Forza Chape!

Forza Chape!Szkoda, że potrzeba było tak okropnej tragedii jak katastrofa samolotu z brazylijską drużyną Chapecoense byśmy mogli się przekonać jak wielka solidarność panuje w futbolowej rodzinie. Choć każda katastrofa lotnicza to ogromna tragedia, będąca wielką, niegojąca się raną nie tylko dla najbliższych – my w Polsce wiemy o tym jak mało która nacja – zniknięcie w jednej chwili całej drużyny wraz ze sztabem i grupą dziennikarzy do głębi poruszyło ludzi na całym świecie.

Wyciskające łzy doniesienia o tym kto przeżył, a kto nie, kto przed śmiercią w szpitalu zdążył jeszcze zadzwonić do żony, kto z zabitych dopiero co dowiedział się, że zostanie tatą, ulga i dziękczynienie Bogu przez rodziny ocalałych przeplatały się ze wspaniałymi gestami płynącymi z całego świata. Najsłynniejsze budowle świata, od Torre Colpatría w Bogocie, przez Wierzę Eiffela z Paryża i Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro po londyńskie Wembley błyskawicznie zostały oświetlone na zielono, czyli w barwach Chapecoense. Kolumbijski klub Atletico Nacional, na mecz z którym w finale Copa Sudamerica lecieli brazylijscy piłkarze natychmiast ogłosił, że uznaje rywali za triumfatorów rozgrywek. I nie czekając na reakcję Federacji taką informację podali na swojej stronie internetowej, co automatycznie premiowałoby ich rywali do gry w przyszłorocznej Copa Libertadores (odpowiednik naszej Ligi Mistrzów).

Czołowi piłkarze świata wyrażali solidarność z rodzinami i kibicami Chapecoense w mediach społecznościowych: Leo Messi, David Beckham, Iker Casillas czy Lukas Podolski, a obok nich Arkadiusz Milik, Kamil Grosicki, Kamil Glik czy Kuba Rzeźniczak, umieszczając grafikę wrzuconą przez PZPN „Pray For Chapecoense” (módlmy się za Chapecoense). Wszystkie mecze rozgrywane od czasu tragedii na całym świecie poprzedziła minuta ciszy, także przed ćwierćfinałami Pucharu Polski. A kapitan Jagielloni Białystok Rafał Grzyb zapowiedział, że w niedzielnym meczu Ekstraklasy przeciwko Lechowi Poznań wystąpi ze specjalną opaską z logo brazylijskiego klubu i hasłem #ForzaChapecoense.

W czasie nieodbytego finału Copa Sudamericana brazylijska telewizja FOX transmitowała przez 90 minut czarny obraz jedynie z wynikiem meczu (Atletico – Chapecoense 0:0) i napisem „90 minut ciszy”. Na gest zdobył się nawet zespół „Guns and Roses”, przerabiając w połowie swoje słynne logo z pistoletami i różami na logo klubu i wrzucając w social media wraz z utworem „Knocking on a Heavens Doors”.

Forza Chape! na opasce kapitana Jagielloni BiałystokNiestety w tej w tej powodzi krzepiących gestów znaleźli się i tacy, dla których tragedia stanowiła pretekst do zabawy, żartów i tzw. trollingu. Media społecznościowe obiegła, podawana z euforią i szacunkiem niestety zmyślona informacja, że Paris St. Germain wesprze brazylijski klub kwotą 40 mln euro. Sam dałem się nabrać i puściłem ją dalej, uznając że dla katarskich właścicieli paryskiego klubu to tyle ile średnio kosztuje sprowadzany tam piłkarz. Podobnie nie znalazł potwierdzenie news, że znany skądinąd z charytatywnej działalności Cristiano Ronaldo przekazał dla rzecz rodzin dotkniętych tragedią 3 mln euro.

Tzw. „fake news” czyli specjalnie preparowane, kłamliwe treści, których celem jest złośliwa dezinformacja, rozchodzące się w mediach społecznościowych bez żadnej kontroli to coraz bardziej palący problem naszych czasów. Ich rozmiar i skuteczność przeraził ekspertów zwłaszcza podczas ostatnich wyborów prezydenckich w USA, gdzie mogły mieć pewien wpływ na wynik. Sprawa jest na tle poważna, że właściciel Facebooka, Mark Zuckerberg zapowiedział specjalne działania, by zmniejszyć ilość fałszywych informacji w najpopularniejszym serwisie świata.

Podejrzewam, że anonimowe trolle bawiły się świetnie, nie rozumiem za to skąd taka bezduszna decyzja szefa Brazylijskiej Federacji Piłkarskiej Marco Polo Del Nero, naciskającego żeby Chapecoense koniecznie rozegrało ostatni mecz ligowy z Atletico Mineiro. Pogrążonym w żałobie zawodnikom, którzy z różnych względów nie polecieli w tragiczny lot ani w głowie gra, nie ostało się zresztą nawet 11 jedenastu piłkarzy. Także rywale chcą uszanować decyzję klubu i nie palą się do gry. Del Nero żąda jednak by za wszelką „oddać hołd ofiarom”, nie ma kto grać, niech Chapecoense dobierze zawodników z juniorów. Za pewne po to, by świat mogły obiec obrazki zafrasowanego prezydenta federacji na trybunach.

Dobrze, że za gestami solidarności – jak ten pewnych już mistrzostwa Brazylii piłkarzy Palmeiras, którzy ostatni mecz sezonu chcą rozegrać w koszulkach Chapecoense – idą konkretne działania, mające pozwolić dotkniętemu tragedią klubowi przerwać. Mam nadzieję, że prawdziwe są deklaracje czołowych drużyny najwyższej ligi Brazylii jak właśnie Palmeiras, Santos, Sao Paulo czy Corintians, że za darmo wypożyczą Chapecoense po jednym, dwóch zawodników, żeby klub mógł kontynuować grę w lidze. Apelują też do Federacji by dała drużynie gwarancje, że ta przez trzy lata nie spadnie z ekstraklasy.

To zresztą tzw. „disaster draft”, czyli procedura zaczerpnięta z NBA i NHL, opracowana tam na wypadek gdy w jednej chwili wyparowuje cała drużyna. Być może piłkarska rodzina też powinna taką opracować, by później – odpukać w niemalowane – jakiś klub nie był skazany na dobrą wolę i gesty innych.

Forza Chape!

Uczta (się od) Nawałki

Nawałka i GrosickiDożyliśmy czasów, że inni mogą nam zazdrościć nie tylko piłkarskiej reprezentacji, jej pozycji w tabeli eliminacji MŚ 2018, rankingu FIFA (historyczne 15. miejsce i wyprzedzenie Włochów), czy jej lidera, Roberta Lewandowskiego, ale i tego jak rozwiązujemy afery i wygaszamy konflikty w kadrze. Adam Nawałka perfekcyjnie zdusił kryzys, który dopadł jego drużynę po nadspodziewanie dobrym występie na Euro 2016 i zrobił to w zarodku, nim rozluźnienie w ekipie zdążyło dać bardziej negatywne efekty niż tylko stylem – w końcu jednak wygranego – meczu z Armenią.

Obyło się bez dramatów, wykluczeń z kadry, wymiany ciosów i „uprzejmości” na łamach mediów jak za poprzedników (pamiętacie jak Artur Boruc nazwał Franciszka Smudę „Dyzmą”?). Nawałka po raz kolejny wyciągnął wnioski z błędów poprzedników. Zamiast więc grupy obrażonych zawodników i jak zawsze w podobnym przypadku, podzielonych kibiców, zyskał oddanie tych, którym dał drugą szansę, oni zaś zrewanżowali mu się najlepszym występem w tych eliminacjach. Symboliczną sceną było zachowanie Kamila Grosickiego, który po golu wpadł w ramiona selekcjonera niczym „syn marnotrawny”. Wszyscy znów bijemy brawo Nawałce, kibice nadal kochają jego kadrę, a reszta Europy nadal może nam zazdrościć frekwencji na jej meczach.

Leo Messi i reprezentacja ArgentynyZazdrościć mogą nam np. kibice Argentyny. Wicemistrzowie w eliminacjach MS 2018 zremisowali z Wenezuelą i Peru oraz przegrali z Paragwajem, a przed paroma dniami ponieśli spektakularną klęskę z Brazylią (0:3) spadając w tabeli aż na szóste miejsce (za „Canarinhos”, Urugwaj, Ekwador, Kolumbię i Chile), nie dające nawet prawa gry w barażach o mundial. Przedwczoraj „uciekli spod topora” pokonując u siebie 3:0 Kolumbię, co pozwoliło im awansować na pozycję piątą.

Po spotkaniu cała reprezentacja Argentyny przybyła na konferencję prasową, a kapitan i bohater spotkania Leo Messi wygłosił gorzkie oświadczenie. „W ostatnim czasie spotkaliśmy się z licznymi zarzutami i brakiem szacunku. Nie odpowiadaliśmy na nie, ale w końcu miarka się przebrała. Wielu ludzi uwierzyło w to, co zostało napisane, w związku z czym postanowiliśmy to przerwać. Przykro nam, że ucierpią wszyscy dziennikarze, nawet ci niewinni, ale oskarżenia są zbyt poważne. Przestajemy udzielać wywiadów. Wy możecie nas nadal atakować i zarzucać nam milion rzeczy, ale nie liczcie na naszą odpowiedź”.

Był to gest solidarności z Ezequielem Lavezzim, po tym jak argentyński dziennikarz zasugerował na Twitterze, że napastnika Hebei China Fortune zabrakło w kadrze za palenie marihuany. „Lavezzi nie będzie w kadrze meczowej na jutrzejszy mecz z powodu dżointa, którego wypalił wczoraj w bazie treningowej? Tylko pytam… tylko pytam” – napisał Gabriel Anello. Lavezzi zapowiedział, że wtoczy dziennikarzowi proces. Argentyńscy dziennikarze nieoficjalnie przyznają jednak, że został przyłapany na paleniu trawki po raz drugi.

Teraz wyobraźmy sobie, że dokładnie te same słowa co Messi wygłasza po kapitalnym występie z Rumunią Robert Lewandowski. W jednym z polskich dzienników (akurat naszym) też przecież postawiono kilku zawodnikom „poważne zarzuty”. Sądząc po niektórych żartach i zachowaniu niektórych piłkarzy na zgrupowaniu przed wylotem do Bukaresztu mogło to pójść i w „argentyńskim” kierunku. Na szczęście Nawałka postanowił załatwić to inaczej i przywrócić kadrowiczów do pionu. Być może Edgardo Bauza nie ma podobnej pozycji w swojej drużynie, ani solidnego wsparcia prezesa swojej federacji (gdzie swoją drogą panuje wielki chaos), być może reprezentacją Argentyny rządzi szatnia. Zobaczymy jaki da to efekt, zwłaszcza że przed Argentyną prestiżowy pojedynek z Chile, z którym „Albicelestes” przegrali finał Copa America.

Pijany Wayne RooneyAlbo wyobraźmy sobie, że że Robert Lewandowski po wygranym meczu wkracza na wesele, które odbywa się akurat w hotelu kadry i imprezuje z gośćmi do piątej nad ranem. A następnego dnia czołówki naszych bulwarówek zdobi jego nieprzytomne z upojenia oblicze i relacje, że „nie był w stanie złożyć zdania i zataczał się, chodził krokiem pijaka”. Nawet ja nie mam tak bogatej wyobraźni, więc nawet nie rozważam co działoby się w naszych mediach, na naszym Twitterze i domach naszych kibiców.

Sprawa jest autentyczna i dotyczy kapitana i lidera reprezentacji Anglii, Wayne Rooney’a, którego zabawę w Grove Hotel w Herforshire dwa dni po zwycięstwie Anglików nad Szkotami (3:0) opisał i zilustrował „The Sun”. Cytowani przez tabloid goście weselni nie byli w stanie uwierzyć, że mają do czynienia z kapitanem drużyny narodowej, skądinąd , krytykowanym ostatnio za nie dość za przeciętną to jeszcze nieregularną grę w Manchesterze United.

Teraz problem mają i trener „Czerwonych diabłów” Jose Mourinho i tymczasowy selekcjoner Anglików Gareth Southgate, który przejął zespół po rozwiązaniu kontraktu z Samem Allardycem i nie jest jeszcze pewien czy permanentnie. Z oświadczenia Rooney’a wiadomo, że obaj panowie odbyli już rozmowę, a napastnik przeprosił za swoje zachowanie zarówno selekcjonera jak i młodych kibiców, którzy musieli oglądać go na takich zdjęciach.

Jak postąpi niedoświadczony i niepewny posady Southgate? Raptownie, radykalnie i definitywnie czy skorzysta z inspiracji Nawałki i rozwiąże problem z największą korzyścią dla kadry? Zobaczymy. Niesamowite, że wreszcie i na tym polu Polska może służyć przykładem.

Konkurs rozstrzygnięty! Mokoena, Babangida i Balasow!

FM17Polska rozgromiła Rumunię, za chwilę podejmie we Wrocławiu Słowenię, czas na rozstrzygnięcie naszego konkursu na najlepszą historię o najlepszym piłkarzu z Football Managera. 45 prac, różny poziom, kilka nieźle napisanych historii, ale nie na temat bo zadaniem było opisanie „tego jedynego”, a nie własnej kariery czy ulubionej jedenastki. Najlepiej literacko spisał się Adam, który – zwróćcie uwagę – dał nawet tytuł. No i opisał zawodnika, którego weterani FM doskonale znają, miał go w swoich drużynach chyba każdy. Kolejny wielki talent z FM, który nie przebił się – przynajmniej w tej skali w realu. Przyjemnie się czyta.

Z pozostałymi miejscami na podium miałem spory problem z racji równego poziomu. Ale postanowiłem wyróżnić mario255 za historię o Tijani Babangidzie z Radomiaka (zrobiłem kiedyś wywiad z tym Nigeryjczykiem z Ajaksu, myśląc, że to ktoś zupełnie inny…) oraz zabawną rymowankę Krzyśka o Białorusinie Balasowie, którego akurat nie znałem. Ale znałem za to kogoś, kto kupował do drużyny zawodników o śmiesznych nazwiskach, którzy potem okazywali się gwiazdami. A największa Tonton Zola Moukoko, wielokrotny laureat Złotej Piłki;)

Oto prace nagrodzone FM17, z zwycięzców proszę o mejle z adresem na michal.pol@przegladsportowy.pl!

FM17Adam
„Lebohang Mokoena – prawdziwa historia”

Lipiec 2005 roku. Do rozpoczęcia nowego sezonu pozostało już tylko kilka tygodni. Po nieudanej walce o utrzymanie Dave’a Jonesa w Premier League jego Wolverhampton Wanderers musiało opuścić elitę co angielskiego szkoleniowca kosztowało posadę. Byłem niezwykle zadowolony ale i zaskoczony, że walkę o natychmiastowy powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej powierzono mnie.

Dni mijały coraz szybciej, a skład mimo sprowadzenia jeszcze przed moim przyjściem Seyiego Olofinjany nadal potrzebował ofensywniej usposobionego zawodnika po tym, jak Steffen Iversen wrócił do Norwegii. Negocjacje transferowe były burzliwe – a to kluby nie potrafiły dogadać się pomiędzy sobą w sprawie kwoty transferowej, a to sam zawodnik oczekiwał znacznie większej gaży niż nasz klub był w stanie zaoferować. W końcu sezon ruszył, jednak zespół delikatnie mówiąc zaliczył falstart. Nawet mimo dobrej gry defensywnej ciężko było osiągać pożądane rezultaty gdy zespół nie potrafił strzelać goli. Ostatecznie kilka dni przed zamnkięciem transferowego okna, pomimo naprawdę nieciekawych problemów (tym razem z realną możliwością nieotrzymania pozwolenia o pracę) z Południowej Afryki trafił do nas niespełna osiemnastoletni Lebohang Mokoena.

Sceptycyzm kibiców szybko został rozwiany, bo ustawiany tuż za Kennym Millerem piłkarz potrafił nie tylko idealnie dogrywać piłki ale też w razie potrzeby sam, niczym zawodowy snajper skutecznie wykańczać akcje. W raz z kolejnymi asystami i golami Lebohang na stałe zagościł nie tylko w pierwszym składzie „Wilków”, ale też w kadrze RPA. Niezwykle skoczny zawodnik wyróżniał się co oczywiste grą w powietrzu, zwinnością, ale też agresją i determinacją co sprawiało, że nigdy nie odstawiał nogi. Miało to też przełożenie na drobne urazy, ale dzięki swej waleczności z miejsca stał się ulubieńcem na Molineux Stadium.

Przed końcem roku zespół plasował się w pierwszej dziesiątce, tuż za miejscami dającymi prawo gry w barażach. Kolejne mecze wskazywały, że wszystko idzie w dobrym kierunku. W końcu nasz bohater z dziesięcioma golami i kilkunastoma asystami we wszystkich rozgrywkach sprawiał, że tracąc dwa czy nawet trzy gole w meczu „Wolves” byli w stanie taki mecz wygrać. Trudne wyjazdy na pojedynki ze Stoke czy West Hamem okazywały się nic nieznaczącą przeszkodą dla drużyny na czele której stał Mokoena – pewny egzekutor karnych, zapewniający seryjnie punkty, przy którym nawet średniej klasy napastnicy mogli pochwalić się niezłymi bramkowymi zdobyczami. W niezłych nastrojach Afrykańczyk wracał też ze zgrupowań kadry, która powoli szła po awans na mundial w Niemczech. Niestety podczas lutowego zgrupowania wspomniana wcześniej determinacja w walce o każdą piłkę sprawiła, że zawodnik do klubu wrócił z kontuzją. Lekarze mieli nienajlepsze wieści: 4-tygodniowa przerwa.

Przez ten czas nasz klub zamiast spróbować powalczyć o małoprawdopodobny ale jednak możliwy bezpośredni awans znalazł się w okolicy dziesiątego miejsca. Spłaszczenie tabeli sprawiało, że każda strata punktów u jakiegokolwiek zespołu w tym rejonie tabeli zrzucała go o kilka pozycji w dół, natomiast zwycięstwo wywoływało euforię u kibiców którzy po jednorazowej wygranej widzieli już swój zespół w Premier League. Mokoena zdawał się być gotowy na powielkanocne spotkania, jednak kibice nie przewidzieli, że w zamian za niego na L4 pójdzie Miller. Grający jak natchniony duet w ustawieniu 4-4-1-1 spisywał się zdecydowanie ponad oczekiwania jednak w związku z absencją tego drugiego będzie trzeba wykonać kilka przetasowań. To wtedy podjąłem decyzję która wywołała u wielu mieszane uczucia, ale także miała wpływ na dalszy ciąg rozgrywek. Mokoena zagra na szpicy.

Ledwie sześć spotkań do końca sezonu zasadniczego, nie było już miejsca na wpadki. „Wonderkid” nie zachwycał jak na początku sezonu, ale i nie zawodził. Lepsza postawa linii obrony sprawiała, że skromne zdobycze bramkowe tym razem wystarczały do zgarniania kolejnych kompletów punktów. Na dwie kolejki przed końcem, przed teoretycznie łatwymi spotkaniami z Gillingham i Coventry Kenny Miller wrócił do składu i zostawiając Mokoenę u boku a nie cofając go za Szkota tak jak wyglądało to dotychczas, Wolverhampton wygrał oba mecze 2:1. Czterdzieści sześć kolejek ligowych za nami, ale zamiast rozliczania wszystkich w klubie z dotychczasowych rezultatów, szukania plusów i minusów, nadszedł czas prawdziwej bitwy – piąte miejsce i dopiero teraz rozpocznie się walka na dobre, zdecydowanie krótsza niż wyczerpujący sezon, ale równie wyczerpująca psychicznie – play offy.

Derby County to nie był rywal przed którym należało się chować, jednak dwa remisy 1:1 z sezonu zasadniczego pokazywały, że pojedynek ten będzie niezwykle wyrównany, a przewaga boiska może przechylić szalę zwycięstwa na korzyść Derby – rewanż bowiem był rozgrywany na Pride Park Stadium. Pierwszy mecz i zwycięstwo 2:1 naszego zespołu dzięki bramce i asyście Mokoeny stawiał nas w roli faworyta do awansu. Jednak jak się okazało rewanż nie był tylko formalnością. Szybko stracony gol i średnia gra do przerwy sprawiała, że w przypadku utrzymania się takiego wyniku do końca czekała nas dogrywka. Gospodarze jednak nie zamierzali czekać i w drugiej części meczu atakowali równie zaciekle jak w pierwszej. Nasz ofensywny duet dzięki swojej zadziorności sprawiał, że obrońcy Derby musieli uważać na nadarzające się kontry. Gdy jednak nadszedł ostatni kwadrans gry Mokoena znalazł sobie więcej miejsca dla boisku, przechwycił piłkę i po świetnym rajdzie umieścił ją w bramce gospodarzy. Już ten wynik dawał awans „Wilkom” jednak po jeszcze jednej kontrze Mokoena mógł zaliczyć asystę, ale strzelający zawodnik trafił w słupek. Ostatecznie wiedzieliśmy, że zostało dziesięć dni do finału w Cardiff. Finału, w którym to my zagramy z Wigan Athletic.

Teraz już wszystko było jasne – to na pewno będzie ostatni mecz sezonu. Przygotowania do meczu przebiegały bardzo sprawnie, żadnych większych kontuzji czy urazów, z dnia na dzień emocje robiły się coraz większe, aż nadszedł dzień meczu. Millennium Stadium wypełnione do ostatniego miejsca, na przeciwko zespół pragnący po raz pierwszy w historii awansować do Premier League, zapowiadała się niesamowita walka od pierwszego do ostatniego gwizdka. Mokoena sprawił jednak, że nawet najwięksi optymiści przecierali oczy ze zdumienia. Pierwszy cios z główki, drugi z woleja. Dwubramkowa przewaga do przerwy, przeciwnik na deskach i żądne krwi wygłodniałe wilki nie zwolniły tempa w drugiej połowie. Przy trzeciej bramce „zaledwie” asysta, ale Lebohang dopełnił dzieła zniszczenia wykorzystując karnego i przypieczętowując wynik spotkania. Po raz pierwszy w tym sezonie zaliczył hattricka, po raz pierwszy również nosił opaskę kapitańską jako znak wdzięczności za to, że to on wprowadził ten klub do finału. I to on go wygrał.

Piłkarz sezonu, najlepszy asystent i w dodatku najlepszy strzelec – to tylko niektóre nagrody dla piłkarza, który rewelacyjnie zaaklimatyzował się na wyspach w twardej, siłowej lidze. Skoro w takich warunkach był w stanie wzbić się na taki poziom, to takie wyzwania jak zdobycie mistrzostwa Premier League czy poprowadzenie kadry narodowej na Mistrzostwach Świata. To był rok w którym rządził tylko on. Pan piłkarz Lebohang Mokoena.

Lebohang Mokoenamario255
Tijani Babangida z Radomiaka

Jeśli czytacie teraz te słowa to znaczy, że i Wy również zaliczacie się do wyjętego spod prawa grona fanatyków, któremu dane poznać było szelmowski smak Football Managera. Kto choć raz kliknął „Apply for a job” ten wie o czym mowa. Dziesiątki, setki a może nawet i tysiące nieprzespanych nocy, tyleż samo odniesionych w tym czasie zwycięstw i uniesionych w geście triumfu dłoni. Ale też litry wylanych łez i częstokroć soczyście wykrzykiwanych do ekranu monitora wulgaryzmów z powodu doznania sromotnych porażek. Tym właśnie jest FM. „Czy zjesz coś?” – któregoś razu rzuciła w Twoją stronę narzeczona patrząc z dezaprobatą na przesuwający to w jedną to w drugą stronę pasek meczowy. „Nie, nie teraz” – burknąłeś cicho pod nosem i na powrót zwróciłeś swoje chorobliwie przekrwione oczy w stronę morza niezrozumiałych dla nikogo oprócz Ciebie cyferek. Przecież prowadzisz swojego Radomiaka w starciu z Barceloną w półfinale Ligi Mistrzów. Jak można w takiej chwili w ogóle o jedzeniu myśleć? – skrzywiłeś się z nieukrywaną irytacją. Właśnie teraz odnosisz swój największy tryumf w swojej długoletniej karierze, którą zaczynałeś, nietrudno zgadnąć, w czwartej lidze angielskiej. Wypinasz dumnie pierś do przodu, bo do przerwy w rewanżu prowadzisz 2:0. Już widzisz te tytuły w jutrzejszym Przeglądzie Sportowym i Fakcie, rozbłyskujące flesze fotoreporterów, w myślach udzielasz nawet wywiadu Michałowi Polowi, no i wreszcie cieszysz się na spotkanie z zarządem klubu, który swojego czasu bliski był nawet zwolnienia Cię z posady po przegranej z Dolcanem w II lidze. Ale teraz z pewnością przywitają cię szampanem i kawiorem. Kto bogatemu Radomiakowi zabroni. Niemniej jednak przez Twoją głowę przebiega natychmiast gorąca myśl, że to wszystko nie byłoby możliwe gdyby nie ciężka praca wykonywana codziennie przez armię oddanych współpracowników – ludzi, którzy wskoczą za Tobą w ogień, i którzy dla swojego ukochanego klubu oddadzą wszystko. Aby odnosić sukcesy w piłce takie osoby trzeba mieć na boisku, ale i poza nim. Jedną z nich niewątpliwie był dla ówczesnego Radomiaka Tijani Babangida. Człowiek-legenda, piłkarz, który był kimś więcej niż tylko kapitanem drużyny, był jej symbolem i żywą legendą. Mimo wielu lukratywnych ofert z czołowych lig europejskich (Anglia, Włochy, Niemcy) do końca kariery pozostał wierny barwom klubu, w którym występował łącznie przez 10 sezonów. Z tego powodu kibice układali o nim pieśni pochwalne, a koszulki z jego nazwiskiem rozchodziły się jak ciepłe bułeczki (które zresztą Tijani uwielbiał, szczególnie z polskim smalcem i ogórkiem kiszonym). Na boisku ten filigranowy (1,69 m) pomocnik był świetnym technikiem (wysokie wartości parametrów Dribbling, Technique, Crossing), który nigdy nie grał samolubnie i zawsze dostrzegał lepiej ustawionego partnera (wysokie Vision i Teamwork). Zresztą w całej swojej karierze notował więcej asyst niż bramek, a to za co kibice kochali go najbardziej to styl jaki prezentował. Niczym Sławek Peszko za młodzieńczych lat potrafił on jednym zwodem uwolnić się spod opieki przeciwnika i już sunął na jego bramkę. A biedny przeciwnik drżał przed nim ze strachu do tego stopnia, że aż spadały mu spodenki (bynajmniej nie był to Wasilewski). W każdym meczu pozostawiał serce na boisku i podrywał zespół do walki (wysokie Determination) nawet w najbardziej beznadziejnych sytuacjach (pamiętne zwycięstwo wyciągnięte od stanu 0:2 ze Stasiakiem Bak-Pol Gomunice w Pucharze Polski). Poza boiskiem prawdziwy wzór do naśladowania. Był autorytetem dla młodszych kolegów, dla każdego z nich znajdował czas i łamaną polszczyzną zachęcał do wytężonej pracy na treningach. Nigdy nie odmawiał udzielenia wywiadu czy rozdania kilku autografów. Zawsze uśmiechnięty szybko zjednywał sobie ludzi. Chwilę zadumy, która Cię naszła przerywa jednak coś o czymś marzyłeś od dawna. W tym momencie pasek meczu jakby zwolnił, prawie zatrzymał się na chwilę. Ty wiesz co to może oznaczać. Wstrzymujesz oddech. Jest!!! Zamrugało. Radomiak-Barcelona 3:0. Tijani Babangida!

Tijani BabangidaKrzysiek

Opowiastka szczera futbolowego menedżera

Od dzieciaka dech zapiera,
gdy odpalam Managera.
Pierwszy wersja 2000,
wtedy jeszcze byłem brzdącem.
Gdy zlapałem już bakcyla,
na to poszła każda chwila.
Ulubiona wersja chyba
00/01 chyba.
Tam wybrałem raz dla żartu,
potem był przycznkiem fartu.
Dimitrija Balasowa,
przy nim każdy już się chowa.
Białorusin doskonały,
wszystkie kluby potem chciały,
mieć u siebie tego grajka,
niezła była to podjarka.
Ofensywny to pomocnik,
a przestawiał ich jak klocki.
Grał w napaści i pomocy,
żaden nigdy nie podskoczył.
W każdym klubie grał jak z nut,
i zdobywał złoty but!
Bomby walił też z dystansu,
a mi dawał dużo hajsu.
Jego klub to był Belshina,
nazwa raczej jak dziewczyna.
Za pieniądze śmieszne brany,
potem z zyskiem sprzedawany.
Choć zaczęło się niewinnie,
asystował równie zwinnie.
Opowiastka w pełni szczera,
więc poproszę nowiutkiego Football Managera!

FM17Dzięki Wszystkim!

Konkurs! Twój ulubiony piłkarz z FM ever

FM 2017Z okazji wejścia na rynek Football Managera 2017 (po raz pierwszy z oficjalną bazą Lotto Ekstraklasy) mam dla Was konkurs i trzy gry do wygrania! Ale – uwaga! – przy tym i bardzo, ale to bardzo trudne zadanie. Musicie w komentarzach opisać (w jak najfajniejszy sposób) Waszego ulubionego piłkarza ever! Takiego, którego zawsze kupowaliście do drużyny, niezależnie w jakiej lidze graliście i jakim zespołem graliście. Takiego, który dawał Waszemu zespołowi niesamowite zwycięstwa, tytuły, wygrywał niemożliwe mecze. Prawdziwą, niezapomnianą gwiazdę, którą wspominacie z największym sentymentem.

Czy ja sam umiałbym wybrać tego jedynego? Ciężko byłoby, bo… nie wiem jak długo Wy gracie w FM’a – ale ja jestem takim weteranem, że pamiętam Championship Managera 93/94! Tak, w 1994 roku byłem stażystą w dziale sportowym „Gazety Wyborczej”, z chłopakami w moim wieku. Ktoś przyniósł do redakcji CM’a i… całą redakcja wsiąkła doszczętnie. Zdarzało nam się zarywać w kilku noce na grę, choć bynajmniej nie graliśmy ze sobą w sieci. Sieć przecież jeszcze wówczas nie istniała;) Każdy grał w swoją grę, niektórzy zakładali specjalne statystyczne zeszyty, żmudnie tworzyli w edytorze polską ligę, żeby grać ukochaną drużyną…

Znalazłem wywiad, którego udzieliłem w 2007 roku serwisowi FM Revolution, w którym opowiadam o swojej przygodzie z CM/FM i moich największych gwiazdach z tamtych czasów: „był to facet, który nigdy się w realu nie przebił, chociaż grał potem w Sheffield Wednesday – Chris Bart-Williams. On i Nick Barmby z Tottenhamu – to było dwóch absolutnych gwiazdorów, których się od razu kupowało, jak mieli po kilkanaście lat. Byłem nawet kiedyś na finale któregoś z angielskich pucharów – Bart-Williams był wówczas rezerwowym. I do dzisiaj mam tak, że kiedy rozmawiam z jakimś piłkarzem, którym grałem, który był moją gwiazdą, to mam ochotę mu to powiedzieć, ale wstydzę się trochę, no bo co – nagle mam w wywiadzie powiedzieć: „a wie pan, grałem panem”? Jeszcze nikomu tego nie wyznałem, ale wtedy przeżyłem lekki szok, bo zobaczyłem po raz pierwszy na żywo tego mojego CM-owego idola”.

Później moją najbardziej ukochaną edycją był CM 00/01, w którym zawsze grałem West Hamem Utd (który miał wtedy niesamowitą pakę nastoletnich piłkarzy, którzy zresztą w realu wyrośli później na wielkie gwiazdy – Joe Cole’a, Rio Ferdinanda, Franka Lamparda, Michaela Carricka, Fredericka Kanoute, Jermaine Defoe, no i Paolo Di Canio). Zawsze moim pierwszym wolnym transferem był Taribo West, a najlepszym zawodnikiem okazywał się Białorusin Max Tsigalko.



Później kolejną wersją, już bardziej współczesną był FM 07/08, gdzie z kolei moją ulubioną drużyną był Manchester City, a zawodnikami Elano, Rafael van der Vaart i Klaas Jan Huntelaar w ataku. Kto grał ten pamiętam błąd pozwalający strzelać grad goli z tzw. killer rogów, trzeba było tylko wystawiać zawodnika z najwyższymi parametrami (jumping/heading) – Christopher Samba (kosztował coś z 2,2 mln euro) zdobył po 30 goli w sezonie i zostawał Zawodnikiem Roku.

Nie umiałbym więc wybrać tego jednego jedynego, bo porównywać kolejne edycje CM/FM to jak porównywać różne epoki piłkarskie i Pelego z Zinedine Zidanem. Ale Wy musicie, o ile chcecie wygrać w moim konkursie:)

Zapraszam! Temat brzmi: mój ulubiony zawodnik w FM (kto, dlaczego, co dzięki niemu wygrałeś, jakie przygody przeżyłeś, itd.) To konkurs po trochu literacki, więc forma też będzie się liczyć.

Powodzenia!

FM 2017

Liga Mistrzów. Królewskie paradoksy Legii

Przegląd Sportowy. Legia - Real 3:3W historycznym remisie Legii z Realem Madryt (nigdy wcześniej żaden polski klub nie zdołał urwać punktów „Królewskim”) wydarzyło się tyle paradoksów, że nie wiem od którego zacząć wyliczankę. Oto polski klub rozgrywa najlepszy mecz pucharowy w XXI wieku w tym samym miejscu, w którym dopiero co rozegrał najgorszy – kompromitujące 0:6 z Borussią Dortmund. Dokonują tego ci sami zawodnicy. Odrabiają dwubramkową stratę i wychodzą na prowadzenie w spotkaniu z obrońcą trofeum, któremu pod wodzą Zinedine Zidane’a nikt jeszcze nie wbił trzech goli, ani Barcelony, ani Bayerny ani inne Atletiki. Statystycy doszukują się, że ostatni raz kiedy Real roztrwonił w Lidze Mistrzów dwubramkowe prowadzenie miał miejsce w 2002 roku kiedy Zidane był jego największą gwiazdą.

Wśród bohaterskich Legionistów są m.in. Kuba Rzeźniczak, dopiero co skreślany, poniewierany i odsyłany na trybuny, który w obu meczach z Realem notuje 100 procentową celność podań. Dwa gole strzela Miroslav Radović, którego kariera wydawała się skończona, gdy tak niedawno leczył kontuzję w 2. lidze chińskiej. Angielskojęzyczny Twitter zaniemówił widząc jaką bramkę strzelił „Królewskim” Vadis Odjidja Ofoe, dopiero co nie łapiący się do składu drugoligowego Norwich City. Aktualnie jego gol prowadzi na stronie uefa.com w sondzie na bramkę 4. kolejki Champions League – wyprzedzając nawet ten Garetha Bale’a z 1. minuty – możecie Państwo go wesprzeć.

Z kolei Michałowi Kopczyńskiemu, który w sobotę rozegrał 90 minut w III-ligowych rezerwach Legii w przegranym 0:2 meczu z rezerwami Jagiellonii Białystok nie przeszkodziło to toczyć boju z piłkarzami Realu od pierwszej do ostatniej minuty. Itd.

Przy tym cała drużyna przyczynia się do tego, że najgorszy mecz w 2016 rozgrywa Cristiano Ronaldo, jeden z największych gwiazdorów naszych czasów, który przecież zasłużenie zgarnie za chwilę kolejną Złotą Piłkę i tytuł Piłkarza Roku FIFA. Zamiast bezlitosnych goli i upokarzających Legionistów zagrań, Internet obiegają jego kiksy, niecelne podania i strzały z meczu na Łazienkowskiej oraz gesty frustracji. „Dla Cristiano to był rzeczywiście mecz przy drzwiach zamkniętych… Do bramki” – skomentowali sami Hiszpanie. A Legia paradoksalnie pozostaje jednym z czerech klubów jakim w europejskich pucharach nie zdołał strzelić gola.

Legia - Real MadrytBy paradoksu dopełnić, ten historyczny mecz, kapitalnie wpisujący się w 100-lecie klubu odbywa się przy pustych trybunach. I w trakcie wyniszczającego konfliktu między właścicielami klubu. Kto wie zresztą czy te wielkie, pozytywne emocje jakie wyzwolił nie wywołają w Bogusławie Leśnodorskim, Macieju Wandzlu i Dariuszu Mioduskim katharsis i nie doprowadzą do „resetu” stosunków. Spotkanie, które będziemy wspominać latami to przecież ich wspólny sukces. Może jednak warto współpracować dalej? Ja na miejscu każdego z właścicieli po takim przeżyciu za nic nie wyszedłbym teraz z klubu…

Właściciele dostali najlepszą nagrodę za umiejętność wycofania się w porę z błędu i trudną decyzję, bo zwolnić dopiero co zatrudnionego Besnika Hasiego i dać szansę Jackowi Magierze. Ten ostatni oczywiście nie nauczył Legionistów grać w piłkę. Różnica klas między Realem a Legią jest tak samo wielka jak była przed meczem. Ale tchnął w zawodników wolę walki i determinację, które nie pozwoliły im opuścić głów po magicznym golu Bale’a w pierwszej minucie ani przy stanie 0:2 gdy wisiała groźba kolejnego pogromu.

Odrobienie strat i cztery gole wbite zespołowi tej klasy to wielki sukces drużyny, którą udało mu się scalić w krótkim czasie. Drużyny, której narodziny widzieliśmy już w Lizbonie, potem mimo pogromu także w Madrycie. Czy bardzo wyraźnie także podczas boiskowej awantury z Lechem Poznań, w którą włączyli się wszyscy z masażystą i kit-manem włącznie. I nie ważne czy Real zlekceważył Legię czy nie. Jeśli tak, sam jest sobie winny, ale w niczym nie umniejsza to sukcesu mistrzów Polski. Lekceważenie ze strony rywala też trzeba umieć wykorzystać.

Kto wie czy remis z Realem nie okaże się dla Legii przełomem na miarę wygranej reprezentacji Polski z Niemcami w eliminacjach Euro 2016? Na Stadionie Narodowym drużyna Adama Nawałki pokonała wówczas aktualnego mistrza świata, a Magiery na Łazienkowskiej powstrzymała najlepszy klub świata.

To zresztą znamienne, że sukces w obu przypadkach odnieśli polscy trenerzy, obaj na dorobku, bez spektakularnych sukcesów, na pewno bez doświadczenia w grze na takim szczeblu. Przed oboma spotkaniami mało kto stawiał, że im się powiedzie. Wygraną z Niemcami Nawałka przekłuł na sukces w całych eliminacjach, jego drużynę pokochali kibice, a on sam skończył m.in. jako Trener Roku w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego”. Jak wykorzysta ten „zwycięski remis” z Realem Magiera? Legia wciąż ma szanse na grę wiosną w Lidze Europy, ale przede wszystkim powinien wykorzystać pełen potencjał drużyny w Ekstraklasie w walce o obronę mistrzowskiego tytułu.

Legia - Real Madryt

Matrix, czyli wybory prezesa PZPN

Przegląd Sportowy. Okładka 28.10.2016Zastanawiałem się, czy w ogóle poruszać w felietonie temat wyborów na prezesa PZPN. Świat polityki sprawił, że kampanie wyborcze dawno przestały mnie ekscytować i dziś raczej napawają wstrętem. To przykry czas, który po prostu trzeba jakoś przetrzymać. Obietnice, których nie da się zweryfikować, bezpardonowe ataki, połajanki, oszczerstwa, gierki… Zwykle kończy się to wszystko rozczarowaniem postawami ludzi, których się szanowało, lubiło, a teraz – idąc z duchem czasu – najchętniej „wyrzuciłoby się ze znajomych na Twitterze czy Facebooku”.

A tu jeszcze w tych wyborach nie mam przecież prawa głosu, jestem zaledwie biernym obserwatorem, bez najmniejszego wpływu na wynik. 118 delegatów bez mojej pomocy odpowie sobie na proste pytanie kto będzie lepszym sternikiem polskiego futbolu przez następne cztery lata, Zbigniew Boniek czy Józef Wojciechowski.

Zastanawiałem się, czy poważnie traktować wybór przed jakim stają, skoro jeden z kandydatów zachowuje się na tak niepoważnie, by selekcjonować dziennikarzy przed wejściem na swoją konferencję prasową? A wpuszczonym zabrania nagrywać na niej dźwięku czy obrazu i pozwala zadać sobie po jednym pytaniu? W dzisiejszych czasach takie podejście to absolutne kuriozum. Na takie coś nie zdobył się nawet Donald Trump, a ciężko wskazać bardziej kontrowersyjnego kandydata do czegokolwiek.

Rozumiem, że Wojciechowski uległ tu podszeptom kiepskich – lub kierujących się własnym interesem – doradców. Zupełnie jak w czasach gdy jako osoba spoza piłkarskiego środowiska był właścicielem Polonii Warszawa. Gdyby miał wówczas właściwych doradców, zapewne przy tak ogromnych pieniądzach wpompowanych w klub osiągnąłby znacznie, znacznie więcej. Poczynania obecnych marnie wróżą na przyszłość. Ewentualnego prezesa i polskiej piłki.

Kiedy Józef Wojciechowski został oficjalnym kandydatem na prezesa PZPN, postanowiliśmy w „Przeglądzie” potraktować tak jak na to zasługuje oficjalny kandydat. W naszych mediach publikowaliśmy jego oświadczenia, listy czy sport wyborczy pt „Prawdziwy obraz polskiej piłki” choć ciężko było się zgodzić się z tytułem i przesłaniem. Przeciekający dach stadionu, grzyb na ścianach, powyrywane krzesełka, chwasty zarastające trybuny – naprawdę tak właśnie wygląda dziś prawdziwy obraz polskiej piłki, panie prezesie? Jeśli tak to najwyraźniej żyję w Matriksie!

***

Machnijmy na to ręką i zrzućmy to na typowe w kampanii wyborczej przejaskrawienie. Mój problem z Józefem Wojciechowskim polega na czym innym. To bez wątpienia wybitny biznesmenem. Przedsiębiorca dużego kalibru, selfmademan, który sam doszedł do wielkiego majątku. Nie da się zaprzeczyć, że zna się na zarządzaniu wielką firmą. Do tego sympatyczny człowiek. Mile wspominam kilka naszych rozmów. Podczas ostatniej, bodaj na Balu „Forbesa” przed rokiem, był jeszcze zrażony do futbolu. Wspomniał, że zabrał mu zbyt wiele zdrowia. Przyznał, że najogólniej mówiąc nie miał szczęścia do ludzi.

Sukcesy w branży deweloperskiej to jedno, nie mam jednak najmniejszego pojęcia czy byłby dobrym prezesem PZPN. Zamykam oczy, usiłuję wyobrazić sobie związek pod jego rządami i… nie jestem w stanie niczego wymyślić. Mało tego, podejrzewam że i on sam jeszcze tego nie wie. Ani we wspomnianym spocie, ani na konferencji prasowej, ani w wywiadach nie podaje gotowych recept ani błyskotliwych rozwiązań. Może poza rozdaniem klubom w potrzebie pół miliarda złotych z konta PZPN i wyemitowanych obligacji, co zresztą byłoby niemożliwe z powodów prawnych. Poza tym ma być „lepiej niż za Bońka”.

***

Nie ma zamiaru gloryfikować dokonań obecnego prezesa PZPN, on doskonale obroni się sam. Wiedza delegatów sięga dalej niż oświadczenia i felietony. Wspomnę tylko, że grubą niesprawiedliwością jest twierdzenie, że „jedynym sukcesem Bońka jest sukces kadry”. A i to deprecjonowanym. „Czy bez Roberta Lewandowskiego Boniek odniósłby jakiś sukces?” – pytał Wojciechowski na łamach „Polska The Times”. Przypomnę, że Lewandowski występował w kadrze już za poprzednika Bońka. A choć strzelać cztery gole Realowi Madryt i grał w finale Ligi Mistrzów, w Polsce musiał znosić gorycz klęski na Euro 2012 i wygwizdanie przez własnych kibiców.

Pewnie, że Boniek nie jest prezesem idealnym. Akurat obie największe armaty wysuwane przeciwko niemu wydają mi się kapiszonami. Jest mi kompletnie obojętne gdzie mieszka, ważne żeby był w związku zawsze kiedy jest potrzebny. Podejrzewam, że dojazd z Bydgoszczy do Warszawy, gdyby go skazać na „areszt domowy” zająłby mu tyle co lot z Rzymu. Reklamowanie bukmacherów? Zgadzam się, że dyskusyjne etycznie. Ja bym pewnie odpuścił. Ale skoro nie łamie prawa? Rozumiem, że gdyby było inaczej, dawno poniósłby konsekwencje. Byłoby śmieszne, gdyby obie kwestie miały decydować czy może być czy nie szefem polskiego futbolu.

Oczywiście, że jego rządy mogłoby być lepsze. Reprezentacja mogłaby mieć jeszcze więcej sponsorów, płacących do kasy związku jeszcze większe pieniądze. Puchar Polski cieszyć jeszcze większym prestiżem. Narodowy Model Gry produkować prawdziwe talenty, w Akademii Młodego Orła mogłoby szkolić się jeszcze więcej dzieciaków w większej ilości ośrodków, a w Szkole Trenerów więcej szkoleniowców. Z polskich trybun mogliby zniknąć na zawsze chuligani, a polskie kluby regularnie przebijać do Ligi Mistrzów i Europy, nie kompromitując się tam. A filmy na YouTube kanału „Łączy Nas Piłka” być jeszcze atrakcyjniejsze i wykręcać jeszcze większe oglądalności…

Liczę na mądrość delegatów, którzy będą wybierać swego lidera. Z ich wyborem jest trochę jak we wspomnianym „Matriksie”. Chcecie niebieską pigułkę i żyć nadal w tym samym świecie, w którym żyjecie, stabilnym, może nie idealnym, ale z grubsza przewidywalnym? Czy czerwoną i jazdę w nieznane, skok w „króliczą norę”, w którą wpadła Alicja?

Mam tylko nadzieję, na uczciwą rywalizację na zjeździe i fair play z obu stron. Zwłaszcza, że za nami feralna, osławiona ostatnia noc przedwyborcza…

Józef Wojciechowski i Zbigniew Boniek

Nawałka musi ściągnąć lejce i świsnąć batem


Adam Nawałka

Mało brakowało, a mielibyśmy za sobą najsmutniejszy tydzień w polskim futbolu od lat. UEFA utrzymała decyzję o zamknięciu stadionu Legii zamknięty na mecz z Realem Madryt, obrońcą trofeum Ligi Mistrzów na kulminację obchodów 100-lecia klubu, trwa przykry konflikt między jego właścicielami, którzy odnieśli najbardziej spektakularny sukces w polskiej piłce klubowej. Tylko brakowało, że skompromitowała się jeszcze reprezentacja Polski.

Było o włos! Uratował nas Robert Lewandowski, strzelając zwycięskiego gola w ostatnich sekundach meczu z Armenią. Piłkarze zwykle marzą o takich golach, dzięki nim przechodzi się do legendy. Ależ byłaby to piękna i niezapomniana historia, gdyby wydarzyła się w meczu z równorzędnym lub silniejszym rywalem! Dwóch piłkarzy, Lewy i Kuba Błaszczykowski, których łączy „szorstka przyjaźń” poza boiskiem, ale jeden cel na nim, daje wygraną w ostatniej akcji meczu. Wspominalibyśmy ją z nostalgią jak bramkę w Glasgow ze Szkocją, bez której awansować na Euro 2016 byłby o wiele trudniej.

Niestety tę będziemy wspominać z lekkim wstydem. I zamiast skupiać się na wyczynie kapitana kadry, który właśnie przegonił Ernesta Pohla na liście najskuteczniejszych reprezentacyjnych strzelców, zastanawiamy się dlaczego dopiero w ostatniej akcji wtłoczyliśmy gola najgorszej drużynie naszej grupy? Grającej przez większość meczu w dziesiątkę. Pozwalając jej wcześniej zdobyć pierwszego gola w eliminacjach. I to u siebie, w miejscu uświęconym historycznym zwycięstwem z Niemcami i awansem do mistrzostw Europy.

Że mechanizm Nawałki zgrzyta, widzieliśmy w drugiej połowie z Kazachstanem, Danią i przez całego spotkanie z Armenią. Po wczorajszym artykule Łukasz Olkowicza i Tomasza Włodarczyka „Przeglądzie” wiemy więcej skąd wziął się piach w trybach. Rozprężenie i nadmierny luz u niektórych kadrowiczów, tam gdzie była koncentracja i skupienie. Pycha i pewność siebie tam gdzie była pokora. Przekonanie, że i tak damy radę i nasycenie to co kadra już osiągnęła tam gdzie był głód sukcesu i determinacja, wreszcie podejście, że „wszystko wolno” nie tylko po meczu, ale i przed meczem.

I wszystkie tego konsekwencje: zgrupowanie przed meczami o punkty wyglądające jak to rodzinne w Juracie przed Euro 2016. Huczne świętowanie po meczu z Danią, a później „oddychanie rękawami” i problemy z kondycją w meczu z Armenią. Niestety także u tych, którzy nie zdążyli się zmęczyć z Duńczykami. Fatalnie byłoby gdyby tę reprezentację, którą już tak bardzo polubiliśmy miała rozsadzić jakaś nowa „grupa bankietowa”. I zniweczyć misję: Rosja 2018.

Po artykule w „PS” spotkałem różne reakcje. Ktoś napisał mi na Twitterze: „I po co mącicie? Czy to już ma być typowo polskie podejście, że jak za dobrze idzie to trzeba szukać dziury w całym?” Otóż napisaliśmy, co napisaliśmy, bo gołym okiem widać, że przestało iść dobrze. Bo to cud, że nasz bilans w eliminacjach to trzy mecze bez porażki.

A „mącimy”, bo tak bardzo nas taka kadra w sobie rozkochała. Nie tylko wynikami, ale głównie stylem gry i podejścia zawodników. Nawałka zbudował fajną drużynę z grupy lubiących się ludzi i dążących w jednym kierunku. Drużynę, która najpierw jednym meczem z Niemcami, potem eliminacjami, wreszcie mistrzostwami Europy zjednała sobie serca kibiców, ba stała się ostatnią radosną sprawą, która połączyła wszystkich Polaków.

Nie żałuję jak niektórzy, że nie zremisowaliśmy z Armenią, bo „to byłby zimny prysznic”. Ten i tak wylał się na głowy niektórych, a brak tych trzech punktów mógłby się jeszcze okazać nazbyt bolesny. Świadczy o tym burzliwa dyskusja między selekcjonerem i kapitanem kadry, niezadowolonym z poziomu niektórych kolegów. Oraz rozmowa Nawałki z prezesem PZPN, Zbigniewem Bońkiem, który zapowiedział zbadanie sprawy i twarde konsekwencje. To właściwa reakcja.

Niektórzy domagali się od nas nazwisk nieprofesjonalnych winowajców, ale po pierwsze niektóre informacje ciężko byłoby udowodnić, a po drugie nie chodzi przecież o lincz. Chodzi o to, żeby grupa chłopaków, którą polubiliśmy przypomniała sobie priorytety i zaczęła się zachowywać jak w eliminacjach do Euro 2016. Żeby selekcjoner pomógł im w tym „ściągając nieco za bardzo popuszczone lejce”, zapewne z sympatii do grupy, z którą przeżył coś niezapomnianego. My też przeżyliśmy i chcemy powtórki. Nie wyrzuca się dziecka z domu po pierwszej uwadze w dzienniczku. Może wystarczy ostra rozmowa, może potrzebne będzie lanie, jeśli dla kogoś przyjazd na zgrupowanie ma wyłącznie cel towarzyski.

Jestem pewien, że każdy kibic, ale i chyba rozsądnie myślący kadrowicz oczekuje, że Nawałka pokaże w tym momencie twardą rękę. Ściągnie lejce, świśnie batem i wszyscy na jednym wózku pojedziemy tam, gdzie wiedzie ta droga: na mundial w Rosji. A on stanie drugim po Antonim Piechniczku polskim selekcjonerem, który awansował z drużyną na dwie wielkie imprezy z rzędu.

Pozwólmy im usłyszeć futbol

Futbol niewidomych. Finał igrzysk paraolimpjsich

Zawodnicy wmaszerowują na boisko gęsiego. Każdy trzyma wyciągniętą rękę na ramieniu idącego przed nim kolegi niczym na obrazie„Ślepcy” Pietera Bruegela. Bo rzeczywiście nie widzą. Nie dość, że oczy mają zakryte opaskami, to jeszcze pozaklejane plastrami. Sędzia sprawdza czy wszystko dobrze przylega po każdej przerwie w grze. Widzi tylko bramkarz, idący na samym przedzie. Nie ma ławek rezerwowych, za bramką przeciwnika i na środku boiska stają przewodnicy, którzy wykrzykują instrukcje. A jeśli jest rzut wolny lub karny, głośno opukują pałką oba słupki, żeby zawodnicy mogli wyobrazić sobie bramkę.



Nagrane Samsung Galaxy S7 (więcej o Galaxy)

W futbolu niewidomych najbardziej szokuje jednak cisza na trybunach. Bynajmniej nie z powodu oziębłości kibiców. Ci aż rwą się do dopingu. Podczas igrzysk paraolimpijskich w Rio oglądałem finał z udziałem Brazylii i Iranu. Fani żywiołowym dopingiem zmienili kilkutysięczny kort w małą Maracanę. Ale tylko podczas przerw w grze. W trakcie meczu łamiących „omertę” uciszano głośnym syczeniem. Cisza musi być absolutna, żeby zawodnicy słyszeli piłkę, wypełnioną dzwoneczkami. Oraz głosy kolegów i rywali wykrzykujących „Voy, voy!” (po hiszpańsku: idę, idę), żeby uniknąć zderzenia. W ciszy są w stanie podać perfekcyjnie do nogi partnera stojącego nawet parę metrów dalej.



Nagrane Samsung Galaxy S7 (więcej o Galaxy)

Patrząc z trybun nie wiedziałem co bardziej podziwiać. Czy kunszt reprezentacji Brazylii, która na igrzyskach paraolimpijskich jeszcze nigdy nie przegrała meczu i od wprowadzenia dyscypliny do programu w 2004 zawsze zdobywa złoto? Rajdy Ricardinho i Jefinho, dryblujących na pełnej szybkości z piłką przyklejoną do stopy i zmuszających bramkarzy do imponujących parad. Czy determinację zawodników by wbrew wyrokom losu uprawiać ukochaną dyscyplinę? Ich niezgodę na niepełnosprawność, wolę walki i przekraczania największych barier.



Nagrane Samsung Galaxy S7 (więcej o Galaxy)

Niewidomi futboliści są i w Polsce. Stracili wzrok w wyniku wypadku, podczas porodu, w wyniku błędu pielęgniarki, która zapomniała założyć okularów ochronnych dziecku w inkubatorze. Inni w wyniku choroby genetycznej, ktoś nie widzi od urodzenia. Na co dzień pracują jako masażyści, telefoniści w call center lub wklepują dane do komputera. Łączy ich piłka. Możliwość gry to dla nich spełnienie marzeń, sens życia i często jego jedyna radość. Czasem jedyny powód do ruszenia się z domu, podjęcia codziennej walki.

A największa radość to możliwość gry z orłem na piersi i dawanie radości innym. Tak mówi Adrian, jeden z reprezentantów Polski. „Boisko to jedyne miejsce gdzie czuję się bezpiecznie. Jedyne gdzie mogę zrealizować się fizycznie w 100 procentach. Wiem, że nic złego mnie tu nie spotka w przeciwieństwie do reszty świata”.



Nagrane Samsung Galaxy S7 (więcej o Galaxy)

Niestety dziś sytuacja jest taka, że nie wiadomo kto jest trenerem kadry, kto w niej gra, ani czy reprezentacja Polski w ogóle przystąpi do eliminacji mistrzostw Europy w Niemczech…

Futbol niewidomych zaczął rozkręcać w Polsce w 2010 roku Lubomir Prask, od 1993 roku nauczyciel w Dolnośląskim Ośrodku Szkolno-Wychowawczym nr 13 dla niewidomych i słabo widzących we Wrocławiu. Namówił go ówczesny prezes Crossu (Stowarzyszenia Kultury Fizycznej Sportu i Turystyki Niewidomych i Słabowidzących) Piotr Dukaczewski.

Chętnych znalazł bez problemu – kto nie kocha piłki? Treningi podejrzał podczas wyjazdów do Niemiec gdzie liga funkcjonowała od 10 lat, doszkalał się w internecie. Problemem był brak sprzętu i odpowiedniego boiska z ochronnymi bandami. Zamiast specjalną piłką z dzwonkami grano owiniętą w… szeleszczącą folię. Prask musiał poprosić wolontariuszy, żeby pilnowali słupków Orlika podtrzymujących siatkę, by żaden z zawodników nie zrobił sobie krzywdy. A cheerliderki szeleszcząc pomponami wskazywały koniec boiska.

Pierwszy mecz w odpowiednich warunkach ekipa z Wrocławia zagrała podczas wyjazdu do Berlina, a Niemcy potraktowali jako pierwszy, historyczny sparing. Niezgrani jeszcze i stawiający pierwsze kroki wrocławianie przegrali 0:8, ale w środowisku zaczęła buzować pozytywna energia.

Powstał drugi ośrodek futbolu niewidomych w Chorzowie (dziś już nie istnieje, jego rolę przejął Kraków) i reprezentacja Polski, której selekcjonerem został Prask.

Chłopaki zrobili błyskawiczne postępy. Kiedy po roku ci sami Niemcy zaprosili ich na rewanż, by na 100-lecie klubu zlać łatwego rywala, nasi zepsuli im święto wygrywając 2:1.

Pomocną dłoń wyciągnęło Ministerstwo Sportu dofinansowując zgrupowania oraz UEFA, która poprosiła drużyny z Chorzowa i Wrocławia o rozegranie pokazowego meczu na stadionie w Gdańsku przed ćwierćfinałem Euro 2012 Niemcy – Grecja.

W 2015 kadra trenera Praska zdołała się zakwalifikować na mistrzostwa Europy w Hereford w Anglii, gdzie zdobyła historycznego pierwszego gola i wygrała historyczny pierwszy mecz. Wyjazd pomógł sfinansować Robert Lewandowski. Wydawało się, że dyscyplina jest na fali wznoszącej…

Niestety w kwietniu zmienił się prezes Crossu. Nowy nie jest zainteresowany Blind Futbolem. Wstrzymano wszelkie finansowanie. Chłopaki odmawiają zaproszeń na turnieje do Pragi, Budapesztu czy Hiszpanii, bo nie stać ich by płacić za przejazd z własnych nędznych rent lub pensji. Ogarnia ich czarna rozpacz. Wiedzą, że jeden sezon już mają stracony. Marne szanse, że uda się przygotować do ME. Jak w tej sytuacji marzyć o igrzyskach paraolimpijskich w Tokio w 2020 roku? Głupio im znów prosić o pomoc Lewego. Zresztą przecież nie chodzi o to, żeby jeden piłkarz finansował ich dyscyplinę. Proszą tylko, żeby jej nie uśmiercać…

Martwa cisza trybun

Żal mi Legii Warszawa. Swój najważniejszy i najbardziej prestiżowy mecz w XXI wieku będzie musiała rozegrać przy pustych trybunach. Akurat to spotkanie Ligi Mistrzów – z obrońcą trofeum – zamiast po latach stać się wielkim świętem, prawdziwym ukoronowaniem 100-lecia klubu, zmieni się stypę. Występ Realu Madryt i jego gwiazd to wszędzie na świecie wydarzenie, kraje, miasta, kluby biją się żeby przyjechał, uświetnił. Gdy nasz futbol wyszedł z okresu, gdy tej klasy drużynę dało się skusić na wizytę tylko SuperMeczem, taka katastrofa.

W świat pójdą kompromitujące we współczesnym futbolu obrazki z pustego stadionu. Ronaldo i spółka grający dla nikogo? – to dopiero sensacja! Mistrz Polski zostanie napiętnowany niczym naga Królowa Cersei, sunąca w tłumie gapiów w rytm monotonnego „wstyd!”, „wstyd!, „wstyd!” Po wstydliwych obrazkach i okrzykach podczas meczu z Borussią Dortmund, przyjdzie przełknąć wstydliwą martwą ciszę trybun.

Żal mi normalnych kibiców Legii, którzy płacą upokorzeniem za wybryk garstki chuliganów. Dzieciaków i ich rodzicom, którym odebrali szansę przeżycia niezapomnianej przygody. Żal starych wiarusów, którzy na przyjazd gwiazdy największego formatu na Łazienkowską czekali 21 lat. Żal polskich kibiców Realu, których miała spotkać nagroda za lata tułaczki po świecie za swoją drużyną. Żal zawodników, którzy zostaną zmuszeni do występu w żenującym spektaklu. Treningu zamiast meczu w niezapomnianej atmosferze Champions League…

Żal tych wszystkich polskich kibiców, którzy są wstanie wznieść się ponad podziały plemienne i nie cieszą się w tej chwili, że „Legła dostała za swoje” ale rozumieją, że UEFA wrzuciła nas wszystkich do jednego wora. Wszyscy zostaliśmy skompromitowani i obarczeni odpowiedzialnością zbiorową. Na polski futbol znów nałożone zostało kompromitujące odium, choć zaczynał mieć on się już tak dobrze dzięki grze Lewandowskiego, Glika, Krychowiaka i reszcie, w reprezentacji i klubach.

Żal mi samego siebie, bo wolałbym być zagadywany o wyższość Milika nad Higuainem. Tymczasem podczas niedawnych igrzysk paraolimpijskich w Rio przed dwa dni z rzędu musiałem wkręcać się od lingwistycznych debat zagranicznych dziennikarzy czy polscy kibice wyzywali rywali od Żydów czy tylko od k…?

Żal mi właścicieli Legii, którzy próbowali zapanować nad tłumem, rozsądnie się dogadać, wierzyli w politykę dialogu. Po raz kolejny zostali wystrychnięci na dudka przez ludzi uważających, że „klub to oni”. Niestety tak właśnie uznała również UEFA, nakładając na klub najgorszą karę z możliwych. I nie chodzi o grzywny. O wiele gorsza od utraty przychodu z dnia meczowego jest utrata wizerunku. Jej nie da się odzyskać zza biurka, dobrym transferem, umową sponsorską, jedną czy drugą trafną decyzją…

Właściciele zdają sobie z tego sprawę, świadczą o tym poważne słowa jednego z nich, Dariusza Mioduskiego, który przyznał sport.pl, że „problem nie leży w UEFA, ale w nas, wewnątrz klubu”. Nie ma tu uciekania od odpowiedzialności, wymyślanie #letfootbalwin co miało swój urok w przypadku wykluczenia z rozgrywek po sprawie Bereszyńskiego.

Ciekaw jestem jaki będzie ciąg dalszy tych słów i kroki jakie podejmie zarząd Legii. Wiem jednak, że cokolwiek postanowi, jakiej polityki nie zacznie prowadzić – czy tylko brak hołubienia chuliganerii czy aż zero tolerancji dla niej – wszystko to będzie za mało bez przeorania świadomości trybun. Wierzących, że skoro „klub to my” to wolno nam wszystko – pogwałcić każde prawo, obrazić każdego. Dających przyzwolenie na łamanie przepisów i robienie dymu, nawet jeśli samemu się tego nie robi. Ulegających instynktom stadnym bez względu na to jak głupi okrzyk ktoś zainicjował.

I mam tu na myśli trybuny nie tylko Legii, ale i reszty Polski. Bo inaczej zmieniać się będą tylko nazwy zamykanych stadionów, skompromitowanych klubów, barwy rozgoryczonych kibiców, loga firm, które wycofają się lub nie wejdą w sponsoring, lóż, których nikt nie wykupi, nazwiska zawodników, którzy odmówią transferu do ekstraklasy. I na zawsze pozostaniemy w zatęchłym bagienku…

Dwie Dorotki. Historia niezwykłej przyjaźni, poświęcenia i woli walki

W znanej bajce Janiny Porazińskiej dwie Dorotki to mieszkające w jednej chacie siostry, z których jedna jest zła, a druga dobra. W tej opowieści obie Dorotki są dobre, wręcz wspaniałe, a choć mieszkają razem siostrami nie są. I ich życie to nie bajka

Dorota Bucław i Dorota KubicaW ekipie paraolimpijskiej w Rio mówiono o nich „Dorotki”. „Czy Dorotki jadą na ceremonię otwarcia igrzysk?” „Nie, zostają w wiosce. Dorota ma start za dwa dni”. „Wybiła rura, woda leci po ścianie!” „Gdzie?” „W pokoju Dorotek”.

Dorota Bucław (na zdjęciu z lewej) to wielokrotna mistrzyni Polski w tenisie stołowym na wózkach. Startuje w kategorii tetraplegików, czyli osób o najwyższym stopniu niepełnosprawności, z niedowładem czterokończynowym. Nie czuje nic od ramion do palców stóp. Na dłoń nakłada specjalny uchwyt, który pozwala utrzymywać rakietkę w wiotkiej dłoni. Nie byłaby w stanie zacisnąć palców na rączce. A całość dla pewności owija bandażem.

Dłoń bandażuje jej Dorota Kubicka. Nie odstępuje przyjaciółki na krok. Kiedy wsiadamy do autobusu ze stadionu Maracana do wioski olimpijskiej, przypina Dorotę pasami i nakłada jej na szyję kołnierz ortopedyczny. Siada za nią i choć jej własna głowa co rusz opada z senności, przez długą drogę trzyma mocno za wózek, ponieważ kierowca ostro hamuje i przyśpiesza.

Zawsze za plecami koleżanki. Od ponad 20 lat. Od wypadku samochodowego, w którym obie uczestniczyły. Dorota Kubicka prowadziła, Dorota Bucław była pasażerką. Maluch podskoczył na przejeździe kolejowym i pasażerka poczuła chrupnięcie w szyi. To pękł kręgosłup na odcinku szyjnym. Przez pół roku była w stanie ruszać wyłącznie oczami…

Spotkanie

Gdy już mogła opuścić szpital, Dorota Kubicka zabrała ją do swojego mieszkania w Solcu Kujawskim, które przebudowała na potrzeby niepełnosprawnej przyjaciółki. Od tej pory są nierozłączne. Dorota towarzyszy Dorocie w większości codziennych czynnościach życiowych. I we wszystkich startach.

- Poznałyśmy się w 1994 roku, a jakże, w szpitalu. Ja byłam pacjentką, Dorota moją rehabilitantką – opowiada Dorota Bucław. – Tata zaraził mnie miłością do sportu. Od piątego roku życia uczył mnie grać w koszykówkę, zabierał na mecze. Nieźle mi szło. Gdy miałam 17-lat podczas meczu kolega wpadł na mnie tak nieszczęśliwie, że przycisnął ciałem moją rękę do ściany. A ja zamiast wyszarpnąć rękę, pociągnęłam szyją i zerwałam połączenia nerwowe. Prawa ręka była bezwładna.

W szpitalu w Bydgoszczy Dorota walczyła o przywrócenie jak największej sprawności. – Trochę poprawiliśmy ruchomość przedramienia, ale dłoń i nadgarstek wciąż nie działały. Za to się polubiłyśmy i szybko przeszłyśmy na ty. Nie była to wielka zażyłość, ale okazało się, że mamy wspólnych znajomych. Spotykaliśmy się w Bydgoszczy w tych samych klubach – opowiada Dorota Kubicka.

Po rehabilitacji pierwsza Dorota postanowiła wrócić do sportu. Namówił ją wujek, Ryszard Marczak, zwycięzca maratonu w Nowym Jorku. – Kazał mi wziąć się w garść i wysłał Astorii Bydgoszcz, gdzie utworzono sekcje dla niepełnosprawnych. Zaczęłam biegać, ale wolałam tenis stołowy.

Najpierw musiała przestawić się na leworęczność. Poszło o tyle szybko, że wypadek miał miejsce tuż przed maturą, którą Dorota po prostu musiała jakoś napisać. – Uczyłam się pisać od nowa. Przepisywałam całe książki, żeby wyćwiczyć rękę. Na szczęście rodzice w niczym mnie nie wyręczali, dzięki temu błyskawicznie nauczyłam się wiązać sznurówki, ubierać i wszystkich pozostałych czynności – opowiada Dorota Bucław.

Zaczęła robić błyskawiczną karierę w tenisie. Zdobyła mistrzostwo Polski, w 1997 zakwalifikowała się do reprezentacji Polski, a dwa lata później dostała powołanie na igrzyska paraolimpijskie w Sydney. Miała startować w deblu z 11-letnią Natalią Partyką.

Rozpoczęła naukę w Studium Hotelarstwa i Obsługi Ruchu Turystycznego. Trzy języki: angielski, niemiecki i francuski, pozwoliły jej z łatwością ukończyć kurs pilota wycieczek zagranicznych. Po igrzyskach planowała studiować turystykę w Gdańsku. Ale do Sydney nie poleciała. 6 grudnia 1999 zdarzył się drugi wypadek.

Wypadek

- Przyjechałam do Bydgoszczy odwiedzić ukochaną babcię, która była w kiepskim stanie. Spotkałam Dorotę, która akurat kupiła mieszkanie w Solcu Kujawskim. Namówiła mnie, że mi je pokaże. Wsiadłyśmy w malucha. Pojechałyśmy. Pierwszy i ostatni raz weszłam wtedy sama na to drugie piętro. Wypiłyśmy herbatę. Wracając przejeżdżałyśmy przez tory… – opowiada Dorota Bucław.

Obie mówią, że wcale nie jechały szybko. Wręcz zwolniły w feralnym miejscu, bo tory są tam nierówne. Nawet rowerzyści zsiadali tam z rowerów. – Jestem wysoka, uderzyłam głową w podsufitkę. Nie miałam do niej daleko. Wiadomo jakie pasy są w maluchu. I stało się. Poczułam tylko prąd i ogarnęła mnie ciemność. Obudziłam się dopiero w szpitalu – Dorota Bucław.

- Mój szok był tak głęboki, że wymazałam okres kilku miesięcy po wypadku z pamięci. Mam lukę. Pamiętam tylko, że w drodze do szpitala powtarzałam w kółko: „Panie Boże, spraw, żeby Dorota przeżyła! Jeśli przeżyje, zrobię wszystko, żeby jej pomóc!” Przeżyła, ale poza głową była całkowicie unieruchomiona. Na początku zaczęłam pomagać z powodu wyrzutów sumienia. Wiedziałam, że przecież celowo tego nie zrobiłam, ale czułam się odpowiedzialna – opowiada Dorota Kubicka.

- To było poświęcenie totalne. Dorota nastawiała alarm co dwie godziny, nawet w nocy, budziła mnie i ćwiczyłyśmy. Sama straciła przy tym kupę zdrowia. Wiem, że dzięki niej bardzo szybko osiągnęłam możliwe najlepszą sprawność jak na mój przypadek – mówi Dorota Bucław.

Po wyjściu ze szpitala Dorota zabrała Dorotę do swego mieszkania w Solcu Kujawskim, tego które zwiedzały feralnego dnia. Przyjaciółka potrzebowała stałej opieki. Do dziś ma poważne problemy z oddychaniem. Podczas lotu z Rio lekarz polskiej ekipy musiał podawać jej tlen.

Dorota Kubica przebudowała mieszkanie, ponieważ było niefunkcjonalne, miało np. zbyt wąskie futryny. Zamontowała też podnośnik do kąpieli.

Na 2. piętrze bez windy Dorota Bucław utknęła na parę lat. Sąsiedzi, których dziewczyny nie mogą się nachwalić, służyli pomocą przy zniesieniu wózka – a potrzeba było do tego dwóch silnych mężczyzn. Nie chciały jednak nadużywać życzliwości i korzystały z niej tylko w wyjątkowych wypadkach. Sytuacja zmieniła się gdy po siedmiu latach Fundacja Dum Spiro Spero ufundowała specjalny schodołaz na gąsienicach, który zwozi Dorotę. Bez niego nie miałaby szans na treningi.

Pasja

Dorota Bucław nie od razu wróciła do tenisa stołowego. Bała się o zdrowie. Stres wywołuje u niej spastykę, czyli bardzo silne skurcze, często miewa kłopoty z odychaniem. Zmobilizowała ją sąsiadka, Alicja, która zorganizowała próbny mecz z chłopakiem z osiedla. – Tak się uparła, że nie miałam wyjścia. Ale kiedy tylko znów stanęłam przy stole, wiedziałem że to jest to! Zrozumiałam, wózku nie przeszkadza mi w graniu. Pasja odżyła! – mówi.

- Dorota ma w sobie ogromny upór i konsekwencję. Po wypadku ja bym najchętniej wszystko za nią zrobiła, umyła, ubrała, nakarmiła. Kiedy na początku leżała, brzydko mówiąc, jak beton, we wszystkim ją wyręczałam. Chciałam nadal, ale później już mi nie pozwalała. Prowadziłyśmy o to w domu prawdziwe wojny. Była zbyt ambitna. Pół kubka jogurtu jadła przez pół godziny, ale się nie podawała. Dzięki tej samej determinacji znów zaczęła odnosić sukcesy w sporcie. Pojechała aż na dwa igrzyska. Gdyby mi uległa, pewnie leżałaby w łóżku jak kłoda, a ja nie byłabym w stanie funkcjonować – mówi Dorota Kubicka.

Cztery lata po wypadku zdobyła złoty medal mistrzostw Polski w mikście. Rok później została mistrzynią Polski w turnieju indywidualnym. W 2009 roku trener reprezentacji, Elżbieta Madejska po raz pierwszy powołała ją do kadry. Dorota pojechała na upragnione igrzyska paraolimpijskie do Londynu. Tam niestety w pierwszym meczu złamała palce dłoni uderzając niechcący w stół. Podeszła do kolejnego meczu, po to by nie oddać go walkowerem.

Wznowiła też studia. Już nie wymarzoną Turystykę, ale Zarządzanie w Sporcie i Kulturze Fizycznej. Pracę licencjacką obroniła tuż po powrocie z Londynu. Wszystko razem z Dorotą.

Medal

- Jeżdżę z nią na każde zawody, wykorzystując urlop w szpitalu, gdzie jestem rehabilitantką. A jak już go nie mam to urlop bezpłatny. To moja prywatna sprawa, nie chcę słać pism i brać nikogo na litość. Ale trochę bywać w pracy muszę, bo to nasze podstawowe źródło utrzymania. Dorota jest przez to poszkodowana i czasem omijają ja zgrupowania. Wówczas trener Madejska wyznacza jej zadania przez Skype’a i Dorota trenuje z zaprzyjaźnionym Danielem Szczepańskim – opowiada Dorota Kubicka.

Gdy pytam o jej zadania, rozkłada ręce: wszystko czego Dorota potrzebuje. Musi być zawsze gotowa. Od ubrania przyjaciółki, po pomoc w toalecie, bo Dorota sama nie przesadzi się z wózka. Po pomoc na treningu przy podawaniu piłeczek. W karcie zawodniczej ma wpisane, że podczas meczów wolno jej być przy bandzie, choć zazwyczaj mają do tego prawo tylko trenerzy. Jeśli Dorota będzie miała problem z oddychaniem, poda jej tlen. Jeśli chwyci skurcz mięśni, rozluźni masażem lub zrobi zastrzyk.

- Ale w razie mojego sukcesu w turnieju Dorocie medalu nie dadzą. To nie lekkoatletyka, gdzie medale dostają niewidomi biegacze i opiekunowie, którzy im towarzyszą. Co najwyżej ja jej mogę dać medal za wszystko co dla mnie robi – mówi Dorota Bucław.

- Nie mam pojęcia kiedy ta pomoc z poczucia obowiązku przerodziła się w przyjaźń. To przyszło tak naturalnie. Myślę, że ponieważ jestem parę lat starsza od Doroty, w pewnym momencie zaczęłam ją traktować jak dziecko. Jesteśmy jak rodzina. Święta spędzamy na zmianę u naszych rodziców. Moi mówią, że mają trzy córusie, a ja dwie siostry nie jedną. Gdyby nie ich wsparcie i miłość, nie poradziłybyśmy sobie – mówi Dorota Kubicka.

Dorotki z niepokojem myślą o przyszłości. W Rio Dorota uplasowała się w pierwszej ósemce, ale jej konkurencja nie spełniła kryteriów stypendialnych Ministerstwa Sportu. Nie wystartowało 12 zawodników z przynajmniej ośmiu krajów. Zabrakło Rosjanki, dobrej znajomej polskiej ekipy, zdyskwalifikowanej wraz z całą Federacją. Bez stypendium Dorotkom ciężko wyobrazić sobie dalsze treningi. Konieczna jest np. wymiana obu kół w wózku, a to koszt 2,5 tys. złotych. Paczka 100 piłeczek pingpongowych – 600 złotych, rakietki, okładziny itd. Skąd wziąć na to pieniądze, skoro z 970 zł renty, aż 900 co miesiąc trzeba zostawić w aptece?

- Niestety sponsorzy nie pchają się drzwiami i oknami. Ale obie mamy walkę we krwi, więc się nie poddamy. Trzeba wierzyć w coś by żyć – mówi Dorota Bucław (na zdjęciu z prawej).

Dorota Kubicka i Dorota Bucław