeglądu Sportowego” i TVP postanowiła przyznać mu tytuł Trenera Roku 2015, on wzdragał się go przyjąć. Tłumaczył, że za rok to bardzo chętnie, z wielką radością, bo musiałoby to oznaczać dobry występ na Euro 2016. Ale teraz, zaledwie za udane eliminacje nie ma poczucia, że sobie zasłużył. Że to dopiero początek wielkiej przygody, a drużyna jest cały czas w budowie i nie jest skończonym projektem. I niczego jeszcze nie osiągnęła, na razie spełniła obowiązek. Wreszcie, że ma już zaplanowany wyjazd do swych ukochanych Włoch…

Przekonywałem, że to nagroda bynajmniej nie za sam awans, ani nawet za historyczne zwycięstwo z Niemcami, aktualnymi mistrzami świata. To nagroda za to, jak zmienił postrzeganie kadry. Rozniecił wręcz modę na kibicowanie „biało-czerwonym”. Przecież jeszcze niedawno fani wygwizdywali z trybun własny zespół i jej kapitana, Roberta Lewandowskiego. Teraz na punkcie drużyny oszalała nie tylko cała piłkarska Polska, ale także ludzie, którzy na co dzień nie interesują się futbolem.

Za to, że sprawił iż zawodnicy znów chcą „umierać” na boisku za kadrę, nawet w spotkaniach towarzyskich. Że jeden za drugiego wskoczyłby w ogień. Że wreszcie znów zjeżdżają na zgrupowania z radością a nie jak na ścięcie i odcinają się od świata w swoich pokojach. Że zawsze grają do końca i wreszcie to oni strzelają gole w doliczonym czasie, a nie tracą, jak w ostatnich latach.

Że symbolem tej drużyny jest właśnie bramka Lewandowskiego ze Szkocją, która przypieczętowała nasz awans. Wepchnięta do siatki w ostatnich minutach spotkania w Glasgow dzięki heroicznemu wysiłkowi wszystkich zawodników, przez swą największą gwiazdę, która w karze Nawałki wreszcie grała na tym samym poziomie co w Bayernie Monachium czy wcześniej w Borussii Dortmund. Tym samym selekcjoner spełnił obietnicę daną „Przeglądowi Sportowemu” w wywiadzie tu w Hotelu Victoria, w dniu objęcia reprezentacji, a my wybiliśmy ją wtedy na pierwszej stronie: „Mam pomysł na Lewandowskiego”. Nie kłamał. Lewandowski z 13 bramkami został „królem strzelców” eliminacji.

Pot, krew i łzy

Nie była to jedyna spełniona obietnica z tamtego wywiadu. Dziś widać, że Nawałka od początku dokładnie wiedział jaką chce mieć drużynę i plan na nią. W długim, wzniosłym monologu zapowiadał, że zamierza stworzyć grupę piłkarzy gotowych do wielkich poświęceń. Takich, którym do ostatniego gwizdka nie przejdzie przez myśl, że stracili szanse na zwycięstwo. Chce widzieć pot, krew i łzy. „Nie wyobrażam sobie innego podejścia reprezentanta. To musi być zarówno obowiązek, jak i szalona satysfakcja, radość z tego, że gra się dla Polski. Ma napędzać i dawać energetycznego kopa” mówił. A Polacy tak grali w eliminacjach i na Euro 2016 z Irlandią Pn, Niemcami, Ukrainą i Szwajcarią.

Zapowiadał niespodzianki w składzie i dostaliśmy niespodzianek aż nadto. Zapowiadał, że będziemy zaskoczeni powołaniami dla zawodników z polskich klubów i byliśmy. Najbardziej chyba powołaniem na mecz z Niemcami Sebastiana Mili, który powoli szykował się do emerytury, a trener Śląska Wrocław zarzucał mu nadwagę. Po telefonie od Nawałki, że jest w kręgu zainteresowań, wziął się za siebie, co skończyło się golem w meczu z Niemcami. Na Euro 2016 Mila do kadry już się nie załapał, ale pojechał w roli korespondenta „Przeglądu Sportowego” i Onetu, robiąc m.in. kapitalne wywiady z Lewandowski, Grosickim czy Kamilem Glikiem.

Obiecywał Nawałka, że będzie jeździć po Europie i odwiedzać potencjalnych kadrowiczów i podróżował jak globrtoter, czego delikatnie mówiąc nie byli zwolennikami jego poprzednicy, ani Fornalik, ani Franciszek Smuda. Za każdym razem podejmował rozmowy o piłkarzu z jego trenerem, co zaowocowało zmianami pozycji Rybusa w Tereku Grozny czy Pawła Wszołka w Weronie.

Zapowiedział integrację drużyny i zakończenie wszystkich sporów i dziś jej integralną częścią czuje się nawet Kuba Błaszczykowski, mimo bolesnej utraty opaski. Dziś już nikt nie zamyka się w pokoju, schodząc tylko na treningi i posiłki jak poprzednio. Że piłkarze po prostu lubią ze sobą przebywać widać na wideo tworzonych przez należący do PZPN portal Łączy nas Piłka. Hasło, które znalazło się na autobusie Polaków we Francji jest prawdziwe, co doceniają zachodnie media, przeciwstawiając atmosferę w polskiej kadrze np. Portugalczykom czy Chorwatom.

Reprezentanci nie muszą się kochać. Wiem, że to niemożliwe i nikogo nie będę zmuszał. To, że jeden przyjaźni się z drugim, a obok jest grupa innych chłopaków, którzy świetnie się rozumieją, nie ma znaczenia. Oni przede wszystkim muszą się szanować, zdawać sobie sprawę, w jakim miejscu się spotkali. To jest reprezentacja Polski” – mówił Nawałka i dziś takie podejście jest w jego kadrze normą.

Konsekwencja pracoholika

Udało mi się przekonać Nawałkę i ostatecznie pojawił się na Balu Mistrzów Sportu zamiast pojechać do Italii, której od lat jest wielkim miłośnikiem. I wszystkiego co włoskie: kultury, jedzenia, stylu życia. Rzym uważa za najpiękniejsze miasto na ziemi. Tam od ponad 30 lat mieszka jego brat, Jan, dominikanin. I oczywiście włoskiego futbolu.

To właśnie we Włoszech, podczas stażu w AS Roma w 2000 r. gdzie podglądał słynnego trenera Fabio Capello, pojął to, co było później kluczem do awansu na Euro 2016 i awansu z grupy: że najważniejsza jest żelazna konsekwencja. „Capello rozbudził wielkie nadzieje, ale w pewnym momencie wyglądało to naprawdę źle. Zespół odpadł z Pucharu Włoch, była tragedia. Przegrał kilka meczów kontrolnych. Pod ośrodek przyjechały tłumy kibiców, chcieli wyważyć bramy. Ochraniali nas carabinieri, latały śmigłowce. Zarząd jednak utrzymał na stanowisku trenera, zespół zaczął wygrywać. Zaczęła się fantastyczna seria, Roma w 2001 r. zdobyła mistrzostwo Włoch. To pokazuje, że liczy się konsekwencja w realizowaniu koncepcji” wyznał Nawałka.

Nawałka z żelazną konsekwencją grał dwoma napastnikami nawet w meczach z mistrzami świata, Niemcami, przeciwko którym poprzednicy zapewne ustawiliby drużynę defensywnie. Z konsekwencją stawiał na swoich zawodników i zmienił kapitana z Kuby Błaszczykowskiego na Lewandowskiego.

A przy tym Nawałka najwięcej wymaga od samego siebie. To perfekcjonista-pracoholik, który na analizę kolejnych rywali i monitoring własnych zawodników, strategię podczas meczu i logistykę dotarcia na miejsce poświęca każda minutę. Dba o każdy szczegół, od wysokości trawy we francuskiej bazie reprezentacji La Baule, po kulinarne przyzwyczajenia lewego obrońcy najbliższego rywala Polaków.

Najboleśniej przekonują się o tym członkowie jego sztabu, od asystentów po fizjoterapeutów. Po meczach zbiera wszystkich i przez kilka godzin analizują wydarzenia na boisku. Podobno po zwycięstwie nad Irlandią, które zapewniło Polsce awans do Euro 2016, sztab spał tylko dwie godziny, ale nie z powodu świętowania, tylko nocnej analizy spotkania.

Euro 2016 rozplanował dokładnie co do godziny od pierwszego zgrupowania Juracie po uczestników konferencji prasowej ostatniego meczu.

Jeśli Adam Nawałka nadal będzie trenerem reprezentacji, pewnie dostanie podwyżkę. I będzie to chyba jedyna podwyżka, przeciwko której nikt w Polsce nie będzie protestował.

Adam Nawałka